emerytka2006
24.05.06, 12:15
... po ilości wątków założonych na jego temat, możnaby sądzić, że to zjawisko
na świecie prawie tak częste jak rasizm w USA u progu lat sześćdziesiątych
(polskim "patryjotom" brakuje co prawda Martina Luthera Kinga, ale to nie
jest kłopot!). Nic bardziej mylnego...
Owszem, na "antypolonizmie" ogromną karierę zrobili "prawicowi" historycy w
rodzaju Jerzego Roberta Nowaka czy Andrzeja Szcześniaka (w okresie PRL
odpowiednio: SD i PZPR) - może nawet postawili sobie z tantiemów willę z
basenem. Nie moja rzecz.
Tymczasem rozdmuchiwanie "antypolonizmu" jest policzkiem nie tylko dla Żydów,
których niemiecki (i nie tylko) antysemityzm zdmuchnął z powierzchni Europy
(w liczbie 6 mln), ale dla Ormian ("kto pamięta dziś pogromy Ormian?" - że
zacytuję klasyka), Cyganów czy Tutsi.
Bo nawet, jeśli założyć, że antypolonizm istnieje, to nigdy nie pochłonął
tylu ofiar, co inne "izmy". Dlatego już zestawienie niechęci do Polaków z
krwiożerczym antysemityzmem tychże zatraca o profanację.
Czy istnieje?
Najczęściej przywołuje się go w kontekście szeroko rozumianej działalności
żydowskiej wymierzonej w Polaków. Przypomina się wtedy Morela (który przecież
mordował Niemców i Ślązaków, więć gdzie tu anty...?), panią Wolińską (i na
nic jej pomoc dla polskiej opozycji w latach 70, 80), sędziego Kryże i
prokuratora Widaja czy polską (sic!) partyzantkę z Koniuch odpowiedzialną za
wytmordowanie wioski.
Tak się jednak składa, że wszystkie ww. zbrodnie popełnione były w
imię "walki o lepsze jutro". Jeśli już, raczej komuniści powinni się rumienić
na myśl o Salomonie ze Świętochłowic, nie Żydzi, którzy nawet (w 99,99%) nie
znają jego nazwiska. Bo co np. wspólnego ze zbrodniami (?) Wolińskiej i
Szwedowicza mają wspólnego falasze z Etipii? "Oni przecież czarni - Wolińska
(do czasu) czerwona" - że zacytuję dowcip wnuczka.
Z antypolonizmem jest jeszcze jeden problem: prawie nigdy nie występuje
autonomicznie. Zawsze jest to jakaś forma odpowiedzi na zarzuty żydowskie
(np. o udział w Holocauście albo bezprawne przejęcie mienia po 1945 r.) na
zasadzie "skoro wy nam Jedwabne, my wam Wolińską..."
I wtedy już mniejsza o to, że sami oskarżający nie wierzą w "przewiny"
Brusowej - chodzi tylko o przyłożenie młotkiem nielubianej mniejszości.
Oczywiście nie przeczę, że istnieje na świecie niechęć do Polaków.
Spowodowana jest na pewno niezrozumieniem naszego charakteru narodowego
(Francuzi do dziś zastanawiają się jak można było w 1944 roku wywołać
zupełnie nieprzygotowane powstanie), odrazą do naszych cech (pijaństwo,
rozpusta, kołtuństwo, zakłamanie, ksenofobia) czy próbą leczenia własnych
kompleksów (coś takiego występuje na terenach b. NRD).
Najczęściej jest to jednak niechęć niejako "okazyjna" artykułowana tylko "od
wielkiego dzwonu". Zazwyczaj jest tak, że po pierwszym spotkaniu z Polakiem
znika ten niewielki nalot antypolski i możliwa jest konstruktywna współpraca.
Polski antysemityzm ma charakter zupełnie inny: bardziej zapiekły,
ideologiczny (bo tu żyda zna się nie tylko z opowieści, ale i widzenia),
skłonny do mordu (nie słyszałam, by np. w Austrii ktoś urządzał pogromy
polskich imigrantów - a przecież nieufność do Polaków jest tam silniejsza niż
niechęć do Żydów w II RP).
Kpiną albo pytaniem o drogę jest jego porównywanie z "antypolonizmem"...