szwager_z_laband
22.12.09, 14:16
W wigilijną noc
Za oknami, ozdobionymi niby witrażami, misternie wyrzeźbionymi
przez mróz kwiatami, panował nieprzenikniony mrok. W piecu
wesoło trzaskał ogień, a rozchodzący się przyjemny zapach smakołyków
świątecznych pobudzał wyobraźnię i skłaniał do błogich
wspomnień.
Zapadła grudniowa, wigilijna noc. Jedyna noc, w której wilk brata
się z człowiekiem, ludzie podają sobie ręce do zgody i przebaczają
wzajemne krzywdy, jedyna noc cudów, kiedy góry otwierają swoje
wnętrza, przeznaczając dotychczas ukryte skarby dla ludzi dobrych
i odważnych, kiedy zwierzęta mówią ludzkim głosem, a nad światem
chóry anielskie intonują: „pokój ludziom dobrej woli”.
Nie wierzył temu wszystkiemu młody Tomanek, gospodarz we wsi
stateczny, mądry, toteż lubiany i poważany przez wszystkich. Śmiał
się więc z ludzi i ich łatwowierności; nie zbywało mu bowiem na
dowcipie
i szczerości.
W noc wigilijną długo nie mógł zasnąć, przewracając się w łóżku
z boku na bok, pomimo, że godzina była już późna. Prześladowały go
dręczące zjawy i mary, nie dając zasnąć. Oczy kleiły się ze zmęczenia
a jakiś głos jakby wyraźnie szeptał: „dlaczego nie idziesz, czyżby ci
brakło odwagi”. Zimny pot wystąpił mu na czoło i kilkakrotnie musiał
obcierać się rękawem koszuli. Długo walczył ze sobą. Kiedy jakiś
dziwny lęk wziął górę i zdawało mu się, że odrzucił już wszelką myśl
o tym, znów ten sam głos zaczął szeptać kusicielsko: „czy nie jesteś
ciekaw, co będą mówić? Wszak to dzisiaj okazja, jaka znów przez cały
rok się nie nadarzy. A może to nieprawda, co ludzie mówią, więc cóż
ci szkodzi przekonać się osobiście”.
Wreszcie nie wytrzymał. Cicho i ostrożnie, aby nie zbudzić żony,
wymknął się z łóżka, włożył buty, spodnie, rzucił na siebie kożuch.
Poświecił zapałką na zegar. Była za pięć minut dwunasta. Serce biło
jak młot, uderzało głośno i tak głośno, że musiał je ręką przycisnąć
z obawy, aby z piersi nie wyskoczyło i po cichu wyszedł na dwór.
Zawiało
go przenikliwym zimnem. Szczelniej otulił się kożuchem
i oglądając się trwożliwie, jak gdyby w obawie czy ktoś nie
podpatruje,
wzdłuż ściany, jak cień posuwał się szybko ku stajni. Śnieg skrzypiał
przeraźliwie pod nogami, w oczach czaił się lęk. Wreszcie przylgnął
do drzwi stajni tak mocno, że zdawało się iż przyrósł do nich
jak nieżywy.
Cisza dzwoniła w uszach, tylko od czasu do czasu ze stajni słychać
było głośny oddech konia albo lekki szczęk łańcucha. Tomanek chciał
jeszcze uciec, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa. Czuł jak gdyby
wrósł w ziemię, a czas wlókł się okropnie. Każda minuta wydawała
się wiekiem.
Nagle Tomanek wstrzymał oddech. Wydawało mu się, że świat
napełnił się niezliczoną ilością głosów w różnych językach i
tonacjach,
a wszystkie podobne śpiewom najpiękniejszych chórów. Zabrzmiała
cicha melodia radosnej kolędy:
W żłobie leży,
Któż pobieży
Kolędować małemu...
Tomanek padł na kolana. Zaczął bić się w piersi. Godzina cudu
nadeszła. Zdawało mu się, że słyszy ludzkie głosy dochodzące ze
stajni,
gdzie stała jego piękna para koni, którymi szczycił się przed całą
wsią, piękniejszych bowiem w okolicy nie było.
– Pokój temu domowi i naszemu gospodarzowi, który był dobrym
dla nas – mówiły miedzy sobą – nie krzywdził nas nigdy, a nakarmić
i oczyścić nie zapominał.
– Tak, to prawda – westchnął drugi – szkoda tylko, że umrzeć mu
dzisiaj przeznaczono.
– Właśnie – odezwał się pierwszy – za trzy dni odwieziemy naszego
gospodarza na cmentarz.
Nagle wszystko wokół ucichło. Ani muzyki niebiańskiej słychać nie
było; tylko gwiazdy jak dawniej, tu i ówdzie wyglądając spomiędzy
zwalistych chmur, mrugały do siebie znacząco.
Tomanka znaleziono o świcie, w pierwsze święto Bożego Narodzenia
zesztywniałego na kolanach pod drzwiami stajni, z twarzą zwróconą
w górę, jakby swoim martwym wzrokiem wypatrywał te chóry
anielskie, które nocą unosiły się nad ziemią, śpiewając: „pokój
ludziom
dobrej woli”.
(opracował Karol Kajzer30)