Gość: Oszołom z RM
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
16.11.02, 17:25
Dobry pan z unijnego komisarza ds. rozszerzenia Guentera Verheugena. To
ostrzega nas przed "kryminalną działalnością" miejscowych cwaniaków, co to
obiecywali euro na wierzbie po wstąpieniu do UE. To próbuje ustrzec Polaków
przed pijaństwem i namawia do pracy, "żeby Polska rosła w siłę". Teraz znów
pan komisarz Verheugen oszczędza naszą kasę jak swoją własną. Oto w miniony
czwartek obiecał, że jeśli nie wstąpimy do Unii, jak to już zostało ustalone,
1 stycznia 2004 roku, a powiedzmy dwa miesiące później, to za te miesiące nie
będziemy musieli wpłacać składki członkowskiej. Zaiste, Guenter Verheugen to
już nie zwykły komisarz, to przyjaciel. - Znany w Polsce i chyba też bardzo
lubiany komisarz Verheugen - powiedział w zeszłym tygodniu w Warszawie sam
Gerhard Schroeder.
Wiedział, co mówi kanclerz Niemiec. Bo i jak nie lubić kogoś, kto interes
Polski ma na względzie jak swój własny. Nasz przyjaciel Verheugen wreszcie
wytłumaczył, dlaczego rolnicy otrzymają bezpośrednie dopłaty w wysokości 25
procent tego, co dostają ich koledzy w państwach członkowskich Unii. "Nawet
gdyby pieniądze pozwoliły na to, aby wystartować od 100 proc. (dopłat
bezpośrednich), to Komisja Europejska by na to nie pozwoliła i to w interesie
Polski. (...) Co z górnikami w Polsce, z polskimi stoczniami, co z hutnikami
i co z milionami ludzi, którzy znajdują się w niezwykle trudnej sytuacji na
skutek transformacji, co się stanie z tymi ludźmi (...). Bierzemy pod uwagę
tylko jedną niewielką część ludności i bronimy ich dochodów - uważam, że to
jest niesłuszne" - powiedział komisarz. Słusznie. Socjalistyczny dobrobyt nie
może zaistnieć bez "sprawiedliwości społecznej".
Moglibyśmy się już uważać za w czepku urodzonych, gdyby nie fakt, jak
wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że święta data - czyli ostatnio,
jak wie każde polskie dziecko, 1 stycznia 2004 r. - runęła. Ma być to na
pewno pierwsza połowa roku 2004. Ale kiedy dokładnie? Tego nawet nie wie sam
premier Miller, a w Brukseli mają się dopiero naradzić. "Jeśli pan Verheugen
sugeruje, że to może nie być 1 stycznia, to mają państwo do wyboru 1 marzec,
1 kwiecień, 1 maj, 1 czerwiec" - czarował pan premier dziennikarzy. Może to
być też 1 lutego, dodam skromnie gwoli uzupełnienia, nie poprawiania pana
premiera Millera.
Gdyby to było pierwszy raz, no drugi, i gdyby data nie była przedmiotem
kultu, to byłoby pół biedy. Ale tak zwany obóz europejski za sprawą tejże
właśnie świętej daty (inaczej tak doniosłego terminu, w którym nie wydarzy
się jakieś byle co, tylko "historyczna konieczność", określać nie wypada) do
złudzenia przypomina Świadków Jehowy czy coś w tym rodzaju. Taka sekta
ogłasza termin końca świata, że teraz to już na pewno - gdy tylko ten minie,
ogłasza następny, że tym razem to na pewno, na pewno itd. A interes się kręci.
Żadne to niby halo, Guenter Verheugen mówi, że data to tylko "sprawa
techniczna". Ale już teraz widać - o nieszczęście nietrudno. Nie o to chodzi,
rzecz prosta, żeby miało większe znaczenie, czy "dziejowa szansa" będzie
wyznaczona na 1 stycznia 2004 r., czy dajmy na to 1 marca 2013 r., o ile
oczywiście Unia do tego czasu nie zje własnego ogona. Albo czy termin akcesji
będzie wyznaczony przed tegorocznymi wyborami do Parlamentu Europejskiego,
czy przed następnymi. Opinii publicznej jednak już niewiele trzeba, by w
referendum powiedziała "nie". I nie będzie to nawet sensacja XXI wieku.
Postarali się o to i pan Wołoszański, i pan Wiatr Sławomir i
inni. "Europejczykom", jak tak dalej pójdzie, też niewiele trzeba. Zmęczenie
materiału już widać. Pani Danuta Huebner chciałaby zostać - jak pan
Verheugen - komisarzem. A lata lecą i nic. W telewizji pokazali, jak stała ze
spuszczoną głową. Nie była w stanie się cieszyć, że komisarz Verheugen
przyjechał, a socjaliści z UE wybrali Warszawę na miejsce swojego zjazdu
(jaki zaszczyt!). Przykro było patrzeć. Choć to zawsze lepsze, czy raczej
bezpieczniejsze, aniżeli niedawne głoszenie herezji przez panią minister ds.
europejskich, że nowa konstytucja Zjednoczonej Europy powinna zawierać zapis
o możliwości wystąpienia z UE. "Data wejścia Polski do Unii Europejskiej musi
spełniać dwa warunki: być korzystna dla kraju i zagwarantować udział Polski w
wyborach do Parlamentu Europejskiego" - oświadczył w czwartek premier Leszek
Miller. Mało dowcipnie i co za stanowczy ton.
No, no. Jak tak się będą dalej boczyć i stawiać, to może jeszcze wyjdzie na
to, że przyjdzie nam zaprzepaścić historyczną szansę. A skądinąd wiadomo,
że "jak nie Unia, to Władywostok". Jedna tęga głowa, mianowana autorytetem w
tych sprawach i nie tylko, tak przecież niedawno mówiła.
- strzeżcie się fałszywych przyjaciół bo to gorsza zaraza niż największy wróg!