Gość: Marian
IP: *.gdynia.mm.pl
25.10.03, 10:32
Marek A.Cichocki
Znikające państwo
W publikowanych w ostatnich latach tekstach Marcin Król często powtarza
tezę, że za nikły rozwój społeczeństwa obywatelskiego w Polsce w dużym
stopniu odpowiada państwo, które przez ostatnie dziesięć lat nie potrafiło
stworzyć warunków sprzyjających wzmocnieniu obywatelskiej aktywności. Stąd
wniosek, że nie wykorzystujemy jak należy wywalczonej w 1989 roku wolności.
Zapewne wiele w tej diagnozie prawdy, ale nie sposób też od razu nie
zauważyć kilku ważnych problemów, które diagnozę tę stawiają pod znakiem
zapytania.
Rzeczywiście, w niektórych zachodnich demokracjach państwo coraz bardziej
wycofuje się z pewnych obszarów odpowiedzialności za społeczeństwo. Dobrym
przykładem tego zjawiska jest sytuacja w Niemczech i w Belgii. Wszelako
proces wycofywania się państwa na rzecz samoistnej aktywności obywateli
nigdzie nie odbywa się w całkowitej próżni i wciąż wywołuje żywe debaty.
Wyrażane są bowiem wątpliwości, czy aby na pewno państwo powinno rezygnować
ze swojej roli w takich obszarach, jak opieka zdrowotna, ubezpieczenia
emerytalne lub edukacja.
Wątpliwości są tym większe, że państwo, wycofując się z tych obszarów
społecznego życia, odpowiedzialność za nie przekazuje w majestacie prawa
różnym grupom obywateli. Ci tworzą niezależne prawnie i kapitałowo
instytucje zajmujące się leczeniem, uczeniem lub ubezpieczaniem pozostałych
obywateli. Wątpliwości pojawiają się dlatego, że sama idea organizujących
się obywateli, którzy stopniowo zastępują tradycyjne struktury państwa
własnymi, niezależnymi instytucjami, jest filozoficznie dwuznaczna, czasami
moralnie podejrzana, a politycznie często po prostu nierozsądna. Pierwszym
problemem byłaby więc owa dwuznaczność społeczeństwa obywatelskiego, które
często przedstawia się jako coś oczywistego, wręcz jako uniwersalną normę
demokracji.
Drugi problem dotyczyłby okoliczności tworzenia społeczeństwa obywatelskiego
w zachodnich demokracjach. Sądząc bowiem na podstawie praktyki, tam gdzie
rzeczywiście mamy do czynienia z wycofywaniem się państwa z pełnionych
wcześniej obowiązków na rzecz większej aktywności obywateli, tam spełnione
są przynajmniej dwa podstawowe warunki: po pierwsze, samoograniczenie
państwa wynika z jego siły, a nie ze słabości; po drugie, aktywność
obywatelska nigdy nie stanowi jakiegoś czystego aktu społecznej woli mocy,
lecz opiera się na wcześniej ugruntowanych i dostatecznie rozwiniętych
społecznych i etycznych więziach. Silne państwo, które może pozwolić sobie
na samoograniczenie w pewnych dziedzinach, oraz silne ugruntowane więzi
społeczne i etyczne - czy bez tych dwóch warunków można w ogóle sensownie
mówić o idei społeczeństwa obywatelskiego?
Obecny stan polskiej demokracji w żadnym wypadku nie spełnia ani jednego z
tych dwóch warunków. Czy w Polsce istnieje silne państwo? Przede wszystkim
ktoś może powiedzieć, i słusznie, że w tych sferach, w których państwo
powinno być słabo obecne, państwo polskie jest wręcz absurdalnie
rozbudowane, natomiast tam gdzie powinno być silne, okazuje się wyjątkowo
kruche. Przykład funkcjonującej jeszcze do niedawna struktury wojewódzkiej,
z jednej strony, i wciąż palący problem przestępczości i bezpieczeństwa
obywateli, z drugiej, doskonale ilustrują tę sytuację.
Ktoś, kto spojrzałby dzisiaj na Polskę przez pryzmat prostej definicji
nowożytnego państwa zaczerpniętej od Hobbesa, mógłby powiedzieć, też
słusznie, że taki twór jak państwo polskie w ogóle nie istnieje, a my
wszyscy ulegamy pewnemu złudzeniu, z którego możemy być nagle i boleśnie
wyrwani. Nowożytna koncepcja państwa zakłada bowiem, że podstawową funkcją
państwa jest zapewnienie pokoju wewnętrznego oraz obrona przed zagrożeniem
zewnętrznym. Cały współczesny konstytucjonalizm, wszystkie artykułowane
przez niego prawa i obowiązki dotyczące obywateli wynikają w zasadzie z
jednego głównego przekonania, iż państwo dobrze spełnia swoją podstawową
funkcję, a więc zapewnia swym obywatelom pokój. Jeżeli bowiem państwo nie
gwarantowałoby bezpieczeństwa swoim obywatelom, na jakiej podstawie mogłoby
wymagać od nich posłuszeństwa? - argumentowali nowożytni filozofowie
państwa, a dzisiaj podobnie argumentują prawnicy konstytucjonaliści. Jednak
z tej perspektywy państwo polskie wygląda wyjątkowo mizernie.
Powódź w 1997 roku pokazała, że obywatele nie mogą liczyć na pomoc państwa w
sytuacji skrajnego zagrożenia, że muszą ratować się sami. Stan polskiej
obrony cywilnej każe nam domniemywać, że w przypadku naprawdę wielkiej
katastrofy ekologicznej wielu obywateli straciłoby życie bez żadnej szansy
ratunku, a kraj pogrążyłby się w chaosie. Z kolei ostatnie raporty o
sytuacji polskiej armii oraz kolosalne problemy z przetransportowaniem
oddziału polskich żołnierzy do Kosowa z powodu braku odpowiedniego samolotu
pozwalają przypuszczać, że państwo polskie nie byłoby w stanie samodzielnie
obronić swych obywateli przed zewnętrznym zagrożeniem ze strony słabego, ale
wystarczająco zdeterminowanego przeciwnika.
Podobnie jest z zachowaniem pokoju wewnętrznego, przy czym tutaj państwo
polskie zadziwiająco ochoczo zrzeka się gdzie może odpowiedzialności za
życie i bezpieczeństwo własnych obywateli, rozdając koncesje różnego rodzaju
firmom ochroniarskim. Także na innych poziomach nie spełnia swego
podstawowego zadania, jakim jest zabezpieczenie bytu swoich obywateli. Widać
do doskonale na przykładzie infrastruktury komunikacji, która zawsze,
począwszy od Imperium Rzymskiego, stanowiła jeden z ważniejszych warunków
właściwego funkcjonowania państwa.
Państwo polskie niewiele zrobiło w ciągu dziesięciu lat, aby zmienić
sytuację na polskiej kolei lub by choć trochę "posunąć do przodu" kwestię
autostrad w naszym kraju. Natomiast także i w tych kwestiach mamy do
czynienia z wciąż podejmowanymi przez państwo próbami zrzeczenia się
odpowiedzialności na rzecz różnych prywatnych lub półprywatnych agencji
organizowanych przez bardziej "zaradnych" obywateli.
Czy więc państwo polskie rzeczywiście istnieje? Istnieje, skoro do tej pory
raczej nie mieliśmy do czynienia z jakimś spektakularnym przypadkiem
obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec państwa, na przykład przez zbiorową
odmowę płacenia podatków. Jest tak, ponieważ państwo i władza nie muszą być
wcale wyrazem faktycznej siły i sprawności - często są tylko wyrazem pewnej
umowności, dzięki czemu obywatele tolerują państwo nawet wtedy, kiedy w nie
nie wierzą i kpią z niego. Do katastrofy dochodzi dopiero wówczas, gdy taki
umowny autorytet państwa rozpada się w obliczu faktycznego, prawdziwego
zagrożenia egzystencji narodu - wojny, klęski, globalnego kryzysu.
W przypadku Polski mamy często do czynienia z parodią nowożytnego modelu
państwa, kiedy to coraz częściej i chętniej wyzbywa się ono swych obowiązków
na rzecz różnych organizacji pozapaństwowych, często o bardzo niejasnym i
podejrzanym pochodzeniu. Słabe państwo chętnie będzie pozbywać się tych
zadań, którym sprostać nie potrafi. W takim przypadku przestrzeń
obywatelskiej aktywności będzie raczej efektem słabości państwa niż jego
świadomej polityki. Wówczas idea samoorganizujących się obywateli może
przybrać formę niebezpieczną dla demokracji, dla państwa i dla znamienitej
części obywateli pozbawionych podstawowego środka tworzenia własnych,
pozapaństwowych instytucji, jakim są pieniądze. Jest tak, ponieważ idea
samoorganizującego się społeczeństwa obywatelskiego nie jest żadną moralnie
uniwersalną zasadą polityczną. Ludzie, ze swej natury, mogą się samodzielnie
organizować wokół spraw zarówno dobrych, jak i złych.
Słabe państwo oraz nierozwinięte i nieugruntowane więzi społeczne będą
sprzyjać tej drugiej ewentualności. Ideał społeczeństwa obywatelskiego,
paradoksalnie i zupełnie wbrew intencjom jego zwolenników, może w praktyce
przybrać formę oligarchicznego systemu lub do