Gość: Oberon
IP: 195.92.39.*
17.10.03, 11:53
Wódź wygrzebał się z pieleszy. Odrzucił kołdrę, która swoim ciężarem dusiła
go całą noc. Jednak było zbyt zimno, żeby się uwolnić spod tego upiornego,
ołowianego okrycia. Miał zamiar kogoś ukarać za swoje nocne cierpienie.
Punkt dziewiąta do drzwi zapukał jego adiutant. Nikt inny oprócz niego nie
mógł wchodzić do sypialni, kiedy wódź w niej przebywał. Nie mógł przekroczyć
progu. To był zakaz karany natychmiastową śmiercią. Kiedyś pokojówka omyłkowo
weszła do pokoju, kiedy wódz tam jeszcze był. Zginęła tego samego dnia
rozstrzelana przez pluton egzekucyjny. Zostawiła troje dzieci oraz męża -
pijaka. Paradoksalnie wódź uratował dzieci i ich ojca, ponieważ ich matka
miała zamiar zabić całą swoją rodzina. Planowała to od dawna. Uważała, że
ulży dzieciom w egzystencjalnym cierpieniu. Skrzywiły ją książki wypaczonych
filozofów. Męża zaś chciała zabić z nienawiści. Zresztą mężczyzna nie pożył
długo. Tylko parę miesięcy więcej od niej. Jej najstarszy syn utopił go w
wannie z czystej sadystycznej przyjemności. Uśmiechał się przy tym dziele
swojego życia.
Kiedy adiutant wszedł do pokoju ze śniadaniem wódz wymamrotał od razu.
- Rozstrzelaj tych z kotłowni i tych co mi ślą łóżko.
- Dobrze wodzu- powiedział adiutant bez zastanowienia.
Wódz lubił go za ten brak refleksji. Cenił tę cechę u ludzi. Była dobra, bo
tak nieskomplikowana.
Adiutant postawił przed wodzem tacę ze śniadaniem i wyprostowawszy się jak
struna zdał raport.
- Paryż zajęty. Nasze wojska wkroczyły do niego nad ranem. Długo się bronili.
Zupełnie to do nich nie podobne.
- Miasto miłości zajęte - rozpromienił się wódź i dodał.- Nie będzie już
romantycznych wycieczek uliczkami Paryża. Całujących się publicznie par. Tej
całej bezużytecznej zarazy.
Wódz pogryzając bułkę rozmarzył się o świecie bez miłości. To był jego cel.
Wytępić całą miłość ze świata. Żadnych więcej pocałunków tylko czysta
prokreacja dla płodzenia. Żadnej czułości tylko czysta prokreacja dla
rodzenia. Żadnego złączenia się ze sobą tylko czysta prokreacja dla
istnienia. Chciał ludzkości wolnej od troski. Wolnej od tęsknoty. Nie chciał
niczego z miłosnego chaosu. Wódz mógł to urzeczywistnić, bo los zesłał mu
człowieka, który wynalazł urządzenie do pomiaru ilości miłości w każdym
człowieku. Wystarczyło je przyłożyć do serca niczym stetoskop i na skali
ukazywała się jak wielka jest miłość w człowieku. Czasem jednak urządzenie
było zawodne, bo nie starczało skali i pękało. Zdarzało się to niezwykle
rzadko lecz jednak czasem tak było. Takich fanatyków rozstrzeliwało się na
miejscu.
Po całym świecie zajętym przez wodza szalały specjalne komanda posiadające
owe czytniki i mierzyły zawartość miłości w człowieku. Ci którzy mieli w
sobie dopuszczalną dawkę owego uczucia byli wysyłani tylko na specjalne
szkolenie, które miał na celu je stępić. Codziennie musieli udawać się na
wykłady gdzie do umysłu i serca wlewano im pustkę. Tylko raz można było nie
być na zajęciach. To była nieobecność usprawiedliwiona. Następnym razem
trafiało się pod mur, zupełnie tak samo jak ci, którzy mieli w sobie
niedopuszczalną dawkę miłości. Ci byli bez sądu rozstrzeliwani przez pluton
egzekucyjny. Tak się działo na całym świecie, bowiem wódz ze swoją armią
zajął go już cały i trzymał go swoją stalową dłonią.
Oczywiście były różne grupy próbujące zabić wodza i uwolnić się z pod jego
władzy. Przed tygodniem grupa lekko uzbrojonych księży próbowała wedrzeć się
do pałacu. Po krótkich walkach w holu i na schodach zostali rozbici w pył
przed doborowe jednostki. Wódz rządził jak chciał.
- Co tam masz dla mnie- spytał adiutanta widząc jakieś papiery w jego ręce.
- To są plany naszych naukowców co do wychowywania dzieci by w przyszłości
nie kiełkowała w nich przypadkiem miłość. Parę zaleceń dla rodziców.
- Tak. Trzeba dbać o naszą przyszłość- wydukał wódź powoli ubierając się i
dodał przypominając sobie co chciał powiedzieć dużo wcześniej.- Nie
zabijajcie w tym Paryżu prostytutek. One są piękne. Takie czyste.
- Rozkaz- powiedział adiutant podając wodzowi pas od munduru.
- Z nimi zawsze wiadomo o co chodzi. Czysta wymiana- dokończył myśl wódź.
Dzisiaj ze swojego balkonu miał wygłosić swoją tradycyjną poranną przemowę.
Parę słów dla swojego miasta. Przed pałacem już kłębił się tłum. Jednak nie
wznosił on radosnych okrzyków widząc swojego wodza w oknie. On nie lubił tej
ostentacji i stanowczo tego zabronił. Nie chciał krzyków „Niech nam żyje”.
Dla wyselekcjowanego przez egzekucję tłumu wszystko co mówił było niczym
niezaprzeczalna prawda. Słuchali przemów w ciszy niczym jakiegoś misterium,
jakiejś mszy.
- Dzisiaj zajęliśmy Paryż. Ostatni bastion padł. Nic nie powstrzyma nas przed
ostatecznym zwycięstwem. Wyplenimy tę zarazę, która przez tyle wieków
gnieździła się w ludzki sercach. Pasożyta który dławił ludzkość. Przez nią
nie mogliśmy stać się bogami. Ale teraz będziemy żyć w trzeźwość myśli i nie
będzie już w ludziach chaosu. Wszystko będzie takie proste i czyste, kiedy
pasożyt zdechnie.
Na te słowa ktoś z tłumu krzyknął.
- Ona jest wiejącym wiatrem. Jest piorunem, który niewiadomo kiedy i gdzie
uderzy. Żeby ją zabić będziesz musiał zabić nas wszystkich.
Na mężczyznę który wykrzyczał to w uniesieniu rzucili się wszyscy którzy
stali obok niego. Kobiety, dzieci, nawet staruszka o kulach wrzeszcząc.
- Dawać go mnie.
Zabili go. Nawet żołnierze nie musieli się po niego fatygować. Wódz już na to
nie patrzył. Wrócił do swojego pokoju. Zamknął drzwi na klucz. Przez chwilę
krążył po pokoju niczym wilk w klatce dochodząc do konkluzji „kiedyś ze
strachu przestaną kochać naprawdę”. W końcu podszedł do sejfu. Odciągnął
stalowe drzwiczki. Wydobył z niego paczuszkę zawiniętą w zwykłą codzienną
gazetę. Usiadł za swoim biurkiem i odwinął gazetę. W ręku trzymał jej
zdjęcie. Uśmiechnął się czule. Postawił je obok siebie i zaczął pisać rozkaz
eksterminacji mieszkańców Paryża.