Dodaj do ulubionych

Wy(wczasy) w PRL-u : )

08.08.05, 08:19
czyli o wakacjach, wypoczynku i czasie wolnym : ) w wymiarze naszym
dzielnicowym...
wiadomym jest, że władze PRL-u chciały kontrolować i tę sferę życia
obywateli... zafundowały nam Fundusz Wczasów Pracowniczych w ramach
wypoczynku zorganizowanego, Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze,
rajdy szlakami Polski Ludowej, młodzieżowe domu kultury, świetlice, pałace
młodzieży, kaowców, prelekcje, spartakiady, turnieje zakładowe, kolonie z
gimnastyką i apelami, ZMP, Stowarzyszenie „Ognisko”, TPD, „pociągi
przyjaźni”, książeczkę autostopowicza... do tego „Świat Młodych” i „Poznaj
Swój Kraj” (prenumerowałam ; )) zbiórki makulatury i korespondowanie po
rosyjsku z drużbą z ZSRR : )
napiszcie, co pamiętacie nt. spędzania czasu wolnego w PRL-u... czy na Pradze
Pd. działały jakieś świetlice, towarzystwa młodzieżowe? co działo się w
przedszkolach, szkołach grochowskich/ gocławskich? jak spędzaliście czas
wolny jako dzieci? jak rodzice organizowali Wam wakacje w mieście? czy
należeliście to jakichś subkultur (np. bikiniarzy : ), klubów? organizacji?
gdzie wypadało bywać w wieku licealnym, a gdzie bywać trzeba było
obowiązkowo? czy robiliście władzy jakieś psikusy? które miejsca/ wydarzenia
były szczególnie lubiane przez władze? jak wyglądała propaganda pd-praska?
czy chodziliście na „poranki” do kina 1 Maj albo Sokół? na spotkania z
pisarzami młodzieżowymi? jaki był podówczas repertuar Teatru Powszechnego?
gdzie i jakie koncerty się odbywały? czy organizowano Wam wycieczki do
zakładów pracy, fabryk? uczestniczyliście w jakimś czynie społecznym? ; )
powspominajmy, póki jeszcze kawałek lata przed nami : )
em.
Obserwuj wątek
    • esmeralda_pl Re: Wy(wczasy) w PRL-u : ) 08.08.05, 09:21
      ja zamieszkałam na Pradze Pd. w 1992, ale wcześniej jako mieszkanka Pragi Pn.
      chodziłam z rodzicami do TKKF Rusałka na plażę (teraz tam jest
      najbardziej "trendi" miejsce w Wawie) ora na Lato w mieście...
      a na wczasach buliśmy kiedyś w NRD (widziałam lajf E. Honeckera) i na Węgrzech
      (w dniu kiedy przyjechaliśmy zmarł Kadar)
      • andrzej_b2 Re: Kolonie letnie w PRL-u 08.08.05, 11:39
        No to powspominajmy! W połowie lat 50-tych, przez kilka sezonów, jeździłem na
        kolonie Miejskich Zakładów Komunikacyjnych w Sobieszynie nad Wieprzem.
        Miejscowość ładna, dawna własność Sobieskich, potem Kickich z pałacem i grobami
        rodzinnymi w sąsiadującym kościele. Turnusy trwały 4-tygodnie, przez obydwa
        miesiące wakacyjne. Cały pobyt był dla dzieci atrakcją, a zaczynało się już od
        wyjazdu. 1 lipca i 1 sierpnia, spod zakładów na Woli wyjeżdżaliśmy czterema
        czerwonymi autobusami. My, dzieci brudnych podwórek zrujnowanego miasta,
        miałyśmy okazję nie widzieć gruzów i rumowisk, a piękne ubarwione pola. O
        weekendach i wypadach samochodowych za miasto nikt wtedy nie słyszał.
        Jako jeden ze starszych chłopaków zawsze byłem wybierany na tzw. „pomoc
        wychowawcy” i dodawany do młodszych grup. Dziwna funkcja, która nie dawała
        żadnych przywilejów ani korzyści a tylko kłopoty i użeranie się ze smarkaczami.
        Sam nie wiem dlaczego wyrażałem na to zgodę. Może dlatego, że dzieci zwracały
        się do mnie per „druhu”, może imponowało mi komenderowanie nimi, a może
        zbliżenie do elity wychowawców? To ostatnie szczególnie umieli oni wykorzystać,
        wśród naiwnych starszych chłopców, zwykle czarną robotę zwalając na nich.
        Mieszkaliśmy w salach szkolnych liceum ogólnokształcącego w Sobieszynie,
        adaptowanych na czas wakacji na pomieszczenia kolonijne. Koloniści, łącznie z
        wychowawcami, spali w salach ok. 30 osobowych, z latryną na podwórku. Tylko
        kierownik (p. Lipski, później p. Wolframowa) i intendent (niezmiennie p.
        Wójcicki) – dwie osoby administracji – oraz starsze wychowawczynie miały
        oddzielne pokoje w budynku mieszkalnym nauczycieli liceum. Lekarzem kolonijnym
        był młody wówczas adept medycyny dr Magdzik, później prof. AM, szef głównego
        zarządu epidemiologicznego (nie wiem czy poprawna nazwa?). Życie było
        zorganizowane w systemie harcerskim, z druhem drużynowym (p. Wereszczak), na
        czele. Uczono nas przedwojennych pieśni i piosenek zespołowych, wcale nie
        żadnych komunistycznych, nie było też żadnych pogadanek doktrynalnych. To bez
        wątpienia zasługa wychowawców. Codziennie rano i wieczorem apel zakończony
        odśpiewaniem hymnu międzynarodowej organizacji młodzieży demokratycznej
        („Naprzód młodzieży świata”). I to jedyny akcent indoktrynacji komunistycznej,
        a że melodia wpadająca w ucho, więc nikomu nie przeszkadzało (pamiętam do
        dziś). Nawet w niedzielę można było chodzić do pobliskiego kościoła, nikt nie
        zabraniał ani też nie zachęcał. Wtedy był po prostu czas wolny. A że nie było
        co z sobą zrobić, to większość dzieci szła do kościoła, a wychowawcy i pomoce
        wychowawców z nimi, już nie w zorganizowanym szyku.

        Największe problemy były z myciem. Czynności te należało wykonywać na podwórku
        nad korytem, wzdłuż, którego były umieszczone krany z zimną wodą. Gorzej, gdy
        były chłodne i deszczowe dni. Jak pamiętam menu było dość dobre, ale monotonne.
        Nieśmiertelna zupa mleczna (kasza lub herculo, na przemian), po której do dziś
        pozostał mi uraz. Czasem więc z własnej inicjatywy koloniści urozmaicali
        jadłospis, przynosząc grzyby z lasu, a kiedyś nawet raki nałowione w stawach
        pobliskiego Technikum Rolniczego w Brzozowej. Kucharki to w jakiś sposób
        przygotowywały do wspólnej konsumpcji. Po raz pierwszy wtedy widziałem i jadłem
        prawdziwe raki.

        Największe wrażenie czyniły wizytacje dyrekcji z Warszawy. Przyjeżdżał dość
        często kierownik działu socjalnego MZK p. Kotoński, rubaszny grubasek, i inż.
        Lilpop, dyrektor zakładów, postrach personelu i kolonistów. Wysoki, kostyczny
        mężczyzna, o szczupłej, długiej twarzy, zakończonej szpicbródką (późn. docent w
        IGK). Największe wrażenie robiło jego szklane oko, którego zimne spojrzenie
        przeszywało rozmówcę.
        Może na razie starczy, żeby nie zanudzić.:-)
        Pozdrawiam
        • e-mka Re: Kolonie letnie w PRL-u 08.08.05, 12:20
          Panie Andrzeju,
          dziękuję za cenne wspomnienia : ) co za imponująca pamięć do nazwisk! ja na
          koloniach też śpiewałam hymn kolonijmy (ale chyba inny, niż Pan), a w szkole
          obowiązkowo "Zbigniew Załuski, nasz patron szkolny" : )
          tradycja wypoczynku w PRL-u to temat-rzeka, nawet IPN studiował to
          zagadnienie... czytałam, że w latach 50-tych robotnicy wysyłani na wczasy
          często z nich uciekali, bo po odespaniu i kilkukrotnym upiciu się nie
          wiedzieli, co mają ze sobą robić - zorganizowany wypoczynek był im po prostu
          nieznany : ) udawali się na wczasy w garniturach, żeby nie wypaść gorzej od
          inteligentów i po prostu się męczyli...
          prosimy o więcej wspomnień, również z czasów szkolnych!
          e-mka
          • Gość: KaWa Re: Kolonie letnie w PRL-u IP: *.elle.com.pl 08.08.05, 15:54
            Stereotyp robotnika godny malego Kazia.
          • andrzej_b2 Re: Kolonie letnie w PRL-u 08.08.05, 18:54
            Chcecie coś o szkole, to proszę, ale to nie będzie związane z tematem
            wakacyjnym, i nie będzie sielankowym opowiadaniem a przeciwnie, „horrorem”.
            Wrażliwi więc niech nie czytają!
            Rzecz autentyczna, działa się w chyba w 1957 r. Chodził ze mną do szkoły starszy
            ode mnie chłopak, nazwijmy go Rysiek K. (dane zmienione – ochrona danych
            osobowych działa!). Był on sierotą, repatriantem z ówczesnego ZSRR. Jako tzw.
            „bezprizorny”(tzn. bezdomny, włóczęga) wychowywał się w jakimś tamtejszym
            sierocińcu. Nie był przez ogół klasowy lubiany, okazywał pewną dzikość w
            kontaktach koleżeńskich. Nie rozstawał się z nożem, uszkadzał nim ławki,
            zawodził jakieś rosyjskie dumki, źle się uczył, ale imponował nam sprawnością
            fizyczną. Zdał jakoś do klasy IX i tuż po rozpoczęciu roku szkolnego, pewnego
            dnia nie przyszedł do szkoły. Okoliczność pozornie błaha, ale zbiegła się z
            elektryzującą cały Grochów informacją o napadzie na pocztę przy ul. Grochowskiej
            róg Stoczkowskiej i o zabiciu przy tym konwojenta. Łupem bandytów padł worek z
            dużą zawartością pieniędzy. Plotka tę informację pomnażała do astronomicznych
            rozmiarów. Niebawem okazało się, że sprawcą napadu był nasz kolega Rysiek, a
            wspólniczką Zośka R., córka właściciela znanego zakładu usługowego przy
            Grochowskiej, bardzo ładna i bogata dziewczyna. Znów podaję zmienione imię i
            nazwisko – zapewne obydwoje sprawcy jeszcze żyją. MO szybko wykryła i
            aresztowała obydwojga. O ile pamiętam Rysiek i Zośka dostali dożywocie, a ich
            obstawa mniejsze kary. Dziś, po upływie tylu już lat od czynu, zapewne opuścili
            wszyscy więzienia i być może żyją wśród nas.
            Na pocieszenie, kiedyś też nie było spokojnie na naszej dzielnicy.
            Pozdrawiam: -)
            • e-mka Pitawal grochowski 08.08.05, 19:07
              Panie Andrzeju, cóż za historia! - nadaje się do wątku Pitawal grochowski -
              może powinniśmy taki wątek założyć : ) a swoją drogą - ciekawe czy w "Pitavalu
              warszawskim" Stanisława Szenica są jakieś tropy grochowskie? pytam, bo nie
              czytałam...
              wracając do wątku kulturalno-oświatowego... mój znajomy wspomina, jak będąc
              uczniem ostatniej klasy podstawówki na Szaserów na przełomie lat 60/70-tych
              poddany został przymusowi czytania prasy (zadanie domowe)... chcąc je szybko
              zaliczyc udał się do kiosku przy Wspólnej Drodze i poprosił o "gazetę"...
              kioskarz wcisnął mu pierwszy lepszy tytuł z brzegu, znajomy zadowolony udał się
              na lekcję i tam doznał klęski... gdyz gazeta okazała się pismem katolickim : )
              • andrzej_b2 Szenic lub Wiech poszukiwani 08.08.05, 21:16
                Poprzedni mój post należy traktować wyłącznie jako dygresję do tematu.
                Propozycja wielce mi pochlebiająca, ale nierealna, bowiem żeby podjąć sztafetę,
                potrzeba takiego szperacza jakim był St. Szenic lub bystrego obserwatota jak
                Wiech, no i bagatela, ich pióra. Wtedy dopiero można byłoby uzupełnić Pitawal
                Warszawski o ciekawostki kryminalne naszej dzielnicy.
                Pozdrawiam
                • andrzej_b2 Czyn społeczny w PRL-u 09.08.05, 07:08
                  Jak wszyscy wiedzą, w latach 60-, 70-tych trzeba było uczestniczyć w
                  obowiązkowych czynach społecznych, najczęściej pracując przy łopacie. Był to
                  dla władzy najmilszy obrazek, gdy urzędników, naukowców, inżynierów,
                  nauczycieli czy studentów lub uczniów można było zobaczyć z łopatą w ręku.
                  Przedstawiciele najwyższych czynników też chętnie pozowali do takich ujęć. Dla
                  grochowskich zakładów pracy polem ćwiczebnym był obniżony teren przy ul.
                  Grochowskiej, vis a vis pętli tramwajowej; dziś w tym miejscu stoi Geant. Wg
                  jakiegoś grafiku, zakłady pracy przywoziły tu swych pracowników własnym
                  transportem lub autobusami miejskimi, specjalnie ściąganymi z tras. Zadaniem
                  załóg było podwyższanie terenu przy pomocy celowo zwożonej tu wywrotkami ziemi.
                  Każdy dostawał łopatę i pod kontrolą kadrowców oraz członków aktywu partyjnego
                  trzeba było rozrzucić ileś tam wywrotek ziemi. Gdy wyznaczone zadanie było
                  skończona, pracę kontynuowały spychacze, które na czas czynu stały obok z
                  wyłączonymi silnikami. Spektakl ten powtarzał się przez kilkanaście dni, za
                  każdym razem z innymi zakładami pracy w roli aktorów. Na zakończenie niwelacji
                  siano trawę, ale myliłby się ktoś gdyby myślał, że na tym koniec. Gdy trawa
                  trochę już podrosła sytuacja powtarzała się, i tak przez kilka lat.
                  Każdy widział bezsens swej pracy, bo całość mogły wykonać maszyny, i to raz a
                  dobrze. Wystarczyło więc zaobserwować mechanizm tego absurdu, by w pożałowania
                  godnym widowisku nie uczestniczyć. Otóż, wydawanie łopat odbywało się pod
                  kontrolą, w asyście towarzyszy, którzy znali swą załogę, ale oddawanie odbywało
                  się już w nieładzie, wg zasady „byle prędzej i do domu”. Należało więc tylko
                  łopatę wziąć, otrzymać uśmiech towarzysza, powiedzieć mu jakiś głupawy
                  komplement, a potem wrzucić narzędzie do rowu, wmieszać się w tłum i dyskretnie
                  opuścić teren.
                  Pozdrawiam
                  • e-mka wy(wczasy) zakładowe 09.08.05, 14:56
                    piękny absurd Pan opisał : ) ówczesna władza miała ambicje do reżyserowania
                    scenariusza ideologicznego z rozmachem : )
                    wrócę do idei wczasów pracowniczych... w ponurych czasach stalinowskich, które
                    znam tylko z lektur, wczasy miały być modelowym laboratorium społeczeństwa
                    komunistycznego: chłop miał poznawać robotnika, Kaszub-górala, w ośrodkowej
                    świetlicy wszyscy mieli czytać prasę polityczną, grać w szachy, a nie w brydża,
                    spotykać się z literatem, śpiewać pieśni rewolucyjne - czy tak było w
                    rzeczywistości? (sama pamiętam pewne kolonie letnie w Krakowie, gdzie wygrałam
                    z siostrą w duecie konkurs piosenki kolonijnej, śpiewając "Dzień zwycięstwa, o
                    nim marzył każdy z nas..." : )
                    ja mam wspomnienia z wczasów zakładowych w dużo jaśniejszych barwach: prywatne
                    kwatery w Darłówku, świetlica bez ideologicznych rozrywek... w ogóle mam
                    dużo "zakładowych wspomnień": zakładowe wycieczki, grzybobrania,
                    międzyzakładowy turniej piłki nożnej, dzień sportu z okazji Dnia Dziecka,
                    zakładowe kolonie w węgierskim Kecskemet (mieszkalismy w ponurym internacie,
                    przed wejściem stał wieeelki pomnik Lenina w płaszczu, którym targał wiatr
                    historii : ) był też zakładowy Gwiazdor (czyli paczki z okazji Bożego
                    Narodzenia), zakładowy autokar, który moja szkoła pożyczała na wycieczki,
                    zakładowy bufet, szkołą oczywiście również opiekował się zakład pracy (był tzw.
                    patronem : ))
                    wracam do moich pytań z początku wątku - jak wyglądał Wasz czas wolny na Pradze
                    PD. w PRL-u??? jakie wywczasy zakładowe organizowały Rawar, Cora, Wedel (czyli
                    Zakłady 22 lipca), itd.?
                    pozdrawiam, em.
                    • andrzej_b2 Absurdów wakacyjnych cd. 09.08.05, 21:46
                      W końcu lat 60-tych zostałem zatrudniony w jednym z instytutów
                      naukowo-badawczych na Pradze Płd. Tak tu, jak w innych zakładach pracy, był
                      niepisany obowiązek należenia do związku zawodowego. Jako młody gniewny, przez
                      kilka miesięcy opierałem się namowom szefa, ale koledzy przekonali mnie
                      argumentując, że składki na związek są symboliczne, a raz w roku można wyjechać
                      na prawie darmowe wczasy. I rzeczywiście, gdy przychodził sezon corocznie można
                      było bez kłopotu otrzymać skierowanie na wczasy, przy czym preferowane były
                      ośrodki na Ziemiach Odzyskanych. Dziś łatwo powiedzieć „wyjechać”, ale wtedy...
                      Wszystkie turnusy rozpoczynały się 15 lub 30 dnia miesiąca, więc już na miesiąc
                      wcześniej (taka była zasada) cała Warszawa, stała w kilometrowych kolejkach po
                      bilety na ten właśnie kierunek. Dla kogo biletów nie starczyło trzeba było
                      wytężyć własną inicjatywę. W związku z tym należało na kilka dni przed wyjazdem
                      pójść na stację postojową Olszynka Grochowska, pokluczyć między składami
                      pociągów, odszukać „swój” pociąg i konduktora, by z nim domówić szczegóły
                      wyjazdu. Teraz już tylko trzeba było w umówionym dniu i godzinie z walizką
                      zjawić się na Olszynce. Zajmowanie miejsc w wagonach na postoju było zabronione,
                      a SOK-iści tę zasadę skrzętni egzekwowali, wlepiając przyłapanym mandaty. W
                      kolejności teraz należało odszukać „swojego” konduktora, dać mu w łapę i czekać
                      na rozwój wypadków. On wskazywał, gdzie należało stać z bagażem. Gdy zbliżał się
                      czas wyjazdu napięcie sięgało zenitu. Wreszcie skład z piskiem i zgrzytem
                      ruszał, a „nasz” konduktor jadąc na stopniu, w pewnym momencie dawał znak
                      maszyniście do zwolnienia jazdy, tak by wszyscy umówieni mogli wskoczyć do
                      wagonu. Po ulokowaniu się w pustych przedziałach można było już spokojnie
                      dojechać do Wschodniej, i być chłodnym obserwatorem dantejskich scen na peronie.
                      Ponieważ takich osób było sporo, proceder opłacał się kolejarzom.
                      Pozdrawiam
                      Ps. Czy tylko my, uczestniczący w tym wątku, mamy wspomnienia?
                      • u-boot_88 Och, wsiadanie "bocznicowe".. 17.08.05, 13:16
                        .. praktykowaliśmy jeszcze z kolegami we wczesnych latach '80, tyle że my
                        wsiadaliśmy na bocznicach szczęśliwickich, za Dworcem Zachodnim (kierunek
                        nadmorski). Tylko, że z powodu pragnienia zachowania jak największych funduszy
                        na rozrywki wakacyjne, nie dawaliśmy w łapę konduktorowi, ale ukrywaliśmy sie
                        po kibelkach. Przez 3 lata z rzędu nam sie udawało, nie było wpadki.
                        Pozdrawiam.
                      • e-mka O Młodych Kochankach 17.08.05, 14:10
                        Panie Andrzeju,
                        powrócę jeszcze do naszego (prawie) dwugłosu w sprawie spędzania czasu wolnego
                        w PRL-u... i jeśli tak trudno połączyć go z pd-praskimi tradycjami wypoczynkowo-
                        rozrywkowymi, to podrążę kwestie ideologiczno-moralne : ) gdyż pewne
                        zagadnienie nie daje mi spokoju : ) komunizm przywędrował do Polski w 1944 r. w
                        wersji dość purytańskiej (wcześniej taki wcale nie był, vide słynna w ZSRR
                        teoria "szklanki wody" zamiast : ) Aleksandry Kołłontaj czy zawarta w
                        radzieckich kodeksach rodzinnych możliwość rozwodu drogą pocztową)... nie
                        przeszkodziło to w powstawaniu (i to na obrzeżach ZMP!) w dużych polskich
                        miastach tzw. kół wolnej miłości (w Wa-wie np. w żeńskim LO im. J.
                        Słowackiego)... inicjatywę tę natychmiast potępiły władze jako sprzeczną
                        z "moralnością socjalistyczną"...
                        może to trochę odbiega od tematu, ale jednak z czasem wolnym się wiąże : ) czy
                        Pan coś słyszał o kołach wolnej miłości? na czym dokładniej polegała
                        ich "działalność"? czy istniały jakieś w Pana LO na Grochowie? luźno wiąże mi
                        się to jeszcze z kiedyś usłyszaną od wiarygodnej osoby genezą nazwy
                        grochowskiego Osiedla Młodych (pisałam już o tym na forum)... podobno
                        inicjatorzy (kim byli???) chcieli nazwać je Osiedlem Młodych Kochanków, władze
                        wolały nazwę "Młodych Komunistów", kompromisowo pozostano przy
                        samych "Młodych"... a przecież nazwy ulic Romea i Julii oraz Szklanych Domów
                        nie mogą być przypadkowe?? czy ktoś ma jakąś wiedzę/ domysły na powyższe tematy?
                        pozdrawiam, em.
                        • e-mka Os. Bezdomnych Kochanków 17.08.05, 15:27
                          ogólnie, bo ogólnie (czy ktoś zna szczegóły???) piszą na ten temat w historii
                          RSM "Osiedle Młodych":

                          "Dziennikarski żart stał się inspiracją do powstania największej w Polsce
                          spółdzielni mieszkaniowej - 13 października 1957 roku w "Sztandarze Młodych"
                          ukazał się reportaż z budowy nowego osiedla, choć w rzeczywistości nie istniało
                          ani osiedle, ani budowa.
                          Zainspirowało to jednak młodych ludzi z 14 praskich zakładów pracy, by zadbać o
                          własny dach nad głową.

                          Działali szybko. Pierwsze spotkanie odbyło się 22 listopada 1956,
                          a w styczniu 1957 r. zarejestrowano Statut Spółdzielni "Osiedle Bezdomnych
                          Kochanków". Z zapałem pokonywano kolejne przeszkody, by 16 czerwca 1957 r.
                          położyć kamień węgielny pod pierwsze budynki, które oddano do użytku 23
                          stycznia 1959 r. - stoją do dziś, przy ulicach Garwolińskiej 26a i Szklanych
                          Domów 7b".

                          Jaka była droga od "Os. Bezdomnych Kochanków" do "Os. Młodych"?
                        • andrzej_b2 Re: O Młodych Kochankach 18.08.05, 09:37
                          > czy
                          > Pan coś słyszał o kołach wolnej miłości? na czym dokładniej polegała
                          > ich "działalność"? czy istniały jakieś w Pana LO na Grochowie? luźno wiąże mi
                          > się to jeszcze z kiedyś usłyszaną od wiarygodnej osoby genezą nazwy
                          > grochowskiego Osiedla Młodych (pisałam już o tym na forum)... podobno
                          > inicjatorzy (kim byli???) chcieli nazwać je Osiedlem Młodych Kochanków,
                          władze
                          > wolały nazwę "Młodych Komunistów", kompromisowo pozostano przy
                          > samych "Młodych"... a przecież nazwy ulic Romea i Julii oraz Szklanych Domów
                          > nie mogą być przypadkowe??

                          Ponieważ zostałem wywołany do tablicy, więc stawiam się, ale chyba zawiodę
                          Panią. W połowie lat 50-tych byłem bowiem w wieku, w który nie interesowałem
                          się jeszcze kołami wolnej miłości, więc nie mogę być wiarygodnym. O ile się
                          orientuję, w tym czasie w moim XXIII LO i w innych na Grochowie, nikt o tym nie
                          słyszał. Całe społeczeństwo miało wówczas oficjalnie narzuconą purytańsko-
                          kołtuńską moralność socjalistyczną. Taka była fasada a realnie obowiązywała
                          zasada: władza swoje a dom i szkoła swoje. A uczono nas w XXIII LO wielu
                          pięknych i mądrych rzeczy, łącznie z nauką religii, tak wbrew temu co mówi się
                          o laicyzacji młodzieży. Religii nie miałem tylko w r. szk. 1955/56, ale już po
                          październiku 1956 ten przedmiot wrócił do wszystkich szkół, choć na krótko.
                          Miałem to szczęście, że uczyli nas przedwojenni pedagodzy, o poglądach raczej
                          prawicowych i chrześcijańsko-demokratycznych, więc gleba dla propagandy była
                          skalista do uprawy lub wręcz niemożliwa.
                          Pierwotna nazwa „Osiedle Młodych Kochanków”, którą pamiętam, nie była za moich
                          czasów uważana za szokującą. Młodzież wychowywano na tekstach romantyków, gdzie
                          słowo „kochanek” nie zawierało skandalizujących podtekstów. Przytoczone przez
                          Panią informacje prasowe, że inicjatorami budowy byli ludzie młodzi z
                          grochowsko-praskich zakładów pracy, są b. wiarygodne. Tylko nie wspomina się,
                          że chodziło tu o elity odpowiednim obliczu ideowym. Władza stawiała przecież
                          tylko na taką młodzież. Sąsiad mój, młody wówczas małżonek – aktywista
                          robotniczy właśnie wtedy załapał się też na mieszkanie przy Garwolińskiej.
                          Wiem, że pierwszeństwo miały młode małżeństwa, które w tym okresie z zasady są
                          parą kochanków – nazwa więc była jak najbardziej adekwatna do treści. Samotni
                          nie mieli tu priorytetów. Oczywiście, że były odstępstwa od reguły i mieszkania
                          na nowym osiedlu otrzymywali także mniej młodzi, wg znanego tylko władzy
                          klucza. Trzeba było mieć poparcie odpowiednich instancji, zebrać plik
                          zaświadczeń i czekać, jedni dłużej inni krócej. A było na co, gdyż mieszkania
                          ówczesna władza rozdawała darmo, więc oczywiście musiała mieć maksimum
                          pewności, że zasada wdzięczności będzie zachowana.
                          Co do nazwy osiedla z dopełniaczem „Komunistów” myślę, że to jakaś
                          konfabulacja. Nie jest możliwe, by słowo to w jakiejkolwiek formie mogło zrobić
                          w ówczesnej Polsce karierę. Proszę zwrócić uwagę, że nawet w żadnych nazwach
                          własnych akceptowanych przez władzę, słowo to nie zrobiło żadnej kariery.
                          Myślę, że nazwa „Osiedle Młodych Kochanków” była po prostu za długa, więc
                          skrócono ją, dopasowując zresztą do składu osobowego mieszkańców.
                          Nie chciałbym być ekspertem w sprawie, taka jest moja odpowiedź na Pani pytanie.
                          Pozdrawiam
                          • e-mka Re: O Młodych Kochankach... 18.08.05, 10:10
                            dziękuję za odpowiedź... ciekawe to wszystko... ja zamieszkałam na Osiedlu
                            Młodych w czasach, kiedy "młodzi" osiągnęli już wiek emerytalny, nazwa więc
                            trochę się zestarzała : ) a i znaczenie słowa "kochanek" nieco
                            przeorientowało : ) obecnie nazwa Osiedle Młodych Kochanków byłaby zapewne
                            obiektem niewybrednych żartów, szkoda mimo wszystko, że się nie ostała
                            swoją drogą - Osiedla Młodych są popularne jak Polska długa i szeroka : )
                      • Gość: gosc Re: Absurdów wakacyjnych cd. IP: *.nowysacz.vectranet.pl 26.05.13, 22:15
                        A ja miło wspominam wszystkie wyjazdy-szanowny kolego Andrzeju.
                        Mimo ze mogłem jechac wtedy gdy zewolił d-ca płk.6 miesiecy w roku na poligonach.
                        Praca gdy bylo sie w garnizonie lesnym od 7.00 do 14.00 i od 15..00 do 20.00
                        Po kilka alarmow w miesiacu.3 sylwestra w rejionie alarmowym
                        Teraz twoja prawicowa wladza stwierdzila ze nie tej ojczyznie słuzylem/
                        Słuz panu wiernie to ci pierdnie.
                        Pozdrawiam.
                  • odpi Re: Rok "zerowy" ...kto pamięta? 17.08.05, 14:30
                    z czynem lekko powiązany był rok zerowy świeżo upieczonych studentów
                    W latach 70/80 zacząć studia trzeba było od roku "zerowego" właśnie.
                    Polegało to na tym, że po pozytywnym zdaniu w pierwszych dniach lipca egzaminów
                    wstępnych i zaczepieniu się na listę studentów, po 2 tygodniach otrzymywało się
                    skierowanie do odbycia praktyk robotniczych na tzw. roku zerowym.
                    Uniki związane z ominięciem tej atrakcji to inny wątek, ale 95% nieotrzęsionych
                    jeszcze żaków lądowała w tym przedsięwzięciu.
                    Były nawet wyspecjalizowane centra odbywania i zaliczania tych praktyk.
                    Na przykład "Akcja Chełm" czyli całe miasteczko namiotowe funkcjonujące przez
                    prawie całe lato.
                    Wartość wykonanych prac nie pokrywała kosztów logistyki mówiąc dzisiejszym
                    językiem, ale działo się tam ...wg scenariusza przewodniej siły narodu

                    Z perspektywy lat można powiedzieć, że to były wywczasy, może trochę w innym
                    stylu niż pod patronatem FWP, ale junacy kulturalno oświatowi mieli i przy tym
                    co robić, by student świadomie trzymał się łopaty, grabi lub innego rekwizytu.

                    • w_v_w Re: Rok "zerowy" ...kto pamięta? 17.08.05, 16:00
                      albo z gracja wykopywał ziemniaczki :)
                      wawerka
          • Gość: gazda110 Re: Kolonie letnie w PRL-u IP: *.nowysacz.vectranet.pl 26.05.13, 17:15
            Pozdrawiam i zapraszam na wspomnienia

            okres-prl.blog.onet.pl/2013/05/26/dzieci-ulicy/

            tvp.info/magazyn/kartka-z-kalendarza/kolonie-letnie/2049983

          • Gość: gazda110 Re: Kolonie letnie w PRL-u IP: *.nowysacz.vectranet.pl 26.05.13, 18:10
            czytałam, że w latach 50-tych robotnicy wysyłani na wczasy
            > często z nich uciekali, bo po odespaniu i kilkukrotnym upiciu się nie
            > wiedzieli, co mają ze sobą robić - zorganizowany wypoczynek był im po prostu
            > nieznany : ) udawali się na wczasy w garniturach, żeby nie wypaść gorzej od
            > inteligentów i po prostu się męczyli...
            > prosimy o więcej wspomnień, również z czasów szkolnych!

            często z nich uciekali, bo po odespaniu i kilkukrotnym upiciu się nie
            Ale brednie-to cos podobnego jedna młoda osoba napisala ze PRL był ogrodzony drutem kolczastym jak w obozie koncentarcyjnym.
            Nie było piwa,nic nie było byl sam ocet.
            O to jak PROPAGANDA medialna ktora ma obecnie 100% racji zrobila z PRL kogiel mogiel.
            Dla czego zapominacie te dobre wspomnienia,wszyscy milcza gdy dziaj w III RP dzieci zabijaj dzieci,gdzie ponad 60 tys popelnilo samobójstwa.
            Za PRL urodziło sie ponad 19 mionów POLAKÓW za 24 lata wspaniałego swiata wolnosci o dobrobytu tylko 1.800tys.
    • e-mka Cóż, że ze Szwecji : ) 19.08.05, 22:38
      Czy słyszeliście o kawałku Szwecji, jaki obywatele mieli okazję podglądać
      w połowie lat 70-tych na Grochowie? To była niesamowita atrakcja (dziś
      powiedzielibyśmy – reality show : )), powiew zachodu i miejsce pielgrzymek
      dzieciarni z całej dzielnicy : )
      Otóż mój wzmiankowany tu już kilka razy znajomy (rocznik 1957) zamieszkiwał
      wówczas w bloku „kolejowym” przy Szaserów 91. Vis a vis tego domu rozciągała
      się pokaźna polana, na której ustawiono baraki szwedzkiej firmy budującej
      hotel Forum (o samym hotelu świetny reportaż napisała Barbara N. Łopieńska –
      „Forum”, 1975). Za ogrodzeniem parkowały lśniące volvo, szwedzcy robotnicy
      przechadzali się między nimi, rozmawiając w bardzo obcym języku : )
      No i posiadali całe mnóstwo gadżetów użytku codziennego, którymi bezwiednie
      wzbudzali zachwyt i zazdrość grochowskich obywateli, a podrostków w
      szczególności (te dżinsy, dostępne tylko w Pewex-ach!).
      Może to wtedy, dla poprawy samopoczucia, ukuto powiedzenie „Cóż, że ze
      Szwecji”? ; )
      Czy ktoś pamięta to szwedzkie miasteczko na Grochowie??
      • andrzej_b2 Nie Szwedzi a Rosjanie 22.08.05, 11:48
        > Czy słyszeliście o kawałku Szwecji, jaki obywatele mieli okazję podglądać
        > w połowie lat 70-tych na Grochowie? To była niesamowita atrakcja

        Niestety Szwedów na Grochowie nie pamiętam, gdyż w tym czasie wyprowadziłem się
        ze swej Dzielnicy, ale miałem inne doświadczenia z cudzoziemcami, równie
        pouczające, o czym:
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=292&w=27994160Pozdrawiam
        • Gość: Przychlast Ziutek. Straszne to czasy były, oj straszliwe !!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.05, 15:13
          Wczasy za grosze, praca dla każdego, szansa awansu dla młodzieży z rodzin
          robotniczych i wiejskich, bezpłatna oświata i służba zdrowia.
          Ohyda !!!

          Nie to co teraz. Każdy może sobie kupić apartament bez czekania i szynkę
          schwarzwaldzką bez kolejki. Lub Merca bez talonu.
          • e-mka w odpowiedzi 22.08.05, 15:35
            jako autorka wątku poczuwam się do odpowiedzi... chyba nie zrozumiał Pan
            naszych intencji; zamiarem naszym nie jest ocenianie epoki PRL-u (lepiej zrobi
            to historia), a jedynie przywołanie całkowicie prywatnych wspomnień nt.
            wypoczynku i spędzania czasu wolnego... nawet jeśli pojawią się w naszej
            dyskusji nuty polityczne (co nieuniknione) lub próby uogólnień - to zwykle w
            kontekście ironicznym i humorystycznym...
            wystarczająco dużo osób chce ferować wyroki i oceny polityczne w naszym kraju -
            nam to forum służy do zupełnie innych celów...
            pozdrawiam, em.
            • konrad.boryczko Re: w odpowiedzi 22.08.05, 15:50
              Moj pierwszy wpis w tym watku bedzie brzmial:
              Jako Autorka nie uzywaj formy "My". Kazdy moze napisac co chce. To jest forum
              publiczne:))))))))
              Co do merutum, to IMO Twoj przepiszca ma racje. Nie odbieraj mu prawa do jej
              przedstawienia.
              P.S. To jest wpis z przymruzeniem :P
              pzdr.
              • w_v_w Re: w odpowiedzi 22.08.05, 19:03
                konrad.boryczko napisał:

                > Moj pierwszy wpis w tym watku bedzie brzmial:
                > Jako Autorka nie uzywaj formy "My". Kazdy moze napisac co chce. To jest forum
                > publiczne:))))))))
                > Co do merutum, to IMO Twoj przepiszca ma racje. Nie odbieraj mu prawa do jej
                > przedstawienia.
                > P.S. To jest wpis z przymruzeniem :P

                Konradzie, bo to maiło być My (król)...:DDD
                A poza tym zgadzam sie z Tobą:)
                Pozdrawiam
                Wawerka

                P.S
                E-mka wybacz...;)
                Wawerka
                • w_v_w Zgadzam się z Ziutkiem też... 22.08.05, 19:05
                  Tyle lat na samym "occie"...zgroza...
                  Mamy dobre geny :DDDDD
                  Pozdrawiam
                  Wawerka
                  • Gość: Grochowiak Ech to byli czasy ! To se niestety ne wraci ... . IP: *.chello.pl 23.08.05, 09:02
                    Nasza zapyziala ale wplywowa (TP + stacje komercyjne + zdecydowana wiekszosc
                    prasy)prawica robi wszystko aby zochydzic okres PRL i znalezc alibi dla
                    roli "S" w doprowadzeniu wiekszosci narodu do biedy.

                    ChWDPrawicy ! (Albo obok, zeby przyjemnosci nie miala)
                    • konrad.boryczko Re: Ech to byli czasy ! To se niestety ne wraci 23.08.05, 09:37
                      Na szczescie ludzie maja swoj rozum. Szczegolnie Ci, ktorzy dzieki IIIRP musza
                      zyc z nurkowania w smietnikach. Nie zawsze wylacznie ze swej winy...
                      Tylko ze oni dostepu do netu nie maja. Ot co.
                      pzdr.
                      • odpi Re: Ech to byli czasy ! To se niestety ne wraci 23.08.05, 15:12

                        "Najsprawiedliwiej rozdzielony jest rozum, gdyż nikt nie narzeka na jego brak."
                        /F. de la Rochefoucauld/
                        • kitop Re: Ech to byli czasy ! To se niestety ne wraci 26.05.13, 21:18
                          Nie wiem kto wygrzebał ten archaiczny wątek ale okazuje się, że jeżeli przez osiem lat coś się zmieniło to raczej na gorsze. Chyba już większość dyskutantów wierzy głęboko, że Polska Ludowa to był jeden wielki obóz koncentracyjny, ludzie mieszkali w barakach pilnowanych przez patrole ZOMO. Z psami!
                          Jako małolat mieszkałem na Pradze, także na Grochowie, potem na Woli. Matka była urzędniczką, ojciec konduktorem w PKS. Przez całe m0oje szczeniackie życie, aż do matury, nie zdarzyło mi się abym wakacje spędzał na podwórku. Bywałem na koloniach, obozach sportowych albo na dłuższych wyjazdach turystycznych. Za darmo! Tzn za państwowy wikt i opierunek. Nikt mnie do niczego nie zmuszał i nie represjonował, gdy postanowiłem w niedzielę iść do kościoła.
                          Nie gloryfikuję PRLu ale szlag mnie trafia gdy tak strasznie i bezczelnie fałszuje się historię dla doraźnych celów politycznych.
                          Bo temu moim zdaniem miała służyć inicjatywa emki czy jakoś tam. Mimo pozorów pewnej gładkości.
                  • Gość: Tawuł Re: Zgadzam się z Ziutkiem też... IP: *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl 27.05.13, 10:24
                    Widzę, że przeszła Pani z Nitschego na Senekę. Ta druga sentencja lepsza!
                    • w_v_w Re: Zgadzam się z Ziutkiem też... 27.05.13, 14:35
                      Wyglada na to, ze zostaniemy z "niczem"

                      p.s
                      sygnatura, to znak czasu ;)

                      Pozdrawiam
                      Wawerka
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka