fifka01
08.11.11, 13:38
Jestem od 2 dni w PL. Wczoraj, pierwszy raz od kiedy tu nie mieszkam, miałam okazję jechać autobusem miejskim. Jestem w szoku.
Podjeżdża taki przegubowy, ze schodami. Pustawy. Wybieram te drzwi które są na wprost miejsca na wózki, wsiadam z czyjąś pomocą, całkiem sprawnie.
Miejsce na wózki zajmują dwie stojące panie. Ani drgną na widok mnie z wózkiem. Pytam, czy mogą się przesunąć. Przesuwają się o krok w bok, pozostając cały czas w obrębie miejsca na wózki, gdzie na oko widać, ja się w tej sytuacji nie zmieszczę. Autobus w tym momencie rusza i to z impetem. Ponieważ jeszcze się niczego nie trzymam, prawie się przewracam, o mało nie pociągając wózka a sobą. Panie wzdychając zwalniają miejsce na wózki, robią to z taką łaską, i patrzą na mnie tak, jakbym im wymordowała pół tuzina krewnych. Zanim się ustawiam na miejscu, blokuję hamulce wózka i chwytam się porządnie czegoś, autobus już hamuje z impetem na następnym przystanku i znów się o coś obijam. Czuję na sobie wzrok pasażerów mówiący: Co za łamaga.
Po drodze do centrum wsiada dość dużo ludzi i autobus jest pełny.
Większość wysiada na tym przystanku co ja, bo to sam środeczek centrum. Choć ja stoję w zasadzie najbliżej drzwi, to nie mam szans się z wózkiem obrócić i ustawić do wysiadania, bo ludzie mi stratują wózek i dziecko. Postanawiam poczekać i wysiąść ostatnia. Ale gdzie tam, zanim wszyscy wysiądą i zanim ja się ustawię do wyjścia i poproszę kogoś o pomoc, ci z przystanku już wsiadają. Przepychają się po schodach w górę między wysiadającymi, rzucają się na miejsca siedzące, szturchają się nawzajem, popychają, wzrok mają zacięty, zęby pozaciskane, miny skwaszone, ostatecznie zastawiają mnie, i wygląda na to, że w ogóle nie wysiądę.
- Przepraszam, ale ja też wysiadam. Czy mogliby państwo mnie przepuścić? - Odzywam się na tyle głośno, żeby mieć pewność, że usłyszy nawet kierowca, bo się boję, że ruszy zanim wysiądę.
Dziewczyny. I tu już mnie ostatecznie zamurowało.
Nikt, absolutnie nikt nie zareagował. Nie odsunął się, nie zatrzymał przed wejściem, żeby zrobić miejsce na schodach, nikt na mnie nie spojrzał. Wszyscy udawali, że nie słyszą. Pchali się jeden przez drugiego dalej, popchali się nawzajem, prawie się tratowali.
Kiedy już wszyscy wsiedli, pozajmowali miejsca, poklęli pod nosami, ci, którzy nie zdobyli miejsc siedzących, zrobili mi z łaską i wzdychaniem nieco miejsca, żebym wykręciła wózkiem. Kierowca czekał, bo słyszał, ze chcę wysiąść. Wtedy wszyscy obrócili się do mnie tyłem, tak, że nikogo nie mogłam poprosić o pomoc. Schyliłam się i przez drzwi poprosiłam o pomoc pana, który stał na przystanku.
Wysiadłam i stałam nieruchomo jeszcze chwilę. Zastanawiałam się, czy gdzieś nie ma ukrytej kamery i "kontemplowałam" w skupieniu to, co się stało.
Dla nikogo oprócz mnie, nie stało się nic nadzwyczajnego. Kompletnie nic.
Czy ja też taka byłam kiedyś? Tak kompletnie pozbawiona kultury? Też miałam taką zacięta minę, furie w oczach, też tratowałam ludzi zanim wysiedli? Skoro to dla wszystkich pasażerów oprócz mnie było tak naturalne, nikomu nie przeszkadzało, to pewnie też taka byłam, i nawet nie pamiętam?