rossdarty
01.03.11, 23:02
Wydarzenie które, przyznaję, poruszyło mnie.
Wybrałem się z żoną do osiedlowej Biedronki.
Samochód zaparkowałem kilka metrów od wejścia. Parkując, światła reflektorów oświetliły klęczącą postać przed wejściem. Nie była to rumunka siedząca na piętach. Postać klęczała na wyprostowanych udach. 90 stopni w stosunku do goleni.
Ubrana w ciemną kurtkę z kapturem, czystą i nie zniszczoną, spod kaptura wysuwały się długie, kasztanowe włosy.
Minęliśmy ją wchodząc do marketu, jednak zdążyłem zauważyć młodą, niewiele ponad 20 lat ładną twarz dziewczyny...
Nie wiem co mnie poruszyło, myślę jednak że sposób w jaki klęczała, bo nie zwracam zazwyczaj na takie osoby uwagi mijając je obojętnie.
Ta dziewczyna klęczała godnie, ale i z dużą pokorą, wstydem...
W środku nie mogłem oderwać się od widoku tej postaci.
Wbrew zasadom, (nigdy nie daję żadnych pieniędzy), przygotowałem sobie niewielką kwotę...
Wychodząc, podszedłem do klęczącej dziewczyny, która miała przed sobą kartkę z napisem i kubkiem na drobne i bezczelnie uniosłem jej głowę, którą opuściła widząc że do niej podchodzę.
Nie myliłem się. Dwudziestoparoletnia, ładna dziewczyna. Na twarzy żadnych "przeżyć".
Wyjąłem z kieszeni pieniądze i dałem jej. Usłyszałem bardzo ciche: dziękuję.
Kartki nawet nie czytałem.
Zrobiła to za mnie żona.
Na kartce pisało, że zbiera na leki dla dwójki swoich dzieci chorych na astmę, i prosi o wsparcie, w obawie przed pobiciem przez męża...
Prawda? Kłamstwo?
Nie dociekałem...
Tak żebrzącej osoby jeszcze nie widziałem...
Z z tej dziewczyny aż krzyczał wstyd i upokorzenie, a jednocześnie była bardzo cicha...
Trudno mi to opisać obrazowo.
Nie uważam się za naiwnego.
Ganiam meneli "pomagających" mi wysiąść z samochodu, opędzam się od nachalnych dziadów wyciągniętą łapą zasłaniających mi wejście do sklepu.
Po raz pierwszy dałem pieniądze żebrzącej osobie.
Myślę, że tym razem dałem rzeczywiście osobie potrzebującej.