Gość: załamany
IP: *.zgora.dialog.net.pl
16.07.04, 09:18
Moi drodzy, dziękuję wam wszystkim za rady i opinie, są dla mnie bardzo
cenne. Niespodziewanie dyskusja się rozkręciła co mnie ogromnie cieszy, bo
oznacza, ze moi rozmówcy nie są obojętni. Daje mi to siłę i wiarę, że będzie
lepiej. Wiele razy w życiu byłem w podbramkowej sytuacji, ale los,
Opatrzność, Bóg i przypadek sprawiali, ze szedłem na dno. Chciałem wszystkich
gorąco zapewnić, że w tej historii nie ma ani jednej rzeczy czy sytuacji
zmyślonej, nie ma podstępu, nie ma sondażu. Nie jestem podstawionym
socjologiem czy badaczem opinii publicznej. Na prawdę przeżywam dramat, na
prawdę mam łzy w oczach, kiedy o tym piszę. Serce mi się kraje, a dusza miota
się, bo tyle jest niewiadomych. Jest mi lżej, kiedy dzielę się z wami, opinię
są skrajne, ale pomagają mi inaczej spojrzeć na to wszystko, inaczej ocenić,
bo ja już nie potrafię, może za mocno się zakochałem, choć ONA wciąż mówi, że
nie kocham jej zbyt mocno, bo gdybym kochał, to zrobiłbym znacznie więcej dla
niej. Kochani, nie ma nic podejrzanego, cała historia jest autentyczna, a
codziennie dzieje się tyle nowego, że można by było napisać scenariusz. Moja
dziewczyna ma pretensje do mnie, że nie rozumiem jej. Rzeczywiście w
niektórych sprawach tak jest, ale czyja to wina. Wczoraj pod wieczór znowu
miało miejsce dramatyczne zdarzenie. Po ciężkim dniu, kiedy musiałem w pracy
załatwiać mnóstwo spraw, zestresowany i zmęczony, spotkałem się z nią w
pięknym parku, mieliśmy iść na spotkanie z gośćmi z Francji, którzy zwiedzali
miasto, a miałem z nim rozmawiać. Jeszcze jak jechałem do niej powiedziała mi
prze komórkę, że mąż wybiera się do niej również. Skoczyła mi adrenalina,
powiedziałem, co z tego, niech sobie jedzie, a wybór należy do ciebie, albo z
nim się spotykasz, albo ze mną. Znowu rozpoczęliśmy gorącą rozmowę,
powiedziałem wprost, ze nie podoba mi się to i już. Przecież uwierzyłem, że
jest ofiarą pijanego męża, że była udręczona, że chciała odejść od niego i
nadal twierdzi, że kocha mnie, a nie niego. Odparła, że nie rozumiem jej, że
ma z nim dzieci, że musi jakość utrzymywać z nim kontakt, bo jest bardzo
natrętny, upierdliwy itd. I gdyby się w ogóle nie odzywała, to byłoby piekło,
bo zacząłby jej bardziej dokuczać. Wygarnąłem jej, że kiedy wniosła sprawę o
znęcanie się nad rodziną, to kiedy miało dojść do oskarżenia męża, to
wycofała zarzuty, więc on się czuje teraz bezkarnie. Rozmowa stała się bardzo
gorąca, a w tym czasie mąż dzwonił i dzwonił, bo czekał pod jej miejscem
zamieszkania. Straciłem panowanie i powiedziałem, że mam dość tej gry na dwie
strony i to, że ja mam w praktyce utrzymywać ją i dzieci, a mąż nie daje nic
i śmieje się w kułak, ale chce być mile widzianym gościem. Zapytałem wprost,
czy może chce wrócić do niego, odpowiedziała, że nie, ze wybrała już mnie i
tak w kółko. Wygarnęła mi, że ją trzymam krótko, że nie pozwalam jej spotkać
się z mężem, może on ma coś do powiedzenia. Nalegała, żebym poszedł sam na to
spotkanie z gośćmi, a ona w tym czasie dowie się co mąż chce. Wkurzyło mnie
to bardzo, czułem się zdeptany do reszty. Przecież trzy dni temu, kiedy u
niego w domu wyprawiała syna na kolonie, w środku nocy wyrzucił ją z domu na
ulicę. I teraz znowu chce z nim rozmawiać? Nie mogłem tego pojąć. Poszła, a
ja spotkałem się z tymi osobami, bo musiałem z obowiązku służbowego. Po
godzinie spotkanie się skończyło, chociaż mogłem zostać dłużej wolałem iść do
niej, bo zapewniła mnie, że spławi męża i on pojedzie do domu, a my sobie
zostaniemy w naszym mieszkaniu. Kiedy zadzwoniłem do niej, ich rozmowa
jeszcze trwała, słyszałem jego głos, kiedy mówił, żebym sp..., powiedziałem,
że już skończyłem rozmowę i czekam na nią w umówionym miejscu. Potem się
okazało, że kiedy ruszyła na spotkanie ze mną, mąż zaczął ją bić i dusić na
ulicy, interweniowali obcy ludzie, wezwali policję. Była przerażona,
szlochała, powiedziała, żebym uważał, bo mąż uciekł i powiedział, że mnie
zabije. Obawiała się, że będzie się kręcił tak jak innym razem wokół jej
miejsca zamieszkania i przez całą noc będzie wykrzykiwał pod okiem.
Zostawiłem ją w spokoju, bo rzeczywiście zrobiło się niebezpiecznie, facet
mógł wrócić w każdej chwili i pobić nas oboje, a taki skandal w miejscu
publicznym jakim jest internat, w którym ona mieszka, byłoby dla mnie plamą.
Noc była koszmarna i dla mnie i dla niej. Ona dziś idzie na policję złożyć
skargę, ja jednak patrzę na to z rezerwą, bo skoro już raz wycofała zarzuty,
to kto wie co teraz będzie. Najgorsze jest to, że powinna opuścić jak
najszybciej ten internat, bo to miejsce spalone i spokoju tam nie zazna,
zresztą i tak może tam zostać tylko do końca lipca. Mam do niej pretensje, że
skoro miałem ją wyciągnąć z bagna, to po co mężułek się dowiedział gdzie ona
jest. Głowa mi pęka, czuję się zmęczony tym wszystkim, mąż przesyła mi
świńskie sms, grozi mi pobiciem, ja się tego nie boję, nie boję się bólu
fizycznego, ale boję się skandalu, pośmiewiska. Może traktuję ją zbyt surowo,
może rzeczywiście będzie problem, żeby facet zrezygnował z walki. Gdyby był
normalnym facetem, to można by było mu uświadomić, że miałby szanse na
odzyskanie żony, gdyby się zmienił, tzn. przestał pić i leczył się, dbał o
dzieci. Ale to nie dociera do niego, on chce poprzez bicie, awantur i
skandali zmienić sytuację. Rozpowiada, że to ja mu porwałem żonę i nie chcę
mu ja oddać. To niech ją sobie zabiera, ale co ja zrobię, że ona nie chce
wrócić do niego. Nie sądzę, że ona jest zemną tylko dla korzyści
materialnych, choć potrzebuje pomocy, jest jakieś uczucie, ale jakie - nikt
nie wie. Wygląda na to, że ja jestem bardziej zaangażowany, bardziej cierpię
i się miotam. Denerwuje mnie to, że jej nastroje, ani postanowienia nie są
stabilne. To mnie wyprowadza z równowagi. Ustalamy np. coś dziś zrobić albo
załatwić. Bardzo często nie dochodzi do tego, bo ona znajduje tysiąc
sposobów, żeby usprawiedliwić swoją niekonsekwencję. Tak samo z dzieckiem. Na
początku mówiła, że absolutnie nie ma mowy, żeby urodzić. Bo będzie brzydkie,
bo ja nie będę mógł go dobrze wychować. Teraz w kółko powtarza, że urodzi,
bardzo tego chce i bardzo pragnie dziecka. Czy to czyste uczucia przyszłej
matki? Niektórzy przyjaciele z forum uważają, że dziecko stanie się źródłem
do ,,dojenia’’. Oczywiście, że chętnie bym to dziecko zabrał i wychował,
bardzo go chcę, ale jest oczywiste, że ONA go nie odda pod żadnym pozorem,
obojętnie czy to z powodu uczuć, czy z powodu ,,dojenia’’. Jest tragicznie, w
sierpniu mam planowany urlop, jestem potwornie zmęczony, bo pracuję na
okrągło. Chętnie bym wyjechał na urlop. Przedwczoraj planowaliśmy, żeby
pojechać do jej siostry nad jezioro, wczoraj mówi, że może sama by tam
pojechała, dziś jeszcze nie wiem co powie. Problem w tym, że syn mój (18 lat)
dopomina się obiecanego wyjazdu na urlop, bo od lat wyjeżdżałem z nim. Teraz
matka go szczuje, że ja nie mam czasu dla niego bo jest ONA, matka zagroziła,
że jeżeli nie wyjadę z nim, to poda mnie o alimenty, a syn będzie na mnie
obrażony. ONA zaś grozi, że jeżeli mam jechać na urlop bez niej, to tylko
sam, a jeżeli pojadę z synem, to zerwie ze mną. Jak tu wszystkim dogodzić,
mam dość wrzasków i pretensji chorej żony, zachowanie mojej dziewczyny, żądań
syna i wszystkiego. Jeżeli wyjadę na urlop, to gdzie JĄ ulokuje? Pytam
wszędzie, znajomych i nieznajomych, ale mieszkań nie ma, a jeżeli jest, to w
niebotycznej cenie. Jak bumerang powraca pytanie – co robić, jakie jest
najlepsze wyjście, wiadomo, że bez ofiar się nie obejdzie, ale kto to ma być
tą ofiarą? Nie chcę żeby się syn zraził do mnie, nie chcę rozstawać się z
NIĄ, choć mam wątpliwości, czy ONA naprawdę jest człowiekiem na resztę życia.
Chcę żeby urodziła tego dziecka, choć rzeczywiście można mieć wątpliwości
czyje ono jest. Zostaną rozwiane dopiero po stosownym badaniu.