irenka26
19.09.11, 11:45
Witam!
Ponad 5 lat mieszkałam w UK, pracowałam, urodziłam 2 dzieci. Na wyspę przyjechaliśmy z (jeszcze wtedy) narzeczonym prosto po studiach. Był to okres, gdy Polacy dopiero zaczynali emigrację (wejście Pl do UE). Pojechaliśmy w ciemno i tylko dzięki pomocy przypadkowo spotkanych ludzi udało nam się znaleść mieszkanie bez kaucji, z pracą było gorzej. Przypadkowo poznany Anglik wydrukował nam ulotki, które roznosiliśmy po domach (ja - pomoc domowa, mąż - złota rączka). Po kilku dniach znaleźliśmy zródło dochodu u jednej sympatycznej pani. Po jakimś czasie mąż znalazł pracę w angielskiej firmie, ja również i powoli wszystko zaczęło się układać. Pieniędzy mieliśmy na tyle, żeby żyć z jednej wypłaty a drugą odłożyć na zorganizowanie wesela. Poźniej zaszłam w ciążę, chodziłam na kursy do szkoły, mąż też się zapisał. Nie było źle, znaleźliśmy polski sklep i naszym domem stała się Anglia. Po kilku latach mieliśmy już dwoje dzieci, mieszkaliśmy w innym mieście, Polaków było już w UK na pęczki, przyszedł kryzys finansowy i .... wtedy zaczełam myśleć o powrocie do Polski, zaczełam zwyczajnie tęskinć. Mąż w pracy stał się polakiem (kiedy wcześniej nie miało to znaczenia), część naszych dawnych znajomych tak zachłysneła się wielką Anglią, że wstyd im było mówić po polsku w miejscach publicznych. Syn znajomych jako Polak był szykanowany w szkole. U znajomego w pracy koledzy robili sobie żarty na temat Polaków. Doszło do mnie, że ja i moja rodzina jesteśmy tu tylko polakami. Może generalizuję, bo przecież spotkaliśmy na swojej drodze tylu wspaniałych Anglików, ale prędzej czy później wielu z nich pokazywało na czyim jesteśmy terenie. W sumie wcale im się nie dziwię, co by nie mówić to tak jak do nas przyjadą inne narodowości, które będą wykonywać każdą pracę za 50% tego co Polak.
Nie chciałam, żeby moje dzieci były gorszą kategorią.
Wróciliśmy 2 lata temu. Było ciężko, bardzo ciężko. Ja wróciłam wcześniej, mąż został dłużej. Rodzice nam pomogli i pomimo tego, że wszystko jest drogie jak diabli, a zarobki do dupy cieszę się , że moje dzieci znają dziadków na żywo a nie ze skypa, że nie muszę bukować biletu na samolot 3 miechy wcześniej, żeby zobaczyć mamę czy siostrę. Oboje z mężem mamy pracę (odpukać), mamy samochód (może nie tak wspaniały jak w Uk, ale jest), powoli remontujemy mieszkanie (mieliśmy to szczescie, że mamy mieszkanie po dziadku). Żyjemy i pomimo wielu spraw, które doprowadzają mnie w tym kraju do szału cieszę się, że wróciliśmy. Jak będzie nas stać polecimy na wyspy, żeby dzieci zobaczyły gdzie się urodziły, a my powspominamy i wrócimy do domu.