lohengrin4
20.08.06, 20:44
Oczywiście się czepiam. Faktycznie, sprawa jest marginalna.
Ale: na oddziale X jest hospitalizowana pacjentka. Córka dzwoni, by
się "czegoś" dowiedzieć. Wszystko sprawnie, miło, umawiamy się na dzień
następny, bo córka się martwi, chce być na bieżąco.
Mówię, żeby zadzwoniła po 10, bo wtedy (chodziło o niedzielę rano), nowy
dyżurny będzie już po wizycie, bo zmieniamy się o 9. Telefon od córki
jest o godzinie... 8:55, czy już jestem po wizycie...
Tak, są większe problemy. Ale to po prostu kolejna odpowiedź na zdziwienie
różnymi (czasami niegrzecznymi przez jawne prezentowanie irytacji) reakcjami
lekarzy na kontakty z rodzinami pacjentów.
I proszę mi nie mówić, że mi łatwo jako lekarzowi.
Też byłem w sytuacji rodziny pacjenta. I mogło być różnie. Niemniej jednak
starałem się dać lekarzom szansę popracować, na informację zawsze (prawie)
jest czas.
A wobec tego proszę mi nie mówić, że jako lekarz mogłem wiedząc więcej
spokojnie czekać. Otóż właśnie jako lekarz 2-3 razy bardziej miałem prawo się
niepokoić, wiedząc jak niedoskonała jest medycyna i ludzie się nią zajmujący.
Dlatego proszę Was, drogie rodziny pacjentów. Jeśli stabilny chory będzie
przez kogoś innego odwiedzony i oceniony około godziny 10, to nie dzwońcie z
tym do mnie pięc minut przed końcem dyżuru. Bo 100, 200, 300 takich i
gorszych zdarzeń, to tylko dodatek do zwykłego i zasadniczego przedmiotu
naszych działań - leczenia. Które samo w sobie jest już stresujące.
Jeśli jako 300 osoba zamiast do kolegi zwrócicie się do mnie, o 8:55 zamiast
o 10:00, kiedy naprawdę nic się złego nie dzieje, to tak naprawdę
przyczyniacie się tylko do (minimalnego ale zawsze) wzrostu zmęczenia i
możliwości popełnienia błędu. Nie mitologizujcie nas. Jesteśmy ludźmi.