Dodaj do ulubionych

Na marginesie dinozaurów...

17.09.05, 22:01
Czytam sobie taką miłą książeczkę "Pomyłka Darwina". Strasznie bełkotliwie ona
napisana, ale parę zagadnień na tyle mnie zaciekawiło, że chciałbym popytać
ludzi wiedzy.

Pierwsze: Jak skamieniały tropy dinozaurów? O ile się orientuję, takie
znaleziska istnieją w wielu miejscach świata, a skamienienie błocka jakoś
kojarzy mi się z jakimś nagłym wydarzeniem. A takich nie było chyba aż tyle?

Pozdrawiam
Jazzek
Obserwuj wątek
    • Gość: Karol Sabath Re: Na marginesie dinozaurów... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.09.05, 23:12
      > Pierwsze: Jak skamieniały tropy dinozaurów? O ile się orientuję, takie
      > znaleziska istnieją w wielu miejscach świata, a skamienienie błocka jakoś
      > kojarzy mi się z jakimś nagłym wydarzeniem. A takich nie było chyba aż tyle?
      Wiele tropów znaleziono m.in. w Górach Świętokrzyskich. Można je zobaczyć np. w
      Muzeum Geologicznym Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, a także w
      muzeum odziału PIG w Kielcach, w Muzeum Przyrody i Techniki itp. Popularne
      ingformacje na poziomie szkolnym można znaleźć np. w mojej lekcji internetowej:
      edu.pgi.gov.pl/muzeum/tropy/slady.htm
      Zacytuję sekwencję wydarzeń, prowadzących do powstania odcisków tropów.
      1. Zwierzę stawia kroki po miękkim osadzie, np. nadrzecznym błocie.
      2. Błoto z odciskami stóp wysycha i twardnieje - powstają wklęsłe ślady -
      niekiedy całe szlaki.
      3. Rzeka nanosi kolejną warstwę osadu, np. piasku, który wypełnia nierówności
      podłoża - na spodniej stronie (w spągu warstwy, jak mówią geologowie) powstają
      wypukłe naturalne odlewy tropów.
      4. Osady ulegają scementowaniu i zmieniają się w skałę osadową - mułowiec lub
      piaskowiec - z utrwalonymi na granicach warstw skamieniałymi śladami.

      Każdy wie, że wysychające błoto lub glina twardnieje, utrwalając rozmaite ślady
      (w naszych czasach także np. ślady opon pojazdów itp.). Kiedy podczas powodzi
      rzeka - niosąca wówczas grubszy materiał - piasek - wylewała, na tarasach
      zalewowych odkładała się warstwa piachu - gruba na kilka-kilkanaście, a nawet
      kilkadziesiąt cm. Ponieważ osad ten ma inne właściwości (ziarnistość, skłonność
      do pęcznienia, itp.), powierzchnia graniczna między nimi stanowi naturalną
      granicę erozyjną i kiedy z czasem - w sposób naturalny czy z udziałem
      człowieka - takie warstwy się odsłoni, najłatwiej je rozłupać wzdłuż tej
      nieciągłości - i otrzymać wklęsłe lub wypukłe ślady.
      • Gość: Jazzek Re: Na marginesie dinozaurów... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.09.05, 23:48
        Taki scenariusz jest do pomyślenia, ale widzę tu dwa zjawiska zakłócające:
        wegetacja roślinna i opady. W ciągu roku (jesli powodzie były coroczne, nie
        rzadsze) powinny one całkowicie lub w znaczącym stopniu zatrzeć takie ślady.
        Poza tym powódź zaczyna się chyba od rozmiękczenia przez wodę podłoża, później
        erozji, a na końcu zamulenia. Chyba że mówimy o warunkach na krańcach obszaru
        zalewanego.
        • Gość: Karol Sabath Re: Na marginesie dinozaurów... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.09.05, 07:10
          > Taki scenariusz jest do pomyślenia, ale widzę tu dwa zjawiska zakłócające:
          > wegetacja roślinna i opady. W ciągu roku (jesli powodzie były coroczne, nie
          > rzadsze) powinny one całkowicie lub w znaczącym stopniu zatrzeć takie ślady.
          Jeżeli klimat był sezonowy (pora sucha/deszczowa) to niekoniecznie. Ślady
          zachowywały się w "ostatnim błocie sezonu" - tzn. potem glina/błoto już nie
          były rozmakane. Roślinność nie zarośnie plaży, zwłaszcza w porze suchej
          (pamiętajmy, że wtedy nie było jeszcze traw, a ówczesne rośliny zielne -
          głównie paprotniki - wymagały wilgoci do rozmnażania i wzrostu. Zresztą glina w
          ogóle nie jest najlepszym podłożem do bujnego rozwoju flory. A poziomy z
          korzeniami drobnych roślin (paleogleby) przeplatają się z warstwami z tropami
          dinozaurów - choćby na polskich stanowiskach troponośnych.
          > Poza tym powódź zaczyna się chyba od rozmiękczenia przez wodę podłoża, później
          > erozji, a na końcu zamulenia. Chyba że mówimy o warunkach na krańcach obszaru
          > zalewanego.
          Ślady zachowały sie w osadach dolnego biegu rzek, wręcz w rejonie ujściowym
          (gdzie normalnie osadzał się drobnoziarnisty muł - w którym odcisnęły się łapy
          dinozaurów). A intensywne opady powodujące powódź padały w górnym biegu -
          powódź niosła przecież grubszy, piaszczysty materiał.
          Oczywiście, samo występowanie tropów i to nawetw kilku poziomach tego samego
          profilu, wyklucza geologię potopową. Zdaniem dyluwialistów bowiem cała kolumna
          osadowa powstała z materiału wypadającego z wód potopu (a zatem kilometry pod
          ówczesną powierzchnią morza). A dinozaury i inne gady spacerowały sobie po
          lądzie (czasem zdarzają się nawet charakterystyczne szczeliny z wysychania,
          przecinające dawne błoto). Potem wyrastały sobie roślinki, zostawiając
          korzenie, potem znowu chodziły dinozaury, itp. Zresztą można pokazać na
          podstawie analizy sedymentologicznej w szerszej skali, jak funkcjonowały
          ówczesne koryta rzeczne, meandrując itp.
          • Gość: Jazzek Re: Na marginesie dinozaurów... IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 19.09.05, 09:42
            Właśnie chciałem spytać o te szczeliny :)

            Jeszcze jedno pytanie: czy te tropy są tylko w skałach osadowych "mulistych",
            czy także w wapieniach, jak można wyczytać w "Pomyłce Darwina".
            • Gość: Karol Sabath Re: Na marginesie dinozaurów... IP: *.pgi.waw.pl 19.09.05, 14:26
              > Jeszcze jedno pytanie: czy te tropy są tylko w skałach osadowych "mulistych",
              > czy także w wapieniach, jak można wyczytać w "Pomyłce Darwina".
              Są także w wapieniach - np. u nas w Bałtowie, czy w amerykańskiej formacji
              Morrison - powstawały na plażach zbudowanych z naniesionego przez morze białego
              wapiennego piasku (jak dziś na wielu tropikalnych wybrzeżach morskich - nawet
              śródziemnomorskich wysp, jak Kreta), niekiedy redeponowanego przez rzeki w
              strefie ujściowej.
    • Gość: natan Re: Na marginesie dinozaurów... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.09.05, 00:18
      A co z 'odbitkami' roślin, muszli itp. w pokładach węgla.
      Nie są wcale rzadkością.

      Czy jest możliwe, że potop biblijny i wyginięcie dinozaurów
      mają coś wspólnego...
      dużo wody, rozległe bagna... i stąd te ślady.
      A dinozaury po prostu się potopiły - proste
      ...i te spekulacje z meteorytem są zbędne.
      • Gość: Karol Sabath Re: Na marginesie dinozaurów... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.09.05, 07:22
        > A co z 'odbitkami' roślin, muszli itp. w pokładach węgla.
        > Nie są wcale rzadkością.
        Zgadza się. Na czym polega problem? Mamy na przemian warstwy węgla (uwęglonej,
        zbutwiałej materii roślinnej - paproci, widłaków, itp.) i "skały płonej" -
        czyli mułu, który przy kolejnych powodziach pokrywał starsze warstwy - podobnie
        przyrastają warstwy osadów także dziś w podmokłych lasach, a u nas dziś
        nadrzeczne torfowiska.
        > dużo wody, rozległe bagna... i stąd te ślady.
        Oczywiście, lasy karbońskie rosły na bagnach, gdzie żyły też małże (jak dziś,
        powiedzmy na Florydzie). Ale pogrzebanie węgla nie mogło nastąpić jednorazowo.
        Proszę policzyć, ile węgla (jakiej grubości warstwa) zostałaby z całkowicie
        uwęglonego bujnego lasu. A np. na Śląsku mamy kilometr sprasowanego węgla na
        przemian z osadami nieorganicznymi. Każda warstewka to kolejny las, a potem
        musiał urosnąć następny, co trwało przynajmniej dziesiątki, jeśli nie setki
        lat, itd. Więc nie do pomyślenia jest powstanie złóż węgla w krótkim czasie.
        > A dinozaury po prostu się potopiły - proste
        To czemu inne dinozaury zdążyły objeść ich szkielety, rozwłóczyć kawałki po
        okolicy, itp.? I czemu zdarza się, że nad "utopionym" dinozaurem jest warstwa,
        po której PRZESZEDŁ inny dinozaur? (w Nemegt, Mongolia, na stanowisku badanym
        przez kiedyś przez Polaków, znaleziono niedawno ślady tarbozaura, który
        rozdeptał płytko pogrzebany wmiękkim jeszcze osadzie szkielet innego
        tarbozaura...).
    • Gość: Jazzk Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 19.09.05, 09:50
      W innym wątku p. Karol tłumaczył, dlaczego na zimnej Syberii nie tworzą się
      lodowce. Przejdźmy może wobec tego na bardziej wilgotne tereny.

      Lodowiec to znaczy - obfite opady śniegu. Dużo śniegu rok w rok i zimno =
      lodowiec. Duże opady śniegu <= duża wilgotność, zatem duże parowanie. Duży
      lodowiec <= duże zimno. Duże zimno => małe parowanie.

      Na pierwszy rzut oka, duży lodowiec implikuje duże parowanie i małe parowanie
      jednocześnie. Czy oznacza to, że wilgoć była przenoszona z innych rejonów, a
      ochłodzenie klimatu było raczej lokalne (wysokie szerokości geograficzne) niż
      globalne (gdzieś przecież parować musiało)?

      Pozdrawiam,
      Jazzek
      • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.pgi.waw.pl 19.09.05, 14:30
        > Na pierwszy rzut oka, duży lodowiec implikuje duże parowanie i małe parowanie
        > jednocześnie.
        Na drugi rzut oka jest jednak oczywiste, że lodowce nie działają na zasadzie
        perpetuum mobile (gdyby to one silnie parowały, czy raczej sublimowały, to by
        ich ubywało zamiast przybywać i pozwalać na spływ lodu, niesienie głazów
        narzutowych i cielenie się gór lodowych). Paruje przecież woda morska - np.
        lądolód Grenlandii jest zasilany śniegiem powstającym z parowania wód cieplego
        pradu Zatokowego (Golfstromu). A u brzegów np. Jakucji nie ma ciepłego prądu i
        parowanie Oceanu Lodowatego jest słabe - więc i nie ma z czego padać tyle
        śniegu.
        • Gość: Jazzek Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 19.09.05, 15:18
          Z odpowiedzi widzę, że nie do końca jasno sformułowałem zagadnienie. Chodzi mi
          o to, że ochładzanie się klimatu powinno wpływać i na ląd, i na morza. Jeśli
          morze jest chłodniejsze, to i parowanie mniejsze, wobec czego mniej śniegu do
          dalszego tworzenia lodowca. A gdy morze zamarznie, to i parowanie zanika. W
          takim wypadku wilgoć musi napływać z cieplejszych rejonów, ale przy globalnym
          ochłodzeniu i tego powinno być mniej.

          Czyli w dwóch zdaniach, interesuje mnie, czy morze w sąsiedztwie lądolodu było
          zamarznięte tak jak obecnie w Arktyce i - jeśli tak - skąd się brała wilgoć na
          podtrzymywanie lodowca? Czy coś wiadomo o cyrkulacji atmosferycznej w tamtych
          czasach?
          • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.pgi.waw.pl 19.09.05, 15:52
            > Czy coś wiadomo o cyrkulacji atmosferycznej w tamtych czasach?
            Zob. np. symulację numeryczną:
            epswww.unm.edu/facstaff/gmeyer/eps481/images/climap.gif
            > skąd się brała wilgoć na podtrzymywanie lodowca?
            Z parowania wód nagrzanych na równiku i niesionych prądem ku północy. Dlaej
            chmury pędził wiatr aż do mroźnej Arktyki, gdzie padał śnieg...
            • europitek Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat 19.09.05, 18:46
              Jazzek zblizyl sie do ciekawego problemu: co bylo najwazniejszym skutkiem
              globalnego zlodowacenia dla swiata ozywionego. Na pierwszy rzut oka wydaje sie,
              ze wielki chlod i moze "utrata terytoriow". Chlod byl, ale nie az tak okropny,
              jak podsuwa to nam wyobraznia, bo istnienie lodowcow, a nawet ladolodow nie
              wymaga trzaskajacych mrozow. Stawialbym raczej na globalna susze, ktora w
              ostrej formie dotknela kontynenty bezposrednio nie objete zlodowaceniem.
              • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.09.05, 20:57
                > Stawialbym raczej na globalna susze, ktora w
                > ostrej formie dotknela kontynenty bezposrednio nie objete zlodowaceniem.
                Istotnie - nasze gleby lessowe to skutek burz pyłowych nanoszących drobny osad
                z suchych ternów na wschodzie i południu. Także wilgotne puszcze równikowe
                miały dramatycznie mniejszy zasięg niż w holocenie. Ale wody oceanu nie ostygły
                na tyle, by w ogóle nie było chmur... Na szczęście pojemność cieplna wody jest
                na tyle duża, że prądy morskie mogły zanosić ciepławą wodę w strefę umiarkowaną
                (a więc w okolice czap lodowych plejstocenu).
                • europitek Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat 19.09.05, 23:38
                  Zaczalem watek o suszy glacjalnej, bo wyglada mie ona na glownego "zabojce
                  gatunkow", zwlaszcza w odniesieniu do duzych zwierzat i megafauny roznych
                  kontynentow. A w przypadku wielkich trabowcow, biorac pod uwage wplyw
                  wspolczesnych susz na populacje sloni, wyglada na najbardziej (i chyba jedynie)
                  sensowna przyczyne ich wyginiecia.
            • Gość: Jazzek Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 20.09.05, 10:08
              Skoro już o suszy mowa - less, o którym wspominacie, czy inny pył, na pewno
              docierał na lodowiec. Wyobrażam sobie, że szczególnie na krańcach lądolodu nie
              było takiego bielutkiego lodu jak na Antarktydzie, tylko mieszanina lodowo-
              pyłowa. Zastanawiam się, czy wręcz nie było tak, że lód był w wielu miejscach
              pokryty warstwą gleby. Bo chyba nie cały czas lodowiec wędrował?
              • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.05, 10:19
                > czy wręcz nie było tak, że lód był w wielu miejscach pokryty warstwą gleby.
                Lodowce np. w Tybecie też są "brudne", więc i "nasze" zapewne nie były takie
                bielutkie, jak na filmie "Epoka lodowcowa"... :-)
                > Bo chyba nie cały czas lodowiec wędrował?
                Lód pełzł cały czas. Nawet kiedy lodowiec się "cofa", to w rzeczywistości jęzor
                lodu płynie do przodu, tyle że czoło topi się szybciej niż rekompensuje to
                dopływ świeżego lodu (więc netto zasięg się cofa). Co innego tzw. bryły
                martwego lodu. Te tkwiły w miejscu, pokrywały się glebą, a kiedy się wytopiły,
                zostały po nich niecki jezior.
                • Gość: Jazzek Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 20.09.05, 10:24
                  A jak z tym pełznięciem. Na sporym obszarze między Skandynawią a obszarem
                  polski mamy dołek. Czy to nie przeszkadzało w wędrówce? Czy lodowiec na
                  terenach Polski był pchany siłami mającymi źródło w Skandynawii, czy może sam
                  się pchał pod własnym ciężarem, gdy już był odpowiednio gruby?
                  • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 2. Lodowce a klimat IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.05, 11:32
                    > A jak z tym pełznięciem. Na sporym obszarze między Skandynawią a obszarem
                    > polski mamy dołek. Czy to nie przeszkadzało w wędrówce? Czy lodowiec na
                    > terenach Polski był pchany siłami mającymi źródło w Skandynawii, czy może sam
                    > się pchał pod własnym ciężarem, gdy już był odpowiednio gruby?
                    Dołek bałtycki (dawna dolina Erydanu, zresztą pogłębiona właśnie przez erozję
                    lodowcową, bo duża część narzutniaków to właśnie kawałki skał z dna Bałtyku)
                    jest płytki (średnia głębokość Bałtyku = 50 m) w porównaniu z grubością
                    lądolodu (mierzoną w kilometrach). Takie nierówności to pestka dla płynącego
                    lodu.
    • Gość: Jazzek Pytanie 3. Kongo w oceanie. IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 20.09.05, 10:20
      To akurat pytanie jest związane z inną książką tegoż autora, notabene znacznie
      lepiej napisaną, choć oczywiście nie pozbawioną młodoziemskiego chaosu.

      Jak spojrzeć na mapę dna morskiego, to na przedłużeniu rzeki Kongo widać zarys
      koryta rzecznego. Gdyby kończyło się ono na szelfie, pół biedy - wahania
      poziomu morza w granicach 200 metrów można tłumaczyć lodowcami. Koryto to zdaje
      się jednak sięgać aż 2000 metrów poniżej dzisiejszego poziomu, do podóży stoku
      kontynentalnego. Jakie jest tego wyjaśnienie? Rów tektoniczny?

      Podobnie z rzeką Świętego Wawrzyńca - tu nie aż tak głęboko, ale za to bardzo
      szeroko. Przedłużenie rzeki Hudson - podobnie; zdjęcie modelu dna tych okolic
      zamieszczone w książce zdaje się tworzyć przed oczami wizję wodospadów lecących
      z kontynentów na oceaniczne dno. Jakby woda, zamiast na dole, znalazła się
      chwilowo na górze i wracała na swoje miejsce. Przyznam, że to właśnie mnie
      najbardziej zaintrygowało.
      • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 3. Kongo w oceanie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.05, 11:47
        > zdjęcie modelu dna zdaje się tworzyć przed oczami wizję wodospadów lecących
        > z kontynentów na oceaniczne dno. Jakby woda, zamiast na dole, znalazła się
        > chwilowo na górze i wracała na swoje miejsce.
        Te "wodospady" nazywają się prądy zawiesinowe (turbidytowe) - "te niosące
        ogromne ilości osadu prądy mogą osiągać prędkość 90 km/h przy stężeniu
        materiału do 300 kg/m3." - cytuję za książką Duxbury i in. "Oceany świata" PWN
        2002. Erozja turbidytowa kanionów na przedłużeniu wielkich rzek, gdzie niesiony
        przez nie materiał żłobi podmorskie wąwozy w stoku kontynentalnym, omówiona i
        zilustrowana jest na s. 130-135 wspomonianej książki. Polecam. (Nie bardzo
        rozumiem, o co chodzi z tym "wracaniem na swoje miejsce" - zawiesina osadów
        wniesionych przez rzekę do morza normalnie spływa dalej grawitacyjnie w dół po
        stoku, bo ma większą gęstość od czystej wody morskiej - w czym problem?).
        • Gość: Jazzek Re: Pytanie 3. Kongo w oceanie. IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 20.09.05, 12:14
          Jak będę w pobliżu tej książki, to na pewno zajrzę :)
          Że na stoku prądy mogą osiągać znaczne prędkości, to jasne. Ale że te prądy
          mogą rzeźbić podłoże jeszcze kilkaset kilometrów dalej, już dobrze poniżej
          najbardziej przepaścistej częsci stoku? Trudno mi to sobie wyobrazić. To pewnie
          jest tak, że jak już powstało koryto, to prądom trudno z niego wyjść, dobrze
          kombinuję?
          • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 3. Kongo w oceanie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.05, 22:32
            Taki ptąd zachowuje się trochę jak lawina: rozpędza się pod własnym ciężarem na
            stoku, a potem rozpędem (i trochę "pchany przez swój ogon" wciąż zjeżdżający po
            stoku) sunie jeszcze po słabiej nachylonym podłożu. Można to zresztą sobie
            zamodelować w jakimś akwarium, wpuszczając gęstą błotną zawiesinę po stromym
            stoku. Jak spłynie na dno, popłynie dalej poziomo, zanim wytraci prędkość. W
            porównaniu z lawiną śnieżną różnica jest taka, że śnieg słabo eroduje skały
            podłoża, a materiał mineralny - całkiem całkiem.
            > Jak będę w pobliżu tej książki, to na pewno zajrzę :)
            Warto. Razem z "Historią Ziemi" Stevena Stanleya z tej samej serii to dobry
            pakiet - rzetelny, dobrze przetłumaczony, przejrzysty i dobrze zilustrowany.
    • ja22ek Pytanie 4: Koprolity 23.09.05, 11:43
      Skamieniałe odchody dinozaura znajdowane na powierzchni ziemi. Autor twierdzi,
      że skamieniały na powierzchni (nie wspominając oczywiście, dlaczego nie zmiótł
      ich potop i inne nieszczęścia). Ale jeśli znalazły się na powierzchni po x
      milionów lat, to śmieszne jest, że dinozaurza kupa (za przeproszeniem) jest
      bardziej odporna na erozję niż otaczająca ją skała osadowa.

      Tamże zdjęcia koprolitów wewnątrz osadów. Hm... jak długo taka kupa może
      zachować swój kształt podczas tworzenia się skały ją otaczającej. Rozumiem, że
      wykluczony jest udział wody przy tworzeniu się takiej skały, bo odchody
      straciłyby kształt. A w ogóle to nie było wtedy jakichś organizmów, które by
      taką kupę w tydzień-dwa spożyły?

      Trochę zabawny problem, ale nawet na czymś takim można się uczyć :)
      • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 4: Koprolity IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.05, 22:02
        > Skamieniałe odchody dinozaura znajdowane na powierzchni ziemi. Autor
        > twierdzi, że skamieniały na powierzchni.
        One kiedyś skamieniały w przypowerzchniowej warstwie osadu, potem zostały
        pogrzebane głębiej, a następnie odsłonięte przez erozję. Na pewno nie leżą tak
        na powierzchni non stop od czasu defekacji dinozaura, bo dawno zerodowałyby je
        czynniki atmosferyczne, abrazja piaskiem itp.
        > śmieszne jest, że dinozaurza kupa (za przeproszeniem) jest
        > bardziej odporna na erozję niż otaczająca ją skała osadowa.
        Przecież to nie dawno nie jest miękka kupa (za przeproszeniem). Stare koprolity
        są twardsze niż przeciętny osad. W odchodach dinoaurów drapieżnych były resztki
        kości, które pod wpływem bakterii i wody tworzą wtórne spoiwo z fosforanu
        wapnia. Inne koprolity są przesycone minerałami żelazistymi itp. Generalnie
        dochodzi do biomineralizacji za sprawą bakterii wytrącających z materii kałowej
        i roztworu glebowego jakieś minerały.
        > wykluczony jest udział wody przy tworzeniu się takiej skały, bo odchody
        > straciłyby kształt.
        Nie, jeśli po wstępnym podeschnięciu tkwią w osadzie o podobnej do nich
        gęstości/twardości. Wtedy mogą zachować przestrzenność, bo naciski rozkładają
        się równomiernie. Nawet koprolity z osadów jeziornych i rzecznych mogą się
        zachować tylko umiarkowanie spłaszczone
        (pbisotopes.ess.sunysb.edu/lig/Conferences/abstracts97/becker.97.htm -
        także o fosforanowej mineralizacji).

        > Rozumiem, że w ogóle to nie było wtedy jakichś organizmów, które by
        > taką kupę w tydzień-dwa spożyły?
        A jakże, były. Drążenia w koprolitach są jednymi z głównych pozostałości np. po
        mezozoicznych żukach gnojakach (tak, przodkowie skarabeuszy też pewnie toczyli
        kulki z dinozaurzego łajna, zanim pojawiły się duże ssaki...).
        Większość odchodów oczywiście uległa recyklingowi. Niektóre zostały pogrzebane
        jeszcze nienapoczęte przez koprofagi, inne są mocno spenetrowane przez ich
        tunele.
        Zob. np.
        www2.nature.nps.gov/geology/paleontology/pub/grd3_3/pefo7.htm
        Co ciekawe - wbrew założeniu, że koprolity powstały podczas potopu - niektóre
        wykazują spękania z wysychania...

        Koprolity pojawiły się jako kreacjonistyczny argument na rzecz potopu m.in.
        podczas przsłuchań w sprawie wniosku o nauczanie kreacjonizmu w szkołach w
        Arkansas w 1982 roku - warto poczytać całe sprawozdanie:
        people.hofstra.edu/faculty/robert_l_hall/ISB1F01/ScienceInCreationScience.html

        Obszerniejsze omówienie samej kwestii koprolitów pod kątem ich absurdalności
        jako dowodów potopu: home.entouch.net/dmd/bathroom.htm
    • Gość: Jazzek Pytanie 5: Płaskowyż Kolorado IP: *.wro.volvo.net / 62.29.248.* 28.09.05, 15:22
      Ten teren przykuwa uwagę autora. Ale chyba nie tylko jego :) Moje wrażenie jest
      takie, że tak rozległy obszar prawie poziomo leżących grubych na kilometry
      warstw osadów to oaza spokoju w porównaniu do chociażby pobliskich Gór
      Skalistych czy innych rejonów Ziemi.

      Tym razem sam poszukałem w internecie i trafiłem na takie zdanie:
      "Approximately 5 million years ago the
      entire Rocky Mountains and Colorado Plateau
      were uplifted 4,000 to 6,000 feet. This type of
      uplift which does not involve deformation and
      effects a large area is termed epeirogenic uplift."

      Dwa tysiące metrów w górę! I to bez zaburzeń poziomego układu warstw. No, no...
      Jak łatwo sobie wyobrazić, niemożliwe jest wyniesienie pionowe większego
      obszaru, ponieważ ziemia jest kulista, więc pion jest określony tylko lokalnie.
      W najprostszym przypadku wyjdzie nam łagodna górka, na większym obszarze,
      skorupa musi popękać. Sądząc z informacji, że już przy budowie mostów o
      długości kilometra trzeba uwzględniać zakrzywienie powierzchni ziemi,
      przypuszczam, że obszar Gór Skalistych i Płaskowyżu Kolorado jest nieźle
      popękany wzdłuż i wszerz.

      A teraz poproszę o wyjaśnienie, jak odbywa się taki "epeirogenic uplift". Jak
      duże obszary może objąć? Jak długo trwał ten proces (a może trwa nadal?).

      Na samym końcu uwagi autora, cytuję z pamięci:
      1. Przez pięć milionów lat krawędzie kanionu powinny być już bardziej
      wygładzone.
      2. Datowania poszczególnych warstw różnymi metodami dają bardzo różne wyniki
      (czasem niższa wydaje się dużo młodsza).
      3. Duża różnica wieku między njaniższą odsłoniętą warstwą a na niej leżącymi
      (to już sam wyczytałem, że warstwy syluru i ordowiku zostały zerodowane, gdy
      obszar ten znalazł się nad poziomem morza w wyniku regresji oceanu - ale skąd
      ta regresja?)
      • Gość: Karol Sabath Re: Pytanie 5: Płaskowyż Kolorado IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.05, 20:12
        > A teraz poproszę o wyjaśnienie, jak odbywa się taki "epeirogenic uplift". Jak
        > duże obszary może objąć? Jak długo trwał ten proces (a może trwa nadal?).
        Trochę mam mało czasu (przygotowania do zagranicznej konferencji...). Ale
        polecam jan.ucc.nau.edu/~rcb7/RCB.html jako dobry punkt wyjścia - liczne
        mapy paleogeograficzne, przekroje, omówienia histroii geologicznej zwłaszcza
        tego regionu, plus linki...
        Albo PWN-wska "Historia Ziemi" Stevena Stanleya, w tym. s. 634 i nast.
        Telegraficznie: Epejrogeneza może mieć różne przyczyny - np. izostatyczne (tak
        obecnie podnosi się Skandynawia uwolniona od ciężaru lądolodu, stopniałego 10
        tys. lat temu - tempo wynosi ok. 1 cm/rok [w tym tempie wyniesienie Płaskoyżu
        Kolorado zajęoby ćwierć miliona lat]). W przypadku Kolotado mozę w grę wchodzić
        inny mechanizm epejrogenezy niż izostazja. W okolicy są aktywne obszary
        płaszcza (bazalty Kolumbii, megawulkan Yellowstone itp.), więc może po prostu
        jakiś pióropusz płaszcza wycisnął Kolorado od spodu? Oczywiście - choć
        generalnie warstwy leżą słabo nachylone, to teren jest pocięty uskokami i ma
        budowę blokową.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka