hsk
21.03.03, 13:44
(komentarz Jerzego Przystawy wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 20 marca
2003,)
Proszę wybaczyć, że dzisiaj odstąpię od zasady nie mieszania polityki
międzynarodowej do felietonów, ale trudno ze spokojem przejść do porządku nad
tym, co się dzieje.
Prezydent Aleksander Kwaśniewski, wysyłając naszych żołnierzy na wojnę z
krajem, który nic nam nie jest winien, i z którym nigdy, ani w tym, ani w
żadnym innym stuleciu, nie mieliśmy zatargów czy waśni, pozwolił sobie
strawestować historyczne słowa ministra Spraw Zagranicznych Wolnej i
Niepodległej Rzeczypospolitej i powiedział, że my nie znamy pokoju za wszelką
cenę. Dodał też, że wszyscy pamiętamy, jak to nie chciano w Europie „umierać
za Gdańsk”. Owszem, pamiętamy. Tylko Panu Prezydentowi najwyraźniej coś się
poplątało, i nie jest to takie dziwne, zważywszy, że, w młodości, do nauki
specjalnie się nie przykładał. Może pomyliły mu się role, a może jest to
znowu ta sama dialektyka, której uczono słuchaczy wieczorowych uniwersytetów
marksizmu-leninizmu, i według której „wojna, to pokój” a ofiara znaczy tyle
samo, co agresor i napastnik. Wypada więc przypomnieć, że Francuzi, owszem,
nie chcieli umierać za Gdańsk, ale też nie zamierzali iść ręka w rękę z
napastnikiem, nie wspierali Hitlera ani „oddziałami specjalnymi do
rozbrajania Polski”, ani humanitarną służbą medyczną, która tylko ratowałaby
życie dzielnych niemieckich żołnierzy, którzy mogliby, ewentualnie, paść
ofiarą jakichś zabłąkanych polskich kul. I, przed Prezydentem Kwaśniewskim
nikt, do dzisiaj, nie miał do nich o to pretensji. Francuzi nie chcieli
umierać za Gdańsk, ale Francja wypowiedziała wojnę Niemcom, a nie Polsce.
Gdyby na gdańskiej redzie, obok pancernika „Schleswig – Holstein” stanął
francuski okręt medyczny, albo gdyby w ślad za szturmującym Wehrmachtem
sunęli francuscy saperzy, albo chemicy, wtedy dopiero mielibyśmy analogię do
tego, co w imieniu Narodu Polskiego, robi dziś Aleksander Kwaśniewski i rząd
Leszka Millera i słowa o umieraniu za Gdańsk byłyby na miejscu.
Według oficjalnych badań opinii publicznej ponad 70% Polaków jest przeciwnych
naszemu udziałowi w wojnie z Irakiem, ale w tym właśnie rzecz, że miłościwie
nam panujący pogrobowcy komunizmu nie wiele sobie robią z tego, czego my
chcemy i czego potrzebujemy. Wydaje się, że oto jesteśmy świadkami przełomu i
zaczynają to rozumieć nawet ludzie, którzy wiele mozołu i potu włożyli, aby
wraz z upadkiem komunizmu i imperium sowieckiego żadna krzywda komunistom się
nie stała, i żeby nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za to wszystko, co
uczynili swojemu krajowi, mogli nie tylko w spokoju pożywać owoców swoich
wcześniejszych trudów, ale aby niczym wańka-wstańka, raz od władzy usunięci,
mogli z powrotem wracać na najwyższe stanowiska i rządzić Polską jakby nigdy
nic. I że mechanizm tej wańki-wstańki nazywa się proporcjonalna ordynacja
wyborcza.
W minioną sobotę i niedzielę, 15-16 marca, odbywała się w Bielsku-Białej XVI
Ogólnopolska Konferencja Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.
Na konferencję tę ponownie zjechali się z całej Polski ludzie od lat
zaangażowani w walkę o radykalną zmianę systemu wyborczego. Tym razem w
sukurs naszym wysiłkom przyszła gazeta „Rzeczpospolita” publikując tego
samego dnia Apel do Prezydenta Kwaśniewskiego domagający się wprowadzenia
jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu. Apel, wydawałoby
się, nic wielkiego: od lat w Kancelarii Prezydenta lądują setki apeli o taką
zmianę, podpisane np. przez takie grona, jak rady wielu polskich gmin, rady
powiatów, a nawet sejmików wojewódzkich. Apele takie wystosowały związki
zawodowe, jak np. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, „Solidarność 80”,
rady naukowe, związki gmin polskich, stowarzyszenia i organizacje
obywatelskie. Nie robiło to na rządzących żadnego wrażenia, a wszystkie apele
spokojnie lądowały w koszu. Tym razem jednak apel nagłaśnia największa, po
Gazecie Wyborczej, gazeta ogólnopolska, a podpisują go ludzie, z których
wielu uznawanych było do dzisiaj za podporę władzy i obecnego układu
politycznego. Zaledwie tydzień temu wymieniałem w mojej audycji nazwiska
intelektualistów, jak socjologa Pawła Śpiewaka czy pisarza Piotra
Wojciechowskiego, i krytykowałem ich obstrukcję w sprawie JOW! I oto obaj oni
znajdują się wśród sygnatariuszy sobotniego apelu! Obok nich mamy całą paletę
warszawskich nazwisk z pierwszych stron gazet i ekranu telewizyjnego.
I sprawa od razu nabrała przyspieszenia. Od soboty sprawa JOW nie schodzi z
łam gazet, z audycji radiowych, a nawet programów telewizyjnych. W sobotę
telewizja TVN nadała w dzienniku dość obszerną relację z konferencji w
Bielsku-Białej, informacje dotarły też do gazet i telewizji publicznej. We
wtorek fragmenty Apelu przedstawiono w „Panoramie”, 2 program TVP. Wczoraj, w
programie „Linia Specjalna” za JOW opowiedział się nawet Roman Giertych.
Zagrożony establiszment władzy rusza do kontrataku. Oczywiście, zasłaniają
się jak tarczą napisaną przez siebie konstytucją, do której wpisali, że
wybory do Sejmu mają być proporcjonalne. Ale to jest argument bardzo słaby i
mało przekonywujący: konstytucja to żaden fetysz ani dane od Boga kamienne
tablice, to ułomny zbiór artykułów zapisany przez ułomnych ludzi, który ma
porządkować system prawny kraju. Jeśli jakieś przepisy tego dokumentu okazują
się kiepskie i nie odpowiadają woli narodu to po prostu należy je zmienić, a
nie chować się za nimi jak za wałem obronnym. Dlatego potrzebne są jakieś
bardziej racjonalne i przekonywujące argumenty, przemawiające za utrzymaniem
systemu wyborczego, którego odrzucenia domagają się obywatele.
Podsumowując rozliczne głosy, jakie od soboty pojawiły się w obronie systemu
proporcjonalnego, w tej liczbie takich figur, jak Leszek Miller, Jerzy
Jaskiernia, Janusz Onyszkiewicz czy Stanisław Gebethner, to wysuwane są
najczęściej dwa argumenty, wzajemnie się uzupełniające: (1) aby JOW dobrze
działały konieczne jest istnienie systemu dwupartyjnego jak w Wielkiej
Brytanii czy USA, oraz (2) w polskich warunkach JOW spowodowałyby całkowite
rozbicie i rozproszenie Sejmu. Np. wg Janusza Onyszkiewicza Sejm to byłoby
wówczas „zbiorowisko 460 wolnych elektronów”.
Pan Onyszkiewicz jest z wykształcenia matematykiem i nie jestem pewny, czy
rozumie czym są „wolne elektrony”, ale za to jestem pewien, że nie ma
zielonego pojęcia o tym, jak działa brytyjski system wyborczy. Gorzej, że
pojęcia o tym nie ma np. p. Jerzy Jaskiernia, przewodniczący Klubu
Parlamentarnego SLD, który przed Sejmową Komisją Śledczą przedstawiał się
jako profesor prawa konstytucyjnego, a więc z pozycji eksperta. Pan
Jaskiernia, podobnie jak Leszek Miller i inni „wybitni konstytucjonaliści”
tych samych wieczorowych uniwersytetów marksizmu-leninizmu, stawiają wóz
przed koniem i udają, że nie wiedzą, a może i naprawdę nie wiedzą, że od
ponad pół wieku znane jest w politologii tzw. prawo Duvergera, które mówi, że
tam gdzie są JOW i wybory przeprowadza się jak w Anglii, w jednej turze, tam
powstaje system dwupartyjny. A więc nie najpierw system dwupartyjny a potem
JOW, tylko właśnie na odwrót: koń ciągnie wóz, a nie wóz konia. I jak dotąd
nieznane są znaczące odstępstwa od tego prawa, a przecież praktyka w tym
zakresie jest ogromna. A zatem pogląd, który profesorowie prawa
konstytucyjnego, jak Jaskiernia czy Gebethner, wciskają studentom, że to, co
dobre dla Anglików, jest niedobre dla Polski, to jest pogląd, że Anglicy czy
Amerykanie są jakąś wyższą rasą. Kiedy szukamy przyczyn, stwierdzonej przez
socjologów, zaniżonej samooceny Polaków, to walnie do tej zaniżonej samooceny
przyczyniają się nauki takich profesorów. Wszystko to nie ma nic wspólnego
ani z teorią, ani