dzagudka
12.10.11, 15:11
Witam,
Mam problem z nauczycielką mojego dziecka i właściwie nie wiem jak to rozwiązać. Zdecydowałam się już wprawdzie iść do Niej na rozmowę, ale trochę mam obawy czy moja córka nie będzie mieć potem przykrości. Skoro na tym forum sa nauczyciele, to proszę o podpowiedź jak to załatwić kulturalnie a skutecznie.
Może powiem o co chodzi. Pani jest nauczycielką nauczania początkowego, a moja córka jest teraz w 3ciej klasie. Nigdy nie przepadałam za tą Panią, ponieważ jest to osoba kompletnie roztrzepana i niezorganizowana. Wielokrotnie w ostatnich dwóch latach robiła pewne rzeczy, które mnie delikatnie mówiąc drażniły, ale nie interweniowałam, tym bardziej że słyszałam że ma problemy osobiste. Generalnie co mnie to obchodzi, ja też mam problemy a nie wyżywam się na innych. No ale ok, uległam namowom innych aby to zostawić. Niestety w tym roku pojawiło się kilka sytuacji, które mną wstrząsnęły i powiedziałam że dłużej nie wytrzymam.
Oto kilka przykładów:
1. Pani wciąż wymaga od dzieci przynoszenia do szkoły różnych rzeczy - a to na dekorację klasy, a to na różne akcje. I wszystko byłoby ok, bo to normalne, tylko że Pani nie akceptuje tego, że ktoś czegoś nie ma, albo że nie stać go na kupno nowej rzeczy. Ja zupełnie nie widzę powodu dla którego dla Pani widzimisie miałabym wydawać moje pieniądze na dekoracje szkoły. Wiele razy dawałam coś córce - coś co miałyśmy w domu, ale Pani nie przyjmowała, bo nie było nowe i Jej nie odpowiadało. Natomiast jak coś się Jej wyjątkowo spodobało, to od razu informowała że ona to zabiera dla swoich dzieci. Od tamtej pory powiedziałam że nic nie przyniosę. A wczoraj dowiedziałam się że Pani teraz wymyśliła że dzieci mają przynieść jakieś książki i gry na wyposażenie sali. Powiedziałam córce, że to czego Ona już nie używa jest dla Jej młodszej siostry, więc nie widzę powodu aby dawać to do klasy. Na co dziecko mi ze łzami w oczach powiedziało, że Pani na nich krzyczy że nic nie przynoszą i mówi im że "są do bani". Szlag mnie trafił, chyba nie muszę tego mówić. Generalnie Pani wśród swoich wychowanków ma opinię że "lubi tylko te dzieci które coś przynoszą". A to chyba o czymś świadczy. Zbieranie różnych rzeczy i przynoszenie na akcje jest fajne, pod warunkiem że nie jest pod przymusem. Wydaje mi się że Pani trochę zagalopowała się w swoich ambicjach i odbija sobie na dzieciach.
2. Jedna z Mam zbierała pieniążki na bilety do teatru. Miała zbierać do końca tygodnia, a ja się z nią umówiłam że zapłacę we środę, bo wcześniej nie miałam. Pani do mnie zadzwoniła w poniedziałek z pytaniem czy córka idzie do teatru, bo trzeba zapłacić. Poinofrmowałam Ją o swojej umowie z Mamą, która zbiera pieniążki i na tym rozmowa się skończyła. Następnego dnia okazało się, że Pani zrobiła mojej córce awanturę przy calej klasie, że jest jedyną która nie zapłaciła, że jak nie zapłaci to nie tylko nie pójdzie do teatru, ale Pani wyśle Ją na lekcje do innej klasy. A następnie powiedziała dziewczyce, której Mama załatwiała bilety, że ma iść do naszego domu i ODEBRAĆ! pieniądze na teatr. Jak dla mnie włączanie dzieci w sprawy finansowe dorosłych, to jest w ogóle nieporozumienie, ale żeby ośmieszać dziecko przy całej klasie takim zachowaniem to jak dla mnie w ogóle nie jest dopuszczalne.
3. Moja córka ma koleżankę która Jej dokucza. Kiedy powiedziała o tym Pani, ta tylko machnęła ręką i nic Jej nie pomogła. Powiedziałam więc córce aby się broniła sama i też dokuczała tej koleżance. Na to Ona się rozpłakała, że Ona nie chce, bo kiedyś tak zrobiła, to koleżanka poskarżyła się Pani i moja córka miała awanturę o złe zachowanie. Wygląda na to że dla Pani są "równi i równiejsi", bo inaczej nie umiem tego wyjaśnić.
A jeszcze wczoraj córka powiedziała mi z przerażeniem, że Pani "ukarała" jednego kolegę, który gadał na WFie tak, że złapała Go za kark i pociągnęła na drugą stronę sali. A potem się okazało że miał na szyi rany od Jej paznokci. Dzieciak się popłakał, a Pani powiedziała że teraz każdego kto będzie Jej przeszkadzał tak "przeciągnie", a On miał pecha bo ma paznokcie nie obcięte. Niby nie jest to moja sprawa, bo to powinni zgłosić gdzieś rodzice tego chłopca, ale jak to usłyszałam, to mi ciśnienie chyba na 300ta skoczyło. Jak tak można!
Przez ostatnie lata było wiele takich "kwiatków" i ja mam tego dość. Dziecko mi się zniechęca do szkoły, a ja już nerwowo nie wytrzymuję. Tłumaczyłam sobie że jeszcze tylko 9 miesięcy i uwolnię się od tej kobiety, żeby wytrzymać, ale z drugiej strony, dlaczego tolerować takie zachowania??? Poradźcie coś, proszę.
Pozdrawiam.