marcinlet
12.02.07, 09:48
Taki filozof Jean-François Gautier zastanawia się jak to w ogóle jest z tym
Wszechświatem. Czy możemy opisać – jakbyśmy spoglądali z góry – coś w czym
tkwimy, z czego nie możemy się wydostać? Jak możemy mówić o kształcie,
geometrii Wszechświata kiedy nie ma przestrzeni zewn., na którą ten świat
można
rzutować? Tak samo jak możemy mówić o początku Wszechświata, kiedy pojęcie
początku odnosi się do czasu, a nie ma jakiegoś zewnętrznego dla świata
czasu,
bo jest on zegarem najwyżej sam dla siebie i nie może być odniesiony do
niczego
co byłoby wobec niego zewnętrzne.
Setka miliardów gwiazd to galaktyka, a galaktyki to wszechświat, ale jeśli
galaktyka jest obserwowalna to wszechświat już nie.
Czy Wszechświat nie powinien być traktowany jako pewne uogólnienie raczej niż
konkretna "rzecz", pojęcie metafizyczne a nie naukowe?
Czy Wszechświat jako "wszech" z samego znaczenia tego słowa (a nie z
obserwacji) jest tylko jeden? Obserwator wewnątrz Wszechświata nijak nie
sprawdzi, że jest tylko jeden Wszechświat.
Co zmieni zrezygnowanie z ogólnikowej idei Wszechświata w astronomii? Nic, bo
dalej będzie można badać planety, gwiazdy i galaktyki. Nie będzie tylko całej
kosmologii.
Co o tym sądzicie? Dosyć oryginalna i wywrotowa koncepcja, trzeba przyznać,
ale czy słuszna?
Przy okazji, zdanie Leonarda3, czy jak mu tam, mnie nie interesuje, tak więc
niech się nie wypowiada.