braineater
30.03.06, 17:37
buhahahahahahhahhaahahaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaahhhhhhhhhhhaaahahahahahahhhhhah
ahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahhahahahahahahahahahahaha
I chocby wykrzywiona szyderą twarz Butora wisiała nad każdą literaturoznawczą
katedrą świata, a z głośników dobywał się grzmiący głos Foucaulta o końcu
wielkich narracji, powieść, w swej najbardziej klasycznej formie będzie się
miała doskonale, dopóki będą istnieć pisarze tacy, jak Faber i czytacze tacy,
jak ja.
Szkarłatny płatek i biały, bo właśnie to dzieło przywraca mi wiarę w powieść,
jest tekstem do bólu klasycznym. Brak w nim jakichkolwiek udziwnień, nie ma
żadnych postmodernistycznych, dekonstruktywistycznych czy innych ~cznych
odjazdów. Jest po prostu opowieścią. Doskonała historią o zupełnie niczym.
Nie niesie ze sobą żadnych prawd nieodkrytych - no bo wiedza, że faceci to
ch.je i że sprytna kobieta jest w stanie osiągnąć wszystko, to żadna nowość,
nie wywołuje żadnych przewrotów formalnych, nie rozbija tworzydeł. Po prostu
płynie i porywa ze sobą czytelnika.
Faber robi numer, którego od dawna nikt nie zrobił tak doskonale - buduje
swoja powieść z zgranych do bólu wręcz sztamp i schematów powieści
wiktoriańskiej - mamy i obłąkaną dziewicę, przy któej panna Havisham to
zupełnie normalna kobieta, mamy klasyczną dziwkę nawrócona i tabuny dziwek
toczonych robakiem degrengolady, mamy dziecko zamknięte w samotni i
pozbawione czułości, wreszcie mamy damy, lordów, służących, aktywistki i
robotników a nad tym wszystkim mamy Londyn, jak ze Sweeney Todda, tylko
jeszcze bardziej naturalistyczny i jeszcze bardziej turpistyczny. Jedynym
novum jakie wprowadza w te schematy autor, jest narrator obdarzony XXI
wieczną świadomością i słownictwem oraz pogłębienie realizmu w stosunku do
swoich dickensowo-austenowo-bronteowych poprzedniczek. Ten ostatni zresztą
element jest chyba najbardziej dyskusyjny w całej powieści, której każdy
prawie akapit przepełniony jest smrodem, błotem, spermą, śluzem, gównem,
błotem i kawałkami niedonoszonych dzieci - mogą się pojawić zarzuty o
niepotrzebne epatowanie i pornografię (choć zupełnie wyzutą z funkcji
podniecającej), ale mnie przynajmniej pozwoliło to na jeszcze głębsze
zawieszenie niewiary i ostrzejsze wejście w świat tej opowieści.
Faber, wzorem starych mistrzów, używając wszechwiedzącej narratorki (nigdy
nie poznamy, kim jest) rozciąga przed oczyma widza olbrzymi teatr w którym
przy pomocy sześciu głównych postaci odgrywa wszystko - od łzawego
melodramatu o cnocie utraconej, przez moralitet o tym, jak przez pracę dojśc
do zdrowia, przez scenki zywcem wyjęte z Puncha i Judy, po barwną tragedię z
obłąkaną w roli głównej. W międzyczasie oprowadza czytelnika po wszystkich
sferach Londynu roku pańskiego 1875, od balów i rautów do burdeli i fabryk.
Jego miasto tętni życiem, jego bohaterowie już po kilku stronach tracą
papierowość i nabierają ciała oraz cech indywidualnych.
Fabularnie rzecz jest tak prosta, że nawet na dobrą sprawę nie ma czego
streszczać - zonaty i podupadający przedsiębiorca w chwili rozpaczy poznaje
dziwkę, popada w afekt i zapewnia swej nowej wybrance godne życie,
jednoczesnie zmagając się z narastającym obłąkaniem żony. Romans skutkuje
ogólna poprawą jego stanu psychicznego a także majątkowego i oczywiście
prowadzi do kilku mniejszych lub większych katastrof.
Tyle jesli idzie o samą opowieść. Jednak główna zaletą SPiB jest niesamowicie
wciągający klimat, jego obłędna wręcz filmowa plastyczność i perfekcja
wykonania najdrobniejszych nawet szczegółów. Ostatni raz z taką precyzją w
manipulowaniu czytelnikiem, narzucaniu jednego wybranego obrazu świata,
rozbitego na kilka postaci zetknąłem się chyba przy powieściach Carra. Faber
wręcz wymusza, bysmy przejmowali sie Sugar - najgłówniejszą bohaterką i
konstruuje ją tak, by każdy mógł jej kibicować i angażować się w jej losy -
co u mnie poskutkowało kolejnymi dośc znacznymi ubytkami w paznokciach:)
I na zakończenie rzecz najlepsza, dla której uznałem ten tekst za
mistrzowski - on wcale nie ukrywa, że jest pusty, że jest li jedynie czczą
rozrywką, łzawą historią dla kucharek i podkuchennych, ckliwym romansidłem
bez przesłania i podtekstów. Nie - on z tego czyni zaletę, pcha się przed
oczy jak profesjonalna prostytutka, miniąc się sztuczna farba na twarzy,
błyskotkami z przeceny i fąłszywym dziewictwem. Mówi po prostu - tego
chciałeś, tego pragnąłeś umęczony wszystkimi ~izmami, szaleństwami formy i
pseudofilozofią dzieł wspólczesnych. Chiałeś po prostu jeszcze raz
przeczytać najzwyklejsza opowieść, która wzrusza, mami i tumani i po której
po raz kolejny dojdziesz do wniosku, że warto czytać tylko fikcję.
P:)