cyborg.jr
13.09.05, 11:25
Huragan "Katrina" ujawnił głębokie dysproporcje w społeczeństwie
amerykańskim - głównie między zamożniejszymi i biedakami, ale także i
utrzymujące się podziały rasowe. Oba problemy trapią USA od początku
powstania, ale co pewien czas dają o sobie znać z większą siłą. Niekoniecznie
w tym samym czasie, choć są one zbieżne o tyle, iż dotkliwa bieda zwykle
zagraża mniejszościom rasowym.
Po czterech latach od zwrócenia uwagi na zagrożenie ze strony terroryzmu i
koncentracji na wojnie w Iraku i w Afganistanie, administracja winna
poświęcić energię i czas na wewnętrzne problemy społeczne. Od samozadowolenia
lat dziewięćdziesiątych, szybkiego rozwoju gospodarczego i rosnącej
(statystycznie) zamożności Amerykanów wydawało się, że problemem będzie tylko
dalszy wzrost, tworzenie nowych miejsc pracy, pogłębianie integracji
społecznej. Tymczasem jakby niezauważenie dla polityków narastały
dysproporcje: wszyscy, którzy się nie mogli przystosować do rosnącego tempa
zmian, z różnych względów nie zdołali na czas zorientować się, że szybko idą
nowe czasy, kiedy wykształcenie, wysokie umiejętności zawodowe, elastyczność
w dostosowywaniu się do zmiennych wymagań rynku decydują o wszystkim. Albo
się spełnia te kryteria i funkcjonuje w głównym nurcie społeczeństwa, albo
zostaje się wyrzuconym na margines.
Tymczasem w Nowym Orleanie, w Luizjanie, i w ogóle w zacofanych stanach
południowych rosła grupa "nieprzystosowanych" w powyższym sensie. Oczywiście
można powiedzieć, to wina każdego człowieka z osobna, że nie chce się uczyć,
zdobywać kwalifikacji, szukać pracy. W wielu indywidualnych przypadkach jest
to prawda. Kiedy jednak mamy do czynienia z prawie 30-procentowym lokalnym
bezrobociem, staje się to społecznym problemem, nie zaś losowymi
jednostkowymi przypadkami.
Huragan odsłonił skalę zaniedbań istniejących od wielu lat. Nie tylko więc, a
nawet w niewielkim stopniu ponosi za to odpowiedzialność prezydent Bush ze
swoją ekipą. Akurat prawdopodobnie winą należałoby tu obarczyć administrację
prezydenta Clintona, która w decydujących o przemianach społeczno-
gospodarczych latach dziewięćdziesiątych nie uczyniła dostatecznie dużo, aby
przygotować te zmarginalizowane grupy społeczne do wymogów dnia dzisiejszego
i jutrzejszego.
Nie jest naszym celem ulubione zajęcie mediów amerykańskich - rzucanie się na
poszukiwanie winnych, odnajdywanych zwykle po stronie przeciwników
politycznych, niezależnie od tego, czy ma to sens, czy nie. Ważniejsze jest,
aby wyciągnąć szybko naukę z nieszczęścia Nowego Orleanu. Wyraźnie widać, iż
potrzebny będzie cały kompleksowy program obliczony na emancypację biednych,
zwykle czarnych (albo latynoskich, niekiedy białych) grup społecznych.
Prawdopodobnie głównie wegetujących w południowych stanach, ale też i gdzie
indziej, jak w Kentucky, powiedzmy, czy Wirginii Zachodniej.
Chodzi więc o stworzenie systemu edukacyjnego zdobywania kwalifikacji, biur
pośrednictwa pracy, dogodnych pożyczek na kształcenie i rozpoczęcie własnego
biznesu. I całego szeregu podobnych zachęt, które pozwolą milionom na
wydobycie się z kręgu biedy.
Oprócz zachęt konieczny będzie także skuteczny system przymusu. Nie wszyscy z
dobrej woli i ochoty do zdobywania wiedzy skorzystają ze stworzonych
programów, jeśli nie będą temu towarzyszyły dostateczne siły perswazji, aby
zmusić opornych do wzięcia się za siebie, do zadbania o własny los. Idzie
ostatecznie o to, aby niezbędne dodatkowe fundusze przeznaczone na programy
dla biednych nie przekształciły się (wzorem ubiegłych dziesięcioleci) w
haracz płacony przez społeczeństwo dla świętego spokoju.
Quelle PDN-NY ck