mój kolega zostawił u mnie swojego kota na święta, bo wyjeżdżał i nie mógł go
zabrać ze sobą. kot, jak to kot w nowym miejscu i sytuacji, przestraszył się
i zaszył się w karton w graciarni. dobra, niech se tam siedzi. dałam mu
jedzonko, kuwetkę i luz. ale dzisiaj stwierdziłam, że już go tam nie ma i
pomyślałam, że musiał się gdzieś przemieścić. obszukałam całą chatę i nic.
dopiero po dłuższym czasie usłyszałam dziwne chrobotanie w... kominku. kurde,
wlałz od spodu, taką maleńką szczelinką która służy do tego, żeby powietrze
dochodziło do paleniska ZA WKŁAD KOMINKOWY, który w moim przypadku jest
obudowany absolutnie trwale i trzeba byłoby burzyć pół chaty, żeby tego kota
wywlec stamtąd. po ponad godzinie różnych zabiegów, kuszeń, straszeń itp. w
końcu wyszła. jestem wykończona fizycznie i psychicznie. przecież gdyby sama
nie wyszła to ja nie wiem co by było. a poza tym cud, że przez ten czas jak
tam siedziała nie paliliśmy w kominku, bo skwarka by z niej została.
i bądź tu człowieku uczynny, wykończę się