Dodaj do ulubionych

O akceptacji dla partnera/partnerki

01.06.09, 16:54
Witajcie,

chciałbym Was zapytać, czy Wam również zdarza się to poczucie,
że nie akceptujecie bliskiej osoby takiej, jaką jest? -
czy miewacie uczucie, że Wasza 'połówka' nie do końca
Wam odpowiada? Że jest albo za głupia, albo przemądrzała,
zbyt ponura albo za bardzo rozrywkowa, za bardzo towarzyska
lub zbyt skryta, itd.? Że niby jest OK, ale gdzieś pod tym
ma się wrażenie, że jednak coś zawsze jest nie tak, nie pasuje?
I czy w poprzednich związkach - jeśli takowe były - nie było
podobnych sytuacji, podobnych odczuć?

Pytam, bo przechodzę zajebisty kryzys - kolejny raz
z tych samych niemal powodów - kiedy ktoś wydaje mi się
za mało odpowiedni dla mnie...:( Wiem, że pieprzone ego,
pieprzony narcyzm, ale nie sposób wyjąć to z siebie i
odstawić na półkę.

Czy miewacie lub miewaliście podobnie?

Będę wdzięczny za każdy post. Pozdrowienia
Obserwuj wątek
    • dimar7 Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 01.06.09, 16:57
      A i jeszcze jedno: czasami ta niezupełna akceptacja przeradza się
      w próby "zmieniania" czy "ulepszania" partnera. Np - podsuwanie ulubionych
      książek, przekonywanie na siłę do wyższości jakiegoś
      swojego ulubionego stylu muzycznego, albo nawet przekonywanie do
      swoich preferowanych zachowań, powiedzmy, "łóżkowych" :) Czy to
      ja tylko tak mam? Nie wierze:(...
      • po_gorszej_stronie_lustra i ja tak mam :( 01.06.09, 19:24
        może nie tyle, że głupia czy przemądrzała, ale niestety próbuję narzucić, od fryzury po dietę, poglądy, a potem się buntuję, że nie ma własnego zdania albo nie mówi mi szczerze co na dany temat myśli. nie zawsze tak jest, miewam przebłyski zdrowego podejścia do sprawy, ale tylko przebłyski.nie wiem jak u Ciebie, ale u mnie nie jest problemem to, że jestem z osobą niechętną do zmian, wręcz przeciwnie, kłopot w tym, że zawsze chcę więcej i nie wiem czy ma to jakąś granicę, jeszcze na taką nie trafiłam.
        • dimar7 Re: i ja tak mam :( 01.06.09, 19:37
          dziękuję za odpowiedź -

          czyli jakby to powiedzieć bardziej kryterium ilościowe,
          nie jakościowe hehe. u mnie to ma raczej charakter narcystyczny,
          takie upodabnianie kogoś bliskiego do mnie samego.
          a może jakieś konkrety opowiesz? bo może to ma podobny przebieg.
          • po_gorszej_stronie_lustra Re: i ja tak mam :( 01.06.09, 22:46
            można powiedzieć, że mieszany, właściwie cecha nie jest tak ważna i nie stawiam siebie za wzór, raczej jakiś wątpliwy ideał siedzący w mojej głowie. ważniejsze jest to, że moje, delikatnie mówiąc, sugestie są spełniane. chociaż wiesz co jak tak się zastanowić, to czasem też próbuje narzucić moje upodobania, typu -ja jestem weganką, jak możesz jeść mięso?!
      • ninagarcia Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 01.06.09, 19:40
        no ja tak mam, a czasem i nie mam. Ale takie rozwazania sa mi bardzo
        bliskie. Np.moj facet sugeruje, ze moze moglby komus pomoc, poprzez
        wydanie jego plyt. W mojej obecnosci. A wiem, ze ma o tym zerowe
        pojecie. Skonfrontowany przeze mnie - twierdzi, ze chcial wywrzec
        wrazenie. A mi wydaje sie, ze to byl obciach... I czuje sie
        zniesmaczona. I glupio mi spojrzec mu w oczy, zastanawiam sie - co
        ja robie w tym zwiazku..Albo z innej beczki - facet dlubie w nosie w
        towarzystwie. No czasem na potege. Powiedziec mu, ze wolalabym aby
        nie dlubal - czyli go nie akceptuje? czy zostawic tak jak jest - ale
        to jest obrzydliwe!!!:(( Ktos inny mlaszcze, ciamka. Co do
        zmieniania i ulepszania - to sie nie wypowiem, bo chyba troche mi to
        obce. Za to mam kolezanke, ktora obrabiala meza - wczasami
        we "wlasciwym kierunku", modnymi oprawkami do okularow, mozarella w
        salatce (dla niej to symbol luksusu...) - mnie to smieszy. Facet
        swietnie sobie dawal rade zanim ja poznal. Ale notabene - on
        tez "wyciagnal" ja od tych kotów, w domu rodzinnym, do wielkiego
        swiata (w-wy). Jak sie rozwiedli - ona byla taka zawiedziona, ze
        tyle wysilku wlozyla, aby go wyprowadzic na ludzi (!), a on
        niewdziecznik. Za to on swoje - ze jej nie zdradzil (az do momentu,
        kiedy zdradzil). Oni poprawiali sie nawzajem, bez
        rozwazania "akceptacji".
        • ninagarcia Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 01.06.09, 19:52
          w ksiazkach o Marsach i Wenusach byla chyba taka madrosc, ze na
          Marsie niczego sie nie naprawia, az sie nie zepsuje:). A na Wenus -
          to permanentny domowy komitet ciaglego ulepszania. Wystarczy zrobic
          zalozenie, ze autor ma racje, i wyjdzie na to, ze to roznica miedzy-
          plciowa.
          Jest jeszcze 1 fajna opowiesc - byc moze stamtad, takze. Najwiekszy
          pogromca smokow w królestwie poslubia piekna ksiezniczke,
          ksiezniczka jest w nim zakochana po uszy. Mija miesiac miodowy;
          rycerz wyrusza, aby zabic kolejnego smoka. Juz siega po miecz, jak
          to zwykle, gdy slyszy z okna wolanie - ale zabij go szabla! Wola
          ksiezniczka. Rycerz zdezorientowany - zawsze zabijal mieczem, kocha
          zone, decyduje sie uzyc szabli. Zabija smoka, ale cos tak w srodku
          sie nie zgadza. Mija jakis czas, zbliza sie kolejne polowanie.
          Rycerz ochoczo atakuje zwierze, pewny i odwazny wyciaga miecz, a tam
          slyszy - udus go lina, udus go lina. Rycerza ogarnia frustracja -
          przeciez doskonale radzil sobie dotychczas z mieczem. Nie chce
          urazic zony - zarzuca smokowi line. I wie juz, ze to zwyciestwo -
          nie jest jego. A potem bylo jeszcze jakies inne narzedzie, i rycerz
          nie wrocil juz do zony. Chyba tak jakos to szlo....
          • dimar7 Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 01.06.09, 20:00
            dobra anegdota, jakkolwiek masz taki styl pisania, że ciężko mi się to odczytuje:-)

            co do dłubania w nosie itp - nie, to nie jest brak akceptacji,
            raczej wręcz przeciwnie. to jedynie wyraz dezaprobaty. a mnie
            chodzi o coś innego: o ciągłe, podświadome "czepianie" się
            cech bliskiej osoby (czy to dotyczącej inteligencji, czy
            wyglądu, czy jakichś innych atrybutów osobowościowych/
            temperamentalnych).
          • po_gorszej_stronie_lustra Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 01.06.09, 22:48
            historia o mnie niestety. ciekawa jestem co się potem z tą żoną stało?;>
    • czita88 Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 02.06.09, 10:17
      Hej.
      Tak, też nie akceptuje w moim facecie wielu rzeczy, czasami go
      krytykuję, a czasami nakłaniam do zmian. Ale nie jest tak że mam
      jakiś swój ideał w głowie i chcę go do niego zbliżyć, bardziej
      dlatego że coś mnie irytuje. Często sa to takie sprawy gdzie (niby?)
      mam na uwadze jego dobro, troszczę się o niego. Np. wkurza mnie to
      jak on jedzie pograć na automatach i spędza tam parę godzin. BOję
      się że się uzależnia. Nie musi jechać, zdarzało mu się zobaczyć
      automat gdzieś gdzie akurat był i wrzucić parę złotych. A on uważa
      się za dorosłego i odpowiedziallnego faceta i nienawidzi jak mu się
      mówi co ma robić.
      Nie pasują mi też niektórzy z jego kolegów, jego głupie interesy
      które robi z niektórymi, nie do końca legalne... Jak o nich słyszę
      to się denerwuję i nie wyobrażam sobie żebym miała kiedyś z nim zyć
      (w sensie mieszkać razem, dzieci itd) jak on miałby tak zarabiać..
      Wkurza mnie to że nie dba o swoje zdrowie - hot dogi itd, slodycze
      zamiast normalnego jedzenia (co po nim widać :) ), zero ruchu,
      zaniedbane zęby- raz na początku zapisałam go razem ze mną do
      dentysty i babka była zalamana jego stanem uzębienia, wyleczył
      jednego zęba i olał sprawę... Nie chodzi mi o jego wygląd, bo kocham
      go takiego, pare kg w te czy we wte nie robi mi różnicy np. Ale
      martwię się o niego. Ma 3 dychy, jak dalej tak będzie robił to za 10
      lat jeszcze zawału czy czegoś dostanie :(. Dodam że dużo pali, już
      ma jakieś problemy z trawieniem i nadwagę. Wystarczyłoby się trochę
      poruszać i zdrowiej jeść.
      Nie czepiam się go na okrąglo, on i tak zawsze robi to co chce...
      Proponowałam wiele razy żebyśmy poszli na basen czy na rower, na
      łyżwy... I dupa, zawssze jakiś powód wynajdował albo po prostu nie
      chciał.

      Też miewam takie momenty jak ty Dimar, że zadaję sobie pytania po
      cholerę z nim jestem itd... nie przez te szczegóły ale przez
      podejście do życia, i to jak mnie czasem traktuje. Ale to szybko
      mija, bo myślę że ja przecież jestem tak pierdolnięta że nie
      zasługuję na lepsze traktowanie i lepszego faceta po tym wszystkim
      co zrobilam już mojemu i w ogóle....
      Czasem mam chwile zwątpienia i zastanawiam się czy ja go kocham czy
      tylko tak mi się wydaje, czy ja w ogóle potrafię kochać... Wszystko
      mija kiedy jest przy mnie, tylko że wtedy wracają te zmartwienia - o
      niego, o to co będzie...

      • b.szczelna Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 02.06.09, 13:10
        mi sie to zdarza zawsze.bylam juz z roznymi partnerami i kazdy po
        jakims czasie oakzywal sie zły.zbyt towarzyski.wiec szukalam
        domatora.ktory z czasem okazywal sie zbyt niechetny
        ludziom.rozrzutny.za oszczedny.za duzo pijący.sztywniak.ZAWSZE
        COS.za malo czuly.mieczak.zle priorytety.kazdegu usilowalam
        ustawic.az w koncu olewalam zrezygnowana ze sie po prostu nie
        nadaje.bo jezt ZA (...) glupi za malo czuly za egoistyczny(!!!).
        teraz jestem mezatka i zapedy dalej mam ostre ale moj maz umie je
        hamowac.a ja przekonalam sie ze nawet z BPD mozna kochac tylko o to
        duuuzo trudniej.ja zostalam ujęta chyba dobrocią, akceptacją,
        ogromna cierpliwoscia i nieskonczonym tlumaczeniem ze Bog stworzyl
        nas innymi, ze nie musze wszystkiego kontrolowac i ze moje metody
        nie sa jedynie slusznymi-inne tez skutkuja;) i tak sa regularne
        awantury bo ja jestemr ozczarowana czymstam znowu ale kocham z
        calych sil, calym sercem i zycia bez Niego nei widze a odkad wiem o
        swoim BPD coraz lepiej mi idzie panowanie nad soba;)) i juz tak nie
        ranie...mam nadzieje ze choc troche mniej,,zycze powodzenia takze Wam
        • dimar7 Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 02.06.09, 14:04
          czyli nie jestem w tym zupełnie sam:) (choć nie wiadomo,
          czy się cieszyć hehe).

          "zostalam ujęta chyba dobrocią, akceptacją,
          ogromna cierpliwoscia" - no widzisz, b.szczelna, że mnie
          właśnie ujęło to samo, bo chyba tego bpd'owcom albo
          osobom za takie się uważają, najbardziej potrzeba.
          w tym chyba tkwi miłość, i na decyzji, że jestem z kimś
          i będę pomimo jego niedociągnięć (jak zwał, tak zwał).

          problem u mnie w tym, że ja ciągle się zdecydować
          nie mogę. ciągle irytują mnie te same sprawy:
          że nie mogę o wszystkim porozmawiać z tą osobą
          (bo się nie zna), że nie rozumie mojego absurdalnego
          poczucia humoru, że jest za bardzo przyziemna
          (jej główne wartości to, poza miłością, głownie seks
          i pieniądze, a moje to jakieś pseudofilozofie),
          że ma uboższe słownictwo, jest za skąpa, nie lubimy tych
          samych rzeczy w łóżku, itp, itd.

          sam nie wiem co o tym wszystkim już myśleć:/ :(
          • b.szczelna Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 02.06.09, 14:56
            to chyba jest to nasze błędne koło.
            ja mam tak ze wiązałam się z ludzmi nietypowymi, takimi którzy mi
            czyms imponowali.przynajmniej z pozoru mądrzejszymi.i potem był
            starszny nerw jak sie okazywało ze NIE SĄ IDEALNI.ze bywa, ze się
            mylą.a już wsciekam sie jak sie okazuje ze są głupsi w jakiejbądz
            dziedzinie. mówią , ze BPDowcy są piekielnie inteligentni.i
            niebezpieczni.mam wrazenie ze manipulowałam swoimi partnerami i to
            była zawsze proba sił.jesli ją przegrywali, tracili w moich oczach
            szacunek i byl to początek konca.dopiero jak sie dowiedzialam o
            swoim BPD, staram sie brac rzeczy na zimno.dalej mam rozkminki PO CO
            JA Z NIM JESTEM to jakas pomyłka ciagnie mnie na dno co to wogole
            jest dusze sie i sama dalej bym zaszła.ale to mija.a wczesniej nei
            mijało wiec moze nawet my musimy trafic na te swoja osobe by ja
            kohcac po swojemu?
            • bajadi Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 02.06.09, 21:07
              b.szczelna - to chyba najbardziej optymistyczny post na tym forum..
              Wszyscy piszą, żeby uciakać od osób bpd - ja nie chcę uciec, chcę,
              żeby starczyło mi cierpliwości dla mojego ukochanego z bpd, który
              walczył bardzo długo o to byśmy byli razem, kiedy byłam niedostępna -
              do skutku. Kiedy zdobył moją miłość, robi wszystko, żeby ją
              stracić. Nakręcenie emocjonalne, przyciąganie - odpychanie, kij -
              marchewka, cudownie - tragicznie, będę - odchodzę, jestem
              wykończona.. ale chcę walczyć o tę miłość. Mam nadzieję, że
              wystarczy mi sił. O tym, że to bpd dowiedziałam się niedawno, on
              wiedział od jakiegość czasu. Czytam wszystko, dzięki czemu mogę
              zrozumieć go lepiej. Dzięki temu forum czuję, że nie jestem sama -
              że jest wiele osób, które przeżywają to samo i cierpią, kiedy po raz
              kolejny telefon milczy... Pozdrawiam:)
              • b.szczelna Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 02.06.09, 21:54
                wiesz..mysle ze jesli pogodzisz sie z tym ze tu nie chodzi o
                cierpliwosc a o zgodę..wygrasz wiele.raz jest lepiej raz gorzej..to
                silniejsze ode mnie, to bpd.ale jest cos, co mnie blokuje.swiadomosc
                ze to zaburzenie, ze atak minie a ja RANIE.Mąż pozwolił mi płakac,
                cierpiec, uciekac.nie goni mnie i dlatego nie musze uciekac
                daleko.to prowokowało na poczatku,tzn skoro sie nie kaja, nie
                przeprasza, to ja siegne po silniejsze argumenty.az do
                samookaleczania.zeby tylko postawic na swoim, jaka to ja
                skrzywdzona.z czasem kiedy panikowałam i słyszałam Kochanie, ja
                jestem zawsze w tym samym miejscu, kocham Cie, wspieram, podziwiam,
                masz moja milosc na zawsze..nie rań mnie, bo dla Ciebie chce byc
                lepszy, zmieniam sie, czasem za wolno,ale uspokoj sie, przytul...to
                zaczynało działać.teraz, po prawie 2 latach moje ataki wyglądają
                inaczej.płacze, cierpie, krzycze, ale On nie daje sie sprowokowac. i
                mi to mija.potem sie wstydze i..to blokuje.zaciskam zeby i placze
                ot tak, bez wyzywania.nie wiem jak Ci to wytlumaczyc..w furii na
                serio wierze, ze ta 2 osoba jest ZŁA i chce MNIE SKRZYWDZIC, OLEWA
                MNIE.mi pomogła wlasnie cierpliwosc i łagodnosc ale i UWAGA,
                stanowczosc.jasno uslyszalam ze jeszcze raz wyzwe, czy rzuce
                obrączką, bedzie to jasny komunikat o KOŃCU.wiesz co podziwiam
                Ciebie,bo myslę ze byc z chorym na BPD to jak tulić jeża o ktorym
                nigdy nie wiesz kiedy i dlaczego postawi kolce;/
                • dimar7 Re: O akceptacji dla partnera/partnerki 02.06.09, 22:25
                  też zaczynam powoli dostrzegać, że to 'olewanie' boli nas najbardziej.
                  kiedy bliska osoba nie robi tego, czego tak bardzo chcemy, odczuwamy to
                  jako bycie nieważnym dla niej. frustrujemy się, nie odzywamy, odchodzimy,
                  uciekamy, wyłączamy telefon. i nadal nic. teraz to już wiadome - on/ona nas nie
                  kocha. lecz on/ona nadal twierdzi co innego -
                  czeka. zawsze czeka. to w końcu my mamy problem.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka