Dodaj do ulubionych

rodziny pacjentów cd.

20.08.06, 20:44
Oczywiście się czepiam. Faktycznie, sprawa jest marginalna.
Ale: na oddziale X jest hospitalizowana pacjentka. Córka dzwoni, by
się "czegoś" dowiedzieć. Wszystko sprawnie, miło, umawiamy się na dzień
następny, bo córka się martwi, chce być na bieżąco.
Mówię, żeby zadzwoniła po 10, bo wtedy (chodziło o niedzielę rano), nowy
dyżurny będzie już po wizycie, bo zmieniamy się o 9. Telefon od córki
jest o godzinie... 8:55, czy już jestem po wizycie...

Tak, są większe problemy. Ale to po prostu kolejna odpowiedź na zdziwienie
różnymi (czasami niegrzecznymi przez jawne prezentowanie irytacji) reakcjami
lekarzy na kontakty z rodzinami pacjentów.

I proszę mi nie mówić, że mi łatwo jako lekarzowi.
Też byłem w sytuacji rodziny pacjenta. I mogło być różnie. Niemniej jednak
starałem się dać lekarzom szansę popracować, na informację zawsze (prawie)
jest czas.
A wobec tego proszę mi nie mówić, że jako lekarz mogłem wiedząc więcej
spokojnie czekać. Otóż właśnie jako lekarz 2-3 razy bardziej miałem prawo się
niepokoić, wiedząc jak niedoskonała jest medycyna i ludzie się nią zajmujący.

Dlatego proszę Was, drogie rodziny pacjentów. Jeśli stabilny chory będzie
przez kogoś innego odwiedzony i oceniony około godziny 10, to nie dzwońcie z
tym do mnie pięc minut przed końcem dyżuru. Bo 100, 200, 300 takich i
gorszych zdarzeń, to tylko dodatek do zwykłego i zasadniczego przedmiotu
naszych działań - leczenia. Które samo w sobie jest już stresujące.
Jeśli jako 300 osoba zamiast do kolegi zwrócicie się do mnie, o 8:55 zamiast
o 10:00, kiedy naprawdę nic się złego nie dzieje, to tak naprawdę
przyczyniacie się tylko do (minimalnego ale zawsze) wzrostu zmęczenia i
możliwości popełnienia błędu. Nie mitologizujcie nas. Jesteśmy ludźmi.

Obserwuj wątek
    • kivvi Re: rodziny pacjentów cd. 20.08.06, 21:08
      Ale musisz przyznac, ze sa rowniez "rodziny pacjentow": wyrozumiale, cierpliwe,
      wspolpracujace, uprzejme. Z rodzinami pacjentow i samymi pacjentami jest tak jak
      z lekarzami, sa tacy i tacy.
      • lohengrin4 Re: rodziny pacjentów cd. 20.08.06, 22:56
        Ależ oczywiście że to przyznaję.
        Próbuję zwrócić uwagę na coś innego.

        Lekarz jest jeden, chorych dajmy na to na oddziale, gdzie ma dyżur, 60.
        Każdy z tych chorych może zgłosić od 0 do 20 problemów w czasie doby.
        Do tego do każdego z tych chorych może przyjśc od 0 do 10 i więcej (to nie
        żarty) odwiedzających. Każdy z nich może mieć od 0 do 30 pytań.
        Przy niekorzystnym układzie zdarzeń lekarz może tego po prostu nie być w stanie
        znieść. I po to piszę o tym wszystkim - że irytacja lekarza po jakiejś w sumie
        niewinnej wypowiedzi może wynikać z tego, że to jest 526 szczegółowy i drobny
        problem rozwiązywany przez niego w danym dniu, a jeszcze 10 godzin przed nim i
        wolałby zachować choć trochę sił na leczenie obrzęku płuc a nie na tłumaczenie
        spraw które np. w ogóle nie są z dyżurem związane (pytanie standardowe do
        dyżurnego w sobotę - "jak wyszło czwartkowe usg" i to nie u mojego chorego. Nie
        da się tego wiedzieć. Na oddziałach nie pracują sami wielokrotni laureaci
        Wielkiej Gry o niebotycznej pamięci. Dlaczego rodziny nie są w stanie tego
        wymyśleć?).

        I jeszcze jedno - reguła której prawdziwośc wielokrotnie potwierdziłem.
        Im bardziej się spieszę (co widać) tym częściej i bezwzględniej jestem
        atakowany przez rodziny (a także przez pielęgniarki) i to w sprawach albo
        zupełnie marginalnych. Liniowość tej odwrotnej proporcji jest zadziwiająca.
        Można godzinami siedzieć w dyżurce (otwartej!) i nikt nie zadaje sobie trudu
        przyjścia i zapytania (czyli nie ma takiej potrzeby), w momencie wychylenia
        głowy jest się atakowanym z 3 stron na raz a gdy się szybko wyjdzie (bo
        trzeba) - z 5 stron na raz. Nie wiadomo co tymi ludźmi powoduje, bo całą
        godzinę byli i oni i ja, ja siedziałem i oni siedzieli, nic nie chcąc. Widząc
        mnie, muszą mnie pytać i to natychmiast, choć wiedzą dobrze gdzie można mnie
        znaleźć. Nie jestem w stanie tego zrozumieć.
        • kivvi Re: rodziny pacjentów cd. 20.08.06, 23:10
          A wlasciwie dlaczego rodzina pacjenta chce rozmawiac z lekarzem (oczywiscie
          jesli nie jest to pediatra)? Lekarz bada pacjenta, udziela mu wyczerpujacej
          informacji,i ten dalej dzieli sie z rodzina. Ja bylabym wsciekla gdyby rodzina
          traktowala mnie jak idiotke i nagabywala lekarza za moimi plecami.
          • kivvi Re: rodziny pacjentów cd. 20.08.06, 23:17
            Czy jest zgodne z prawem, udzielanie informacji o stanie chorego wszystkim
            odwiedzajacym, nawet jesli jest to rodzina?
            • conveyor Re: rodziny pacjentów cd. 21.08.06, 15:23
              Jesli pacjent upowazni lekarza do udzielania informacji to tak.
              • young_doc Re: rodziny pacjentów cd. 21.08.06, 18:29
                W moim szpitalu każdy pacjent przy przyjęciu dostaje do wypełnienia formularz z dwiema rubrykami:
                - pierwsza: wyrażam zgodę na informowanie o moim stanie zdrowia (wpisać imię i nazwisko) (podpis pacjenta)
                - druga: nie wyrażam zgody na dostęp do mojej historii choroby innym osobom, także w wypadku mojej śmierci (podpis pacjenta)
                Tekst może nie jest dosłowny, ale ma to mniej więcej taki sens. 99% wybiera opcję nr 1. Większość z pozostałych nie ma nikogo, kogo mogliby wpisać w rubrykę...
                Jest to chyba uczciwe, a na pewno zgodne z przepisami postawienie sprawy. Prawnie rzczu ujmując, zagadnienia te reguluje ustawa o zawodzie lekarza i lekarza dentysty art. 31 i 40 (lekarz ma obowiązek zachować w tajemnicy informacji związane z pacjentem a uzyskanych przez lekarza w związku z wykonywaniem zawodu, pacjent ma prawo decydowania o osobach, którym lekarz może udzielać informacji...)

                A teraz trochę życia, które nijak nie chce się dostosować do tak pięknych przepisów.

                Sytuacja nr 1 - 58 - letni malarz pokojowy spadł z drabiny podczas malowania i leży nieprzytomny. W badaniu neurologicznym liczne ubytki i odruchy patologiczne, w TK masywne krwawienie do komór mózgu. Zgody, rzecz jasna nie podpisał. Teoretycznie nie mamy prawa informować rodziny o stanie pacjenta, bo narusza to jego prawa.

                Sytuacja nr 2 - 70 - letni pacjent ze zdiagnozowanym przewlekłym procesem nowotworowym, zdyskwalifikowany od leczenia operacyjnego i chemioterapii, hospitalizowany z powodu zaostrzenia choroby niedokrwiennej serca. W trakcie hospitalizacji nagle i gwałtownie narastające objawy o charakterze dezorientacji, splątania, zaburzeń pamięci, zaburzeń afektu. W wykonanym badaniu TK liczne hiperdensyjne obszary o średnicy do 4 cm, zwłaszcza w płatach czołowych - obraz odpowiada zmianom przerzutowym do ośrodkowego układu nerwowego. Chory nie rozpoznaje rodziny, agresywny, nie wyraża zgody na odwiedziny i informowanie o stanie zdrowia (zobaczył lekarza rozmawiającego z rodziną na korytarzu). Teoretycznie do chwili ubezwłasnowolnienia na drodze sądowej nie wolno informować rodziny o jego stanie. Chory wymaga stałej opieki ze strony osób drugich.

                Sytuacja nr 3 - 87 - letnia chora z nasilonym zespołem psychoorganicznym (potocznie, choć to zupełnie inna choroba, takie osoby okreśłane są przez rodzinę spoza branży medycznej jako Alzheimer - ponieważ ich zachowanie odpowiada powszechnemu wyobrażeniu o tej chorobie). NIezdolna do samodzielnej egzystencji, wymaga stałej pomocy osób drugich, pozostaje pod opieką też już niemłodej i niezamożnej kobiety z dalszej rodziny (dzieci dziwnie zapomniały o mamusi...), przeprowadzenie procesu ubezwasnowolnienia przerasta siły tej mieszkającej na odludziu osoby, ofiarnie troszczącej się o krewną. W chwili przyjęcia chora przestraszona, agresywna, wulgarna, nie wyraża zgody na informowanie o stanie swijego zdrowia, nie jest w stanie zrozumieć podsuniętego jej dokumentu... Teoretycznie nie wolno mi powiedzieć ani słowa o jej chorobie opiekunowi faktycznemu.

                Sytuacja nr 4 - 43 - letni pacjent poszkodowany w ywpadku komunikacyjnym, przywieziony przez zespół R z urazem wielonarządowym, w tym rozległym urazem głowy. Chory głęboko nieprzytomny, hospitalizowany przez kilka tygodni na oddziale intensywnej terapii. Zespół neurochirurgów, ortopedów, chirurgów ogólnych i szczękowo-twarzowych przeprowadził szereg zabieg operacyjnych. W trakcie jego pobytu na oddziale intensywnej terapii odwiedzała go żona (tożsamość potwierdzona na podstawie dowodu osobistego), informowana o stanie zdrowia męża. Po okresie pomyślnie przebiegającej rekonwalescencji pacjent zaskarżył szpital - żona w trakcie procesu rozwodowego podawała informacje uzyskane od lekarzy. Proces zakończony ugodą, szpital wypłacił odszkodowanie.

                Na przykłądzie tychże case'ów chciałem pokazać, że jest to bardzo skomplikowana i delikatna materia, oraż że czasem (choć nie zawsze) ślepe stosowanie się do przepisów może narobić wielu kłopotów pacjentowi, a zkolei odstąpienie od nich - lekarzowi... niemniej z reguły w naszym postępowaniu staramy się kierować zdrowym rozsądkiem, a nie bezdusznymi przepisami - choć czasem może to narobić więcej złego, niż dobrego. Ale zwykle odwrotnie.
                Jednak trzeba zawsze pamiętać, czym jest dno piekła wybrukowane. Pozdrowienia.
                • margo125 Re: rodziny pacjentów cd. 23.08.06, 14:27
                  Sytuacja nr 5-36-letnia kobieta przyjeta z peknieta ciaza pozamaciczna na
                  oddzial ginekologiczny i w trybie pilnym zoperowana. Na oddzale zjawia sie
                  malzonek i pyta napotkana pielegniarke "co z jego zona?" Pielegniarka: "Panska
                  zona przeszla wlasnie operacje z powodu ciazy jajowodowej". Malzonek: "ciazy?
                  Alez my nie sypiamy ze soba od roku!". Owa pielegniarka placi wspomnanej
                  pacjentce dozywotnia rente za poniesione w zwiazku z rozwodem straty finansowe.

                  Gospodarowanie czasem to najcenniejsza umiejetnosc, ktorej musi sie nauczyc
                  Assistenzarzt, aby nie zginac na naszym oddziale (przecietna Assi ma srednio 16
                  wlasnych pacjentow, funkcje diagnostyczna w systemie rotacyjnym np. USG,
                  gastroskopia, echo, Schlaflabor itd., a do tego conajmniej dwa tuziny czlonkow
                  rodzin pacjentow, ktorzy, co zrozumiale, chca byc poinformowani o stanie
                  zdrowia swoich bliskich). Przy takim obciazeniu praca mam dla rodzin moich
                  pacjentow dziennie 30min (fest codziennie pomiedzy 15.30 a 16.00). Informuje
                  tylko jedna, wskazana przez chorego osobe (najzwyczajniej na rozmowe z trzema
                  corkami, stryjenka i kuzynka pacjenta nie starcza mi czasu). Pacjenci zapisuja
                  sie na moja Sprechstunde u pielegniarki. Informacje o stanie zdrowia pacjentow
                  nie sa udzielane telephonicznie.

                  Pozdrawiam
        • alergenzb Re: rodziny pacjentów cd. 26.08.06, 11:58
          zgadzam się z tobą np. 60 chorych i 120 ludzi z pytaniami, gdzie czas na pracę.
          Ale osobiście miałam przypadek, że umówiłam się z lekarzem prowadzącym np. w
          poniedziałek, że w środę udzieli mi szczegółowych informacji o stanie zdrowia
          pacjenta. Lekarz podał termin godzinę i kiedy przyszło do rozmowy, siedział w
          dyżurce z koleżanką i odpowiedział abym przyszła w inny dzień. To było bardzo
          nieładne, szczególnie że uszanowałam czas lekarza, a on nie uszanował mojego.
          Szczególnie że nie miał nic pilnego, ani nie zajmował się pacjentem wymagającym
          jego pomocy.
          Jak sam widzisz różnie bywa w dwie strony.
          Może później rzeczywiście narasta stres rodziny pacjenta w stasunku do lekarza.
          • felinecaline Re: rodziny pacjentów cd. 26.08.06, 13:23
            A moze on na siedzaco omawial z ta kolezanka jakis szczegolnie skomplikowany a
            nie cierpiacy zwloki przypadek? Wzielas taka mozliwosc pod uwage?
            • tricolour Nie trzeba brać nic pod uwagę... 26.08.06, 14:21
              ... bo w takim przypadku to lekarz powinien przeprosić, że nie może rozmawiać,
              bo omawia z koleżanką skomplikowany i nie cierpiący zwłoki przypadek... i
              wyznaczyć kolejny termin spotkania, tym razem ostateczny.

              Biorąc coś samodzielnie pod uwagę można wziąć omyłkowo, że lekarz na siedząco
              namawiał koleżankę na stosunek płciowy i nagłe wtargnięcie umówionego pacjenta
              popsuło mu plany...

              :PPP

              • felinecaline Re: Nie trzeba brać nic pod uwagę... 26.08.06, 14:28
                No coz, ja pisze z pozycji (;-P) kogos, kto NIGDY nie moze dac na 100% pewnego
                i ostatecznego terminu, jesli moge kiedy nie moge to przepraszam, ale
                najczesciej poniewaz nie moge przeprasza za mnie "rzecznik", czyli sekretarka,
                zreszta bez akceptacji ktorej nikt nie tylko do gabinetu mi nie wejdzie ale
                nawet klamki nie dotknie.
            • alergenzb do felinecaline 26.08.06, 18:07
              > A moze on na siedzaco omawial z ta kolezanka jakis szczegolnie skomplikowany
              a
              > nie cierpiacy zwloki przypadek? Wzielas taka mozliwosc pod uwage?

              Wziełam taką możliwość pod uwagę, ale niestety to była osoba z firmy
              farmaceutycznej, która wyciągała leki z torby na ławe i omawiali może
              rzeczywiście poważne sprawy, zapominając o umówionej rozmowie.
              • felinecaline Re: do felinecaline 26.08.06, 19:31
                Ryzykujac, ze zostane z kretesem znienawidzona powiem tyle: "u mnie
                reprezentanci firm farmaceutycznych nie maja wstepu na oddzialy szpitalne.
                • alergenzb Re: do felinecaline 26.08.06, 22:39
                  I tak powinno być wszędzie.
                  Podziwiam Pani postawę.
                  Stąd sytuacja była trochę nerwowa i poprosiłam o dostęp do całej dokumentacji i
                  sporządzenia łącznie jej kopii, skoro przez 18 dni lekarz nie miał czasu na
                  udzielenie informacji o stanie zdrowia, to z kopii dowiem się wszystkiego nie
                  zabierając cennego czasu. byłam osobą upoważnioną pisemnie do otrzymywania
                  wszelkich informacji o stanie zdrowia, łącznie do otrzymania kopii dokumentacji
                  po śmierci ( oświadczenie pacjenta 2 sztuki).
                  Bardzo cenię sobie pracę lekarzy, stąd mój wielki szacunek do nich, ale nie
                  każdy na niego zasługuje.
                  Poprzez chorobę męża poznałam wielu wspaniałych lekarzy, którzy przez okres
                  pobytu w szpitalu mężą, na bierząco udzielali mi informacji o stanie zdrowia
                  (nowe wyniki badań)i nie musiałam pytać, bardzo dbali o pacjentów.Ich
                  poświęcenie, postawa, sposób podejścia był godny podziwu. Tacy lekarze
                  zasługują na najwyższe pensje i szacunek.
                  Natomiast w innym szpitalnym oddziale, brakowało słów. Lekarz raz na dobę mimo
                  bardzo ciężkiego stanu, sposób podejścia i zachowania - przykro mówić i nie
                  warto wspominać.
                  Czasami mam wrażenie, że akwizycja wzieła górę nawet w szpitalu, proponowanie
                  pacjentowi kupna sprzętu za niższą cenę - talon rabatowy, plus dawanie ulotki
                  firmy, karty rabatowej i informacji o sprzecie, jego cenie itd. na wizycie
                  lekarskiej porannej jest dla mnie żenujące, wolała bym usłyszeć trochę
                  informacji o stanie zdrowia, sprzęt jak będę chciała to sama kupię i wybiorę
                  taki jak mi odpowiada technicznie, a nie polecany kilkukrotnie przez lekarza.
                  Zaufanie buduje się wzajemnie, a ja jakoś je wtedy straciłam.
                  Mąż dostawał lek, nazwa na kapsułce, a w zleceniu był całkiem inny lek ale
                  pochodny tej kapsułki itd. Opis tomografii inny niż udzielono informacji, RTG
                  także inny opis niż udzielona informacja, wyniki fatalne, a z informacji b.
                  dobre
                  Na pytanie dlaczego, otrzymałam odpowiedz, przepraszam ale nie mam czasu.
                  Jak dażyć zaufaniem w takiej sytuacji, jak zrozumieć postępowanie lekarza.
                  Starałam się zrozumieć i nie rozumiem do dzisiaj.
                  • felinecaline Re: do felinecaline 26.08.06, 22:47
                    Ty nie ma nic do podziwiania, to kwestia organizacji i zarzadzania szpitalem,
                    ktory ma swoja polityke odnosnie zaopatrzenia w sprzet i leki i reprezentantow
                    sie po prostu nie przyjmuje. I tak jest nie tulko "u mnie" ale w ogole w skali
                    krajowej (mowie o sektorze panstwowym).Kliniki prywatne maja swoja polityke i
                    organizacje, ktora mnie nic nie obchodzi i ktorej nie znam.
                    • alergenzb Re: do felinecaline 26.08.06, 23:16
                      > ktory ma swoja polityke odnosnie zaopatrzenia w sprzet i leki i
                      reprezentantow
                      > sie po prostu nie przyjmuje. I tak jest nie tulko "u mnie" ale w ogole w
                      skali
                      > krajowej (mowie o sektorze panstwowym).

                      Chyba jednak nie wszędzie tak jest, oczywiście mówię o sektorze państwowym.
                      Pani ordynator była lekarzem prowadzącym pacjenta plus drugi lekarz, który rano
                      przychodził i osłuchiwał męża.
                      Niestety to w państwowym szpitalu na oddziale, kwitnie akwizycja i handel
                      sprzętem, a zeby było weselej, to rano czyli po 18 godzinach pobytu otrzymałam
                      jedyną informacje, że to nowotwór i grużlica niezłe zastraszenie rodziny, bez
                      posiadanych wyników badań, a potem zero informacji i czekanie, tylko niech mi
                      ktoś powie naco? Wyniki badań nie potwierdziły niczego, ani grużlicy ani
                      nowotworu.
                      Przecież rodziny pacjentów to nie troglodyci, a na zdrowy rozsądek to co można
                      po 18 godzinach powiedzieć rodzinie??

                      Prosze mi powiedzieć dlaczego na "dzień dobry straszy się pacjentów najgorszymi
                      chorobami, później nie udziela informacji i obraża jak się żąda na pismie kopii
                      całości dokumentacji.
                      Nie jestem troglodytą, aby nie wiedzieć co z tym zrobić, ale to jest decyzja
                      małżonka, którą podejmie jak tylko dojdzie do siebie po operacji, prawo zna
                      bardzo dobrze, można powiedzieć jest mistrzem. Dobrze że w szpitalach nie
                      podaje się wykształcenia i zawodu wykonywanego. Dobrze jak nikt nie wie kto
                      jest kim.


    • vlad Re: rodziny pacjentów cd. 26.08.06, 18:51
      osobiście nie praktykuje udzielania informacji przez telefon. Miałem kiedys
      spięcie z gościem , który przedstawił sie jako narzeczony pacjentki . Kobietka
      poroniła, ten chciał się dowiedzieć dlaczego. Na moje dictum ,że wszystko
      zostało przekazane pacjentce i może sie zapytac swojej narzeczonej zjeżył sie i
      zaczął cos o prawach pacjenta. No to usłyszał ,że wg prawa to on jest osobą
      postronną i tym bardziej nie uzyska żadnej info. A jak ma inne zdanie to może
      iść do adwokata albo do izby albo do dyra na skargę. Nie poskarżył się.
      Wczoraj natomiast zjeżyły mnie rodziny odwiedzające pacjentki na oddziale. Wisi
      jak byk ogłoszenie , że do jednej pacjentki max 2 odwiedzających i bez dzieci. A
      tu na sali , gdzie leżą pacjentki po operacjach w 0-2 dobie ciężko wejść . do
      jednej 4 osoby, do drugiej 3 , do trzeciej też trzy. wq sie, wyprosiłem ,
      trafiłem przy okazji na kierowcę z pogotowia, z którym przez 5 lat razem
      pracowaliśmy. Hubert wyszedł jako pierwszy, troche zjeżony ale po chwili
      powiedział - dochtorze, mocie racja. reszta wizytatorów spoglądając spode łbów
      zgromadziła się na korytarzu bez komentarzy. Jeszcze bardziej wq mnie tabuny
      odwiedzające położnice. na Boga, szpital nie jest miejscem do odwiedzin , można
      obejrzeć dziecko w domu. Nawiasem mówiąc w prywatnym szpitalu, z którym
      wspłpracuję, na położnictwo może wejść jedna osoba do jednej pacjentki a nasali
      może być tylko jeden odwiedzający. I nikt się nie buntuje, jak wchodzą 2 osoby
      to szef opieprza równo. kiedyś byłem świadkiem jak próbowała dyskutowac mamusia
      połoznicy , szef uciął krótko: takie tu sa zasady, wiedziała pani otym
      zgłaszając sie do nas, jeżeli się to pani nie podoba, prosze więcej nie zgłaszać
      sie do nas. I koniec dyskusji.
      • alergenzb do vlad 26.08.06, 19:13
        Zgadzam się z tobą.
        Bardzo męczący jest hałas na sali dla chorego człowieka.
        Jedna osoba, zachowująca się cicho u chorego jest wystarczająca.
        Czasami rodziny zapominają, że na sali są pozostali chorzy.
        • kivvi Re: Reasumujac, 27.08.06, 01:40
          kolega lohengrin4, jak zwykle maci i pieprzy. Jesli idzie o halas, pomijajac
          wizyty, przebywanie w takich zaludnionych salach jest meczace dla wszystkich,
          zawsze. I to nie jest wina pacjentow i ich rodzin, to nie jest wina lekarzy, to
          nawet nie jest wina obecnego rzadu. I nie trzeba sie tu wzajemnie oskarzac.
          Sluzba Zdrowia potrzebuje reformy.
          • lohengrin4 Re: Reasumujac, 27.08.06, 07:51
            weź się zastanów zanim coś napiszesz.
            Owszem mącę, a nieraz na pewno pieprzę, jak to w swej elokwencji byłaś łaskawa
            ująć, niemniej jednak, wyskakujesz z tym postem ni w 5 ni w 9, ja zacząłem
            pewien temat, nic nie pisałem o hałasie, Ty odpowiadasz na zupełnie inny post,
            przywołujesz ten argument o hałasie (faktycznie nie trafiony), a potem piszesz
            w podsumowaniu, że pieprzę.

            A mi chodziło o to, że umawiam się z rodziną na rozmowę o 10 z następnym
            kolegą, bo to on będzie odpowiadał za oddział przez następne 24 godziny i o tej
            10 będzie już coś wiedział, nic się nie dzieje, spokój, a rodzina dzwoni do
            mnie o 8:50, i to wypowiadając się tak, jakby zupełnie świadomie mówili: "wiem
            że jest 8:50, i wiem że się zmieniacie o 9:00, ale czy może jest pan już tym
            lekarzem który o 10:00 będzie wiedział co mamą?". Naprawdę tak to wyszło.
            A gdzie tu odwołanie do hałasu.
            I TO JEST WINA RODZIN, zapewniam cię, że "obecny rząd" nie ma tu nic do rzeczy,
            choć z twojej wypowiedzi wynika że tak. Rozumiem, że jajecznica spalona przez
            ciebie 2 tygodnie temu (albo inna tragedia która cię doktnęła) to też wina
            rządu?
            No i lohengrina4, oczywiście, zawsze i na wieki.
    • iskierka43 Re: rodziny pacjentów cd. 30.08.06, 21:18
      Witam. Tak sobie czytam to, co tutaj piszecie...Sama też jestem pracownikiem
      słuzby zdrowia, ale nie lekarzem. POchodzę natomiast z rodziny o tradycjach
      lekarskich. Dyzury znam z autopsji i przyznaję, że bywają wykańczające,
      zwłaszcza, jeśli trzeba po nich zostać w pracy na kolejne 7,5h a szef traktuje
      cię, jakbyś dopiero co przyszła wypoczęta z domu do pracy ( ja tak mam ).Mam
      mniejszą odpowiedzialnośc niż lekarz, ale po takim maratonie po prostu
      jestem "odkorowana". Z jednej strony pacjenci bywają co najmniej przykrzy.Mnie
      najbardziej wkurza to, że się w Polsce wszystko wszystkim należy i co za tym
      idzie roszceniowość niektórych graniczy z bezczelnością. Ale...jest i druga
      strona.Nie będę uogólniać, napiszę na swoim przykładzie. Zostałam niedawno mamą
      po raz pierwszy.Sytuacja pierwsza:porodówka. Nie mam zwyczaju "trąbić" od
      drzwi, że jestem służba zdrowia, uważam, że wszystkich pacjentów powinno się
      traktować równo.Chociaż są pewne wyjątki. Często robię grzecznościowo to i owo
      dla kolegi czy kolezanki po fachu.Bywa, że na dyżurach i jakby "ponad normę".I
      nie ma dla mnie znaczenia, czy to lekarz, pielegniarka czy salowa.Ale wrócmy na
      porodówkę:-).Zanim się nie okazało kim jestem z zawodu - obojetność na granicy
      braku dobrego wychowania.Potem zmiana o 180st.Sytuacja druga: oddział
      położniczo-noworodkowy: pani pediatra warczy, kiedy próbuję ją zapytać o
      cokolwiek niezaleznie od pory dyżuru ( z założenia każda jest zła ).Dodam, że
      nie pytam o pierdoły a sprawy istotne i jestem dosyć konkretną osobą.Najpierw
      pytam, dlaczego z oczka małego sączy się wydzielina ropna. Słyszę pytanie, czy
      się myłam i że dziecku zakrapiano oczy kropelkami przeciwko rzęsistkowemu
      zapaleniu spojówek. Przy innych pacjentkach. Dodam, że "wenerycznie"nic mi nie
      dolega i uważam to za złośliwość i bezczelność. Kiedy proszę o ocenę poziomu
      bilirubiny u dziecka (żółte jak cytryna ), słyszę, że nie ma żółtaczki
      fizjologicznej.Tu się zgadzam.Fizjologia to na pewno nie jest, ale w
      dokumentacji dziecka po wypisie czytam:brak żółtaczki fizjologicznej.Po wyjściu
      ze szpitala idę jednak do pediatry. Od opisanej sytuacji minęło juz prawie
      tydzień ( poiłam dziecko dość obficie )a bilirubina jest rzędu 11mg%.Wolę nie
      myśleć jaka była wcześniej.To, że pediatra rodzinna wysłuchała szmerek nad
      serduszkiem, którego babsko w szpitalu też nie słyszło to sprawa następna.
      Idziemy więc do kardiologa dziecęcego.Na szczęście nic groźnego, ale do
      monitorowania. Pani kardiolog...też warczy. brak podstawowych zasad dobrego
      wychowania, dużo by pisać...do tego jeszcze wyraża się dosadnie o pani
      pediatrze, która śmiała poprosić o pisemne pozwolenie, ze dziecko może być
      szczepione.A gdzie etyka zawodowa? W koncu przerywam jej tyradę, bo mały płacze
      i mówię, że nie wnikam w brak wiedzy mojej pediatryczki, natomiast zalezy mi na
      tym, żeby zaszczepić dziecko. Kolejna sprawa: ktoś "załatwia" mi u znajomej
      lekarki na dyrzurze możliwość, że zerknie mi w wyniki i się wypowie. Jest na
      zasadzie:służba-służbie, ale się spaźniam i na dyrzurze jest juz inny lekarz (
      okazało się, że wie o co chodzi i tamta pani doktor go prosiła, żeby te wyniki
      ocenił).Wylatuje na mnie z taką "gębą", że zastanawiam się, gdzie uciekać.
      Następnie pielęgniarka mu sczepcze, że to ja i facet zmienia się o wcześniej
      wspomniany kąt:-)180st. Zerka na wyniki i się wypowiada ( sprawa rozbija się o
      to, czy mały pójdzie do szpitala czy też nie ).Całość trwa 10min. Na pożegnanie
      z kurtuazją całuje mnie w rękę. Ale ja i tak myślę, jak się mają osoby spoza
      branży w takich sytuacjach...No i jeszcze jedna sprawa z okresu ciąży:
      jestem "na dniach" i strasznie boli mnie ząb.Idę od rodzinnego, bo myślę, że to
      ucho, ale lekarz kieruje mnie jednak do dentysty.Poleca poradnię taką a
      taką.Wchodzę przeświadczona, że niezalęznie od tego czy jestem zwykłym
      pacjentem czy kimś ze służby zdrowia powinnam zostać przyjęta, bo cierpię.
      Lekarka wyrzuca mnie za drzwi, bo jak twierdzi jest sama, dużo pacjentów ma i w
      ogóle ( to jej słowa, to w ogóle chyba dotyczyło mojego stanu ).Myślę, że można
      powiedzieć to samo, ale spokojnie, zwłaszcza jak się widzi kobietę w
      9mies.ciązy. Wychodzę z płaczem. Gabinety prywatne pozamykane, bo to 9 rano, a
      ząb boli jak cholera. W końcu przyjmuje mnie znajomy dentysta, który specjalnie
      dla mnie otwiera gabinet.
      To są sytuacje z ostatnich kilku miesięcy mojego zycia. Zawsze broniłam swojej
      branży i lekarzy. Nigdy nie odmówiłam koleznace czy koledze z branży pomocy,
      czasem było mi to nie na rękę, ale zawsze starałam się pomóc. Ta branża się
      dewaluuje.To już nie to, co kiedyś.I nie ma usprawiedliwienia typu:marne płace
      czy warunki pracy. Zanika powołanie a tego zawodu nie może wykonywć byle kto.
      Niestety często tak się zdarza.Tą wypowiedzią nie stoję ani po stronie
      pacjentów ( którzy też mają swoje za uszami ) ani nie "najeżdżam" na lekarzy.
      Ale chyba po powrocie do pracy zacznę się cenić i już nie będę taka miła dla
      kogoś ze służby zdrowia, kto przyszedł do mnie z "ulicy".....
      • alergenzb do iskierka43 30.08.06, 22:05
        Podzielam twój pogląd, bo tak naprawdę jest wszędzie.
        Jedynie w szpitalu, gdzie był operowany małżonek, można było zobaczyć szacunek
        i zrozumienie.
        Byłam bardzo zdziwiona i niedowierzałam, że są jeszcze tak mili i wyrozumiali
        lekarze, pielęgniarki, panie sprzątające oddział.
        Nabierząco udzielanie informacji dla mnie lub małżonka o stanie zdrowia, mimo
        naprawdę zapracowania i pewnie braku czasu, aby cokolwiek zjeść, pielęgniarki
        bardzo grzeczne i miłe, zawsze otwarte na zgloszenia pacjenta.
        Ten oddział to odzdział marzeń Polaków.
        Ufałam całemu personelowi, wiedziałam że małżonek jest w dobrych rękach i byłam
        spokojna jadąc do domu (poza dużym zmartwieniem o stan zdrowia męża, a choroba
        jest bardzo poważna).
        Ogromnym szacunkiem dażę cały personel tego oddziału.
        Natomiast pozostałe kontakty, poza lek. pediatrą, rodzinnym, pulmonologiem
        prowadzącym małżonka, otoloaryngologiem męża mam takie same zdanie jak twoje i
        te same odczucia.
        Szanuję całą służbę zdrowia, podziwiam ich ciężką pracę, więc dlaczego spotyka
        nas brak szacunku z ich strony i traktowanie jak zero.
        My także uczyliśmy się latami, robimy specjalizacje, ponosimy także
        odpowiedzialność za pracę, jesteśmy zapracowani i zamęczeni po dyżurach 24
        godzinnych, na których nie można oka zmrużyć, czasami po przespaniu 4 godzin na
        fotelu biurowym ponowny maraton pracy. Czy my nie zasługujemy na szacunek.
        Dla mnie każdy zasługuje. Myślę, że jeśli służba zdrowia nie zacznie szanować
        swoich pacjentów, napewno nie doczeka się szacunku z ich strony (oczywiście nie
        uogólniam)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka