sloneczko1
19.10.05, 10:09
Górnoślązacy, traktowani podczas okupacji przez władze niemieckie jako
niepełnowartościowi Niemcy, już w pierwszych dniach po wojnie spotkali się z
zarzutami, że ich polskość jest niedoskonała.
Ziemie te opuściła wraz z armią niemiecką napływowa kadra urzędników z Rzeszy
oraz większość najbardziej proniemiecko nastawionych Ślązaków, obawiających
się represji ze strony władz sowieckich i polskich. Pozostała na Górnym Śląsku
ludność bez większych obaw oczekiwała na zmianę władzy. Mieszkańcy
przedwojennego województwa śląskiego nie czuli się zdrajcami narodu, gdyż
wpisu na volkslistę nie traktowali jak plebiscytu narodowościowego (dochodziły
do tego nawoływania biskupa śląskiego do maskowania się, nacisk władz
niemieckich, czynniki psychologiczne, ekonomiczne i inne).
Dla wkraczających na te tereny żołnierzy Armii Czerwonej rozróżnienie między
Ślązakiem a Niemcem nie było łatwe - istniało wśród nich zresztą przekonanie,
że zajmowane ziemie zamieszkuje w zasadzie ludność niemiecka. Posłuszni
zarządzeniom władz sowieckich, Ślązacy w wieku od 17 do 50 lat zgłaszali się
do prac przy usuwaniu szkód wojennych. Tych, którzy się zgłosili, umieszczano
w więzieniach i obozach sowieckich. Przy wydatnej pomocy funkcjonariuszy
milicji i UB zatrzymywano głównie mężczyzn wpisanych na volkslistę oraz osoby
narodowości niemieckiej. W punktach zbiorczych przeprowadzano selekcję, po
czym część osób wysyłano do ZSRR. W ten sposób wywieziono z terenu Górnego
Śląska około 30 tys. osób, które na zesłaniu wykonywały niewolniczą pracę w
kopalniach, hutach, fabrykach, kamieniołomach i na roli. Tylko niewielu z nich
powróciło do domu, reszta na skutek fatalnych warunków sanitarnych, głodu,
braku opieki lekarskiej i wycieńczającej pracy zmarła na zesłaniu. Pozostałe
po nich rodziny, szczególnie żony z dziećmi, by zapewnić sobie
minimum egzystencji, musiały wyprzedawać swój, czasem bardzo skromny, dobytek.
Wywózka mężczyzn była tym boleśniejsza, że w modelowej śląskiej rodzinie
mężczyzna pracował i utrzymywał wszystkich, kobieta zaś zajmowała się domem.
Ludność żyła w strachu przed wywózką lub rabunkiem. Władze sowieckie nie
ograniczyły się tylko do wywożenia ludzi, ale również na dużą skalę
przeprowadziły akcję wywozu maszyn i wszelkiego możliwego do
przetransportowania sprzętu. W Katowicach na przykład doszczętnie ogołocono
szpital miejski, z którego zabrano między innymi sprzęt rentgenowski i materace.
Władze komunistyczne zdawały sobie sprawę, że takie postępowanie wywołuje
wrogość do nowej władzy. Wojewoda Aleksander Zawadzki przestrzegał, że
entuzjazm, z jakim Ślązacy witali wojska radzieckie, ustąpił jawnej wrogości,
spowodowanej gwałtami, wywózką ludzi i urządzeń, a wicewojewoda Jerzy Ziętek
mówił nawet o tym, że żołnierz sowiecki stał się na Śląsku "synonimem zła".
Władze komunistyczne rozpoczęły porządkowanie kwestii narodowościowych na
terenie byłego województwa śląskiego na podstawie niemieckich volkslist.
Pojawiały się głosy, że należy pozbyć się elementu wrogiego, bez wątpienia
niemieckiego, czyli posiadaczy grupy I i II. Za element narodowo niepewny,
chwiejny, który przy lada zmianie zaprze się swego polskiego pochodzenia i
"zwiększy szeregi naszych wrogów", uważano nawet, z pewnymi wyjątkami, również
osoby z III i IV grupą volkslisty. Wojewoda Aleksander Zawadzki, z początku
gorący zwolennik radykalnych rozwiązań, wkrótce złagodził swoje stanowisko i
stał się rzecznikiem łagodnego podejścia do spraw narodowościowych na Górnym
Śląsku. Posunął się nawet do stwierdzenia, że "kto nie żyje na Śląsku, ten
problemu tego [tzn. volkslisty] nie zrozumie". Szansę powrotu na łono
polskości otrzymali reprezentanci wszystkich grup volkslisty z wyjątkiem grupy
I. Wpisani do grupy III i IV musieli złożyć deklaracje wierności, a tak zwani
"dwójkarze" podlegali sądowym procesom rehabilitacyjnym. Właściwie wszyscy
mieszkańcy Górnego Śląska zostali więc potraktowani jako element podejrzany
narodowościowo. Należący do III i IV grupy volkslisty nie mogli na przykład
sprawować funkcji sędziów, prokuratorów i aplikantów. Krzywdzące miejscową
ludność przepisy mówiły, że ławnikami podczas procesów rehabilitacyjnych nie
mogą być osoby wpisane na volkslistę. W konsekwencji niemal cała ludność
rodzima Górnego Śląska została pozbawiona wpływu na przebieg selekcji
narodowościowej. Osoby z II grupy volkslisty miały być, do czasu
zrehabilitowania, umieszczone w obozach pracy. W połowie 1945 r. w Katowicach
przebywało 14 tys. takich osób, a w Chorzowie aż 33 tys. Znaczna część
ludności podlegającej rehabilitacji nie była w stanie zapłacić wysokich opłat
sądowych. Stało się to przyczyną wielu tragedii i rozgoryczenia ludności,
która z żalem konstatowała, że polskość można kupić. Pojawiały się też
zarzuty, że sądy najpierw rozpatrują wnioski o rehabilitację ludzi bogatszych.
Na terenie tej części Górnego Śląska, która przed wojną należała do Niemiec
(Bytom, Zabrze, Gliwice) i była zamieszkana przez osoby posiadające
obywatelstwo niemieckie, przeprowadzono weryfikację narodowościową. Motyw
ekonomiczny podczas weryfikacji prowadził czasem do tego, że wysiedlano
ubogich Ślązaków, a weryfikowano zamożnych Niemców. Zdarzało się nawet, że
Niemcy mówili, iż Polakiem można zostać za 5 tys. zł. Surowe i sztywne
przepisy o rehabilitacji prowadziły do takich paradoksów, że gdy na przełomie
1945 i 1946 r. powróciło do swoich domów około 10 tys. Ślązaków - byłych
żołnierzy II Korpusu gen. Władysława Andersa - okazało się, że zostali uznani
za Niemców i muszą się rehabilitować. Faktem jest, że większość z nich
wcześniej służyła przymusowo w Wehrmachcie, ale po dezercji lub dostaniu się
do niewoli angielskiej lub amerykańskiej zgłosili się ochotniczo do Wojska
Polskiego. Wielu z nich przypisano do II grupy volkslisty, toteż mieli duże
trudności w uzyskaniu pracy i brakowało im środków do życia. Zgodnie z
ówczesnym prawodawstwem powinni być nawet pozbawieni majątków i osadzeni w
obozach pracy, a swoją niewinność mieli udowadniać przed sądami.
Problem volkslisty jeszcze długi czas ciążył nad mieszkańcami Górnego Śląska.
W listopadzie 1946 r. miejscowi kolejarze nie kryli swego rozgoryczenia
faktem, że w urzędach podczas wystawiania zaświadczeń o miejscu zamieszkania
odnotowuje się jeszcze grupę volkslisty. Ostatecznym zakończeniem problemu
volkslisty była dopiero ustawa z 1950 r. o zniesieniu sankcji w stosunku do
obywateli, którzy zgłosili swą przynależność do narodowości niemieckiej. Jak
podkreślał Ziętek, odtąd nie wolno było mieszkańcom Śląska, z racji
zaszeregowania ich do tej czy innej grupy niemieckiej listy narodowej, czynić
żadnych zarzutów lub uważać za mniej wartościową część społeczeństwa polskiego.
Przeprowadzana na terenie Górnego Śląska akcja wysiedlania ludności
niemieckiej napotykała wiele przeszkód. Rozdzielenie Polaków od Niemców nie
było bowiem takie proste, jak się wydawało władzom. Starosta rybnicki w
związku z akcją wysiedlenia donosił: "Znaleźć w tym wypadku granicę pomiędzy
niemcem [tak w oryginale - przyp. A.D.] a polakiem [tak w oryginale - przyp.
A.D.] jest trudno, tym bardziej że każdy z tut. ludności włada tak dobrze
językiem polskim jak też niemieckim". W wyniku akcji wysiedleńczych do obozów
dostawali się przedstawiciele wszystkich grup niemieckiej listy
narodowościowej. W ramach wysiedleń w latach 1945-1946 województwo śląskie
opuściło ponad 500 tys. osób narodowości niemieckiej lub za taką uznanych.
Nieprzychylne stanowisko wobec Górnoślązaków zajmowali funkcjonariusze milicji
i Urzędów Bezpieczeństwa, których kadra rekrutowała się w znacznej części z
osób spoza Śląska. Brak wysokich wymagań stawianym kandydatom do pracy w
organach bezpieczeństwa doprowadził do masowego napływu osób
zdemoralizowanych, co miało istotny wpływ na skalę nadużyć w procesie selekcji
narodowościowej. Bezprawne zatrzymania i grabież mieszkań były na porządku
dziennym. W wysoce skomplikowanej sytuacji