szwager_z_laband
24.02.06, 15:46
Pisać każdy może
Michał Smolorz 23-02-2006 , ostatnia aktualizacja 23-02-2006 22:47
Rozpacz mnie ogarnia, kiedy widzę masowy zalew tak zwanej "śląskiej
literatury gwarowej". Puściły wszystkie tamy i leje się nam na głowę
niesłabnący potok grafomanii. Od chwili, gdy budzące zażenowanie dzieła
typu "Biblia Ślonzoka" zaczęły się sprzedawać w masowych nakładach, rosną
zastępy domorosłych literatów, którzy nie mają żadnych zahamowań - pisać
każdy może.
Wpadł mi w ręce kolejny wykwit takiej - pożal się Boże - twórczości: książka
Ewy Prochaczek i Ryszarda Tila pt. "Moje Remedium czyli blank fajne
dziecieństwo". Jej bohaterką jest sfrustrowana pani w wieku 50-60 lat (czyżby
porte-parole autorki?), o której niewiele wiemy, co najwyżej tyle, że w
głowie miesza się jej . Zapewne łączy w sobie zalety Tiny Turner i Cher,
bowiem w krótkim czasie uwodził ją wodzirej, gotów porzucić całe wesele,
zaraz potem fotografka-lesbijka, która tylko ją chciała fotografować nago, a
w końcu młody barman, który dopełnił dzieła. Najpierw długo pieścił ją pod
prysznicem (czy w łazience paliło się światło?), a potem w łożu zawiódł na
szczyty wielokrotnych orgazmów. Pomimo tej niezwykłej atrakcyjności
seksualnej życie małżeńskie bohaterce się nie układa, więc doznaje olśnienia
i ze świata intelektualnych wyżyn przenosi się do swojej śląskiej gwarowej
przeszłości.
Pomysł to z gruntu niewiarygodny. Gwara jest "językiem duszy" - to pojęcie
sformułował 160 lat temu ks. Bernard Bogedain, jest obszerna literatura tego
przedmiotu. Wynika z niej jasno, że oderwanie się od "języka duszy" w stronę
języka literackiego jest bezpowrotne, ponieważ wiąże się z rozwojem
duchowości. Jeśli ktoś raz przestał myśleć gwarą, to już nigdy do takiego
myślenia nie wróci, więc gwarowe refleksje w wykonaniu osoby, która już od
dawna "przestawiła się", są niemożliwe. Może ona posługiwać się dalej gwarą
na zasadzie alternatywy dla języka literackiego, ale nie jest w stanie myśleć
i wspominać gwarowo. Dlatego z książki biją fałsz i sztuczność.
Skandaliczna jest w "Moim Remedium..." niechlujność językowa. Autorzy nie
zadali sobie trudu ustalenia spójnych zasad pisowni, składni, fleksji i w
ogóle jakiejkolwiek gramatyki swojego języka. Piszą z pełną dowolnością, co
im ślina na język przyniesie. Te same słowa i zwroty raz piszą lub odmieniają
tak, zaraz potem siak, chwilę potem jeszcze owak. Nie wysilili się, by poznać
etymologię słów, co powoduje karygodne błędy ortograficzne. Przykłady: rzyć
(czyli dupa) piszą jako żyć, słowo warzyć (czyli gotować) piszą jako ważyć,
dobrze znany szmaciorz, to u nich szmaciosz. Niemieckie bratheringi (śledzie
smażone) piszą jako bratcheringi, podobnie jak forhang (zasłona), to u nich
forchang. Ich gwara jest w dużej części sztuczna, odniosłem wrażenie, że
napisali sobie tekst po polsku, a potem "tłumaczyli".
Najgorsze jednak, że autorzy ani na krok nie wyszli poza utarty schemat
pisania o śląskości. Od początku do końca są to tysiąckroć wyświechtane i
zużyte obrazki. Cała górnośląska tożsamość narratorki to znów familok, ławka,
wodzionka, chlewik, klopsztanga, haziel na placu i karasol na odpuście.
Ludzie kochani, ile razy jeszcze można tego słuchać, ile razy można w koło
Macieju to samo czytać!? Mogę postawić dowolną sumę, że każda kolejna
próba "literatury gwarowej" to znów będzie familok, ławka, wodzionka,
chlewik, klopsztanga, haziel na placu i karasol na odpuście.
Wreszcie wiem, gdzie siedzi geniusz Horsta Eckerta vel Janoscha i skąd tak
wielki sukces "Cholonka" w teatrze Korez. To jest do cna górnośląskie, choć
nie ma tam familoka, ławki, wodzionki, chlewika, klopsztangi, haźla na placu
i karasola na odpuście. Są ludzie z krwi i kości, jest życie, jest
LITERATURA, a nie grafomańska, sentymentalna tandeta. Dlatego błagam
wszystkich, których też świerzbi pióro: jeśli Pan Bóg poskąpił talentu, to
miejcie litość, odpuśćcie sobie, zajmijcie się czymś innym, a nie pisaniem!
Obrzydzicie każdemu taką śląskość.
Mysla ize smolorz mo recht - najgorzyj jak sie ktos na chama chce robic
slonzokym ....