roweroraffi
15.10.09, 12:46
Włączyłem wczoraj wiadomości z rana - wiatr 130km/h, powalone drzewa, tysiące
ludzi bez prądu, opóźnienia pociągów, samolotów, wypadki, korki, podtopienia
na wybrzeżu, śnieżyca, zawieja.... Straszą by z domu nie wychodzić, bo
armagedon trwa i nawet widziano już jeźdźców apokalipsy (w postaci
pługosolarek zaskoczonych drogowców).
Wyglądam za okno. Syf. Myślę sobie: "nie będzie łatwo". Z niechęcią wsiadam na
rower, bo o ile śnieg lubię, o tyle deszczu ze śniegiem (lepkiego, bardziej
"przemaczającego" ciuchy niż deszcz czy śnieg) nie bardzo. Silny wiatr na
mostach też bywa upierdliwy. Ale jednak jadę - trza twardym być ;-)
Ruszam spod domu - oooo, koło tylne odjeżdża w bok i to na wysokim przełożeniu
(największy blat). "To hamulca można już nie używać" - myślę sobie. Auta też
się ślizgają na osiedlówce - mają problem z ruszeniem, z wyjechaniem z miejsc
parkingowych - śniegu niby niewiele, ale za to tworzy zaspy - dla nisko
zawieszonych aut to wystarczająca przeszkoda. Ja tymczasem jadę - tylko ruszam
z wyższego biegu niż zwykle i koła paplają się w ciut większym błocie. Poza
tym jest ok.
Wyjeżdżam na Modlińską i dalej... Faktycznie, na mieście są jakieś korki, są
jakieś stłuczki, wszystko się "ciągnie" i nikt nie bije rekordów prędkości na
lewym pasie. Ktoś skasował słup sygnalizacji przy Auchan na Modlińskiej (może
wiatr, a nie auto?). Na (nie)szczęście sygnalizacja działa - trzeba zmarnować
minutę na czerwonym świetle.
Ruszam dalej. Jagiellońska jedzie, ale też nie za szybko - fajnie,
bezpiecznie. Do tego jedzie się całkiem żwawo, bo wiatr w plecy. Momentami
irytują auta - momentami jadę szybciej od nich i korci by wyprzedzać.
Powstrzymuję się jednak - ślisko jest, a ja tej zimy nie mam jeszcze dużego
doświadczenia na śniegu i lodzie. Na szaleństwa przyjdzie jeszcze czas.
Dojeżdżam do Starzyńskiego. Zatkany stoi most Gdański, co o 11 rano jest dość
nietypowe. Mnie to jednak nie dotyczy. Ja jadę pomiędzy pojazdami. Dzięki ZDM
za tak szerokie pasy - nawet gdyby kierowcy chcieli mi utrudnić przejazd, to
miejsca jest tyle, że i tak nie daliby rady - jak nie z prawej to z lewej,
zawsze jest miejsce. Jednak wszyscy się rozjeżdżają - o wiele bardziej niż
zwykle. Znaczy z nudów patrzą już nawet w lusterka - fajnie.
Na chwilę zwalniam jedynie za autobusem na środku mostu - za nim nie wieje, a
w korku nie mogę sobie pozwolić, by mnie wiatr zdmuchnął o metr - bo metr
dalej w bok zazwyczaj jest jakieś auto. Za mostem już tak nie dmucha -
wyjeżdżam zza "zasłony" i wyprzedzam dalej.
W ten sposób wbijam się na czoło kolejki do skrętu w Międzyparkową, a później
wjeżdżam w lukę między autami jadącymi na most. Kierowca auta stojący obok
nawet nie próbował się tam mieścić - pewnie bał się, że na śliskim nie zdąży
na czas. Ja mam jednak większą przyczepność niż auta - choć oczywiście nie mam
problemu, gdybym chciał ja zerwać.
Na Międzyparkowej już jest luźno - wszystkich kierowców koncertowo trzyma
zawrotka. I dobrze, bo nie trzeba bike-pasem jechać. Tam stoi woda. Dużo wody.
Niefajnie by się pły... jechało. Za to na pasie przy hotelu nie stoją auta -
co w sumie teraz zdarza się coraz częściej. Widać nieuchronność kary odstrasza
od parkowania - a znam co najmniej 3 osoby, które codziennie tamtędy jeżdżą i
wzywają Straż miejską, gdy tylko coś zawala bike-pas. Już nawet samochodowi
kurierzy i taxi nauczyli się parkować po drugiej stronie jezdni - tam pasa nie
ma, więc wychodzi o 50zł/dzień taniej ;-)
Dalej Bonifraterska - nierówny bruk i kałuże przy sądzie zmuszają do jazdy po
lewej stronie pasa - po prostu po prawej są spore dziury pełne wody. Nie widac
co pod spodem, a koła mi żal, bo prawie nowe. Lawiruję, choć wiem, że to
uniemożliwi kierowcom wyprzedzenie mnie. "Ciekawe kiedy poprawią tu krzywy
bruk" - przelatuje mi przez myśl. Może kiedyś to zgłoszę, choć na program
frezowań ulic nie mam chyba co liczyć w tym przypadku ;-)
Znowu asfalt. Miodowa. Zatkana do skrętu w Senatorską. Mnie to nie dotyczy -
objeżdżam auta od lewej w zasadzie nie zmniejszając prędkości. Kłopot jest
tylko przy Kapitulnej - tam jest wąsko, trudniej się wyprzedza. Ale jednak
wciąż się wyprzedza.
Ogólnie wydaje się, że więcej dziś aut na ulicach. Za to jeżdżą powoli i
spokojnie - nawet kierunków i lusterek używają, co nie zawsze się zdarza.
Jedzie się (paradoksalnie) dużo bezpieczniej niż zwykle - mogliby tak na co
dzień jeździć ;-)
Jeszcze Krakowskie Przedmieście. Puste. Mało ludzi, mało pojazdów. Nawet
taksówek jakoś mniej niż zwykle. Nikt mnie nie wyprzedza aż do Karowej, gdzie
skręcam. Aż mi się skojarzyło ze Szczytem, gdy też było tu tak pusto - wtedy
po mieście też najlepiej jeździło się rowerem. Bo się jeździło i to nawet
przez strefę zamkniętą.
Parkuje rower przy kracie. Zazwyczaj mam tam kłopot ze znalezieniem tam
miejsca na pojazd. Tyle rowerów parkuje. Ale nie dziś - dziś jest pusto.
Dzięki temu przypinam się bliżej wejścia niż zwykle ;-) Na schodach na górę
mijam jedną niebieską kolarkę - ładna. Trzeba jednak mieć jaja by na
wąziuteńkich slickach w taką pogodę. Choć z drugiej strony ja też na slicku z
przodu jeżdżę - tylko ciut szerszym. A z tyłu na półslicku.
Wchodzę na piętro wydziału. Mocno mokry z wierzchu, ale dzięki dobremu ubraniu
- praktycznie całkiem suchy pod spodem. Otrzepuje z mokrego śniegu ciuchy w
kiblu, co by nie pochlapać podłogi w sali. Później wieszam ciuchy "rowerowe"
na kaloryfer - z wierzchu pewnie i tak nie wyschną, ale będą "ciepłe" gdy
wrócę po nie za 3h. A w środku i tak są suche. Będzie dobrze.
Zakładam ciuchy "cywilne". tez suche - były w wodoszczelnej sakwie, więc są
suchutkie. Tylko zimne. Na szczęście to chwilowe.
Spoglądam na zegarek. Szok. Mam jeszcze kwadrans do zajęć - celowo wyjechałem
wcześniej, bo nie wiedziałem jak źle będzie na drodze i ile zajmie mi dojazd.
Ale nie spodziewałem się, że dojadę z takim zapasem czasu. Chwilę później
sprawdzam licznik - jechałem 26 minut.
Niby tak straszna pogoda, a ja tylko 5 minut dłużej niż najszybszy mój czas na
tej trasie, przy idealnej pogodzie i jeździe ile sił w nogach. Wolniej tylko o
3-4 minuty niż zwykle, czyli przy dobrej pogodzie, ale gdy się nie ścigam sam
z sobą. Czyli w sumie pogoda zła nie była ;-)
Później (dużo później) pojawiają się inni ludzie z semestru. Przemoczeni,
zziębnięci - mój wydział jest dość daleko od przystanku autobusowego,
zwłaszcza takiego na którym stają "pięćsetki". Jeszcze dalej mamy do metra.
Taki dystans wystarczy by zmoknąć w "normalnych" ciuchach, nieprzystosowanych
do takiej aury. A większość ludzi ma przecież takie ciuchy.
Zaczynają się zajęcia. Sporo jest osób spóźnionych, całkiem dużo nieobecnych.
Tu korek, tam stłuczka, komuś pociąg nie dojechał, komuś się spóźnił autobus,
gdzieś tramwaje stanęły, ktoś nie ma prądu w domu... typowe tematy na
wykładzie :-) Ludzie opowiadają sobie jak to "przedzierali się" przez miasto
by dotrzeć na uczelnię. Pomyśleć, że ja zwyczajnie dojechałem, prawie jak na
co dzień.
TAK, ROWER ABSOLUTNIE NIE NADAJE SIĘ DO JAZDY W TAKĄ POGODĘ. Zwłaszcza jak
ktoś lubi jechać długo, przemoknąć i się spóźnić. Dla pozostałych jednak
polecam. Pogoda - jak widać - nie gra roli :-)