daria13
06.09.07, 09:07
Dwie opinie na temat założeń (marzeń) nowego ministra oświaty:
Gretkowska: Nie potrzebujemy przedwojennych inteligentów
W Hiszpanii zakazuje się eksperymentów na małpach człekokształtnych. W Polsce
nadal eksperymentuje się na dzieciach. Są bezbronne w rękach ministrów
oświaty. Dyskutowanie o pomysłach kolejnego z nich wydaje mi się bezsensowne -
pisze w DZIENNIKU Manuela Gretkowska, założycielka Partii Kobiet.
Co można powiedzieć o tęsknocie ministra Legutki za przedwojennym polskim
inteligentem? Ma być wskrzeszony jak hibernatus z Europy Wschodniej i
przemawiać po łacinie, zawstydzając tym włoskojęzyczny Watykan? Po następnych
wyborach nowy minister oświaty, na przykład wybitny fizyk jądrowy, i tak
przekopie program szkolny.
Uczniowie od zerówki będą konstruować elektrownię atomową. Dlaczego na losy
kraju muszą wpływać czyjeś obsesje i prywatne fobie? Giertych odrzucił
finansowany przez UE projekt poprawy nauczania z powodu jednego zdania
mówiącego o konieczności zniżania głosu przez nauczycieli.
Taki ton wprowadza mózg w stan relaksu - fal alfa, co ułatwia przyswajanie
wiedzy. Giertych uznał chyba, że częstotliwość alfa jest zarezerwowana dla
Ducha Świętego i lepiej europejskie fundusze przekierować na uczelnię Rydzyka.
Kiedy zrozumiemy, że oświata jest zbyt ważna, by zajmowali się nią ograniczeni
w kompetencjach i kadencjach politycy? Mianują posłusznych sobie ministrów,
którzy opłacają sztab ekspertów racjonalizujących ich wszelkie niedorzeczności.
Edukacja nie powinna zależeć od polityków, ale od fachowców. Konieczna jest
nadrzędna instytucja realizująca wieloletni program edukacji niezależnie od
politycznej koniunktury. Zatrudniająca ludzi o najnowocześniejszej wiedzy na
temat pedagogiki. Pedagogiki zajmującej się rozwojem, a nie wpychaniem dzieci
w przedwojenne i przedewolucyjne formaty.
Nie zaznało najmłodsze pokolenie wojennej jatki, niech polegnie w mundurach na
maturze - profesor Legutko uważa egzamin dojrzałości za zbyt łatwy.
Prawdopodobnie nasze dzieci biorą za mało korepetycji i środków
uspokajających. Tak przywykliśmy do majowych horrorów, że spokojnie czekamy,
aż nasze pociechy dorosną i z dumą wyprawimy je w maturalny bój. Ale czy to ma
być egzamin dojrzałości?
Zdarza mi się zajmować w wakacje szwedzkimi dziećmi. Pocieszam je, gdy tęsknią
za szkołą. Jest to dla nich najbardziej przyjazne miejsce, bardziej niż dom.
Szwedzka młodzież niemówiąca po łacinie, ale za to po angielsku, wyedukowana
seksualnie w ocenie ministra Legutki ubrana skandalicznie… półnaga i potargana
osiąga jedne z najlepszych wyników w międzynarodowych testach.
W Szwecji myśli się o twórczym potencjale dziecka, a nie tresurze pozwalającej
doskoczyć do coraz wyżej podnoszonej poprzeczki matury. Zamiast egzaminu
dojrzałości sprawiedliwa ocena punktów wypracowanych latami. Na każdym etapie
można je nadrobić i dostać się na wymarzony kierunek. Nawet gdyby się było
absolwentem liceum zakładania alarmów czy jeżdżenia na deskorolce.
Tamtejsze szkoły nie produkują przedwojennych inteligentów. Przygotowują
normalnych ludzi do nowoczesnego życia, w którym najważniejsze są kompetencje.
I nikt nie zrozumiałby tam internetowego wpisu: "Dziadek dostaje ubecką
emeryturę, ojca jeszcze nie zlustrowali, a mnie wsadzili w mundurek".
i:
Kolenda-Zaleska: Solidne wykształcenie ułatwia życie
Żeby z młodego człowieka wyrósł inteligent w dosłownym tego słowa znaczeniu,
trzeba włożyć w to wiele pracy. Ogromne znaczenie ma rodzina, atmosfera w domu
- czy są w nim książki, czy rodzice je czytają, czy chodzi się do teatru -
pisze w DZIENNIKU Katarzyna Kolenda-Zaleska, publicystka TVN.
Ale na kształtowanie młodego człowieka ogromny wpływ ma także szkoła. I jeżeli
miałoby to być miejsce, którego celem jest ukształtowanie przyszłego
inteligenta, bardzo taki pomysł popieram.
Trudno nazwać inteligentem kogoś, kto nie ma zielonego pojęcia o starożytnym
Rzymie czy Grecji, starożytnej filozofii czy łacinie. To podstawa, która
kształtuje naszą tożsamość. Szkoła jest jedynym miejscem, w którym uczeń
otrzymuje taką wiedzę. Nigdy potem nie będzie już sam uczył się np. łaciny. A
jest to język dający podstawy logicznego myślenia i stanowiący dobrą bazę do
nauki innych języków. Różnie mogą się potoczyć losy, ale człowiek nigdy nie
nadrobi tego, czego nie wyniósł ze szkoły.
Wszyscy wybitni intelektualiści, niezależnie od dziedziny, jaką się zajmują,
kształcili się na filozofii greckiej i rzymskiej. Są humanistami z krwi i
kości. Znam wiele środowisk naukowych, w których profesorowie nauk ścisłych -
ci wszyscy fizycy, matematycy - mają gruntowne wykształcenie
filozoficzno-humanistyczne. Sama pochodzę z rodziny, w której ojciec jest
profesorem matematyki i fizyki jądrowej, a mama fizykiem. Ale zawsze
interesowali się literaturą i dużo czytali.
Niektórzy mogą zarzucić, że kształcenie inteligenta w przedwojennym stylu to
anachronizm. Że po co komu nauka filozofii starożytnej czy greki i łaciny.
Trudno jednak nazywać anachronicznym poznawanie własnych korzeni, bez których
nie sposób zrozumieć otaczającego nas świata. Nie mając takich podstaw,
bylibyśmy ślepcami bez azymutu.
Dzieci są bombardowane tysiącem informacji o rozmaitych nowinkach
technologicznych etc. Wiedzę na ich temat mogą jednak czerpać z internetu czy
telewizji. W szkole powinny się zetknąć z inną, bardziej "klasyczną". I nie
chodzi o to, by za 20 lat umiały wyrecytować Wergiliusza, ale żeby wiedziały,
gdzie czego szukać i do czego się odnosić.
Kiedyś moja córka musiała wyszukać na historię różne maksymy łacińskie. Nie
była tym zachwycona. Pytała, po co w ogóle ta łacina. Wśród tych maksym była
"Errare humanum est". Następnego dnia wybrałyśmy się do kina i na filmie jedna
z bohaterek powiedziała: "Błądzić jest rzeczą ludzką".
Ania spojrzała na mnie dumna, że wie, skąd to pochodzi i co oznacza. Nagle się
okazuje, że widzimy pewne konteksty, których wcześniej nie zauważaliśmy.
Wszystko się łączy, tylko często brakuje nam wiedzy, żeby umieć to dostrzec.
Linki nie chciały się skopiować, tylko całe teksty, sorry.
Ku czyjej opinii bardziej się skłaniacie?
Pozdrawiam:)