szwager_z_laband
18.01.06, 13:00
Kim są Polacy?
Nigdzie indziej nie spotkałem tylu fascynujących typów twarzy" - stwierdził
niedawno David Lynch, amerykański reżyser. Dlatego casting do jednego ze
swoich nowych filmów postanowił zrobić w Polsce. Lynch zauważył to, co
kaznodzieja Jakub Olszewski w połowie XVII stulecia. Olszewski
pisał: "Rzeczpospolita jest jak ptak pstry, wszytek farbowany". Kim tak
naprawdę są Polacy? Geny jakich jeszcze narodów nosimy w sobie? Badania
przeprowadzone na Akademii Medycznej w Warszawie dowodzą, że współcześni
Polacy mają bardzo ujednolicony bagaż genetyczny: jest on dość równomierną
mieszanką genów wielu nacji. - Stanowimy zupełne przeciwieństwo takich
narodów jak Włosi, Francuzi czy Hiszpanie. Ich mapa genetyczna pokazuje, że w
jednym społeczeństwie żyją obok siebie grupy genetycznie odmienne. W Polsce
większość społeczeństwa ma tymczasem ten sam koktajl genów - mówi dr Rafał
Płoski, jeden z autorów badań.
Polacy po łagodnej selekcji
O ile mniej więcej wiadomo, jak wyglądają przeciętny Skandynaw albo Włoch,
Niemiec czy Rosjanin, o tyle stworzenie obrazu przeciętnego Polaka wydaje się
kwadraturą koła. Polak może mieć bowiem zarówno płowe włosy i niebieskie
oczy, jak i ciemną karnację oraz piwne oczy (niczym Cygan), czy być rudym
niczym Irlandczyk bądź garbatonosym brunetem z ostrymi rysami w typie
semickim. Z badań przeprowadzonych na warszawskiej akademii medycznej wynika,
że jesteśmy Słowianami, ale z domieszką wpływów germańskich i nordyckich, a
także litewskich, semickich, ormiańskich, węgierskich, ruskich, włoskich i
żydowskich. I wszystkie te genetyczne zapożyczenia są mniej więcej równo
rozłożone.
Bogusław Pawłowski, antropolog, uważa, że choć określenie homogeniczna (czyli
jednorodna) różnorodność jest oksymoronem, to doskonale oddaje genetyczny
profil Polaków. Tę pozorną sprzeczność wyjaśnia znana w antropologii teoria
klina. Mówi ona, że w warunkach ostrej selekcji premiowane są określone
cechy. To taka ostra selekcja sprawiła, że większość mieszkańców Skandynawii
jest do siebie podobna, tak samo jak ludzie żyjący w ciepłych krajach basenu
Morza Śródziemnego. W klinie leżącym pomiędzy tymi strefami, czyli w
umiarkowanej strefie klimatu umiarkowanego, selekcja jest znacznie
łagodniejsza. W Europie ten klin rozciąga się mniej więcej od Francji na
zachodzie, po Rosję na wschodzie, od Morza Bałtyckiego na północy, po
Półwysep Bałkański na południu. Polska leży w samym środku tego klina,
dlatego mieszkańcy tych terenów równomiernie absorbowali zewnętrzne wpływy. I
to nie tylko genetyczne, ale i kulturowe.
Czy Mieszko I był Wikingiem?
Pod koniec PRL przestano nachalnie rozpowszechniać naciągane teorie, mówiące
o tym, że nad Odrą, Wartą i Wisłą Polacy żyli od czasów prehistorycznych.
Pojawiliśmy się na terenach dzisiejszej Polski najwcześniej w V lub VI wieku
naszej ery. Praojczyzną Słowian były tereny między Bugiem a środkowym
dorzeczem Dniepru. Nasi przodkowie żyli tam spokojnie, aż doszły ich wieści o
tym, że ludy ruszyły na południe, do dawnego Cesarstwa Rzymskiego. Jeżeli
Lech, Czech i Rus istnieli, to rozdzielili się właśnie wtedy.
Już w drugiej połowie X wieku pojawia się na naszych ziemiach spora liczba
grobów skandynawskich wojowników. Naukowcy dowiedli, że Mieszko I zbudował
swoje państwo dzięki sile swojej trzytysięcznej drużyny, złożonej głównie z
pochodzących z północy Waregów, najdzielniejszych wówczas wojowników. - To
oni głównie tworzyli taką ówczesną Legię Cudzoziemską - mówi prof. Henryk
Samsonowicz, historyk. Część polskich historyków twierdzi wręcz, że Mieszko I
sam był Waregiem, a państwo polskie powstało w wyniku najazdu z północy.
Tego, że skandynawskie wpływy są faktem, dowiódł m.in. antropolog Maurycy
Stanaszek. Przebadał on kilka tysięcy szkieletów z X wieku z Wielkopolski,
Małopolski i północno-środkowej Ukrainy. - Już wtedy zdecydowanie różniliśmy
się od naszych pobratymców ze wschodu. Widać wyraźny wpływ ludności
skandynawskiej na nasz wygląd - mówi Stanaszek. Potwierdzają to także
odkrycia - m.in. odnalezione przed kilkoma laty na Mazowszu groby wareskich
wojowników z XI wieku. Ziemię nadano im w zamian za obronę naszych granic
przed najazdami Prusów. Skandynawski komponent genetyczny wzmocniły szwedzkie
najazdy. Chodzi nie tylko o powszechność gwałtów, ale też o to, że wielu
Szwedów osiadło wtedy na terenach Rzeczypospolitej. Na przykład legenda
rodziny Jana "Rudego" Bytnara, bohaterskiego żołnierza AK głosi, że ich
przodkiem był żołnierz armii Gustawa Adolfa, która najechała Polskę.
Von Baysen, czyli Bażyński
Z badań przeprowadzonych na warszawskiej akademii medycznej wynika, że od
Niemców różni nas tzw. marker R1a1 w męskim chromosomie Y. U naszych sąsiadów
z zachodu ten marker występuje rzadziej. Oznacza to, że jesteśmy znacznie
mniej wymieszani z Niemcami niż na przykład Czesi. Zdaniem Płoskiego,
genetycznie stoją oni pośrodku między nami a Niemcami. Z tymi ostatnimi
mieszaliśmy się od XIII w., kiedy zaczęli przybywać na polskie ziemie. -
Związki mieszane już wtedy były masowe. Dystans pomiędzy Polakami a Niemcami
wcale nie był tak wielki, bo ówczesne miasta w większości przypominały wsie -
mówi prof. Samsonowicz.
Niemieckie ślady genetyczne to też pozostałość po polonizowaniu się
niemieckiej szlachty wchodzącej z Polakami w rodowe alianse. Wedlowie-
Tuczyńscy opisani w "Potopie" Sienkiewicza jako ród potężny, władający ziemią
wałecką, w istocie byli brandenburskimi rycerzami, którzy nazwisko wzięli od
rodowej siedziby. Spolonizowali się w jednym pokoleniu za panowania
Władysława Jagiełły. Aby to podkreślić, do nazwiska dodali końcówkę "-ski"
(Wedelski). Jako lennicy polskiego króla najeżdżali kuzynów z Recza i
Choszczna, uznających zwierzchnictwo Brandenburgii.
Asymilowanym w Polsce Niemcem był Johann von Baysen, przywódca pomorskiego
rycerstwa, walczącego po stronie Kazimierza Jagiellończyka przeciw Krzyżakom.
W Polsce stał się Janem Bażyńskim. Szlachta niemieckiego pochodzenia robiła u
nas państwowe kariery - jak Dohnhoffowie i Wejcherowie, którzy sprawowali
urząd wojewody. Począwszy od XVI wieku, asymilowali się niemieccy mieszczanie
w takich ośrodkach jak Kraków czy Poznań. Szczególnie łatwo przychodziło to
niemieckim katolikom. Dobrym tego przykładem są bambrzy sprowadzeni do
Poznania i Wielkopolski z katolickiej Bawarii.
Litwinopolacy
Mieszanie genów przebiegało na większą skalę między narodami, które
dobrowolnie się federowały. Tak było po zawarciu unii polsko-litewskiej. Z
badań polskich genetyków wynika, iż genetycznie najbardziej są do nas podobni
Litwini (a także Łotysze). To podobieństwo genów można też tłumaczyć tym, że
Bałtowie i Słowianie mieli wspólnych przodków.
Po zawarciu unii polsko-litewskiej na wschód szeroko promieniowała nie tylko
polska kultura, ale też nasze geny. Radziwiłłowie np. szybko weszli w związki
krwi z najlepszymi rodami Korony i zostali uznani za "esencję polskiej
magnaterii". Przedstawiciele ruskich rodów posyłali swoich synów do polskich
jezuickich kolegiów, co ułatwiało ich polonizację. Sportretowany przez
Henryka Sienkiewicza jako okrutny polski magnat Jeremi Wiśniowiecki wywodził
się z prawosławnej ruskiej rodziny. Był on pierwszym z rodu, który ożenił się
z polską szlachcianką Gryzeldą Zamoyską. Ich syn, Michał Korybut
Wiśniowiecki, zasiadł na tronie polskim. Jak zauważa historyk Michał
Kopczyński, choćby ten fakt pokazuje, jak otwarta na obce nacje była dawna
Rzeczpospolita.
W czasach Rzeczypospolitej wielu narodów zasymilowało się u nas niemało
Czechów, Ormian, Wołochów, a także Madziarów. W końcu XVI w. żyło na naszych
ziemiach aż 100 tys. Szkotów! Jako lokalne mocarstwo Rzeczpospolita
przyciągała najaktywniejszy żywioł z krajów ościennych. Tamte wędrówki ludów
widać choćby w genach Roberta Makłowicza. W jego żyłach płynie krew
węgierska, ukraińska