Gość: Jonasz
IP: *.proxy.aol.com
24.03.03, 23:31
Koniunktura na cuda
Ekonomistą z wykształcenia nie jestem, w seminarium duchownym uczyli mnie
tylko, że byt Kościoła kształtuje jego świadomość, a kasa musi się zgadzać,
zwłaszcza w kurii. Ale ekonomia to od kilku lat mój konik i na tym koniku
zostawiłbym w tyle niejednego absolwenta SGPiS-u. Że jest źle, wiedzą
wszyscy. Ja twierdzę, że może być lepiej i to prawie natychmiast. Warunek? –
gruntowna reforma finansów publicznych. No i jeszcze jedno: Kołodko musi
odejść. Naszej polityce fiskalnej wyjątkowo też nie służy biadolenie w
słowiańskim stylu – z pustej flaszki nawet kielonka nie naleje.
A oto szczegóły mojego projektu reformy, który jedynie za 2 zł 20 gr oferuję
Ministerstwu Finansów.
Na dzień dobry o kant dupy Kalisza można rozwalić całą obecną ordynację
podatkową, a zwłaszcza jej obszerną nowelizację z 12 września 2002 r.,
przygotowaną przez Belkę, która nawet z punktu widzenia ślepego od urodzenia
podatnika jest głupia, niezrozumiała i pełna luk. Największe i jedyne
udogodnienie z niej płynące to możliwość podpisania się elektronicznie. Zmian
jest wiele, wszystkie na korzyść urzędników fiskusa, którzy – jak tak dalej
pójdzie – proklamują w Polsce pierwszą dyktaturę skarbową. Już teraz policja
skarbowa ma prawo do inwigilowania podatników, np. zakładania im podsłuchów.
Według wykładni prof. Modzelewskiego, obecna ordynacja podatkowa umożliwia
nawet... zanegowanie rozwodu, jeśli skarbówka stwierdzi ucieczkę od
zobowiązań podatkowych. A oto przykład innego „udogodnienia”: jeśli podatnik
jest wierny obecnym przepisom co do przecinka i ostatniej kropeczki, ale
wykładnia dotycząca tych przepisów ulegnie zmianie, na przykład za lat pięć –
wszelkie zaległości w podatku wynikające z tejże zmiany musi Kowalski
uregulować za okres pięciu lat, i to co do grosza. Czyli jednak lex retro
agit jak najbardziej! Ktoś powie, że chodzi o skuteczność? Akurat! Oto
otwiera się kolejny obszar do ogromnych nadużyć nieudaczników, rozkwitu
biurokracji i korupcji. W takich Stanach Zjednoczonych policja skarbowa jest
i owszem bardzo silna, sprawna i ma mnóstwo uprawnień, ale już na etapie
śledztwa podlega wymiarowi sprawiedliwości. Przepisy podatkowe są tam jasne i
czytelne dla każdego tłuka, i jeśli zostaną naruszone – jest powód do
sprawiedliwego i surowego karania. U nas – im słabiej przygotowani są
urzędnicy (na 50 tysięcy zatrudnionych w służbach skarbowych, zaledwie 10
tys. posiada jakie takie przygotowanie prawnicze), tym większą władzę dostali
do rąk. Faktem jest, że często sami nie znają lub nie potrafią zinterpretować
przepisów. I tacy ludzie będą decydować o naszych żonach, kochankach,
rozwodach i pieniądzach!
Rzeczywisty problem polega na tym, że ten rząd, tak jak poprzednie, brnie
coraz bardziej w biurokratyczny fiskalizm, wychodząc z błędnego założenia, iż
Polskę uratują przed syndromem argentyńskim większe podatki i mniejsze oczka
w sieci, która je ściąga na budżetowy pokład. Tymczasem tzw. system
solidarności społecznej załamuje się na całym świecie, choćby w Niemczech. U
nas dochodzi już do wynaturzeń, które do Argentyny przybliżają nas w tempie
zastraszającym. W Polsce, tak jak nigdzie w Europie, praktycznie cała składka
ZUS jest przeznaczana na bieżące renty i emerytury, a powinna być inwestowana
i zarabiać w bankach na przyszłe świadczenia obecnych płatników. Skutek? ZUS
upadnie wkrótce na mordę, chyba że państwo znów zasili go miliardami z
podatków, m.in.... emerytów i rencistów. Od 1992 roku składka ZUS-owska
wzrosła 13 razy, a przez ten czas emerytury nie wzrosły realnie nawet o
złotówkę. Jeśli dojdzie do nieszczęścia i życie Polaków się wydłuży, to za 20
lat nasze dzieci i wnuki będą pracować i płacić na rodziców, dziadków i
pradziadków. Już teraz mamy najwięcej rencistów w Europie, największą
umieralność, a jednocześnie 50 procent dorosłych obywateli nie pracuje. Nie
dziwota, że ci, którzy pracują i mają nieszczęście zarabiać, obciążani są
coraz większymi podatkami. Mamy też najwyższy w Europie koszt uzyskania
kredytu bankowego, a także najwyższy podatek VAT, co skutecznie zmniejsza
konkurencyjność naszych towarów.
Nadmierny fiskalizm doprowadza nasz kraj na krawędź totalnego bankructwa, a
samych obywateli do biedy i rozpaczy. Najnowszy pomysł rzekomo lewicowego
rządu to zlikwidowanie ulgi podatkowej na komputer dla dziecka. Co na to
prezydent RP, który dostał niedawno Order Uśmiechu? W gospodarce powróciły
zielone i czerwone światła włączane na przemian dla przedsiębiorczych
idiotów, którzy zapominają, w jakim kraju żyją. Jeszcze niedawno zachęcano do
tworzenia gospodarstw agroturystycznych. W ubiegłym roku taka działalność
była opodatkowana ryczałtem w wys. 3 procent. W tym roku stawka podatku
wynosi 17 procent! Efekt? Zdesperowani podatnicy już zapowiadają, że nie będą
w ogóle rejestrować tego rodzaju działalności i przejdą do szarej strefy.
Gospodarką amerykańską zawsze wstrząsały potężne recesje, gdy wysokie progi
podatkowe hamowały koniunkturę. Prezydenci Kennedy i Reagan obniżyli podatki,
po czym następowało rozhuśtanie koniunktury i gospodarczy boom, na którym
korzystali zarówno biedni, jak i bogaci.
Źródłem małych wpływów do budżetu są zbyt wysokie podatki i błędne decyzje.
Oto przykład. W 1998 roku, po zniesieniu akcyzy na olej opałowy, nie
wprowadzono żadnego rozróżnienia oleju opałowego od napędowego. Skutek? Około
10 procent paliwa, jakie trafia na polski rynek, to „udoskonalone mieszanki”
sprzedawane na lewo i na prawo w prywatnych stacjach. Budżet państwa traci na
tym miliard zł rocznie.
W krajach Unii, które wytworzyły sprawny, choć recesjogenny system nakazowo-
rozdzielczy, trudno byłoby dokonać dziś radykalnej reformy. Paradoksalnie, w
rozpirzonej polskiej gospodarce jest szansa na strukturalne zmiany, dokładnie
odwrotne do obecnie realizowanych. Tą szansą jest podatek liniowy –
najbardziej sprawiedliwy, a wręcz zbawczy dla wzrostu gospodarczego i spadku
bezrobocia. Sprawdził się wszędzie tam, gdzie rządy miały odwagę go
wprowadzić, np. w Arabii Saudyjskiej, Liechtensteinie, Estonii, częściowo w
Szwajcarii. Rosja rozkwita, od kiedy wprowadzono tam 13-procentowy podatek
dla wszystkich. Naturalnie, konieczna jest w takim przypadku ochrona
najuboższych, ale niemal 100-procentowa ściągalność podatków liniowych
zapewnia wysokie wpływy do budżetu. Kluczem do sukcesu jest przetrwanie
dwóch, trzech lat transformacji. Później może być już tylko lepiej, bo
normalnie. Gdybym był dyktatorem IV RP, wydałbym dwa dekrety: o podatku
liniowym oraz o nacjonalizacji majątków kościelnych, na poczet kosztów jego
wprowadzenia.
Obecnie bogaci ludzie w Polsce i tak płacą podatki takie, jakie chcą, z
reguły około 15 procent od dochodów. Wykorzystują przy tym nie tylko układy z
władzą, ale przede wszystkim tzw. kreatywną księgowość. Najbogatszym opłaca
się transferowanie zysków za granicę, do „rajów podatkowych”, na Wyspy
Bahama, Kajmany, Channel Islands. Wielu posiada podwójne obywatelstwo, np.
Monako czy Luksemburga, co jest możliwe po kupieniu tam sobie własnościowego
mieszkanka. Dzięki temu – zamiast płacić stawkę 40-procentową – w Polsce nie
płacą zupełnie nic! To wielka strata dla państwa przy ogromnych dochodach
rekinów gospodarki.
Polacy są przedsiębiorczy, ale brak tanich kredytów (mimo niemal zerowej
inflacji!) oraz podatkowy szafot skutecznie pozbawiają ich wszelkich środków
do inwestowania. Wskazuje na to Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych,
która przed tygodniem zwróciła się do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie
zgodności z konstytucją obecnej ordynacji podatkowej. Zaskarżył ją również w
części Rzecznik Praw Obywatelskich i Prezes Naczelnego Sądu
Administracyjnego. Poseł Mieczysław Czerniawski (SLD), przewodniczący Ko