basia.basia
14.03.07, 14:22
Załóżmy, że wchodzi w życie ustawa w pierwotnym kształcie (gorąco polecam
ponowną lekturę druku sejmowego nr 799, który zawiera całkiem sensowny projekt
ustawy o ujawnianiu zasobów IPN). A ten pierwotny projekt zobowiązuje wydawców
i dziennikarzy do postarania się o zaświadczenie nt. ewentualnych dokumentów
gromadzonych przez służby bezpieczeństwa o danej osobie lub wytworzone przez
nią, lub z jej udziałem. Ta wersja nie zakładała obligatoryjnego zwalniania
"obciążonych" delikwentów, w ogóle nie było w niej mowy o zwalnianiu
kogokolwiek z jakiejkolwiek funkcji publicznej. Chodziło w niej o jawność a
ewentulną eliminację z życia publicznego osób niewiarygodnych czy, z tych czy
innych powodów, niegodnych sprawowania publicznych funkcji pozostawiono
zwierzchnikom tych osób.
I teraz szefowie niektórych redakcji (oraz ich szefowie) występują do swoich
pracowników, by dostarczyli stosowne zaświadczenie w terminie takim a takim.
Jak sądzicie? Ja zachowałoby się Wasze szefostwo oraz właściciele gazet
(wydawcy)? Czy byłby podobny rejwach i bunt? A jeśli tak to jakie padałyby
argumenty przeciw?
Nawiasem mówiąc prześledziłam drogę tego projektu i widzę, że mnóstwo osób
( w tym prominentnych) bardzo się natrudziło, by ten projekt spieprzyć.
Przepraszam za wulgaryzm ale nie da się inaczej określić tego co zrobiono
z całkiem dobrym projektem! To oni nam zafundowali dziennikarską wojnę!
A dziennikarze zamiast zajmować się swoją robotą oddają się z upodobaniem
i zacietrzewieniem swoimi porachunkami, kompleksami, wybielaniem lub
oczernianiem swoich kolegów i koleżanek. Stali się sędziami własnej sprawie.