roweroraffi
29.08.04, 18:37
Jak wiadomo zaraz po Masie niewielka grupka, w której miałem przyjemność
jechać, wyruszyła na Masę do Lublina... godzinka na Nowogrodzkiej by
podładować nieco akumulator i w drogę. Było nas pięciu... czterech kozaków,
za którymi ledwo co nadażałem z tą wanną wypełnioną sprzętem i flagami za
plecami i ja ;-) Jechało się miło, czego dowodem jest to, że pierwszy
(krótki) odpoczynek zrobiliśmy dopiero 60km od Centrum Wawy, czyli w
Garwolinie.
Potem zaczęliśmy szukać miejsca na dłuższy postój i posiłek (Bar 24h), bo
robiło się zimno, a my byliśmy już nieco zmęczeni i głodni. Po kolejnych 10-
20km bar znaleźliśmy na jednej ze stacji. Postój trwał z 30 minut, co było
czasem starczającym na 2x mielony+2xfrytki+gorącą herbatę... i na to by wybić
się z rytmu kręcenia te 25km/h utrzymywane wcześniej przez grupę.
Po kolejnych kilkudizesięciu kilometrach zrobiliśmy kolejnego stopa na
herbatkę gorącą, bo chłód stawał się coraz bardziej odczuwalny, a potem znów
w trasę... już widziałem miny niektórych, które wskazywały, że najchętniej
wyrwaliby nieco do przodu zostawiając mnie, zawalidrogę, nieco z tyłu...
Kolejny postój był już w okolicy Puław i tylko po to, by kupić picie i
żarcie... później już nawet nieco pomagali mi pod górkę koledzy by mi było
się łatwiej w rytm wkręcić, ale od tego pomagania zostaliśmy we czterech, co
skończyło się kolejny, prawie godzinnym, odpoczynkiem. Niektórzy ze zmęczenia
spali, inni leżeli, a wszyscy już odczuwali nieco te niecałe 200km w nogach
(140 drogi+30 Masy+jakieśtam dojazdy).
Po postoju, czyli o godzinie 9 z minutami wyruszyliśmy na ostatnie 20km do
Lublina. Droga była już nieco gorsza, ale za to reakcje kierowców po prostu
pozawarszawskie... pozdrawiano nas, trąbiono i machano przyjaźnie, a czasem
nawet jakiś TIR zwalniał lub wręcz zatrzymywał się, by sobie nas jeszcze raz
obejrzeć i móc nas ponownie wyprzedzić. Gdy kierowca Vana (Ducato chyba)
ustąpił mi pierwszeństwa pozwalając mi włączyć się na drogę krajową z
chodnika a jednocześnie powodując to, że przez kilka minut nie będzie mógł
nas wyprzedzić (akurat tam było wąsko) wbiło mnie w Ziemie i w końcu do
zmęczonej głowy dotarła mi myśl, że jesteśmy już wystarczająco daleko od Wawy
by na drodze była kultura.
Do Lublina wjechaliśmy parę minut po dziesiątej. Miasto powitałem
kilkusekundowym męczeniem fanfary i 'lotem pingwina' na zjeździe z
najbliższej górki. Potem tylko krótka jazda nieco na czuja i 4.5 godziny
przed rozpoczęciem Masy byliśmy na miejscu startu.
Czas wykorzystaliśmy różnie, bo postanowiliśmy się rozdzielić. Ja osobiście
leżałem sobie na murku na Lubelskiej Starówce i podziwiałem piękno nie tylko
architektury ;-)
Jeden z nas z powodu bolących kolan niestety zrezygnował z Masy i pojechał na
pociąg... szkoda, bo zawsze to raźniej wracać w kupie.
Sama masa? Nic specjalnego, bo rok temu było dużo lepiej... dość tego, że w
4+Olek, który dojechał z rana pociągiem stanowiliśmy prawie 1/3 Masy i
spokojnie mogliśmy zdominować imprezę tak gdy chodziło o hałas, trasę jak i
cokolwiek innego, to ani trasa (identyczna jak rok temu, gdy byłem), ani
organizacja (zero flag, 2 trąbki, zero reklamy...) nie powalała. Generalnie
rok temu (być może dlatego, że byli inni Organizatorzy) było o Niebo lepiej.
Po Masie pojechaliśmy na małe jasne, ale to już sami, bo Koledzy-Masowicze z
Lublina okazali się być mało towarzyscy i chętni... szkoda, bo tutaj też rok
temu było lepiej (dużo lepiej-jeszcze legendy krążą o tej towarzyskości po
Wawie ;-) ). Ale przynajmniej piwo było smaczne.
3/4 naszej paczki rowerowo-lublinowej zaraz się urwało na pociąg do Wawy...
ja zdecydowaąem się na późniejszy kurs wyposażony w wagon rowerowy. Może to i
lepiej, bo miałem okazję zobaczyc po raz pierwszy w życiu taki wagon od
środka (a także spać w nim i jeść posiłek), a także jeden z zaledwie kilku
szynobusów w kraju (kursujący na trasie Wawa-Kraśnik)!
Ostatecznie w Wawie byłem koło 21 i po zmaganiu ze schodami na wschodnim i
kilkoma innymi utrudnieniami architektonicznymi dojechałem do siebie do domu
na 22 osiągając wynik 253km trasy (nowy rekord z przyczepką naraz) i średnią
nieco ponad 19km/h (wynik obu Mas któe średnią zmniejszyły jest widoczny
gołym okiem). Teraz leczę zakwasy, ale na JP2 będę napewno wraz ze sprzętem :-
)