duszka2
10.11.07, 15:50
Pewien poeta mieszkał przez pewien czas w Paryżu. Aby dojść na uniwersytet,
codziennie przechodził w towarzystwie swej francuskiej przyjaciółki bardzo
ruchliwą ulicą.
Na rogu tej ulicy mijali żebraczkę, proszącą przechodniów o jałmużnę. Kobieta
zawsze siedziała w tym samym miejscu, nieruchomo jak posąg, z wyciągniętą ręką
i oczami wbitymi w ziemię.
Poeta nigdy nic jej nie dawał, podczas gdy jego przyjaciółka rzucała jakąś monetę.
Pewnego dnia zdziwiona Francuzka zapytała poetę:
- Dlaczego nigdy nic nie dajesz tej biedaczce?
- Powinniśmy podarować coś jej sercu a nie jej dłoniom – odparł.
Następnego dnia poeta przyniósł przepiękną, zaledwie rozkwitłą różę, włożył ją
w ręce żebraczki i chciał pospiesznie odejść.
Wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego: żebraczka podniosła oczy, popatrzyła
na poetę, podniosła się z ziemi, ujęła jego dłoń i ucałowała ją. Potem
odeszła, przyciskając do piersi różę.
Przez cały tydzień nikt jej nie widział. Lecz po ośmiu dniach znowu powróciła
na swoje miejsce. Cicha i nieruchoma jak zwykle.
- Ciekawa jestem, z czego żyła przez te wszystkie dni? – spytała młoda
przyjaciółka poety.
- Żyła różą – odparł poeta.