Dodaj do ulubionych

skond sie wziynli Poloki?

18.01.06, 13:00
Kim są Polacy?

Nigdzie indziej nie spotkałem tylu fascynujących typów twarzy" - stwierdził
niedawno David Lynch, amerykański reżyser. Dlatego casting do jednego ze
swoich nowych filmów postanowił zrobić w Polsce. Lynch zauważył to, co
kaznodzieja Jakub Olszewski w połowie XVII stulecia. Olszewski
pisał: "Rzeczpospolita jest jak ptak pstry, wszytek farbowany". Kim tak
naprawdę są Polacy? Geny jakich jeszcze narodów nosimy w sobie? Badania
przeprowadzone na Akademii Medycznej w Warszawie dowodzą, że współcześni
Polacy mają bardzo ujednolicony bagaż genetyczny: jest on dość równomierną
mieszanką genów wielu nacji. - Stanowimy zupełne przeciwieństwo takich
narodów jak Włosi, Francuzi czy Hiszpanie. Ich mapa genetyczna pokazuje, że w
jednym społeczeństwie żyją obok siebie grupy genetycznie odmienne. W Polsce
większość społeczeństwa ma tymczasem ten sam koktajl genów - mówi dr Rafał
Płoski, jeden z autorów badań.

Polacy po łagodnej selekcji
O ile mniej więcej wiadomo, jak wyglądają przeciętny Skandynaw albo Włoch,
Niemiec czy Rosjanin, o tyle stworzenie obrazu przeciętnego Polaka wydaje się
kwadraturą koła. Polak może mieć bowiem zarówno płowe włosy i niebieskie
oczy, jak i ciemną karnację oraz piwne oczy (niczym Cygan), czy być rudym
niczym Irlandczyk bądź garbatonosym brunetem z ostrymi rysami w typie
semickim. Z badań przeprowadzonych na warszawskiej akademii medycznej wynika,
że jesteśmy Słowianami, ale z domieszką wpływów germańskich i nordyckich, a
także litewskich, semickich, ormiańskich, węgierskich, ruskich, włoskich i
żydowskich. I wszystkie te genetyczne zapożyczenia są mniej więcej równo
rozłożone.
Bogusław Pawłowski, antropolog, uważa, że choć określenie homogeniczna (czyli
jednorodna) różnorodność jest oksymoronem, to doskonale oddaje genetyczny
profil Polaków. Tę pozorną sprzeczność wyjaśnia znana w antropologii teoria
klina. Mówi ona, że w warunkach ostrej selekcji premiowane są określone
cechy. To taka ostra selekcja sprawiła, że większość mieszkańców Skandynawii
jest do siebie podobna, tak samo jak ludzie żyjący w ciepłych krajach basenu
Morza Śródziemnego. W klinie leżącym pomiędzy tymi strefami, czyli w
umiarkowanej strefie klimatu umiarkowanego, selekcja jest znacznie
łagodniejsza. W Europie ten klin rozciąga się mniej więcej od Francji na
zachodzie, po Rosję na wschodzie, od Morza Bałtyckiego na północy, po
Półwysep Bałkański na południu. Polska leży w samym środku tego klina,
dlatego mieszkańcy tych terenów równomiernie absorbowali zewnętrzne wpływy. I
to nie tylko genetyczne, ale i kulturowe.

Czy Mieszko I był Wikingiem?
Pod koniec PRL przestano nachalnie rozpowszechniać naciągane teorie, mówiące
o tym, że nad Odrą, Wartą i Wisłą Polacy żyli od czasów prehistorycznych.
Pojawiliśmy się na terenach dzisiejszej Polski najwcześniej w V lub VI wieku
naszej ery. Praojczyzną Słowian były tereny między Bugiem a środkowym
dorzeczem Dniepru. Nasi przodkowie żyli tam spokojnie, aż doszły ich wieści o
tym, że ludy ruszyły na południe, do dawnego Cesarstwa Rzymskiego. Jeżeli
Lech, Czech i Rus istnieli, to rozdzielili się właśnie wtedy.
Już w drugiej połowie X wieku pojawia się na naszych ziemiach spora liczba
grobów skandynawskich wojowników. Naukowcy dowiedli, że Mieszko I zbudował
swoje państwo dzięki sile swojej trzytysięcznej drużyny, złożonej głównie z
pochodzących z północy Waregów, najdzielniejszych wówczas wojowników. - To
oni głównie tworzyli taką ówczesną Legię Cudzoziemską - mówi prof. Henryk
Samsonowicz, historyk. Część polskich historyków twierdzi wręcz, że Mieszko I
sam był Waregiem, a państwo polskie powstało w wyniku najazdu z północy.
Tego, że skandynawskie wpływy są faktem, dowiódł m.in. antropolog Maurycy
Stanaszek. Przebadał on kilka tysięcy szkieletów z X wieku z Wielkopolski,
Małopolski i północno-środkowej Ukrainy. - Już wtedy zdecydowanie różniliśmy
się od naszych pobratymców ze wschodu. Widać wyraźny wpływ ludności
skandynawskiej na nasz wygląd - mówi Stanaszek. Potwierdzają to także
odkrycia - m.in. odnalezione przed kilkoma laty na Mazowszu groby wareskich
wojowników z XI wieku. Ziemię nadano im w zamian za obronę naszych granic
przed najazdami Prusów. Skandynawski komponent genetyczny wzmocniły szwedzkie
najazdy. Chodzi nie tylko o powszechność gwałtów, ale też o to, że wielu
Szwedów osiadło wtedy na terenach Rzeczypospolitej. Na przykład legenda
rodziny Jana "Rudego" Bytnara, bohaterskiego żołnierza AK głosi, że ich
przodkiem był żołnierz armii Gustawa Adolfa, która najechała Polskę.

Von Baysen, czyli Bażyński
Z badań przeprowadzonych na warszawskiej akademii medycznej wynika, że od
Niemców różni nas tzw. marker R1a1 w męskim chromosomie Y. U naszych sąsiadów
z zachodu ten marker występuje rzadziej. Oznacza to, że jesteśmy znacznie
mniej wymieszani z Niemcami niż na przykład Czesi. Zdaniem Płoskiego,
genetycznie stoją oni pośrodku między nami a Niemcami. Z tymi ostatnimi
mieszaliśmy się od XIII w., kiedy zaczęli przybywać na polskie ziemie. -
Związki mieszane już wtedy były masowe. Dystans pomiędzy Polakami a Niemcami
wcale nie był tak wielki, bo ówczesne miasta w większości przypominały wsie -
mówi prof. Samsonowicz.
Niemieckie ślady genetyczne to też pozostałość po polonizowaniu się
niemieckiej szlachty wchodzącej z Polakami w rodowe alianse. Wedlowie-
Tuczyńscy opisani w "Potopie" Sienkiewicza jako ród potężny, władający ziemią
wałecką, w istocie byli brandenburskimi rycerzami, którzy nazwisko wzięli od
rodowej siedziby. Spolonizowali się w jednym pokoleniu za panowania
Władysława Jagiełły. Aby to podkreślić, do nazwiska dodali końcówkę "-ski"
(Wedelski). Jako lennicy polskiego króla najeżdżali kuzynów z Recza i
Choszczna, uznających zwierzchnictwo Brandenburgii.
Asymilowanym w Polsce Niemcem był Johann von Baysen, przywódca pomorskiego
rycerstwa, walczącego po stronie Kazimierza Jagiellończyka przeciw Krzyżakom.
W Polsce stał się Janem Bażyńskim. Szlachta niemieckiego pochodzenia robiła u
nas państwowe kariery - jak Dohnhoffowie i Wejcherowie, którzy sprawowali
urząd wojewody. Począwszy od XVI wieku, asymilowali się niemieccy mieszczanie
w takich ośrodkach jak Kraków czy Poznań. Szczególnie łatwo przychodziło to
niemieckim katolikom. Dobrym tego przykładem są bambrzy sprowadzeni do
Poznania i Wielkopolski z katolickiej Bawarii.

Litwinopolacy
Mieszanie genów przebiegało na większą skalę między narodami, które
dobrowolnie się federowały. Tak było po zawarciu unii polsko-litewskiej. Z
badań polskich genetyków wynika, iż genetycznie najbardziej są do nas podobni
Litwini (a także Łotysze). To podobieństwo genów można też tłumaczyć tym, że
Bałtowie i Słowianie mieli wspólnych przodków.
Po zawarciu unii polsko-litewskiej na wschód szeroko promieniowała nie tylko
polska kultura, ale też nasze geny. Radziwiłłowie np. szybko weszli w związki
krwi z najlepszymi rodami Korony i zostali uznani za "esencję polskiej
magnaterii". Przedstawiciele ruskich rodów posyłali swoich synów do polskich
jezuickich kolegiów, co ułatwiało ich polonizację. Sportretowany przez
Henryka Sienkiewicza jako okrutny polski magnat Jeremi Wiśniowiecki wywodził
się z prawosławnej ruskiej rodziny. Był on pierwszym z rodu, który ożenił się
z polską szlachcianką Gryzeldą Zamoyską. Ich syn, Michał Korybut
Wiśniowiecki, zasiadł na tronie polskim. Jak zauważa historyk Michał
Kopczyński, choćby ten fakt pokazuje, jak otwarta na obce nacje była dawna
Rzeczpospolita.
W czasach Rzeczypospolitej wielu narodów zasymilowało się u nas niemało
Czechów, Ormian, Wołochów, a także Madziarów. W końcu XVI w. żyło na naszych
ziemiach aż 100 tys. Szkotów! Jako lokalne mocarstwo Rzeczpospolita
przyciągała najaktywniejszy żywioł z krajów ościennych. Tamte wędrówki ludów
widać choćby w genach Roberta Makłowicza. W jego żyłach płynie krew
węgierska, ukraińska
Obserwuj wątek
    • szwager_z_laband Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:02
      W czasach Rzeczypospolitej wielu narodów zasymilowało się u nas niemało
      Czechów, Ormian, Wołochów, a także Madziarów. W końcu XVI w. żyło na naszych
      ziemiach aż 100 tys. Szkotów! Jako lokalne mocarstwo Rzeczpospolita przyciągała
      najaktywniejszy żywioł z krajów ościennych. Tamte wędrówki ludów widać choćby w
      genach Roberta Makłowicza. W jego żyłach płynie krew węgierska, ukraińska i
      ormiańska. - Polonizacja różnych innych nacji jest fenomenem na skalę światową.
      Można zrozumieć, że stawali się Polakami ci, którym nadawano w zamian za to
      przywileje. Jednak polonizowało się tysiące cudzoziemców w XIX wieku, kiedy nie
      mieliśmy państwa. Polska kultura ma ogromną siłę przyciągania - podkreśla
      Samsonowicz.

      Żydopolacy
      Najtrudniej postępowała asymilacja Żydów, największej ich diaspory w ówczesnym
      świecie. Mimo że Żydzi mieszkali w Polsce od czasów średniowiecza, do połowy
      XIX wieku ogromna większość żyła w odosobnieniu i zachowywała kulturową
      odrębność. Wieść gminna wiązała wprawdzie niektórych wielmożów (w tym króla
      Kazimierza Wielkiego) z żydowskimi kochankami, ale nie prowadziło to do
      znaczącej wymiany genów. Zmieniło się to za sprawą mieszkających na terenach
      Polski zwolenników haskali, czyli Żydów postulujących kulturową
      asymilację. "Być Żydem w domu, a człowiekiem na ulicy" - głosiło ich
      najbardziej znane hasło.
      Zasymilowani Żydzi szybko się laicyzowali i polonizowali - najczęściej przez
      małżeństwa. Proces ten świetnie opisuje Joanna Olczak-Ronikier w głośnej
      książce "W ogrodzie pamięci". Przodkiem pisarki był Jakub Mortkowicz, wydawca i
      przyjaciel najwybitniejszych poetów. Gdy popełnił samobójstwo, w pożegnalnym
      liście napisał: "Nie byłem kupcem i nie umieram jak kupiec". W ten sposób
      Mortkowicz podkreślał, że należał już do innej kultury. Jedną z najbardziej
      znanych zasymilowanych rodzin żydowskich byli Słonimscy. Doktor Chaim Słonimski
      wydawał najważniejsze pismo zwolenników asymilacji - "Ha-cfira", a jego wnuk,
      wybitny poeta Antoni, jeszcze w latach 20. napisał tekst wzywający pobratymców
      do porzucenia gett.

      Sarmaci i Europejczycy
      Wiele o nas mówi nie tylko to, skąd pochodzimy (genetycznie), ale i to, skąd
      swoje pochodzenie wywodzimy w sensie kulturowym. Na początku XIV wieku
      kronikarz Dzierzwa napisał, że jesteśmy potomkami Wandalów - ludu, który w 455
      r. złupił Rzym, a potem w północnej Afryce stworzył własne państwo. Współcześni
      Mieszkowi I dostojnicy Kościoła kilkakrotnie określają go w dokumentach jako
      dux Vandalorum, czyli książę Wandali. Kronikarz Wincenty Kadłubek wywodzi
      Polaków od Wandali, twierdząc nawet, że od nich pochodzi imię Wanda. Kazimierz
      Wielki uważał, że Polacy pochodzą od Gotów. Dlatego na grobowcu Bolesława
      Chrobrego kazał wyryć napis "Rex Gothorum et Polonarum" ("Król Gotów i Polaków".
      W XV i XVI w. pojawiły się rzekomo starożytne mapy, na których na terenach
      Polski i Ukrainy widniały plemiona Sarmatów. Mit sarmacki stał się wtedy
      oficjalną ideologią szlachty. Dowody na jego prawdziwość są wątłe, ale, jak
      zauważa historyk prof. Jacek Banaszkiewicz, był on nam potrzebny do
      uzasadnienia ekspansji na wschód. Odwołując się do sarmackiego mitu, szlachta
      utwierdzała swój etos wojownika mającego w pogardzie handel i pracę na roli.
      Mit o sarmackim pochodzeniu szlachty podważył Joachim Lelewel na początku XIX
      wieku, dowodząc naszej słowiańskości.
      • szwager_z_laband Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:04
        w tym kontekscie mozno i cos o Slonsku:)

        www.slonsk.de/Slonsk/Aebi/SI/OSilesii1.htm
        • ballest Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:37
          Duzo tego, ale Markomany to Bawarczycy !
    • meg_s Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:29
      szwager_z_laband napisał:

      a raczej nie napisał tylko przepisał, ale jak zazwyczaj - nie podał źródła
      • sss9 Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:36
        meg_s napisała:

        > szwager_z_laband napisał:
        >
        > a raczej nie napisał tylko przepisał, ale jak zazwyczaj - nie podał źródła

        no wiesz! jeszcze ktoś pomyśli, że szwager nic tylko wkleja, a tak powie - o!
        ten szwager, to taki moondry karlus. ;)
        • meg_s Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:42
          co kto myśli - jego rzecz :)
          a ja naprawdę chciałabym poznać źródło tego tekstu
          • sss9 Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:47
            meg_s napisała:

            > co kto myśli - jego rzecz :)
            > a ja naprawdę chciałabym poznać źródło tego tekstu

            proszę:
            www.liberator.org.pl/l/html/modules.php?name=News&file=article&sid=291
            • sss9 Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:48
              i jeszcze źródło:
              www.wprost.pl/ar/?O=71296
              • sss9 Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 13:56
                a ten fragment już szwagerowi nie pasił:
                "Von Baysen, czyli Bażyński
                Z badań przeprowadzonych na warszawskiej akademii medycznej wynika, że od
                Niemców różni nas tzw. marker R1a1 w męskim chromosomie Y. U naszych sąsiadów z
                zachodu ten marker występuje rzadziej. Oznacza to, że jesteśmy znacznie mniej
                wymieszani z Niemcami niż na przykład Czesi. Zdaniem Płoskiego, genetycznie
                stoją oni pośrodku między nami a Niemcami. Z tymi ostatnimi mieszaliśmy się od
                XIII w., kiedy zaczęli przybywać na polskie ziemie. - Związki mieszane już wtedy
                były masowe. Dystans pomiędzy Polakami a Niemcami wcale nie był tak wielki, bo
                ówczesne miasta w większości przypominały wsie - mówi prof. Samsonowicz.
                Niemieckie ślady genetyczne to też pozostałość po polonizowaniu się niemieckiej
                szlachty wchodzącej z Polakami w rodowe alianse. Wedlowie-Tuczyńscy opisani w
                "Potopie" Sienkiewicza jako ród potężny, władający ziemią wałecką, w istocie
                byli brandenburskimi rycerzami, którzy nazwisko wzięli od rodowej siedziby.
                Spolonizowali się w jednym pokoleniu za panowania Władysława Jagiełły. Aby to
                podkreślić, do nazwiska dodali końcówkę "-ski" (Wedelski). Jako lennicy
                polskiego króla najeżdżali kuzynów z Recza i Choszczna, uznających
                zwierzchnictwo Brandenburgii.
                Asymilowanym w Polsce Niemcem był Johann von Baysen, przywódca pomorskiego
                rycerstwa, walczącego po stronie Kazimierza Jagiellończyka przeciw Krzyżakom. W
                Polsce stał się Janem Bażyńskim. Szlachta niemieckiego pochodzenia robiła u nas
                państwowe kariery - jak Dohnhoffowie i Wejcherowie, którzy sprawowali urząd
                wojewody. Począwszy od XVI wieku, asymilowali się niemieccy mieszczanie w takich
                ośrodkach jak Kraków czy Poznań. Szczególnie łatwo przychodziło to niemieckim
                katolikom. Dobrym tego przykładem są bambrzy sprowadzeni do Poznania i
                Wielkopolski z katolickiej Bawarii. "
                więc nie dokleił i linka zabrakło... :))))
                • sss9 Re: sorry - wkleił ;) n/t 18.01.06, 14:00
                  • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 17:07
                    sss9 napisał:

                    Re: sorry - wkleił ;) n/t

                    esesesdziewjync´ niy zmiyniej tymatu! Tymatym woontku je "skond sie wziynli"
                    Poloki?" Jak chcesz szkryklac´ o kleju to se zroob nowy woontek!

                    pyrsk_hanys_hans
                    • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 17:56
                      Skąd się wzięła Polska - czyli o Słowianach, koczownikach i prawach historii,
                      oraz dlaczego powinien u nas stanąć Pomnik Czyngis-Chana

                      Zagadkowy Lud Słowianie

                      Skąd się wzięła Polska? Większość Rodaków, (również ci, którzy pamiętają ze
                      szkoły historię), z pewnością uzna to pytanie za dziwne. Jak to? Przecież
                      byliśmy tu zawsze... Jakoś słabo się u nas upowszechniła świadomość faktu, że
                      nasi przodkowie przybyli na nadwiślańskie ziemie jakieś (bez mała) tysiąc
                      pięćset lat temu, i podbili resztki miejscowej ludności, które przetrwały zamęt
                      Wielkiej Wędrówki Ludów, wywołanej najazdem Hunów. Ale taka jest reguła:
                      większość ludów zamieszkuje swoje obecne ojczyzny dzięki podbojom, których
                      dokonali ich przodkowie. Dotyczy to tak samo dzisiejszych Włochów (którzy są
                      echem rzymskich podbojów w Italii) jak i Amerykanów, którzy gwałtem przecież
                      zajęli północnoamerykański kontynent. Jedne narody zachowały pamięć swojego
                      Zajęcia Ojczyzny (na przykład Węgrzy), inne (przykładem my i Słowianie w ogóle)
                      zdążyły o tym zapomnieć. Na marginesie zauważę, że są też narody, które właśnie
                      w naszych czasach przeżywają swój heroiczny etap historii - na przykład Tutsi...

                      W starożytności Słowianie nie byli w ogóle znani! - To znaczy, rzymsko-grecki
                      świat o nich nie słyszał, przeciwnie niż o Germanach, z którymi walczył i o
                      których zebrał nader dokładne wiadomości. Słowianie na historycznej scenie
                      pojawiają się dopiero po 500 roku i są postrzegani jako lud "nowy" i wcześniej
                      nie znany. Lubomir Czupkiewicz, autor cienkiej, ale bardzo treściwej książeczki
                      o genezie Słowian, przypuszcza, iż przywędrowali oni spod Uralu, znad Kamy (z
                      obecnej Baszkirii), zajmując najpierw ziemie nad Dnieprem, potem Wołyń, i stąd
                      rozeszli się po całej środkowo-wschodniej Europie. Tak więc nasi przodkowie
                      przeszliby podobną drogę, jak 400 lat po nich Madziarowie, z tą różnicą, że
                      przodkowie Węgrów, jako koczownicy-stepowcy szli przez Dzikie Pola, a
                      Prasłowianie, mieszkańcy wilgotnych lasów, zapewne przenosili się wodą, wzdłuż
                      Wołgi, Oki, Dniepru i Prypeci.

                      Wiele faktów, głównie archeologicznych, świadczy o tym, że Słowianie nie są
                      tubylcami na ziemiach dzisiejszej Polski. O tym samym świadczą nazwy naszych
                      rzek. Żadna znaczniejsza rzeka w Polsce nie nosi nazwy, która by się dała
                      objaśnić po słowiańsku! Przyzwyczailiśmy się do nazw Wisły, Odry, Narwi, Bugu,
                      Bzury, Warty, Dunajca, Sanu... i mało kto widzi, że te słowa ani po polsku, ani
                      w dawniejszych wariantach słowiańszczyzny, nie znaczą nic! Są swojskie, ale
                      równie nie znaczące, co Mississippi albo Limpopo. A do tego nazwy Wisła i Odra
                      (Vistula, Viadrus) były znane rzymskiej starożytności, czyli używane były
                      jeszcze przez ówczesną ludność naszych ziem, głównie Germanów.

                      Przeciwnie, nazwy miast w ogromnej większości (jeśli nie wszystkie) dają się
                      wyprowadzić od słowiańskich rdzeni, a większość z nich znaczyła pierwotnie:
                      "gród takiego-to-a-takiego" - Kraków, gród Kraka, Wrocław, gród Wrócisława,
                      Radom, gród Radoma, Wolbórz, gród Wolibora. Można stąd wnioskować, że
                      napływający na nasze ziemie Słowianie uczyli się nazw rzek od podbitej ludności,
                      ale miasta zakładali sami i nazywali je po swojemu, od imion wodzów, którzy
                      twierdzami zarządzali.

                      Słowianie, przybysze z terenów oddalonych od starych centrów starożytnej
                      cywilizacji, a więc przez to zapóźnieni w rozwoju, mogli odnieść swój sukces,
                      jakim było zajęcie połowy Europy, tylko dlatego, że środek kontynentu był
                      ogarnięty w owym czasie przez chaos i kryzys. Przyczyną tego kryzysu, którego
                      przejawem była Wielka Wędrówka Ludów oraz wyludnienie ziem nad Wisłą, Dunajem,
                      Odrą i Łabą, byli Hunowie, którzy przybyli do Europy aż spod Chińskiego Muru. W
                      ten sposób natrafiamy na wątek, który długo się odtąd będzie przewijał w
                      historii, mianowicie wzajemne stosunki i oddziaływania Słowian (i innych
                      rolników) - i stepowych koczowników.
                      • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 17:58
                        Cywilizacja Wielkiego Stepu

                        Aż zdumiewa, jak cicho i bez śladu potrafią znikać z mapy świata cywilizacyjne
                        formacje, które przez stulecia trzęsły dosłownie całym światem. Dzisiejsi nędzni
                        i żyjący na marginesie swoich społeczeństw Beduini oraz mongolscy i kazachscy
                        pasterze, to wszystko, co pozostało z potężnych koczowniczych, stepowych kultur,
                        które jeszcze trzysta lat temu z okładem zdolne były do budowania imperiów. Tyle
                        właśnie lat temu groźni byli nadal w Europie Tatarzy, zaś ich pobratymcy z
                        przeciwległego krańca Wielkiego Stepu, Mandżurowie, podbijali właśnie
                        przeogromne i przebogate Chiny. (Wyglądało to tak, jakby dziś Czeczeni zbrojnie
                        utworzyli swoje państwo na miejscu Rosji!)

                        Na Wielki Step, na obszar trawiastych równin rozciągających się miedzy 40-tym i
                        55-tym stopniem szerokości geograficznej północnej, oraz od Karpat i Dunaju po
                        Rzekę Żółtą i Amur, możemy patrzeć jak na wielki generator etnicznych prądów. Tu
                        właśnie istniał, przez tysiąclecia, gorący ludzki kocioł, z którego niemal co
                        stulecie wyrajały się masy gotowych na wszystko wojowników, którzy łączyli się w
                        nowe narody, łamali opór sąsiadów i kolonizowali Azję i Europę. Stąd wyszli
                        Ariowie, którzy zasiedlili Iran i Indie, Hetyci, zdobywcy Azji Mniejszej,
                        przodkowie Greków, Italików, Celtów, Germanów. Po Indoeuropejczykach, kolejną
                        falą były plemiona mówiące językami tureckimi i mongolskimi. W tym samym
                        obszarze Wielkiego Stepu mają swoje korzenie Turcy, Tatarzy, Bułgarzy, Jakuci,
                        Mandżurowie, nie licząc tych ludów, które na tej ziemi do dziś pozostały. Wir
                        stepowych wędrówek wciągnął również syberyjskich myśliwych, przodków
                        późniejszych Madziarów, a dzisiejszych Węgrów.

                        Centra cywilizacji leżały dalej na południe: w Mezopotamii, Egipcie, Iranie,
                        Indiach, Chinach i na Morzem Śródziemnym. Tam powstawały techniczne,
                        organizacyjne i religijne wynalazki, tam wynajdywano pismo, uprawę roli, obróbkę
                        metali. Tam prorocy objawiali Słowo Boże. Na tle tych kultur stepowy koczownik
                        pozostawał prymitywem. Pisma się nie uczył i nie ufał księgom, kowali sprowadzał
                        z południa. W życiu duchowym długo wystarczał mu szamanizm. Jedynym, co step
                        miał do zaoferowania światu, była ludzka energia - ta energia, która rodzi się z
                        wolności. Sąsiedzi stepowców doświadczali przewagi tej energii co parę pokoleń,
                        gdy od Dzikich Pól nadciągali amatorzy dorobku ich życia.

                        Rolnika trudno było przekwalifikować w wojownika. W rolniczych społeczeństwach
                        obroną i wojaczką zajmowali się specjaliści, i było ich względnie niewielu. Oni
                        także, jako klasa społeczna, sprawowali tu władzę. W społeczeństwach stepowych
                        producent-hodowca był jednocześnie wojownikiem. Sztuka wypasu bydła i owiec była
                        zawsze nieodłączna od sztuki złodziejstwa oraz obrony stad przed sąsiadem konio-
                        i bydłokradem. Konni pasterze nie musieli być specjalnie szkoleni, organizowani,
                        odżywiani. Wojenny potencjał Stepu był stale pod bronią! Potrzeba było tylko
                        dostatecznie zdolnej jednostki, która by potrafiła te masy, mówiące różnymi
                        językami, ale żyjące na jedną modłę, skrzyknąć i poprowadzić w określonym kierunku.

                        Przewagę rolników i miejskiej cywilizacji, którą ci żywili, nad Stepem,
                        zgotowała dopiero nowożytna rewolucja naukowo-techniczna. Koczownik,
                        przemieszczający się konno i uzbrojony w łuk rewersyjny, długo miał przewagę nad
                        państwowym żołnierzem. Nawet prymitywna broń palna nie pozbawiła go jego atutów.
                        Stopniowo jednak słabł, aby przegrać dopiero z armatami, koleją i telegrafem.

                        My sami jesteśmy potomkami jednej z fal osadniczych, jakie wyłoniły się z
                        Wielkiego Stepu. Było to jednak dawno, z pewnością dawniej niż trzy tysiąclecia
                        wstecz. Słowianie, kiedy pod koniec Wędrówki Ludów u schyłku Starożytności
                        przybyli na nasze ziemie, nie byli już koczowniczymi pasterzami, lecz rolnikami,
                        którzy ponadto swój byt wiązali z wodą, i osiedlali się nad rzekami i jeziorami.
                        Gdyby tradycje Stepu były wśród nich żywe, zasiedliliby w pierwszej kolejności
                        równiny nad Morzem Czarnym i Panonię, tymczasem właśnie te stepowe ziemie
                        ominęli lub (znad Dunaju) dali się łatwo wyprzeć Madziarom, co świadczy tylko o
                        tym, że na stepach czuli się nieswojo i do tego środowiska nie byli dobrze
                        przystosowani. Step czyli strefę czarnoziemu Rosjanie i Ukraińcy zaczęli
                        uprawiać dopiero w dziewiętnastym wieku, już w innej epoce technologicznej.
                        Niechęć europejskich rolników do stepów przeniosła się zresztą za Ocean: uprawa
                        ziemi na amerykańskich preriach liczy zaledwie sto lat, a wcześniej ta strefa
                        była pospiesznie mijana przez osadników zmierzających nad Ocean Spokojny.

                        W piątym wieku najazd typowych Stepowców - Hunów - wytworzył cywilizacyjną
                        pustkę w środku Europy, w którą następnie wniknęli Słowianie. Dlaczego oni?
                        Dlaczego ówczesna fala ruchu ogarnęła tylko ich, a pokrewni i po sąsiedzku
                        stojący Bałtowie pozostali nie poruszeni? Dlaczego Germanów nie interesowały
                        ziemie, które pokolenie wcześniej opuścili? Tego zapewne nigdy się nie
                        dowiemy... Nie znamy przyczyn, które pobudziły do ruchu właśnie Słowian - lecz
                        całe to zjawisko, proces nagłego poruszenia pewnego ludu, daje się ująć we wzory
                        i porównać z innymi podobnymi procesami w historii.
                        • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 17:59
                          Etnogeneza czyli Wyrojenie Ludu

                          Przez kilka tygodni krążyłem w księgarniach wokół książki Lwa Gumilowa "Od Rusi
                          do Rosji" Z jednej strony cenię jej Autora; jego wcześniejsze książki, o
                          Mongołach i Turkach, przeczytałem kilkakrotnie od deski do deski, ale ten temat
                          wydawał mi się aż nadto dobrze znany: o historii Rosji parę grubych ksiąg stało
                          już na moich półkach... Tymczasem okazało się, że książka rosyjskiego historyka,
                          z pozoru poświęcona dawnej Rusi, naprawdę opowiada o czymś więcej.... Ta książka
                          zawiera oryginalną wizję dziejów! Uderzyło mnie, że ten niedawno zmarły rosyjski
                          profesor prezentuje coś, co jest wielkim darem u autorów ośmielających się pisać
                          o historii ludzkości, mianowicie zdolność panoramicznego widzenia i talent do
                          wielkiej syntezy.

                          Książka Gumilowa mówi o "etnogenezie" Rosji. Sztywny i muzealny jakby termin
                          "etnogeneza" oznacza, w jego kodzie, właśnie to zjawisko, o którym powyżej
                          wspomniałem: poruszenie się narodu do historycznego zrywu. Zazwyczaj losem
                          ludów, "etnosów", jak je nazywa Gumilow, jest homeostaza. Czyli stan stabilnego
                          (przy danym poziomie sił wytwórczych) przystosowania do potencjału środowiska
                          geograficznego. Co jakiś jednak czas przez ludzi żyjących "z dziada pradziada",
                          "jak Bóg przykazał" (lub: duchy przodków) - przebiega prąd. Pojawia się wśród
                          nich nadmiar energicznych jednostek, które nie mieszczą się w zastanym świecie,
                          którym za ciasno jest w rodzimych opłotkach. Ci kłócą się miedzy sobą, skrzykują
                          podobnych sobie ryzykantów, toczą wojny, wyprawiają się na sąsiadów, często
                          szukają szczęścia w odległych krajach. Pozostawiają po sobie potomstwo, które
                          dziedziczy ich geny (być może korzystnie zmutowane!) i pragnie dorównać i
                          przewyższyć swoich sławnych i zbuntowanych ojców. Takich ludzi Gumilow nazywa
                          "pasjonariuszami" ,a ów prąd, który ich stawia na nogi: "impulsem pasjonarnym".

                          Według Gumilowa historia jego kraju notuje dwa takie wielkie impulsy pasjonarne,
                          bodźce etnogenezy: pierwszy z tych impulsów stworzył Słowian, a właściwie kazał
                          zagubionemu w bagnach prymitywnemu plemieniu ruszyć na podbój Europy (nie
                          zapominajmy, że dawni Słowianie osiedlali się pod dzisiejszym Hamburgiem, w
                          Bawarii, na Peloponezie, a nieliczni dotarli jakoby nawet do Syrii...).

                          Drugi impuls postawił na nogi (a raczej posadził na końskich siodłach...)
                          mieszkańców północno-wschodniej rubieży Rusi, zasiedlających okolice Riazania,
                          Tweru, a przede wszystkim Moskwy. Tam, w wiekach trzynastym i czternastym, pod
                          twardym, mongolskim protektoratem, rodziła się nowożytna Rosja, naród (w
                          terminologii Gumilowa: etnos) należący wcale nie do Zachodniej Europy, lecz do
                          szerokiej strefy, która zaczyna się od Karpat i ciągnie na wschód aż po Pacyfik,
                          od południa odgrodzona łańcuchem kosmicznych gór centralnej Azji. Gumilow czuje
                          się patriotą tej strefy, którą wcześniej już dwukrotnie jednoczyły różne ludy,
                          najpierw Staro-Turcy, a później Mongołowie, poddani Czyngis-Chana. Ich
                          współczesnym spadkobiercą w dziele jednoczenia przestrzeni miedzy Europą a
                          Chinami jest - według Gumilowa - Rosja.

                          Spomiędzy wierszy książki "Od Rusi do Rosji" dają się wyczytać osobiste (a może
                          też kulturowe) sympatie i antypatie jej Autora. Gumilowowi Zachód wydaje się
                          obcym żywiołem, który zagraża oryginalnemu rozwojowi Rosji i całej tej
                          euro-azjatyckiej strefy, której osią jest Wielki Step. Zachodnich Europejczyków
                          postrzega on jako zwarty etnos, który swoją heroiczną, "pasjonarną" epokę
                          przeżył pięć stuleci wcześniej niż Moskwa, a zatem jest starszy i dalej
                          posunięty w rozwoju. W rozwoju, który nieuchronnie - według rosyjskiego
                          historyka - prowadzi do zaniku twórczych, pasjonarnych sił i do pogrążenia się
                          na powrót w biernej, jałowej egzystencji homeostazy. (Gdy się bez uprzedzeń
                          przyjrzeć dziejom Zachodu w ostatnim stuleciu, nie sposób nie przyznać mu
                          racji!). Kopiowanie europejskich wzorców przez Rosję przypomina mu zabiegi
                          dziewczynki, która maluje usta i patrząc w lustro wydaje się sobie dorosłą
                          kobietą. Oczywiście Gumilow nie ma wątpliwości, że Polska jest częścią
                          zachodnioeuropejskiego etnosu, i miedzy nami a Rosją przebiega od wieków
                          cywilizacyjna granica.

                          Warto wnikliwie przestudiować książkę Gumilowa, ponieważ mogą z niej wypływać
                          praktyczne i polityczne wnioski. Dziś Rosja wraz ze swymi satelitami przeżywa
                          okres "smuty", czyli (po rosyjsku): zamętu, chaosu. Najsłynniejsza rosyjska
                          "smuta" miała miejsce z początkiem siedemnastego wieku, kiedy wygasła stara
                          dynastia Rurykowiczów (jej ostatnim wybitnym - na swój sposób - przedstawicielem
                          był Iwan Groźny), a władzę w Rosji usiłowali przechwycić Samozwańcy, wspierani
                          przez polską interwencję. Rosjanie do dziś nie potrafią nam wybaczyć polskich
                          wojsk okupujących Kreml w świętej Moskwie! Współczesna "smuta", upokorzenie
                          mocarstwowych ambicji Rosji, to czas przejściowy. Po załamaniu się
                          marksizmu-leninizmu i proletariackiego internacjonalizmu, czyli tej wiary, która
                          dotąd usprawiedliwiała potęgę imperium nad Wołgą i Amurem, Rosjanie będą
                          gwałtownie poszukiwać nowych ideologii. Książka Gumilowa pozwala wejrzeć w stan
                          ducha najwybitniejszych przedstawicieli tego narodu. Nauka o pasjonarnych
                          impulsach nie jest akademicką teorią: gdy się czyta tę książkę, emanuje z jej
                          kart ładunek duchowej siły, która, włożona w usta zdolnego przywódcy, jest
                          wstanie poderwać "etnos" do państwowotwórczych czynów...

                          Gumilow do swojej wizji historii doszedł w czasie, kiedy był więźniem łagrów.
                          Jego również nie ominęła stalinowska pajdeja. Rosyjska cywilizacja tak jest
                          zaprojektowana, że stale zmusza własnych ludzi do wyrzeczeń, poświęceń, cierpień
                          i męczeństwa. Rosjanie płacą daninę krwi i głodu nie tyle obcym najeźdźcom, co
                          własnym tyranom i własnym, "natchnionym" społecznym eksperymentatorom. My, obcy
                          temu światu, widzimy, że ów haracz jest absurdalny, i cierpienia zesłańców i
                          gierojów domowych wojen nie służyły żadnej wyższej sprawie. (Bo jakież to
                          ponadczasowe wartości dała światu Rosja? Czy okupi swoje okrucieństwa
                          powieściami Dostojewskiego?) My możemy na nich patrzeć z dystansu... (Też nie
                          zawsze. Zarówno mój ojciec, jak i dziad zwiedzili kopalnie Uralu jako niewolnicy
                          komunizmu...) Ale Rosjanie muszą wierzyć w wyższy sens swoich cierpień i ofiar.
                          Chyba nie popełniam błędu, gdy sądzę, że Rosja czeka na przyjęcie nowych,
                          historiozoficznych wizji. Że właśnie tam potrzeba intelektualnego i mentalnego
                          oswojenia żywiołu historii musi być najbardziej paląca...
                          • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 18:00
                            Polski Archaik, Paleozoik, Kenozoik

                            Ale oddaliliśmy się od tematu "Czyngis-Chan a sprawa polska". Jak zauważył
                            Gumilow, tajemniczy w swojej istocie impuls pasjonarny nie jest udziałem tylko
                            pojedynczych narodów (etnosów). Zwykle obejmuje pewien rozleglejszy pas ekumeny.
                            W trzynastym stuleciu Autor "Od Rusi do Rosji" dostrzega jeszcze, podobne jak na
                            Rusi Za Lasami, narodotwórcze prądy u jej sąsiadów: w tym samym czasie bowiem
                            aktywizuje się Litwa pod wodzą księcia Mendoga; później, pod jej wpływem, zaczną
                            się procesy, które nakażą osobną drogą iść Białorusi i Ukrainie. Dalej na
                            południe z masy tureckich stepowych ludów uformują się Krymscy Tatarzy, a
                            jeszcze dalej, niezależnie od nich - choć też w tym samym stuleciu - powstanie
                            prężny, młody etnos Turków Osmańskich, którzy już wkrótce zjednoczą krąg
                            cywilizacji Bliskiego Wschodu i zagrożą Europie.

                            W tym momencie warto wrócić do naszej, polskiej historii. Wystarczy szkolna
                            wiedza, aby zauważyć, że historia Polski ma wiele wspólnego z geologicznymi
                            dziejami skorupy ziemskiej. Polska ma swój archaik, paleozoik, mezozoik (epokę
                            dinozaurów) i wreszcie kenozoik, czyli historyczną współczesność. Archaik, to
                            pierwsza cywilizacja słowiańska. Ta, po której pozostały nam jedynie nazwy (i
                            lokalizacje) miast, męskie imiona wzywające do dzielności, gościnności i
                            heroizmu (Zbygniew, Wojciech, Radosław, Włodzimierz... jest ich około trzech
                            tysięcy, w większości niemodnych i niezrozumiałych), oraz jakieś 50 procent
                            naszego języka: jego najstarsza, ale wciąż płodna i soczysta warstwa.

                            Polska epoka paleozoiczna, to Polska Piastów. Ta historyczna formacja ma swój
                            wyrazisty początek - zjednoczeniowy wysiłek Polan pod wodzą Mieszka, uwieńczony
                            przyjęciem chrztu, czyli przyłączeniem się, z ciałem i duszą, do cywilizacji
                            zachodniego chrześcijaństwa. Nie była to wymuszona konieczność. Wybór był wolny
                            - nasi wschodni sąsiedzi, tacy sami Słowianie jak my, zapisali się przecież do
                            innego klubu narodów. Polska Piastowska miała swój wyraźnie określony teatr
                            działań. Obejmowała Śląsk, Wielką i Małą Polonię, Mazowsze, oraz - z
                            zastrzeżeniami - Pomorze. Interesy miała w Czechach, Morawach, w słowiańskich i
                            niemieckich krajach nad Łabą. Wchodziła w stosunki z sąsiadami ruskimi,
                            pruskimi, węgierskimi. Nie miała (oprócz zakusów maniakalnie ambitnego Bolesława
                            Chrobrego) dążeń imperialnych, sił ledwie wystarczało (a częściej nie
                            wystarczało...) aby utrzymać w całości dziedzictwo Mieszka. Była tamta Polska
                            jednolita etnicznie, jednej wiary i przywiązana do monarchicznego modelu
                            państwa. Oprócz nieco późniejszego startu i peryferyjnego położenia, nic jej nie
                            różniło od reszty cywilizacyjnego kręgu Zachodu. Z Polską następnej epoki będzie
                            już inaczej.

                            Wiek Trzynasty nie tylko na Rusi, ale i w naszej części Europy zmienia
                            dotychczasowe pole sił. Nad Bałtykiem pojawia się, jakby powiedział Gumilow,
                            nowy etnos (a może tylko "subetnos"), mianowicie ramię organizacji, która
                            powstała pod pustynnym niebem Jerozolimy - Zakon Krzyżacki. W błyskawicznym
                            tempie zakonni rycerze budują swoje imperium. Odtąd, przez czas jakiś, na
                            naszych ziemiach istnieją dwa ośrodki państwowotwórcze: stary, rodzimy, nad
                            górną Wisłą w Krakowie, oraz konkurencyjny, nowy i kolonialny nad Wisłą dolną, w
                            Malborku. Gdyby Łokietek działał z mniejszą determinacją, moglibyśmy dziś żyć w
                            kraju niemieckim, ze stolicą nad Bałtykiem, i uczyć się, że nasza historia
                            zaczyna się od wypraw krzyżowych.

                            Władysław Łokietek odbudował Polskę Piastowską, choć tylko na części jej
                            terytorium, i zapewne dałoby się wykazać, że jego pokolenie doświadczyło
                            pasjonarnego zrywu. Za to na panowanie jego syna Kazimierza przypada wydarzenie,
                            które można uznać za symboliczną datę kończącą polski piastowski paleozoik. Był
                            to rok 1349, rok zbrojnego opanowania Lwowa. Polska zmienia wtedy swoją
                            polityczną orientację. Wchodzi na drogę, która doprowadzi do unii z Litwą.
                            Zaczyna się formowanie organizmu państwowego, który niewiele będzie przypominał
                            starą Polskę Piastów.

                            I w tym miejscu nasze dzieje krzyżują się jeszcze raz z losami Mongołów, Turków
                            i całego Wielkiego Stepu. Najazdów Stepu na Europę było od czasu Hunów kilka;
                            jeden z nich doprowadził do powstania sąsiedniego etnosu - Węgrów, ale dopiero
                            najazd mongolski w pierwszej połowie trzynastego wieku pozostawił po sobie - jak
                            tamten huński - polityczną i cywilizacyjną próżnię na wschodzie kontynentu. Pod
                            ciosem Mongołów załamała się dawna Ruś. Zanikły ośrodki władzy, i ruscy
                            wieśniacy oraz drobni książęta stali się łupem dla nowych protektorów. Nad
                            Dnieprem powstała wolna przestrzeń zachęcająca do ekspansji. W tej luce
                            utworzyły się nowe organizmy państwowe, a właściwie coś więcej: używając terminu
                            Gumilowa - nowe etnosy. Jednym z nich była Rosja, rozrastające się państwo
                            moskiewskie. Drugim była odnowiona i wyrwana z homeostatycznego letargu Litwa.
                            Trzeci amator wschodnioeuropejskiego tortu przybył aż z Ziemi Świętej - to byli
                            Krzyżacy. Kolejne etnosy powstały w procesie rozpadu mongolskiego imperium:
                            nadwołżańska Złota Orda, a z niej Tatarzy Krymscy i Kazańscy. Na marginesie
                            zauważmy, że teoria etnogenezy Gumilowa nie wyjaśnia, dlaczego w całej tej
                            strefie pozostał jeden etnos, który pochłonął wszystkie sąsiednie. Dlaczego w
                            wyniku omawianego procesu powstało w końcu jedno imperium, moskiewskie, i
                            dlaczego pasjonarny impuls właśnie w Rosji okazał się najsilniejszy. Mógłby
                            przecież utrwalić się tam stan równowagi wielu politycznych ośrodków, jak na
                            Zachodzie Europy.

                            Zarówno Rosja Moskiewska, jak i nasza Rzeczpospolita Obojga Narodów, mogły
                            powstać tylko dlatego, że utworzyła się wolna przestrzeń dla ekspansji nowych
                            społecznych organizmów. Tę przestrzeń wytworzył najazd wnuków Czyngis-Chana, i
                            dlatego okrutny wódz Mongołów zasłużył sobie (w historycznym sensie) na okazały
                            pomnik od wdzięcznych Polaków. Polska, czy raczej jagiellońskie państwo
                            polsko-litewskie zawdzięcza swoją karierę ludzkiemu prądowi, który narodził się
                            gdzieś na zabajkalskich pustkowiach. Dokładnie tak samo Słowianie otrzymali
                            wolną drogę, przestrzeń do swojej ekspansji, jakieś osiemset lat wcześniej,
                            kiedy mogli ruszyć na zachód śladem pogorzelisk po Hunach.

                            Polska "mezozoiczna", czyli konfederacyjne państwo Litwy i Korony, była
                            najwyraźniej nowym etnosem, który powstał na obszarze Polski (nie całej, gdyż
                            bez Pomorza i Śląska), Litwy, oraz zachodnich ziem ruskich. Polsko-Litwa (tworzę
                            ten neologizm na wzór Austro-Węgier) zajmowała inny i dużo większy obszar niż
                            Polska piastowska, częściowo tylko pokrywając się z terytorium swojej
                            poprzedniczki. Nowa formacja wchłonęła tradycje nie tylko Krakowa i Gniezna, ale
                            też Wilna, Lwowa, Kijowa i Witebska. Aspirowała do tego, aby objąć ponadto
                            Królewiec i Rygę. Nowe państwo nie było już językowo i kulturowo jednolite.
                            Przeciwnie, stanowiło mozaikę języków i dzieliło się na dwie części z dwiema
                            odmianami chrześcijaństwa, zawierając też w pewnym okresie silną domieszkę
                            nadbałtyckiej protestanckiej schizmy. Nowy etnos nie objął całej ludności:
                            uformował się jako naród szlachecki. Zauważmy znowu, że nie była pod tym
                            względem osamotniona: na wschodzie Europy tworzyły się wówczas właśnie takie
                            państwa, gdzie inna była szlachecka głowa, inne chłopskie ciało. Tak
                            skonstruowane były Inflanty (niemiecki szlachcic, bałtyjski lub fiński chłop),
                            Węgry, państwo Habsburgów, Prusy, czy też wschodnia połowa Szwecji - Finlandia.

                            Polsko-Litwa nie była monarchią. Powstał w niej ustrój szlacheckiej demokracji,
                            z królem faktycznie będącym dożywotnio wybieranym prezydentem. Wreszcie,
                            Rzeczpospolita nie całkiem przystawała do zachodniej cywilizacji, stojąc w niej
                            jakby tylko jedną nogą, wiele zapożyczając od Bliskiego Wschodu. Spójrzmy na
                            szlacheckie kontusze! Takiemu etnosowi potrzebna była własna ideologia, i taka
                            powstała, jako sarmatyzm.

                            Na marginesie zauważmy, że z dwóch członów Litwa była młodsza i dłużej pozostała
                            kulturowo twórcza.
                            • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 18:03
                              Polski Archaik, Paleozoik, Kenozoik

                              Ale oddaliliśmy się od tematu "Czyngis-Chan a sprawa polska". Jak zauważył
                              Gumilow, tajemniczy w swojej istocie impuls pasjonarny nie jest udziałem tylko
                              pojedynczych narodów (etnosów). Zwykle obejmuje pewien rozleglejszy pas ekumeny.
                              W trzynastym stuleciu Autor "Od Rusi do Rosji" dostrzega jeszcze, podobne jak na
                              Rusi Za Lasami, narodotwórcze prądy u jej sąsiadów: w tym samym czasie bowiem
                              aktywizuje się Litwa pod wodzą księcia Mendoga; później, pod jej wpływem, zaczną
                              się procesy, które nakażą osobną drogą iść Białorusi i Ukrainie. Dalej na
                              południe z masy tureckich stepowych ludów uformują się Krymscy Tatarzy, a
                              jeszcze dalej, niezależnie od nich - choć też w tym samym stuleciu - powstanie
                              prężny, młody etnos Turków Osmańskich, którzy już wkrótce zjednoczą krąg
                              cywilizacji Bliskiego Wschodu i zagrożą Europie.

                              W tym momencie warto wrócić do naszej, polskiej historii. Wystarczy szkolna
                              wiedza, aby zauważyć, że historia Polski ma wiele wspólnego z geologicznymi
                              dziejami skorupy ziemskiej. Polska ma swój archaik, paleozoik, mezozoik (epokę
                              dinozaurów) i wreszcie kenozoik, czyli historyczną współczesność. Archaik, to
                              pierwsza cywilizacja słowiańska. Ta, po której pozostały nam jedynie nazwy (i
                              lokalizacje) miast, męskie imiona wzywające do dzielności, gościnności i
                              heroizmu (Zbygniew, Wojciech, Radosław, Włodzimierz... jest ich około trzech
                              tysięcy, w większości niemodnych i niezrozumiałych), oraz jakieś 50 procent
                              naszego języka: jego najstarsza, ale wciąż płodna i soczysta warstwa.

                              Polska epoka paleozoiczna, to Polska Piastów. Ta historyczna formacja ma swój
                              wyrazisty początek - zjednoczeniowy wysiłek Polan pod wodzą Mieszka, uwieńczony
                              przyjęciem chrztu, czyli przyłączeniem się, z ciałem i duszą, do cywilizacji
                              zachodniego chrześcijaństwa. Nie była to wymuszona konieczność. Wybór był wolny
                              - nasi wschodni sąsiedzi, tacy sami Słowianie jak my, zapisali się przecież do
                              innego klubu narodów. Polska Piastowska miała swój wyraźnie określony teatr
                              działań. Obejmowała Śląsk, Wielką i Małą Polonię, Mazowsze, oraz - z
                              zastrzeżeniami - Pomorze. Interesy miała w Czechach, Morawach, w słowiańskich i
                              niemieckich krajach nad Łabą. Wchodziła w stosunki z sąsiadami ruskimi,
                              pruskimi, węgierskimi. Nie miała (oprócz zakusów maniakalnie ambitnego Bolesława
                              Chrobrego) dążeń imperialnych, sił ledwie wystarczało (a częściej nie
                              wystarczało...) aby utrzymać w całości dziedzictwo Mieszka. Była tamta Polska
                              jednolita etnicznie, jednej wiary i przywiązana do monarchicznego modelu
                              państwa. Oprócz nieco późniejszego startu i peryferyjnego położenia, nic jej nie
                              różniło od reszty cywilizacyjnego kręgu Zachodu. Z Polską następnej epoki będzie
                              już inaczej.

                              Wiek Trzynasty nie tylko na Rusi, ale i w naszej części Europy zmienia
                              dotychczasowe pole sił. Nad Bałtykiem pojawia się, jakby powiedział Gumilow,
                              nowy etnos (a może tylko "subetnos"), mianowicie ramię organizacji, która
                              powstała pod pustynnym niebem Jerozolimy - Zakon Krzyżacki. W błyskawicznym
                              tempie zakonni rycerze budują swoje imperium. Odtąd, przez czas jakiś, na
                              naszych ziemiach istnieją dwa ośrodki państwowotwórcze: stary, rodzimy, nad
                              górną Wisłą w Krakowie, oraz konkurencyjny, nowy i kolonialny nad Wisłą dolną, w
                              Malborku. Gdyby Łokietek działał z mniejszą determinacją, moglibyśmy dziś żyć w
                              kraju niemieckim, ze stolicą nad Bałtykiem, i uczyć się, że nasza historia
                              zaczyna się od wypraw krzyżowych.

                              Władysław Łokietek odbudował Polskę Piastowską, choć tylko na części jej
                              terytorium, i zapewne dałoby się wykazać, że jego pokolenie doświadczyło
                              pasjonarnego zrywu. Za to na panowanie jego syna Kazimierza przypada wydarzenie,
                              które można uznać za symboliczną datę kończącą polski piastowski paleozoik. Był
                              to rok 1349, rok zbrojnego opanowania Lwowa. Polska zmienia wtedy swoją
                              polityczną orientację. Wchodzi na drogę, która doprowadzi do unii z Litwą.
                              Zaczyna się formowanie organizmu państwowego, który niewiele będzie przypominał
                              starą Polskę Piastów.

                              I w tym miejscu nasze dzieje krzyżują się jeszcze raz z losami Mongołów, Turków
                              i całego Wielkiego Stepu. Najazdów Stepu na Europę było od czasu Hunów kilka;
                              jeden z nich doprowadził do powstania sąsiedniego etnosu - Węgrów, ale dopiero
                              najazd mongolski w pierwszej połowie trzynastego wieku pozostawił po sobie - jak
                              tamten huński - polityczną i cywilizacyjną próżnię na wschodzie kontynentu. Pod
                              ciosem Mongołów załamała się dawna Ruś. Zanikły ośrodki władzy, i ruscy
                              wieśniacy oraz drobni książęta stali się łupem dla nowych protektorów. Nad
                              Dnieprem powstała wolna przestrzeń zachęcająca do ekspansji. W tej luce
                              utworzyły się nowe organizmy państwowe, a właściwie coś więcej: używając terminu
                              Gumilowa - nowe etnosy. Jednym z nich była Rosja, rozrastające się państwo
                              moskiewskie. Drugim była odnowiona i wyrwana z homeostatycznego letargu Litwa.
                              Trzeci amator wschodnioeuropejskiego tortu przybył aż z Ziemi Świętej - to byli
                              Krzyżacy. Kolejne etnosy powstały w procesie rozpadu mongolskiego imperium:
                              nadwołżańska Złota Orda, a z niej Tatarzy Krymscy i Kazańscy. Na marginesie
                              zauważmy, że teoria etnogenezy Gumilowa nie wyjaśnia, dlaczego w całej tej
                              strefie pozostał jeden etnos, który pochłonął wszystkie sąsiednie. Dlaczego w
                              wyniku omawianego procesu powstało w końcu jedno imperium, moskiewskie, i
                              dlaczego pasjonarny impuls właśnie w Rosji okazał się najsilniejszy. Mógłby
                              przecież utrwalić się tam stan równowagi wielu politycznych ośrodków, jak na
                              Zachodzie Europy.

                              Zarówno Rosja Moskiewska, jak i nasza Rzeczpospolita Obojga Narodów, mogły
                              powstać tylko dlatego, że utworzyła się wolna przestrzeń dla ekspansji nowych
                              społecznych organizmów. Tę przestrzeń wytworzył najazd wnuków Czyngis-Chana, i
                              dlatego okrutny wódz Mongołów zasłużył sobie (w historycznym sensie) na okazały
                              pomnik od wdzięcznych Polaków. Polska, czy raczej jagiellońskie państwo
                              polsko-litewskie zawdzięcza swoją karierę ludzkiemu prądowi, który narodził się
                              gdzieś na zabajkalskich pustkowiach. Dokładnie tak samo Słowianie otrzymali
                              wolną drogę, przestrzeń do swojej ekspansji, jakieś osiemset lat wcześniej,
                              kiedy mogli ruszyć na zachód śladem pogorzelisk po Hunach.

                              Polska "mezozoiczna", czyli konfederacyjne państwo Litwy i Korony, była
                              najwyraźniej nowym etnosem, który powstał na obszarze Polski (nie całej, gdyż
                              bez Pomorza i Śląska), Litwy, oraz zachodnich ziem ruskich. Polsko-Litwa (tworzę
                              ten neologizm na wzór Austro-Węgier) zajmowała inny i dużo większy obszar niż
                              Polska piastowska, częściowo tylko pokrywając się z terytorium swojej
                              poprzedniczki. Nowa formacja wchłonęła tradycje nie tylko Krakowa i Gniezna, ale
                              też Wilna, Lwowa, Kijowa i Witebska. Aspirowała do tego, aby objąć ponadto
                              Królewiec i Rygę. Nowe państwo nie było już językowo i kulturowo jednolite.
                              Przeciwnie, stanowiło mozaikę języków i dzieliło się na dwie części z dwiema
                              odmianami chrześcijaństwa, zawierając też w pewnym okresie silną domieszkę
                              nadbałtyckiej protestanckiej schizmy. Nowy etnos nie objął całej ludności:
                              uformował się jako naród szlachecki. Zauważmy znowu, że nie była pod tym
                              względem osamotniona: na wschodzie Europy tworzyły się wówczas właśnie takie
                              państwa, gdzie inna była szlachecka głowa, inne chłopskie ciało. Tak
                              skonstruowane były Inflanty (niemiecki szlachcic, bałtyjski lub fiński chłop),
                              Węgry, państwo Habsburgów, Prusy, czy też wschodnia połowa Szwecji - Finlandia.

                              • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 18:04
                                Polsko-Litwa nie była monarchią. Powstał w niej ustrój szlacheckiej demokracji,
                                z królem faktycznie będącym dożywotnio wybieranym prezydentem. Wreszcie,
                                Rzeczpospolita nie całkiem przystawała do zachodniej cywilizacji, stojąc w niej
                                jakby tylko jedną nogą, wiele zapożyczając od Bliskiego Wschodu. Spójrzmy na
                                szlacheckie kontusze! Takiemu etnosowi potrzebna była własna ideologia, i taka
                                powstała, jako sarmatyzm.

                                Na marginesie zauważmy, że z dwóch członów Litwa była młodsza i dłużej pozostała
                                kulturowo twórcza. Nie przypadkiem z Litwy pochodzili, już w następnej epoce,
                                Mickiewicz i Słowacki, Sienkiewicz i Piłsudski.
                                • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 18:05
                                  Naród Wstecz Obrócony

                                  Polska Piastów jest dziś muzealnym zabytkiem. Trudno znaleźć w niej oryginalne
                                  kulturowe dziedzictwo, które by było żywe do dziś. Średniowiecze nie wzbudza w
                                  Polsce żadnych emocji, inaczej niż we Francji, Anglii czy we Włoszech. W
                                  przeciwieństwie do tego, Polsko-Litwa sarmacka trwa nadal w naszej świadomości.
                                  Dlaczego tak się dzieje, w sytuacji, kiedy tamto państwo padło dwieście lat temu
                                  i nie odrodziło się - bo Polska dwudziestowieczna jest jednak czymś innym? W
                                  myśl koncepcji Gumilowa widzimy przyczynę: mianowicie od heroicznych czasów
                                  Łokietka, Kazimierza, Jagiełły i unii polsko-litewskiej nie poruszył naszych
                                  ziem dostatecznie silny pasjonarny prąd. Szczyt potęgi Polsko-Litwy przypadł na
                                  czasy między Zygmuntem Starym a Władysławem Czwartym. Potem były okresy
                                  odrodzeń, husarskich szarży, narodowych powstań, tworzenia takich czy innych
                                  kadłubowych tworów w miejsce dawnej Rzeczypospolitej (zaliczam tu zarówno
                                  Księstwo Warszawskie, jak i Polskę międzywojenną i pojałtańską), ale postępowało
                                  gubienie ziem i ludzkiej substancji, konfiskaty majątków, wysiedlenia i
                                  przesiedlenia (wraz z ostatnim znad Ikwy nad Odrę), a przede wszystkim utrata
                                  tej części dawnego kulturowego kręgu, który poszedł ścieżką litewską, białoruską
                                  i ukraińską, a nam, Polakom, nie udało się utrzymać tamtych "szczepów" pod
                                  wspólną koroną.

                                  Polska współczesna, polski kenozoik, liczy się od ostatniego rozbioru, a raczej
                                  wcześniej, od reform Sejmu Czteroletniego. Wtedy odrzucono sarmatyzm i dawny
                                  porządek szlacheckiej demokracji, zaczęto w zamian kopiować wzory francuskiego
                                  Oświecenia, z jego wiarą w arbitralne, urzędowe rozwiązania. Rzeczpospolita była
                                  Unią - nowa Polska zaczęła się organizować jako formacja jednego narodu, według
                                  wzorów nowoczesnego, europejskiego nacjonalizmu.

                                  Polska Nowoczesna (czyli od roku 1791, od Konstytucji Majowej) jawi się przy tym
                                  jako twór wtórny, obrócony w przeszłość (nie przypadkiem nasza Pieśń Narodowa
                                  zaczyna się od jakże znaczących słów "Jeszcze Polska Nie Zginęła..."), jako
                                  świat nostalgiczny i zapatrzony w cudze wzorce i mody. Polska Nowoczesna swoje
                                  siły zużywa w walce o przetrwanie, lecz luksus własnego państwa dany był jej
                                  przez ledwo 27 lat na całe jej dwustulecie (z tego sześć lat to te ostatnie...).
                                  Ta Polska wędruje po mapie, aby w końcu, ubocznym skutkiem działań potężnych
                                  sąsiadów, zamknąć się znowu w granicach pierwszych Piastów. Pasjonarny zryw,
                                  który stworzył "polski kenozoik", był widoczne zbyt słaby i zużył się w
                                  powstaniach. Jeżeli oceniać to z perspektywy stuleci, dwa ostatnie wieki
                                  wyglądają jak powrót do homeostazy. Możemy się pocieszyć, że naród w tym stanie
                                  może trwać bardzo długo... Baskom udaje się ta sztuka od chyba trzech tysiącleci.
                                  • hanys_hans Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 18:05
                                    Palec Boży nad Bostonem

                                    Impuls pasjonarny nie powstaje na poziomie jednostek. Nie może być zadeklarowany
                                    przez żadną władzę, ani puszczony w ruch przez pojedynczego, nawet genialnego
                                    człowieka. Chociaż zdarza się, że jeden człowiek staje na czele nowego ruchu i
                                    firmuje go swoim imieniem, jak to było choćby z Prorokiem Mahometem.

                                    Ostatnim wielkim impulsem, który przeobraził cały kontynent i doprowadził do
                                    powstania nowego, wielkiego i do dziś twórczo aktywnego etnosu, był ten, który
                                    wypromieniował z osady Plymouth, dziś w aglomeracji Bostonu. Mówię o Amerykanach.

                                    Tak właśnie działa impuls etnogenezy: jedno miasto, jak Rzym, jeden peryferyjny
                                    gródek, jak Moskwa, jeden natchniony mąż (plus jego rodzina, jak Mahomet), jedna
                                    osada założona przez imigrantów na obcym lądzie. Ta społeczna formacja następnie
                                    puchnie w oczach, wydaje ludzi, którzy górują nad innymi osobistą energią i
                                    zdolnością do poświęceń, i wyżej cenią ideały niż własne życie. Proces
                                    etnogenezy ma więc swój wyrazisty aspekt moralny... Powstaje nowa społeczność,
                                    która bije sąsiadów umiejętnością skutecznego współdziałania i narzucania sobie
                                    ponadjednostkowych celów. Przeciwieństwem jest społeczność w stanie homeostazy,
                                    która współdziałać nie chce i nie umie, tych, którzy się wyróżniają, zwalcza, i
                                    w jedną stronę pójdzie tylko przypadkiem.

                                    W dalszym etapie rozwoju etnosu pojawia się wielkie zapotrzebowanie na ludzi,
                                    tak wielkie, że nie wystarczają podboje ani wysoki zazwyczaj w owej fazie
                                    przyrost naturalny. Nowy etnos działa jak potężna pompa, wciągająca ludzi z
                                    zewnątrz. Masowa emigracja do Północnej Ameryki była tu przykładem na największą
                                    dotychczas skalę, ale jest to zjawisko typowe: podobnie przyciągała przybyszów i
                                    rosnąca Moskwa, i ekspandujące państwo Turków-Osmanów, gdzie roiło się od
                                    zarówno dobrowolnych, jak również przymusowych poturczeńców. Dlatego Turcja była
                                    takim rynkiem zbytu na jasyr! Ale i Ameryka w czasie swego rozrostu sprowadzała
                                    jasyr afrykański. Po okresie dynamicznego rozrostu połączonym z największymi
                                    heroicznymi czynami: wojennymi, handlowymi, osadniczymi (Gumilow nazywa tę fazę:
                                    "akmatyczną", od greckiego słowa oznaczającego szczyt rozwoju albo wiek męski),
                                    przychodzi okres "przełomu", kiedy etnos rezygnuje z ekspansji i przechodzi do
                                    bardziej stabilnej formy istnienia. Jego państwo osiąga wtedy zazwyczaj swoje
                                    "naturalne" granice. Tak stało się z Ameryką około roku 1880, a z Rosją mniej
                                    więcej sto lat wcześniej. Dla nas ten moment nastąpił wkrótce po bitwie
                                    grunwaldzkiej. Potem mogą nastąpić długie wieki, kiedy energia etnosu odwraca
                                    się od twórczości politycznej, i wyładowuje się w dziedzinie literatury,
                                    budownictwa i sztuk pięknych. Faza "akmatyczna" własnej etnogenezy, czyli epoka
                                    heroiczna, pozostaje przecież stałym źródłem natchnienia dla artystów, a także
                                    tradycją, wokół której skupia się etniczna świadomość wspólnoty. Taką epoką
                                    bohaterską dla Zachodu Europy długo było rycerskie średniowiecze, zaś
                                    współczesna Ameryka wciąż powraca do odpowiednich własnych epopei: do Wojny
                                    Secesyjnej i westernu.

                                    Rozważając te sprawy miejmy jednak na uwadze, że procesy etnogenezy dzieją się
                                    na wyższym poziomie, niż ten, w którym działa ludzka wola, a nawet moc całych
                                    państwowych organizacji. W losach narodów każdy z nas uczestniczy i nasze
                                    indywidualne życiorysy zależą od nich, ale są to prądy, które przenoszą się
                                    gdzieś ponad naszymi głowami. Jeżeli ktoś dopatrzy się w następstwie narodów i
                                    cywilizacji jakiegoś wyższego porządku, to będzie to i tak porządek ponadludzki.
                                    Ktoś mógłby się w tych procesach dopatrywać śladów Bożego Palca na ziemi.

                                    Artykuł oprócz fragmentów zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!" wiosną
                                    1997.

                                    Książki wspomniane:
                                    Czupkiewicz, Lubomir, "Pochodzenie i rasa Słowian", wyd. Nortom, Wrocław 1996.
                                    Gumilow, Lew, "Od Rusi do Rosji", tłum. E. Rojewska-Olejarczuk, wyd. PIW,
                                    Warszawa 1996.
      • szwager_z_laband Re: skond sie wziynli Poloki? 18.01.06, 22:25
        meg_s napisała:

        > szwager_z_laband napisał:
        >
        > a raczej nie napisał tylko przepisał, ale jak zazwyczaj - nie podał źródła



        www.wprost.pl/drukuj/?O=71296

        :)
        • meg_s Re: skond sie wziynli Poloki? 19.01.06, 04:41
          szwager_z_laband napisał:
          > meg_s napisała:
          >> szwager_z_laband napisał:
          >> a raczej nie napisał tylko przepisał, ale jak zazwyczaj - nie podał źródła

          > www.wprost.pl/drukuj/?O=71296
          > :)

          i trzeba było tak od razu ;P
          • szwager_z_laband Re: skond sie wziynli Poloki? 19.01.06, 12:26
            ;P

            :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka