Dodaj do ulubionych

To był udany rok "1968"(wątek)

14.06.05, 10:11
Patrząc z perspektywy to jest w tym prawda? Matki rodziły nas z nadzieją
patrząc na zbuntowany Świat jakim My będziemy społeczeństwem.Ja np. urodziłem
się w dniu kiedy został zamordowany Martin Luther King, przywódca Murzynów w
walce o równouprawnienie.Urodziłem się biały ale nie robię nikomu
wyrzutów.Stoczniowcy walczyli o lepszą Polskę ,Czesi też i myśmy im pojechali
z pomocą, a że nie mieliśmy bardzo samochodów pojechaliśmy czołgami.Co
myślały nasze matki wydając nas na swiat?
Zapytałem mamę.
Zasłoniła się sklerozą , a może to ... nieważne
Ja pamiętam bo moje dzieciństwo ... było fajne
Co roku nabierałem świeżego powietrza w płuca wdychając powietrze z różnych
części Polski .Raz nawdychałem się węgierskiego ,byłem wtedy w podstawówce -
to były wczasy .Trzy tygodnie w Budapeszcie (inni jeżdzili do Hajduszoboszlo
nad Balaton- wegierskie morze)było fajnie,koledzy mieli co zazdrościć.Ale
wczesniej?Oranżada w proszku była najlepszym smakołykiem(i pomarańczowy palec
pomarsczony od zlizywania jej) chińskie trampki,pierwsze dżinsy,moda na
koszule flanelowe.welury na nogach i koniecznie rozwiazane,kaseta
magnetofonowa , płyta winylowa ,CD , magnetowid - szlismy z postepem
Czy Białe Jezioro jest jeszcze takie czyste? nie byłem tam 30 lat(wiem
wstyd). Na Mazurach pewno nie ubyło jezior i komary tną jak dawniej.Czy w
Dźwirzynie jest jeszcze sektor C na polu namiotowym i ktoś dostaje jeszcze nr
40? .Był tam posterunek Milicji (wtedy) i 3 milicjantów .Wszystko co było
złego wtedy w Dźwirzynie to my namiot nr 40 sektor C (84 rok).Przychodzili do
nas w ciemno -rzadko sie mylili.Urządziłem tam kiedyś scenę ze sie
powiesiłem - taki szczeniacki wybryk.Wistula wymiatała naród(po 13-ej)albo
RYE wodka- pamiętacie? piwo smakowało jak....brak mi skojarzeń... i jakoś
zyjemy.
Lata 80 - te miały swoja MOC
...prawda?
Co wam zostało z tych lat
Obserwuj wątek
    • jasia37 Re: To był udany rok "1968"(wątek) 14.06.05, 10:46
      masz racje ,ja tez jestem z rocz.68 i mieszkalam w gdansku-super bylo

      pozdrowienia
      • Gość: xposer Re: To był udany rok "1968"(wątek) IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.06.05, 10:50
        napisz coś o tamtych latach
    • mechanior Re: To był udany rok "1968"(wątek) 14.06.05, 11:45
      Bez urazy:
      byłeś szczęśliwy bo głupi , a władza robiła nam koło d..y i teraz to widać!
      Pozdro.
    • Gość: Xposer Re: ;))))To był udany rok "1968"(wątek) IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.06.05, 12:06
      Może masz racje ale ja chce obudzic wspomnienia niekoniecznie mądre ,nawet
      prymitywne.Zrodziło się to po tym jak spotkałem mojego bardzo dobrego kolegę po
      15 latach.Uśmialiśmy się po pachy.Dzisiaj jesteśmy ludzmi wykształconymi majacy
      swoje biznesy , rodziny .To ze żyłem w takich a raczej urodziłem się takich
      czasach gdzie robiono z nami co chcieli - TRUDNO - ja na to miałem najmniejszy
      wpływ.Nie mam zamiaru uprawiać polityki ale chce zmusić do powspominania co kto
      gdzie i kiedy.Jak tego nie rozumiesz to nie zawracaj sobie tym głowy - życie
      jest zbyt piękne
      Patrzę na to z perspektywy lat ile przezyłem ile ,się zmieniło ,jak ewoluowało
      nasze pokolenie i ciesze sie jak ktoś mówi że w 68-m to było fajnie .A ja z
      dumą odpowiadam że Ja jestem tym rocznikiem bo wtedy sie urodziłem -
      NAJLEPSZYM - a Ty?
    • les.vacances Re: To był udany rok "1968"(wątek) 14.06.05, 12:13
      Rok 1968 nie był "fajnym rokiem". To był czarny rok w naszej hisorii. Ujawniła
      się cała ksenofobia narodu, Wygoniliśmy bardzo wielu znakomitych obywateli,
      skompromitowaliśmy się agresją na Czechosłowację. Był to jednak początek końca
      starej epoki.
    • Gość: Xposer ale zostawmy politykę z boku IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.06.05, 12:46
      ok?
      ....."Ja pamiętam bo moje dzieciństwo ... było fajne
      Co roku nabierałem świeżego powietrza w płuca wdychając powietrze z różnych
      części Polski....."
      -Miałem wtedy 65 szt."resoraków" byłem podwórkowym potentatem.Organizowaliśmy
      zawody .Kapsle odeszły na pewien czas w niepamięć.Wygrywałem zawody Mercedesem
      cabrio z otwieranym bagażnikiem - żółty był - ale była jazda
      • tensai [...] 14.06.05, 13:04
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • 5ave Re: ale jazda 14.06.05, 13:05
        > cabrio z otwieranym bagażnikiem - żółty był - ale była jazda

        Pamiętam jak bałem się przyjść do domu z dworu bo za kazdym razem musiałem
        pytac czy mogę jeszcze wyjść.Więc stałym nieodłącznym atutem kazdego bajtla
        było mocne gardło zeby krzyczeć ..."MAMO RZUĆ MI CHLEBA Z MASŁEM I Z SOLĄ"...
        a mama ..."DO DOMU !!!! ".. i przestawało sie być głodnym.Sikało sie pod schody
        napić sie biegałem do pobliskiego publicznego hydrantu . Wracało sie przed
        zachodem słońca taka była zasada .Fajnie jest powspominać.W dzisiejszych czsach
        powszechnej bieganiny dobrze jest na chwilę przystanąć i zastanowić się co by
        było gdyby.... Fajnie tak .
        Piszcie ludziska to całkiem przyjemne
        jeszcze tu wpadnę
      • Gość: Kubik Re: ale zostawmy politykę z boku IP: 5.2.1R* / 210.21.235.* 14.06.05, 15:59
        a skad twoi starzy mieli tyle forsy na te twoje resoraki i podroze do Wegier? W
        partii byli???
    • Gość: adam mi komunizm też się kojarzy z beztroską i spokojem IP: 83.238.200.* 14.06.05, 14:15
      masą wolnego czasu... nikt się nie spieszył bo i nie było do czego

      obiektywne był to koszmarny i czarny okres ale można mieć z niego wspaniałe
      wspomnienia... jeśli się wtedy było młodym miało się wspaniałą okazję bawić
      się...

      szczególnie komunistyczne lata zapadły mi w pamięć... ta beztroska, uchwycona w
      filmach "nóż w wodzie" czy "do widzenia do jutra" już się nie powtórzy

      to był jedyny moment historyczny w którym mógł zaistnieć taki klimat jak
      wtedy... dobrze chociaż że mamy z tego parę filmów... tyle zostało [oprócz
      oczywiście katastrofalnego zapóźnienia Polski w stosunku do cywilizowanej
      ludzkości i wielkich zniszczeń społecznych które będą nas boleć jeszcze ze 30
      lat]
      • xposer Re: pamiętam jak.... 14.06.05, 17:37
        ...zapaliłem pierwszego papierosa.To było w Chełmie ,szkoła Muzyczna na
        ulicy ;kurcze nie pamiętam ale tą drogą jechało sie do Borku.Pamiętam
        zaciągneli mnie -a tam zaciagneli - sam poszedłem .Pamiętam palilismy papierosy
        sporty robotnicze z czerwonym napisem - fuj.A jaki dostałem łomot w domu -
        poczuli mnie to był 1973 rok .Mieszkałem wtedy u dziadków na ul.ZWM 29 -ciekawe
        czy ta kamienica jeszcze stoi a w stolarni n-pko tej szkoły pracował mój
        dziadek w '75 obcieło mu dwa palce.Na Kopernika babcia miała zakład
        krawiecki.Nikt nigdy nie był w partii-to wielopokoleniowa dziedziczność do
        dziś.Cholera nie byłem tam 20 lat.Ale pamiętam jak odkryli podziemia w
        Chełmie.Wybrałem sie tam z dziadkiem .Chodziliśmy wszyscy ze
        świeczkami ,strasznie bobrudziłem woskiem kosciołowe spodnie.W oddali powtawało
        osiedle Obównicze.Jeździliśmy na Bazylany albo Białe Jezioro . Biegało się w
        majtkach z wiszącym krokiem do kolan ,dawało się ugryźć jabłko koledze albo
        piło sie oranzade z jednej butelki ,wieszak na ubrania idealnie naśladował
        motocykl.Kijem nasladującym karabin wygrywało sie wszystkie wojny.
        Za oknem słonce ,matki z dziećmi w piaskownicy .Ciekawe czy jeszcze sie sika do
        piaskownicy.....?
        • luccio1 To musiał być rok 1958 albo 1959, 14.06.05, 22:46
          xposer napisał:
          > Za oknem słonce ,matki z dziećmi w piaskownicy .Ciekawe czy jeszcze sie sika
          > do piaskownicy.....?
          To musiał być rok 1958 albo 1959, miałem 4-5 lat. W domu nie było zwyczaju
          puszczać mnie samopas - Mama chodziła ze mną do piaskownicy na krakowskie
          Planty. Czasem, gdy Mama była akurat na L 4, wychodziliśmy z domu już o drugiej
          po południu, zostawaliśmy aż do ciemna, czyli do siódmej wieczorem albo i
          dłużej. Mama brała do jednej ręki koszyk z włóczką, drutami i podwieczorkiem,
          drugą ręką mnie i szliśmy do "kółka", gdzie Mama zasiadała na ławce - zawsze
          tej samej, obok tych samych pań. Pierwszy podwieczorek - i ja szedłem do
          piaskownicy, a Mama zaczynała coś tworzyć: szalik, czapkę, sweterek... Gdzieś
          tak koło czwartej następowała przerwa w zabawie i "wielki podwieczorek":
          kanapki, drobno pokrojone jabłka, jakieś ciasto, wszystko na serwecie
          rozłożonej na kolanach Mamy, potem popicie tego wszystkiego herbatą z termosu i
          kompotem ze słoika (przy czym Mama zażywała porcję lekarstw) - a potem każde
          wracało do swoich zajęć. Gdzieś koło piątej po południu następna przerwa: Mama
          ponownie odkładała robótkę, dźwigała się z miejsca, ściągała mnie z
          piaskownicy, potem przy naszej ławce oddanie naszych rzeczy w chwilową opiekę
          Paniom Sąsiadkom, wymiana uprzejmości, że my tylko na chwileczkę idziemy i
          zaraz wracamy - poczym Mama prowadziła mnie za rękę w głąb zieleńca pod stare
          drzewo, zawsze to samo; tam następowała zachęta: spróbuj zrobić siusiu! i zaraz
          potem Mama stojąc naprzeciw mnie podnosiła spódnicę i halkę, zdejmowała majtki,
          kucała... do dziś mam w oczach podwiązki Mamy mniej więcej na wysokości mojej
          głowy, a gdzieś przed nami pomnik Grażyny dłuta Dauna, za nami kościół
          Franciszkanów z witrażami Wyspiańskiego... Potem jeszcze godzina-półtorej
          zabawy i powrót, już przy zapalonych lampach. Że wtenczas chodziło o wymuszone
          wycofanie się z domu dla dania Tacie kilku godzin spokoju, zrozumiałem dopiero
          od kilku lat, od kiedy mam - po raz pierwszy w życiu - duży pokój wyłącznie dla
          siebie. Po raz pierwszy zniknął przymus wyjścia dokądkolwiek, byle z domu, byle
          na zewnątrz, co więcej, kiedy muszę wyjść, wiąże się z tym wysiłek woli.
          Z samego roku 1968 pamiętam, jak wychowawczyni w szkole podstawowej zaklinała
          nas, abyśmy wracali prosto do domu i nigdzie nie chodzili, bo gdy "coś" się
          stanie, szkoła może nie być w stanie nas obronić; pamiętam też przejście
          wieczorem wraz z Babcią przez opustoszały Rynek Główny, gdzie milicja blokowała
          wszystkie ulice wychodzące z Rynku.
      • luccio1 Re: mi komunizm też się kojarzy z beztroską i spo 15.06.05, 23:34
        G... prawda. Patrząc wstecz widzę: nie było może pośpiechu - zamiast tego
        bezcelowe kręcenie się w kółko, w sytuacji, gdy najprostsze rzeczy, zaczynając
        od podstawowych codziennych zakupów, stawały się problemami. Jak bardzo to
        przycinało plany, marzenia, pamiętam choćby z tego, co zostało z wielkich
        zamysłów Taty dotyczących czasu wolnego: że będziemy wspólnie majsterkować...
        książka J.K. Jankowskiego "Młody konstruktor" i kilka kompletów kolejek PIKO.
        Nieco więcej z pasji fotograficznej: kilkadziesiąt szpul filmów 8mm z
        dokumentacją różnych momentów naszego życia. Dzienniki - ale to Tato pod
        naciskiem prozy życia wielokrotnie przerywał, by po jakimś czasie podjąć
        ponownie. Z dorobku rysunkowego poza pracą zawodową - kilka obrazków w moim
        pokoju. Zaczątek księgozbioru, do którego 3/4 dołożyłem już ja. Naukę języków:
        francuskiego, angielskiego, włoskiego, Tato odłożył do lepszych czasów, które
        nigdy nie przyszły.
        Syf dnia codziennego był powalający nawet dla dziecka - nawet dziecko czuło, że
        coś tu jest nie w porządku. Co i rusz na klatkach schodowych powyrywane
        wyłączniki; w kamienicy 3-piętrowej było w latach 50.-60., przynajmniej w
        Krakowie normą, że dwa piętra były ciemne - żarówki się spaliły, Pan Gospodarz,
        choć był na miejscu, miał wszystko gdzieś. Dalej, coś co już było specyfiką
        Krakowa, jak żadnego innego miasta: mieszkania-kołchozy, 6 pokoi i 6 rodzin,
        wszyscy na jednej kuchni, jednej łazience, jednym, najwyżej 2 WC; oczywiście w
        łazience terma od dawna nie działała, bo ludzie nijak nie mogli się zgodzić,
        kto i w jakim stopniu ma uczestniczyć w kosztach naprawy. Ileż razy będąc z
        wizytą u znajomych, przeżywaliśmy odprowadzanie przez przedpokój przy latarce
        kieszonkowej (gdyby jeden dał do lampy przedpokojowej żarówkę, ktoś inny
        natychmiast by wykręcił, nawet świecącą - przez szmatę) - po raz ostatni
        pamiętam coś takiego u kolegi z roku, jeszcze w połowie lat 70. Kabiny wind
        przysypane kurzem, wiszące dziesiątki lat między piętrami, a z konsolet przy
        drzwiach wszystkie guziki dawno wydłubane (od r. 1945 winda "nie miała prawa"
        chodzić w budynku do 4 pięter = 5 kondygnacji włącznie; te które były,
        skrupulatnie wtedy unieruchomiono). I wizyty u uciekinierów ze Lwowa, którzy do
        lat 70. mieszkali na paczkach, szczęśliwi, że są w Krakowie i nie dali się
        wywieźć nigdzie dalej, i gotowi wracać, gdy tylko przyjdzie czas.
        I stała pamięć o tym, jak się naprawdę nazywa która ulica: nie Manifestu
        Lipcowego, tylko Piłsudskiego; nie 1 Maja, tylko Dunajewskiego; nie
        Waryńskiego, tylko św. Gertrudy; nie Bohaterów Stalingradu, tylko Starowiślna;
        nie Marchlewskiego, tylko Beliny-Prażmowskiego etc. etc. (to ćwiczenie umysłowe
        przydało mi się grubo później we Lwowie, gdzie będąc np. według tabliczek na
        ulicy "Iwana Franka" pamiętałem, że zależnie od miejsca jestem na Piłsudskiego,
        Zyblikiewicza, św. Zofii...).
        I dwa pochody pierwszomajowe - o dwa za dużo.
        I udział w "wyborach" w r. 1976 i 1980 - też o dwa razy za dużo.
        I pisanie różnych bzdur w zeszycie pod dyktando nauczyciela - jak np.: "Dowódca
        Armii Krajowej wywołał powstanie, bo nie chciał, aby władzę w Warszawie objęli
        robotnicy i chłopi" (III klasa szkoły podstawowej, wiosna 1964, w sam raz przed
        20. rocznicą Powstania).
        Pozdrawiam. Łukasz.
    • boykotka Re: To był udany rok "1968"(wątek) 14.06.05, 19:19
      xposer napisał:


      > Czy Białe Jezioro jest jeszcze takie czyste? nie byłem tam 30 lat
      Niestety nie :( Ja jeździłam z rodzicami do Karwi na "pole namiotowe" czyli
      łąkę za wsią. Nigdy w życiu już pewnie nie zobacze tak czystej plaży. Byłam w
      Karwi w tamtym roku. Brud, smrud i jakieś dzikie tłumy. Kiedyś do Karwi
      przyjeżdzaliśmy my, jacyś państwo spod Warszawy i ludzie z NRD. Jezu skąd tych
      ludzi się tam nabrało ?? Mamy jakiś wyż demograficzny ??
      Bieszczady - drugie miejsce, gdzie jestem w szoku. Kiedyś jak się weszło na
      Caryńską to można było tydzień iść i nikogo się nie spotkało. Dziś drugie
      Tatry :(
      • klaryska Re: To był udany rok "1968"(wątek) 14.06.05, 19:36
        tez urodzona w 68 roku jak ojciec mowil o maly wlos, bo Mama pchala sie na
        demonstracje. Ale dorwalam kiedys ojca notes z 68 roku. Impreza za impreza.
        Moze i kiepsko im bylo ale alpaga leciala za alpaga. I to w W-wie miejsca z
        ktorych Hlaske wywalano znalazlam w tym notesie.
      • Gość: Alicja Re: To był udany rok "1968"(wątek) IP: *.com.pl 14.06.05, 19:36
        Jakim szczęściem były chińskie gumki do mazania. I pierwszy składak w miodowym
        kolorze. Nawet lata były cieplejsze. W kwietniu chodziło się już w
        podkolanówkach (obowiązkowo białych). Nawet powietrze pachniało inaczej. To
        były nasze "cudowne lata".
        • xposer pachnące gumki 14.06.05, 20:14
          To one były ozdobą chinskiego piórnika zamykanego na magnes.A ozdoba szkolnej
          ławki była chińska gliniana temperówka i pisało sie chińskim długopisem i
          chodziło sie w chińskich bluzkach.Teraz UE nakłada na nich embarga - szczegół.
          Składaka musiał posiadać kazdy ..... no prawie. Mój był FLAMING i był biało-
          zielony.To na nim tak kiedyś wyrżnałem ze wylądowałem w Rybniku na dziecęcym z
          mocnymi potluczeniami i zdrtymi kolanami do kości...ale co tam ... Za to
          zroiliśmy na oddziale wyścig wuzków inwalidzkich i jazda na stojaku do
          kroplówek.Nie pamiętam kto wygrał ale pamietam jak lekarze poprosili moja mame
          żeby mnie jak najszybciej zabrała mnie do domu.Znowu lanie. pamiętam jak mój
          ojciec brał za pasa to sytuacja była cięzka...... naśladowałem pajaka
          uciekajacego po ścianach .Kolor miałem sliwkowy a i tak nic nie pomagało.
          moje chłopaki (dwóch mam)są przeciwieństwem mnie .Widać takie pokolenie.
          Pamiętam jak mama juz tak nie umiała ze mna wytrzymac i zaprowadziła mnie na
          milcje.Myślałem ze ze strachu narobie w gacie.To był od tej pory
          najskuteczniejszy straszak .Jka przejezdzała Milicja to uciekałem gdzie pieprz
          rosnie.Ale i tak broiłem ile wlazło.
          Na przeprosiny przynosiłem mamie kwiaty to tez było skuteczne na to co ze mna
          przezywała.
          AAAAAAAAAAAA
          Raz przegiołem .Przyniosłem mamie całe naręcze ...a tam narecze ... obiąć nie
          potrafiłem tulipanów zerwanych wprost z klombu pod Domem Partii.Mama mało
          zawału nie dostała,ale ojciec jaki był dumny z synka .... urosłem w jego
          oczach .To do dzisiaj, jak my wszyscy zatwardziały antykomunista.
          Dom partii zamieniono dzisiaj w Prokuraturę a ja z rozrzewnieniem patrze na
          sterczace na baczność tulipany ...... może kiedyś historia sie powtórzy?
          pozdrawiam
          • Gość: Beata Re: pachnące gumki IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.06.05, 10:17
            Dobre- miałam chińską gumkę i nie nawidziłam jak mi ją śliniono przed
            gumowaniem.Ale ten zapach .Pamiętam do dziś jak podgryzałam gumkę po maleńkim
            kawałeczku(to idiotyczne)żeby oprócz zapachy poczuć smak(był piekacy -pamietam)
            Fajnie powspominać.
      • Gość: adam fałsz IP: 83.238.200.* 16.06.05, 15:06
        mam identyczne wspomnienia... ale inną konkluzję...
        myślę że przeciętny Johan van der Graf z Pretorii podobnie wspomina czasy przed
        upadkiem apartheidu i też mu kołacze w głowie pytanie "skąd tu ci wszyscy
        ludzie? kiedyś było tak cicho i czysto..."

        atmosfera spokoju którą uchwycił między innymi polański w "nóż w wodzie" i
        wajda w "do widzenia do jutra" była złudna i spowodowana bandyckim systemem
        ucisku i kontroli

        ja jednak wolę to co jest teraz, choć tęsknię do spokoju, ciszy i pustych plaż
        i bardzo irytują mnie wszędobylskie rozwrzeszczane tłumy
        • po_godzinach Re: fałsz 16.06.05, 15:11
          "Do widzenia do jutra" był debiutem Janusza Morgensterna, nie filmem Andrzeja
          Wajdy. To tak gwoli ścisłości).
          • xposer szkoła .... "przyszła wcześnej" 16.06.05, 16:44
            Oprócz tego że broiłem co było stałym fragmentem gry w moim młodzieńczym życiu
            przyszedł czas na na naukę.
            Z racji tego że byłem bystry rodzice i pan psycholog po morderczej rozmowie ze
            mna stwierdzili jednoznacznie - NADAJE SIĘ - i poszedłem rok wcześniej doszkoły.
            Nie można było bardziej mnie ukarać niż tym ze musiałem do niej
            chodzić.Narażony na wieczne pośmiewqiesko i wytykanie ze jestem rok młodszy
            powodowało potężna niechęc z jednej strony i jeszcze większą niechęć do tego że
            to co pani uczyła w szkole ja to już wszystko umiałem.
            To że rok wcześniej poszedłem do szkoły załuję do dzisiaj.W klasie było nas
            dwoje takich orłów.Ja i koleżanka Elka K.(ona nauczyła mnie palic papierosy w
            trzeciej klasie... zaczęło się od Zefirów)
            Efektem buntu były wagary . Stanowczo odmawiałem rodzicom i pani w szkole ich
            systemu edukacji twierdząc że ja to dawno wszystko potrafię.I tak rzeczywiście
            było.Rodzice wywieżli mnie do dziadków do Chełma i tam napawałem sie beztroską
            lebrowania .Wpadałem od czasu do czasu doszkoły zaliczajac na 5 poszczególne
            semestry.
            Sielanka trwała przez pierwsze trzy lata szkoły podstawowej ,czwartą i piatą
            klasę przeszedłem bez oporów ....Miałem ,znaczy chyba jeszcze jest, nie pobity
            mój rekord ilości nieobecności w szkole w ciagu trzech lat.
            Od najmłodszych lat musiałem postawić na swoim i basta. Ale nie miałem przewagi
            w klasie jeżeli chodzi o przywództwo .... byłem za młody.Tak zostało do końca
            podstawówki .Wiodłem za to prym w brojeniu i dokuczaniu nauczycielom.Do końca
            piątej klasy nosiłem odznakę wzorowego ucznia.Potraficie to sobie wyobrazić?
            Te ostatnie trzy lata szkoły podstawowej opisze w szczególny sposób i przy
            innej okazji.
            Zawsze chciałem żeby ..... dorosłość mnie nie dopadła
            Do widzenia do jutra..........(to też mój "debiut") - Krzysztof
      • luccio1 Skąd tylu ludzi?! 16.06.05, 20:35
        boykotka napisała:
        > jeździłam z rodzicami do Karwi na "pole namiotowe" czyli
        > łąkę za wsią. Nigdy w życiu już pewnie nie zobacze tak czystej plaży. Byłam w
        > Karwi w tamtym roku. Brud, smrud i jakieś dzikie tłumy. Kiedyś do Karwi
        > przyjeżdzaliśmy my, jacyś państwo spod Warszawy i ludzie z NRD. Jezu skąd
        > tych ludzi się tam nabrało ?? Mamy jakiś wyż demograficzny ??
        > Bieszczady - drugie miejsce, gdzie jestem w szoku. Kiedyś jak się weszło na
        > Caryńską to można było tydzień iść i nikogo się nie spotkało. Dziś drugie
        > Tatry :(
        Nie mamy wyżu demograficznego - mamy (zauważony jakby mimo woli) element
        pozytywny czasów obecnych: ludzie mimo wszystko zaczęli mieć "w masie" więcej
        pieniędzy niż dawniej, mają za co jeździć na wakacje; drugie dobrze, że aż tylu
        zaczęło nadrabiać braki znajomości własnego kraju.
        Mogę jeszcze dodać życzenie, że być może doczekamy możliwości łatwiejszego niż
        dzisiaj przemierzenia na własnych butach szczytów takich jak Pikuj, Trościan,
        Sywula, Wielki i Mały Gurgulat, Połonina Dołha, Chomiak, Syniak, Doboszanka,
        cała grań Czarnohory od Howerli do Popa Iwana, wreszcie Czywczyn, Łostuń,
        Hnitesa w najdalszym kącie południowo-wschodnim u źródeł obu Czeremoszów - i
        liczne Kiczery, Magury, Gronie (z przymiotnikami i bez) - pamiątki kolonizacji
        wołoskiej, która stworzyła istniejące do dzisiaj oblicze kulturowe
        gór "prawdziwie polskich" (do Sudetów nie zdołała niestety dotrzeć - nigdy nie
        przeszła na lewy brzeg Odry, tracąc impet na Morawach w górnym biegu Beczwy).
    • xposer Re: To był udany rok "1968"(wątek) 15.06.05, 19:57
      Pamiętam...... Mama dorwała się robutek na drutach.Ojciec wychodził z siebie
      jak to widział bo mama według niego wtedy nie zajmowała sie domem.Efektem pracy
      były sweterki, czapki, szaliki no i nieśmiertelne kapcie z włóczki z
      pomponem.... jak nazywała sie ta włóczka?... Wiskoza !!! poprosiłem żonę o
      podpowiedz.A robiliście obrazy z przypalanej wiskozy przyklejanej do płótna ? a
      pieski na butelce? MASAKRA i pudełka z widokówek . Tandeta królowała w naszym
      życiu a raczj coś zamiast.
      Denerwował mnie fakt ,że trzeba było być cicho jak ojciec przychodził z paracy
      do domu - nie pojmuję do dziś.Pamiętam to "LUCCIO1"(pisłeś o tym w jednym z
      postów-dzięki - pisz jeszcze) Trzeba było chodzić na palcach albo wymusić
      wyjście na dwór. No i co wtedy było robić.... ja broiłem.Nie wiem do dzisiaj
      skąd mi sie brało tyle energi i pomysłów ,ale tak było.
      Jak sobie przypomne do czego człowiek był zdolny gdy rodziców nie było w
      domu.Moje mieszkanie (bloki z oknami na dwie strony ,1-piętro)stawało sie
      czasami punktem ostrzału z procy kolegów z sąsiedniego podwórka.W kazdym
      skrzydle okna stał kolega z wycelowaną procą i strzelalismy sie do bólu.Raz
      zabrakło nam haczyków do procy .... pamietam jak dzisiaj....zuzyliśmy wszystkie
      pomidory z parapetów na oknach ,które obronione przed złodziejami(mielismy
      ogródek działkowy) czekały aż dojrzeją.
      Znowu łomot.
      Jeszcze ktos tam oberwał ze starszych osób przypadkowo i jeszcze na drugi
      dzień pani w szkole wpisała mi uwage bo jej ktoś na mnie doniósł.
      Łomot następny.
      Pamiętam ,że ojciec potrafił mnie zlac za to że jak przyszedł po mnie do
      przedszkola to byłem spocony i nie mógł mnie zabrac żebym sie nie przeziebił
      (pare razy tak było)Mama lała mnie w ten sposób ,ze za jedną litere z imienia i
      nazwiska dostawałem uderzenie pasem i musiałem głosno literować.Potem kazała mi
      sciagać spodnie i majtki i ogladała jakie mam siniaki.Konsekwencją tego
      wszystkiego było coś co opiszę kiedyś .... nie myślcie że byłem bierny.
      Mam dwóch synów ale nigdy nie byłem w stosunku do nich taki jak moi rodzice a
      ojciec szczególnie.Brzydze sie jak pomyslę ze miał bym być taki.Fakt że raz
      czasami dwa razy w roku nie wytrzymuje ale nie mamy żalu do siebie.Przy jednym
      z moich podwórek na których się wychowywałem brat kupił mieszkanie więc jak
      tylko mam okazje tam byc to wspominamy i zarywamy boki.
      Zapominamy o problemach ,kłopotach .... chociaż na chwilę to powoduje pozytywne
      wibracje ....
      Zycie nigdy nie bedzie już takie same....
      pozdrwiam
      • luccio1 Podwiązki Mamy - i inne rzeczy 15.06.05, 21:47
        Z czasów, gdy u schyłku lat 50. byłem kilkulatkiem, pamiętam bardziej jeszcze
        podwiązki Mamy na tle jakiegoś odrapanego muru - obraz kojarzący się z każdym
        spacerem i każdym wyjściem na zakupy, co jeśli nawet nie oznaczało długiego
        stania, to zawsze rundę po wielu sklepach i placu, liczoną od godziny-dwu w
        górę. Mama, mając kłopoty krążeniowe (żylaki z zakrzepami) starała się
        świadomie, aby inne części organizmu nie pracowały pod obciążeniem, stąd m.in.
        przyjęła jako zasadę: skoro potrzeba staje się dokuczliwa, należy się załatwić -
        gdzie, sprawa drugorzędna. A że w tamtych czasach w mieście poza domem nie
        było dokąd pójść (z lokalu matkę z dzieckiem proszącą o możliwość skorzystania
        z toalety po prostu wypraszano, wskazując drzwi na ulicę), pozostawało kucać
        gdziekolwiek i znieczulić się na to, że ludzie patrzą. (Skąd inąd np.
        rezygnacji z wypicia herbaty przed wyjściem na zakupy, "bo potem nie będzie
        dokąd pójść", Mama nie uznawała).
        Zmieniając trochę temat: ani Tato, ani Mama nigdy nie podnieśli ręki na mnie,
        ani na Siostrę. Co do mnie, byłem z usposobienia spokojny, jeśli wybuchałem,
        kończyło się to na krótkim krzyku. Nigdy nie odczuwałem nadmiaru energii,
        zawsze niedobór; być może dzięki temu i mnie, i Rodzicom udawało się z góry
        rozładować konflikty wynikające z ciasnoty (było to po prostu wzajemne czucie
        swoich spojrzeń, swoich oddechów...). Przebywałem poza domem ile mogłem,
        głównie samotnie zwiedzając Kraków, przy czym stopniowo coraz bardziej
        oddalałem się od domu. Rodzice jakoś mieli do mnie (i do Boga) zaufanie, że nie
        wdepnę gdzie nie trzeba.
        Aż do ostatnich lat życia Mamy, gdy byłem już w domu tym najwcześniej
        wstającym, stale pamiętałem, by spakować się do pracy wieczorem na rano, a
        ubrania wyjąć tak, by wstając w zimie, gdy nie było jeszcze światła dziennego,
        nie błyskać niepotrzebnie światłem sztucznym (w ostateczności posługiwałem się
        latarką, w której zasuwałem czerwoną szybkę). Stąd wzięło się także mnóstwo
        lampek-grzybków porozmieszczanych we wszystkich kątach, i plątanina
        prowadzących do nich przewodów, ciągnących się wzdłuż listwy przypodłogowej.
        Dziś, w nowym mieszkaniu, mogę dopiero, nadal będąc wstającym najwcześniej (5-6
        rano), przejść z pokoju Żony - zarazem naszej sypialni małżeńskiej - do mojego
        gabinetu, tam zaświecić lampy na obu biurkach i przy nich ubrać się, spakować,
        czasem też napisać parę słów, gdy wpadnie akurat myśl warta utrwalenia...;
        poświata wpadająca przez wąskie drzwi łączące oba pokoje w żadnym razie Żony
        nie zbudzi.
        Z domu rodzinnego pamiętam też jako zmorę: mają przyjść goście, wobec czego
        muszę złożyć wszystkie moje papiery ze stołu - a potem rozłożyć na nowo - a tu
        akurat goni mnie termin pracy seminaryjnej (wszystko to działo się w czasie,
        gdy nikomu nie mógł się przyśnić komputer w domu - a mechaniczne maszyny do
        pisania UB zabierało podczas rewizji jako narzędzie działalności godzącej w
        podstawowe interesy państwa).
        To na razie tyle. Pozdrawiam. Łukasz.
        • po_godzinach Re: Podwiązki Mamy - i inne rzeczy 16.06.05, 11:30
          Ogromnie wzruszające są te Wasze wspomnienia.
          Na chwilę oderwały mnie od rzeczywistości i bezwiednie kazały i mnie przenieść
          się w czasie.
          Co zobaczyłam?

          Raz na jakiś czas - nie wiem, czy było to raz w miesiącu, czy rzadziej - Mama
          zabierała mnie na Duże Zakupy. Trwały one bardzo wiele godzin. Uciążliwe
          chodzenie po zakurzonych, ludnych ulicach, przymierzanie butów, sukienek,
          wybieranie nici do haftu, pończoch, bielizny wytrzymywałam bez marudzenia tylko
          dlatego, że w do rytuału należała "przerwa obiadowa", czyli obiad w dobrej
          restauracji. Nie wiem czemu, ale - choć mogłam jeść najwymyślniejsze dania -
          zawsze wybierałam omlet z groszkiem). Myslę, że chodziło mi nie tyle o
          jedzenie, co o samą atmosferę tego miejsca.
          Ukoronowaniem dnia jednak było coś innego: gdy obie zmęczone, z licznymi
          paczkami i pakunkami lądowałyśmy na koniec w kawiarni "Cyganeria", gdzie pewien
          starszy pan grał na fortepianie. Mama piła swoją kawę, ja zjadałam swój torcik.
          Pewnego razu ów pan przysiadł się do nas, a właściwie do mnie i rozmawiał ze
          mną, jak mi się wówczas wydawało, długo - całkiem, jak z dorosłą ososbą. Bardzo
          to mnie wówczas nobilitowało.
          Byłąm całkiem małą dziewczynką, ale do dziś - być może dzięki tym
          doświadczeniom - w każdej restauracji na świecie czuję się, jak u siebie).
    • Gość: xposer Re: To był udany rocznik "1968"(wątek) IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.06.05, 20:23
      To był udany rocznik "1968" - tu wkradł się bład ale zapraszam do wspomnień
      wszyskie roczniki
      • xposer Re: To był udany rocznik "1968"(wątek) 16.06.05, 10:01
        Te Wasze bardziej osobiste opowiadania,które czytam np.o podwiazkach
        mamy ,które powodują zalewanie łzami klawiatury mojego komputerka i te bardziej
        emocjonalne o brudnym jeziorze Białym (nie potrafię odżałować tych 30 lat
        przerwy w odwiedzeniu tego miejsca.Ale przyżekam ,że będę tam w tym roku)o
        Krakowie, w którym tyle się działo a opowiada o nim Łukasz (pomieszkiwałem tam
        jakiś czas z mama kiedy studiowała zaocznie i co jakiś czas przyjeżdzała
        zabierając mnie i waletowałem w żeńskim akademiku).Ale wszystkie te wspomnienia
        powodują zalew wspomnień, które dzisiaj chce wam przedstawic.
        Apropos podwiazek (moje skojazenia)
        Zastanawiam sie dlaczego akurat takie obrazy zapadaja w pamięc i czasami
        rozumię teraz po latach gdy zamierzam je opisac ,co wniosły w moje zycie.
        Nie powiem briołem ile wlazło ale miałem swoje zasady których sie trzymałem.
        Przynoszenie mamie kwiatów to jedno, ale miałem jeszcze jeden szarmancki
        zwyczaj.
        Po szkole, jak przychodziłem do domu, otwierajac drzwi kluczem, ktory
        albo wisiał na mojej szyji, albo był pod wycieraczką o czm czasami informowała
        kartka włozona w drzwi.Brałem się za lekcje ,albo nie, ale jedno robiłem
        zawsze: wypatrywałem z okna mame, kiedy będzie wracać z pracy ,zeby wybiec do
        niej jak na skrzydłach i pomóc przynieść do domu zakupy - to była
        świętość.Pamiętam raz mama mnie zaskoczyła ,pojawiajac sie w domu zanim
        wypatrzyłem Ją z okna.Stanąłem jak wryty.Mam stała w drzwiach w podartych
        rajstopach i zakrwawionumi kolanami i łokciami ,rozwalona torbą z
        zakupami......Płakała.
        Wytłumaczyła szybko ,że spieszyła sie do autobusu i wywróciła się .Nie
        było by wtym nic dziwnego poza tym ,ze mama ma łuszczyce na kolanach i łokciach
        i te otarcia spowodowały większy wykwit .To ją bardziej denerwowało niż
        zniszczone zakupy czy ubranie.Zrozumiałem to teraz czym dla kobiety jest uroda.
        Dzisiaj łuszczyca mamy jest prawie doskonale zaleczona i nadal wyglada
        atrakcyjnie .... to dobrze.
        Takie skojarzenia nasunęły mi sie jak czytałem o podwiazkach mamy Łukasza.
        Ale to nie wszystko .Ponieważ większość mojego dziecinstwa spedziłem u dziadków
        to pamietam babcine barchanowe majty .To takie co nie przecierały się w kroku
        tylko na kolanach.Ja mówiłem na nie BOMBARDÓWY . I jednego dnia babcia
        uszczęśliwiła mnie wnusia mini bombardówami.Wsydziłem się sam przed soba jak
        rozbierałem wieczorem spodnie albo jak ich długość odciskała się spod nogawek
        spodni. Nawet teraz przeszył mnie dreszcz.
        W czasach przedszkolnych, kiedy mieszkałem z rodzicami ,zawsze rano gdy
        wstawałem do przedszkola , a budził mnie budzik i musiałem wyprawić sie sam.Na
        stole obok łózka stało sniadanie i dyzurne kakao.Zjadałem i wychodziłem z
        domu.Ale czy do przedszkola? Zdarzało sie ze tak. Bardziej wolałem iść do domu
        mojej opiekunki , która wolałem od przedszkola ,do którego było przez ruchliwą
        ulicę i zawsze kogoś musiałem prosić żeby mnie przeprowadził.Ale za to u pani
        Zachradnej?(a żyje do dziś i odwiedzam ją).To był raj ,pozwalała mi prawie na
        wszystko ,cud kobieta.Nauczyła gotować mnie "wodzionę" ..... mmmmmmmm.... jaka
        ona była pyszna.Jest to rosół gotowany na kołku od kiełbasy z czosnkiem i
        powrzucany rozdrobniony chleb - pychota.Byłem dumny z siebie kiedy mama
        pozwalała mi ją samemu gotować w domu.
        Jednego dnia zamiast budzika obudził mnie płacz mamy ,ojciec który nie
        poszedł do pracy i ogromna krzątanina w domu. Wyszedłem ze swojego pokoju i
        zobaczyłem mame z zakrwawionymi nogami .Przypomniał mi sie autobus, ale nie ,no
        bo jak ,co?Mama przez łzy mówiła z żalem jedno słowo. Nie rozumiałem znaczenia
        tego słowa miałem wtedy 5 lat więc nie wiedziałem co to słowo znaczy ale je
        zapamietałem bo wiedziałem ,że to nie oznaczało nic dobrego, że nawet tata nie
        poszedł do pracy i mame zabrało pogotowie.
        Minęło cztery lata. Nie wiem i tego nikt nie wie kto to miał być ,ale
        brat urodził się w lutym 77 roku ... dziewięć lat po mnie.Na chrzcie dali mi
        Krzysztof
        • xposer Re: To był udany rocznik "1968"(wątek) 16.06.05, 11:55
          Tak ....emocje pootrafią czasami wziąsć góre nad snem .Widze po wpisach ,że
          wstać moze było dzisiaj trudniej i sny pewno były jakieś dziwne.
          Zażywam ostatnich dni luzu.Ale zapewniam ,a sam jestem w szoku ,że mam tyle
          wspomniń ,że prędko sie nie skonczą.
          Mija trzeci dzień kiedy opisuje swoje dzieciństwo i nie macie pojęcia ile
          rzczy potrafiłem zrozumieć ,ile pytań na raz znalazło odpowiedz.
          Róznice w wychowaniu własnych dzieci .Odgadywanie czy spełniło sie ambicje
          rodziców co do nas.Nawet zrozumienie teraz po latach ze jednak rodzice mieli
          rację i ze postępowali, czy postąpili słusznie.
          Przykłady nie pomogą bo kazdy ma swóje zakodowane w umyśle obrazy.Nawet teraz
          odgaduję sens ich zapamiętania
          "Nie ma skutku bez przyczyny".
          Chociaż czasem zastanawiam się dlaczego az tyle pamiętam .Czy dlatego żeby
          przedwczoraj usiaść i rozpocząć pisać ten wątek?.............. może.
          Nie mam pojęcia jaki skutek odniesie to co piszę ale wiem jedno że sprawia mi
          to ogromną radość i pisania i czytania waszych postów.
          pozdrawiam
          Krzysztof
        • luccio1 Re: To był udany rocznik "1968"(wątek) 16.06.05, 22:31
          Rocznik 1968, czy też 1954 może być udany - czasy zdecydowanie nie. Przykład z
          podwiązkami pokazywanymi przez moją Mamę na Plantach wyciągnąłem, aby pokazać,
          jak w tamtych czasach spod pozornej sielanki nagle wychodziło całe dziadostwo
          życia codziennego mające praprzyczynę w systemie. Później, na przełomie lat
          70./80. były to - też na Plantach, tylko w trochę innym miejscu - podwiązki
          starszych pań w kostiumach i kapeluszach, widoczne nieopodal kościoła św. Anny
          po każdej Mszy, niedzielnej i nie tylko - kościół uniwersytecki, ściągał ludzi
          ze wszystkich końców miasta, czekała potem długa droga komunikacją miejską do
          domu, a przedtem trzeba było jakoś uporać się z podstawowym problemem
          stwarzanym przez organizm, a nie było żywcem jak ani gdzie (przy kościołach WC
          dla wiernych w tamtych czasach nie bywało).
          Ja sam w domu rodzinnym zawsze miałem łazienkę i WC tylko do naszej dyspozycji,
          pierwsze mieszkanie Tato specjalnie przerobił pod tym właśnie kątem; zawsze
          przestrzegaliśmy w domu tego, że człowieka idącego do klozetu należy zostawić w
          spokoju za zamkniętymi drzwiami (gorzej, kiedy byli u nas goście: wtedy trzeba
          było odkręcać ciepłą wodę, żeby leciała na próżno do wanny - do tego jeszcze
          huczała terma, a gaz palił się po nic). Poza domem, gdy potrzeba dopadła, był
          to koszmar, w szkole nie mogłem aż dopiero w liceum; w pociągu też koszmar, a
          na dworcu PKS, gdzie miałem 5 albo 10 minut między jednym a drugim autobusem, a
          do toalety długaśna kolejka, to już zupełny horror (w tej właśnie sytuacji
          zazdrościłem Mamie umiejętności szybkiego kucnięcia w "korytarzu" między dwoma
          autobusami stojącymi akurat na boku placu manewrowego). Być może dlatego
          spośród przejawów dziadostwa komuny ten właśnie zapadł mi szczególnie w pamięć.
          Poza tym: Mama miała w nogach żylaki i zakrzepy nie do operacji. Sprawa
          zaostrzyła się po moim przyjściu na świat - całe lata każdy krok był bólem,
          ostrym albo tępym. Od połowy szkoły podstawowej ja zacząłem sam chodzić na
          zakupy - najpierw tam, gdzie trzeba było dźwigać, a nie była potrzebna wyższa
          wiedza towaroznawcza (ziemniaki, jarzyny, chleb); potem, w epoce kartkowo-
          kolejkowej robiłem zakupy niemal wyłącznie ja. Że czegoś akurat nie ma, była to
          dla mnie od dziecka sprawa oczywista: pamiętam z wieku przedszkolnego
          nabożeństwo majowe - koniec Mszy św., pieśń "...wiarą ukorzyć trzeba zmysły i
          rozum swój, bo tu już nie ma chleba, to Bóg, to Jezus mój..." - i moje myśli
          przedszkolaka: "tu już nie ma chleba...?" - no pewnie, że nie ma, jest już po
          południu, to nie ma chleba, rano był - o czym tu w ogóle śpiewać?!
          Od dawna w tygodniu jadaliśmy w stołówkach (ze stołówką pożegnałem się dopiero
          dzięki Żonie, po tym, jak żołądek ogłosił zdecydowany protest); w niedzielę
          Tato gotował obiad, gdy Jego zabrakło, ja przejąłem ten obowiązek - Mama
          zajmowała się tylko "wykończeniem".
          I jeszcze: wspominałeś, Krzysztofie, o Kimś z rodzeństwa, kogo nie zdążyłeś
          zobaczyć. Ja też mam kogoś takiego, kto mnie poprzedził - organizm Mamy
          odrzucił go poprzez poronienie samoistne. Mama powiedziała mi o tym dopiero
          krótko przed chorobą prowadzącą już ku śmierci - przedtem lata wydawało mi się,
          że byłem pierworodnym, gdy naprawdę jestem tylko najstarszym żyjącym; po mnie
          Siostra 9 lat młodsza, a potem wg wskazań lekarskich nikogo już być nie mogło i
          nie powinno. Ślad tego kogoś pierworodnego znalazłem całkiem niedawno w
          dzienniku Taty - gdyby żył, to on byłby Łukaszem (Tato był święcie przekonany,
          że ten pierworodny będzie synem).
          Bywa, że czuję się zagubiony w czasie dzisiejszym - ale gdy rzecz gruntownie
          przemyślę (w czym pomaga mi fakt, że jestem z wykształcenia historykiem),
          upewniam się w tym, że do tamtego czasu nie chciałbym wracać.
          Pozdrawiam serdecznie. Łukasz.
          • xposer Re: 51 lat ...... to dobry wiek 16.06.05, 22:59
            Zamysł był taki zeby zjednac rocznik '68 ale wkradł się hochlik i zamiast w
            tytule rocznik 1968 wyszedł rok 1968.Absolutnie nie mam zalu do nikogo że kazdy
            kto się "wpisał" odczytał tytuł po swojemu.Dla mnie to naprawdę nie robi
            różnicy.Wręcz przeciwnie.Zapanowała jedność, a myślę, że dołączy więcej osób,
            które czują ,ze to tutaj znajdą swój wentyl bezpieczeństwa.
            Piszac swoje wariackie wspomnienia i czytajac Wasze powstaje z tego
            (przynajmniej dla mnie) refleksja nad Światem moim i Waszym .Rodzą sie pytania
            co by było gdybym to ja był taki jak np Łukasz czy każdy z Was ,którzy
            napisaliście,czy Wy myślicie podobnie? Ale jak popatrze na to jaki byłem a kim
            jestem teraz to sam zachodze w głowę skąd taka transformacja(ale mimo wszystko
            nawet dziś potrafi mi nie zle palma odbić.... nie mam z tym problemów.
            Szkoda ,zeby życie ostygło
            51 lat to dobry wiek ....można założyć że lepszą jego częśc ma się przed sobą.
            Moje dzieci nie nawidzą historii..... ja byłem dobry...zostałem handlowcem
            Krzysztof
    • allexa Re: To był udany rok "1968"(wątek) 15.06.05, 20:56
      Hmmm...fajne wspomnienia:)). Czuję jakby włączył mi się.....wsteczny;). Kurcze, w 1968 roku miałam już (aż!) sześć lat!. Przemknął mi na moment taki obraz: niepokój w oczach Rodziców kiedy w srodku nocy wybudził nas łoskot czołgów ciągnących na Czechy. Ale to tylko epizod - polityka w kąt!
      .....Uśmiecham się z rozrzewnieniem na wspomnienie mojego "królestwa zabawek": wózek z lalą z mrugającymi oczami, która wydawała dźwięki miauczącego kota kiedy przechylałam ją z wielkim nabożeństwem by czegoś nie uszkodzić:) - to wersja niedzielno-świąteczna. Na codzień miałam lalkę z twardego kauczuku z namalowanymi koszmarnie oczętami i czerwonymi usteczkami:)). I tak byłam szczęściarą - koleżanka z piętra zawijała w materiałowe ścinki...pałkę do ucierania babki:)))). Reszta moich zabawek mieściła się na kuchennym
      taborecie..:). Za to godzinami z wielką wyobraźnią potrafiłam bawić się.....papierkami po cukierkach:)). (ciekawe co by na to dzisiaj dobry terapeuta?;) )
      Książki - łykałam. Zupełnie odwrotnie niż moje dzieci, które patrzą na mnie dziwnie kiedy proponuję nieśmiało: "może coś poczytacie"?. MAMOOOOO!!! - rzucane ze zgrozą zza ekranu komputera, ucina definitywnie temat.
      ......Do czasu pójścia do szkoły, podwórko osiedlowe przygarniało od wczesnych godzin rannych blokową dzieciarnię. Pamiętam spuszczaną na włóczkowej nitce papierową torebkę po cukrze w której była pajda chleba ze smalcem, bo szkoda było czasu by zjeść go w domu przy stole. Wystarczało, że jeden osobnik pałaszował grubo uciachaną kromę, a zaraz rozlegały się wrzeszczące głosy innych: "mamooooo.....rzuć mi chleba ze smolcem". :)).
      Oooo....pamiętam jeszcze smak moich ulubionych cukierków dzieciństwa - kopalniaki. To były jedyne słodycze, które przyswajałam. Czekolada była "łapówkowym" towarem, więc to chyba dobrze, że jej nie cierpiałam;))).....
    • xposer W czasie deszczu dzieci się nudzą ..... 17.06.05, 08:36
      W czasie deszczu dzieci się nudzą .....
      Nuda, powodowała u mnie wyszukiwanie coraz to nowych psikusów , dziwnych zajeć
      itp.
      Pamiętam jak bardzo czesto mieliśmy róznego rodzaju gości w domu ,sąsiadów .Od
      imprez aż grzmiało w naszym domu .przy kazdej okazji ojciec (uprzednio
      wyganiając mnie z pokoju ) wyciagał "świrszczyk"ku uciesze meskiej części
      towarzystwa.Ojciec jezdził co jakiśczas na zarobek na zachód i zawsze jakieś
      pisemko przywoził w wielkiej konspiracji przed celnikami.
      Ja w drugim pokoju z córką sasiadki bawiłem sie w doktora....nakryli nas w
      koncu ....dostaliśmy taki łomot, że nie pytajcie, Aśka piszczała jak zarzynane
      prosie.Pare miesiecy wstecz po niewidzeniu sie 10 lat wspominaliśmy to przy
      dobrym koniaczku zaśmiewając się do łez.
      A więc ja w czasie deszczu podczas ogromnej nudy i bycia sam w domu (po
      pomidorowej wojnie dostałem całkowity zakaz wpuszczania do domu kogokolwiek)
      postanowiłem odnaleźć te "Swierszczyki".Przy moim sprycie trwało to krócej niż
      chyba ojcu wymyślenie na nie kryjówki.
      Łaaaaaaał ależ tam były kobiety.Zaraz zwołałem całe podwórko pod drzwi bo to
      mogłem robić i pokazywałem kolegom nagie panie ku uciesze starszych kolegów u
      których nabrałem ogromnej wartości.Wiadomości rozeszły sie lotem
      błyskawicy.Starsi koledzy zaczepiali mnie na podwórku i prosili żebym im
      pokazał jakiegoś "świerszcza".Wynosiłem je nawet do szkoły na religie .....
      musiałem zawsze wieśc prym.....do rodziców nikt nie doniósł.
      Skóra odpoczęła na jakiś czas od pasa
      Taaaaak....... zawsze przewodziłem na podwórku .Obojętnie czy byłem rycerzem w
      pelerynie z koca i patykiewm zamiast szabli ,czy dowódcą na naszej (mojej)
      wojnie,którą zawsze wygrywałem.Nawet organizowałem zawody kapsli na podwórku
      rysujac w domu plakaty ogłoszeniowe o majacej odbyć się imprezie.Wieszałem je
      na naszym podwórkowym słupie.Dla zwycięzcy poświęcałem moje autko na resorach
      (mając nadzieje ,ze to ja jednak wygram - było różnie)
      Byłem i jestem nie do zdarcia.
      Pamiętam pierwszy , ale to pierwszy polski magnetowid na takie specyficzne
      kasety.Katowałem ojca ,ze tez musimy coś takiego mieć w domu.Na dowód tego
      namówiłem kolege, posiadacza takiego magnetowidu zeby przyszedł z nim do nas bo
      mamy kolorowy TV i będzie fajnie oglądnąć jakiś film.Jedyny film jaki udało mi
      się wtedy załatwić to był ........uwaga......... "Mesalina coś tam cos
      tam .Zaprosiłem kumpli i razem z moimi rodzicami zasiadłem do ogladania .Ojciec
      pękł po 10 minutach i stwierdził że ma coś do zrobienia w piwnicy(tłumaczyłem
      mu ,ze przecież tam nic takiego nie widac - wyszedł) mama nerwowo chwyciła za
      druty delikatnie nakłaniając nas do wyłączenia tego filmu.Gdzie
      tam .....zobaczyliśmy cały .Mam tez zerkała z za drutów i tworzonego nerwowo
      sweterka .Strasznie się bała co powie tata(bała i boi się go do dziś)
      .............Minęło chyba 10 lat zanim tata kupił magnetowid.
      Krzysztof
      • downunderguy [...] 17.06.05, 13:39
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • xposer .....Handel stał się moją pasja 18.06.05, 11:28
      Handlem zajmowałem się odkąd pamiętam .Jako mały chłopiec zbierałem papierki po
      gumach donald , jak wspominałem miałem kupę autek na resorach i wiele innych
      dziwnych rzeczy ogólnie byłem zbieraczem wszystkiego. ”Kaliłem „(zamieniałem)
      się potem z kolegami na różne inne pierdoły. Mam wyrywała włosy z głowy gdy
      przychodzili rodzice kolegów z prośba o zwrot jakiejś tam rzeczy z która ich
      dziecko wymieniło się ze mną .A to coś tam sprzedałem, ogólnie zaczynałem sobie
      radzić .Takie, między innymi były pierwsze jego ojawy objawy.
      Pojechałem z mamą na 3-tygodnie do Budapesztu na wczasy Na początku entuzjazm.
      Wyspa Św. Małgorzaty i Palatinus (kompleks basenowy).Wzgórze Gelerta i basen z
      otwieranym dachem ,łaznia parowa …każdy to zna z filmu C.K. Dezerterzy.
      Parlament , piękne miasto….. mały Wiedeń (porównałem swego czasu) .Baseny ze
      sztuczną fala, gorące źródła(znowu muszę sobie obiecać ze znowu tam pojadę).
      ……..Ale pojawił się biznes .Zbieranie i sprzedaż butelek po piwie (2
      forinty/szt).Butelki walały się wszędzie .Całe dnie spędzałem na ich zbieraniu.
      Wyspa Św. Małgorzaty była opanowana przeze mnie, z parkiem botanicznym włacznie
      (jest jeszcze taki piękny?) Inne dzieci bawiły się w basenach a ja zdobywałem
      kolejne flaszki. Nie czułem i nie czuję nawet dzisiaj żadnego obciachu. Mama
      była szczęśliwa że mam zajęcie, że po węgiersku się dogadam rękami to się nie
      zgubię no i że nie broję ….znowu się myliła – szczegół. Pamiętam dwa
      komunikaty wygłaszane przez megafon. Brzmiały tak: Waria ochondusz am
      bejarotnal. A drugi był: Waria ochondusz am bemondonal (przepraszam tych co
      znają węgierski – napisałem jak słyszałem) Nie mam pojęcia co oznaczały te
      komunikaty ale w takiej postaci je zapamiętałem. Mój brat, trzy –letni szczyl
      zobaczył jak murzyn kąpie się pod prysznicem używa do tego celu min.
      szmponu .Mój naiwny braciszek myślał że ten murzyn jest czarny od tego szamponu
      i całymi dniami przesiadywał z szamponem pod prysznicem myjąc się nim chcąc być
      tak czarny jak ten pan. Nijak nie dało mu się tego wyperswadować, ale za to
      był z nim święty spokój.
      Za zarobione 1000ft.(500 sprzedanych butelek )kupiłem sobie całe wyposażenie do
      szkoły z kpl 30-kolorowych mazaków ,pachnące gumki, metalowa temperówka,
      piórnika składanego(ważne),torby w kształcie trampka(Nike) i spodni
      sztruksów .Czułem się jak krezus chociaż wydałem wszystkie pieniądze. Byłem
      dumny że stać mnie było na aż tyle….Miałem 12 lat
      Mama była szczęśliwa ze syn sobie poradził
      ..... Tak zostało na długo(jest)jak chciałem "zjeść rybę brałem wedkę żeby ją
      złowić"...uczyłem sie zycia
      Ojciec w tym czasie zaiwaniał w Wiedniu u gościa który odrestaurowywał antyki
      i starocie. Cały nasz dom kipi od tego żelastwa i innych rupieci.Dom rodziców
      bo nie mieszkamy razem. Ojciec tak w ogóle pracował na kopalni jako kierownik
      narzędziowni .Pensję miał dołową a pracował na powierzchni. Zawsze dorabiał
      fuchami, klepał samochody dyrektorom kopalni i w końcu poszedł na swoje. Od ok.
      18 lat ma swój zakład blacharstwa samochodowego.
      ………. Śląsk na stałe wbił się w moje życie. Planuję to jednak w przyszłym roku
      zmienić
      Zanim zawodowo zająłem się handlem, miałem jeszcze wiele przygód z taki modelem
      zarobkowania jako dziecko.Kiedyś je opisze

      Wczoraj dostałem wiadomość że z dotychczas trzech województw nad którymi
      sprawuję pieczę tj. śląskie, małopolskie i opolskie od 01.07 dostanę jeszcze
      świętokrzyskie i łódzkie i 200 do podstawy netto (stówa za województwo!?) – co
      zrobić …. Życie . Cholera to po to się szkoliłem pół roku w Stanach żeby teraz
      mi jeszcze dołożyli?
      Z czasem będzie kiepściutko i ”urlop” się kończy

      Krzysztof
    • xposer ......koniec wymusza ciąg dalszy 19.06.05, 13:30
      Czy tak będzie i tym razem? (...)
      Krzysztof

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka