Dodaj do ulubionych

POLACY GŁOSUJĄ NA ZŁOŚĆ!

IP: *.chello.pl 02.03.03, 12:15
OBW DLA DZIENNIKA ZACHODNIEGO


POLACY GŁOSUJĄ NA ZŁOŚĆ — OBW DLA “DZIENNIKA ZACHODNIEGO”

Rozmowa z MARCINEM PALADE, dyrektorem warszawskiego Ośrodka Badań Wyborczych

Zasadne wydaje się pytanie, czy nie mamy do czynienia z pewną polityczną
poprawnością, która każe publicznie deklarować poparcie dla Unii. Wypada być
światłym i mówić, że jest się za Unią, ale to wcale nie znaczy, że osobista
decyzja została już podjęta
— Euroentuzjaści mówią, że jedyny czarny scenariusz to referendum nieważne z
powodu zbyt niskiej frekwencji. Nie mają wątpliwości, że ci, którzy do urn
pójdą, opowiedzą się za akcesją. Czy badania OBW to potwierdzają?
— Należy się domyślać, że euroentuzjaści opierają się na sondażach, którymi
są karmieni. Te sondaże, przygotowywane przez duże firmy badawcze, pokazują
niezmiennie od niemal dwóch lat, że prawie trzy czwarte Polaków z tych,
którzy zamierzają głosować, powie “tak”. A to, moim zdaniem, nie pokrywa się
z rzeczywistością. Wszelkiego rodzaju sondaże regionalne, jakie robiliśmy w
województwie opolskim i w innych regionach, pokazywały, że maksymalnie, i to
tylko w dużych aglomeracjach miejskich, możemy mówić o mniej więcej 70-
procentowej akceptacji dla Unii. Natomiast im niżej, tym ta akceptacja jest
słabsza.
— Naprawdę nie wierzy pan w wyniki tylu różnych badań?
— Nie bardzo. Jest w nich bowiem jakaś sprzeczność. Niby tak duży procent
Polaków jest za Unią, ale już sondaże cząstkowe, dotyczące poszczególnych
rozwiązań, temu przeczą. Weźmy kwestię sprzedaży ziemi cudzoziemcom — otóż 73
procent dorosłych Polaków jest przeciw sprzedaży ziemi na jakichkolwiek
zasadach. Oni uważają, że ziemia powinna pozostać w polskich rękach.
Tymczasem traktat akcesyjny mówi jasno, że po 12 latach, a w niektórych
regionach znacznie wcześniej, cudzoziemcy będą mogli nabywać ziemię bez
problemów. Podobnie rzecz ma się z dopłatami do rolnictwa. 56 procent
dorosłych Polaków uważa, że opłaci nam się wejść do Unii tylko wtedy, jeśli
nasi rolnicy otrzymają sto procent dotacji. A mają nie dostać tych pieniędzy.
To jak tu uwierzyć w to 75-procentowe poparcie dla akcesji w skali kraju?
— Skąd się biorą te wszystkie rozbieżności?
— Zasadne wydaje się pytanie, czy nie mamy do czynienia z pewną polityczną
poprawnością, która każe publicznie deklarować poparcie dla Unii. Wypada być
światłym i mówić, że jest się za Unią, ale to wcale nie znaczy, że osobista
decyzja została już podjęta. Warto przywołać przykład referendum
konstytucyjnego. Jeszcze na 10 dni przed głosowaniem było 75 procent
zwolenników konstytucji, na tydzień przed miała przejść stosunkiem trzy do
jednego. Tymczasem ledwo przeszła, było 53 do 47. I nie wiemy, czy Polacy w
ciągu tygodnia aż tak zmienili zdanie, czy też od początku duża część osób
niechętnych konstytucji udawała, że jest za. Teraz może być podobnie.
— Pewne jest, że eurosceptycy raczej nie będą teraz zasypiać gruszek w
popiele.
— Widziałem przygotowane przez nich ulotki: konkretne, napisane prostym
językiem, wyliczające, co zdrożeje i jaki procent kompetencji oddamy
Brukseli. I od mniej więcej dwóch czy trzech miesięcy obserwujemy taką
sytuację, że pomimo dominacji propagandy proeuropejskiej w mediach, następuje
psychiczne przełamanie: coraz więcej osób przestaje bać się deklarować, że
będzie głosować przeciwko Unii Europejskiej. Wcześniej czy później ci ludzie
poszerzą 20-procentowe grono osób, które już zapowiada głosowanie przeciw.
Może się zdarzyć, że w końcówce, tuż przed głosowaniem, siły będą wyrównane.
Niewykluczone, że o tym, czy być w Unii, czy nie być, zadecydują naprawdę
pojedyncze głosy.
— A jaki, pana zdaniem, będzie wynik referendum?
— Gdybym miał prognozę postawić dziś, w drugiej połowie stycznia, to
powiedziałbym, że nieco więcej osób, około 52 do 54 procent biorących udział
w referendum, byłoby jednak za. Ale tu wszystko jest bardzo płynne, w każdej
chwili może dojść do przesunięcia sympatii w stronę eurosceptyków.
Niewykluczony jest i taki scenariusz, że zwolennicy Unii przegrają nawet przy
wysokiej frekwencji.
— To skąd bierze się ich optymizm?
— Największym błędem sympatyków UE jest to, że są przekonani o nieomylności
sondaży, które wielokrotnie w polskich warunkach się nie sprawdzały. Po
drugie — wierzą, że Polacy potraktują referendum jako faktyczne głosowanie za
lub przeciw warunkom akcesji. Tymczasem od miesięcy powtarzam wszędzie, że
euroreferendum będzie bardziej głosowaniem za “dokonaniami”, proszę zaznaczyć
cudzysłów, naszej klasy politycznej w ostatnich kilkunastu latach. A ponieważ
wszelkie badania potwierdzają bardzo negatywny stosunek Polaków do polityków,
trudno tu o optymizm. Bardzo wielu rodaków podejdzie do referendum w ten
sposób: ONI chcą do Unii, więc MY będziemy przeciw.
— I pokażą politykom figę?
— Właśnie tak. Z tym mechanizmem mamy do czynienia od kilkunastu lat. Wiele
razy głosowaliśmy negatywnie, nie za jakimś programem czy ugrupowaniem, ale
przeciwko komuś. Tak było już w roku 1989, kiedy to nie do końca głosowano za
Komitetem Obywatelskim i Lechem Wałęsą, bardziej przeciw rządom PZPR. Tak
było w roku 1995, kiedy większość opowiedziała się przeciw przedłużeniu
kadencji Wałęsy, choć nie do końca była pewna, czy Aleksander Kwaśniewski
będzie dobrym prezydentem. Tak było też rok temu, gdy większość miała dosyć
rządów Jerzego Buzka i AWS, więc zagłosowała na SLD. A po kilkunastu
miesiącach widać już, że poparcie dla SLD jest o 40 procent niższe niż w
wyborach parlamentarnych. I taka negatywna motywacja cechuje ogromną część
naszego elektoratu. W przypadku referendum europejskiego ci wyborcy będą
mieli świetną okazję do zademonstrowania swojego niezadowolenia z całej klasy
politycznej, która w większości Unię popiera.
— Szczyt w Kopenhadze nic tu nie zmienił?
— Kopenhaga tylko na chwilę poprawiła nastroje, tak jak poprawiła je
ubiegłoroczna pielgrzymka papieża. W lutym spodziewać się możemy spadku
poparcia dla rządu, Sejmu, Senatu i innych instytucji publicznych. A potem
przypływu niechętnych uczuć do Unii.
— Co rząd powinien zrobić? Czy zamiana Sławomira Wiatra na Lecha Nikolskiego
coś pomoże?
— To są zmiany, które nie przyniosą większych efektów, bo społeczeństwo
pozostaje pod wrażeniem dotychczasowej, wyjątkowo mdłej i niezrozumiałej
kampanii informacyjnej ministra Wiatra. Główny problem rządu polega na tym,
że cieszy się on bardzo niskim zaufaniem społecznym i może się nawet okazać,
że im mocniej zaangażuje się w przekonywanie do Unii, tym gorsze będą
rezultaty. Ostatnia kampania samorządowa pokazała, że wszędzie, gdzie
angażował się osobiście premier Miller, prezydentami zostawali kandydaci
prawicy. Tu może zadziałać opisywany już mechanizm kontestacji: wystąpienia
rządzących polityków, także tych ze szczebla regionalnego za Unią, mogą tylko
wzmocnić obóz eurosceptyków. Powtarzam: naprawdę nie jest wykluczone, że przy
obecnej złej sytuacji makroekonomicznej, rosnącym bezrobociu, pauperyzacji i
kolejnych aferach politycznych Polacy opowiedzą się w czerwcu przeciw wejściu
do Unii.
— Co należałoby zrobić, by temu zapobiec?
— Eurozwolennicy powinni się obudzić, porzucić samozadowolenie i naprawdę
wziąć się do roboty. Trzeba dotrzeć z kampanią do poszczególnych środowisk,
grup zawodowych i wiekowych. Taka kampania jest podobno przygotowywana, ale
konkretów jakoś nie widać. Dodam, że kilka tygodni temu odbyła się w
Uniwersytecie Warszawskim konferencja na temat referendum, w trakcie której
wielu znanych polityków wyrażało obawę o wynik głosowania. Ale to była
konferencja zamknięta, bez udziału mediów i stąd pewnie wzięła się ta
szczerość. Bo na co dzień większość prezentuje urzędowy optymizm. Tymczasem
naprawdę trzeb
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka