spieniacz_combat
10.06.06, 14:56
Hej
Jeśli moglibyście mi pomóc... może komuś z boku wyda się to bardziej
logiczne - otóż jestem w nieciekawym momencie życiowym (nakreślając nieco
tła, z 'psychą' u mnie nie najlepiej) i sny miewam nastepujące, i nie znam
się na tym, i może ktoś mi pomoże wyjaśnić?:
- podróże przez miasto i przedmieścia różnymi środkami typu mpk - obliczanie,
czy zdążę tym a tamtym autobusem, potem nagle jest zmiana rozkładu jazdy,
albo okazuje się, że nie wiedziałam, którędy właściwie jedzie
- podróże dłuższe - nie zdążam wysiąść z pociągu, próbuję skakać gdzieś w
trawach na torowisku
- pośpiech, bo nie zdążam w jakąś podróż: na zegarze jest np za kwadrans
dziewiąta, odwracam głowę na chwilę i okazuje się, że naprawdę jest 15 po
trzeciej, a właściwie za 5 dziesiąta, i w sumie czas jest jakiś zakręcony,
raz naprzód raz w tył, nie wiem czy jest jutro czy przedwczoraj
- szczegółowy sen: jadę starym rozklekotanym rowerem nocą przez miasto,
śpieszę się i widzę że całe rondo jest rozkopane, droga jest nie ubitym
placem z kamieni (takie luźne kawały piaskowca) i szyny od tramwajów wystają
z pół metra nad tym, i mam czerwone światło ale nikogo nie ma, ktoś koło
mnie mówi 'chcesz to idź, i tak nic nie jedzie' i ja jakoś dziwnie na tym
rowerze przejeżdżam bez szwanku przez te tory, i kamienie, ale nie wiedzieć
czemu skręcam w lewo (kusi mnie tamta ściwżka, bo jest tam pełno zielonych,
chłodnych krzewów) zamiast jechać prosto tam, do centrum, i jadę wzdłuż
szyn wygrodzoną ścieżką dla tramwajów, w trawie, tak że gdyby jakiś jechał,
to po mnie i myślę 'jednak wracam, nie zdążę i będzie wypadek' i gdy wracam
prowadząc rower, potrącam nogą jakiś pojemnik ze zlewkami czy czymś syfiastym
i myślę 'no, jednak szybko trzeba wracać robi się późno' i dalej już nie
wiem - nie ma snu
- jest noc, ale słońce bardzo jasno świeci, trochę się dziwię; bo ja zwykle
działam nocą, patrzę przez balkon na ulicę, a tam takie niedzielne
południe, dzieci bawią się i jedzą lody, mamuśki z tatuśkami idą do
kościoła itd
- wychodzę jakimiś dziwnymi tarasami, przejściami przez okno swojego pokoju
i wsiadam do windy i ta winda zabiera mnie gdzieś wyżej na piętra,
które 'normalnie' wiem, że nie istnieją, i tam jest podobnie, ale czuję lęk,
bo sama tam nie zamierzałam się wybrać, ale ktoś tym kieruje i coś 'jestem
spodziewana' zrobić, i znów chodzenie po nieznanych piętrach, balkonach
wszystko jest w niezrozumiały sposób inne; bo o samo, ale czuję dziwne
napięcie
- no i całkiem inny motyw, który mam od dzieciństwa: w całym mieszkaniu i
poza nim, zewsząd wychodzą malutkie i większe węże (czy tam żmije, nie znam
się); spomiędzy listw, z parkietu, 'wynikają' spod łóżka, szafy, otwieram
drzwi a tam też jakiś wężyk - nie ma ich 'tłumnie' ale zawsze okazuje się,
że mogą sięwszędzie pojawić. nie mam jakichś przeżyć w realu z tymi
zwierzętami, tak poza tym.
- biegam, uciekam przed czymś/kimś i udaje mi się to, bo to jest na wpół
bieg, na wpół lot: jakbym miała buty siedmiomilowe i przepływała nad
podłożem; jak na unoszącej się nad ziemią deskorolce - nikt nie może mnie
zaczepić, jestem szybsza
przepraszam, że tak się rozpisałam, ale gdyby ktoś miał taką chęć, by
cokolwiek n.t. powyższy powiedzieć, porównać, uznał coś za oczywiste - dać
mi wskazówkę - byłabym ogromnie dźwięczna; nie znam się na snach, raczej
byłam skłonna uznać, że to efekt niestrawności, ale w końcu te motywy z
jakiegoś powodu powtarzają się.