Dodaj do ulubionych

z nudów odwiedziłem parę spelun

06.04.03, 13:14
Ludzie! Przeszedłem się kiedyś z ciekawości po kilku "spelunach", czyli
barach piwnych bądź pijalniach ostatniej kategorii. Rzeczy, które tam można
zobaczyć są czasami prześmieszne, czasami tragiczne, a przede wszystkim dają
wielką wiedzę o społeczeństwie. Np. w każdym barze faceci plotkują gorzej niż
baby i pieprzą trzy po trzy o rzeczach o których nie mają pojęcia. Teraz
modny jest temat wojny w Iraku. I tak np. dowiedziałem się, że Bagdad liczy
50 tys. mieszkańców. Najlepsze jednak jak "parka" czyli zniszczony bezzębny
facet i podniszczona kobita po paru browarkach zaczynają się kłócić a potem
przepraszać i wyznawać miłość - na głos (co za texty!). Ale mnie rozwaliła
baba, która się napruła i zesikała siedząc gościowi na kolanach. Opiszę
jeszcze parę przykładów, ale później bo nie chce mi się już pisać. Macie
jakieś podobne przygody? Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • Gość: Fred Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 07.04.03, 13:23
      Speluny są cool, zwłaszcza katowickie... Pół studiów tam spędziłem. Gdzie te
      czasy, kiedy na Warszawskiej kwitł Bar Warszawski, przy którym Bar Apis z
      filmu "Miś" był jak Marriot? Piwo lali ze szlaucha (zresztą nienajgorsze), a
      główny wykidajło łaził w kufajce (ale był sympatyczny - trzeba by chyba było
      rzucać kuflem, żeby użył argumentów silniejszych niż słowne). Kolega, znany z
      żelaznej logiki i precyzji wypowiedzi, działacz UPR zresztą, zrobił tam kiedyś
      aferę, że na ścianie jest tabliczka "picie własnego alkoholu wzbronione pod
      karą kolegium", a przecież jak on kupił piwo i setkę, to te szlachetne trunki
      już są jego własne. Na drugi dzień napis brzmiał "picie alkoholu NIE
      ZAKUPIONEGO W TUT. ZAKŁADZIE... itd." - to był kultowy lokal, jedyny w swoim
      rodzaju, a teraz robią tam cyberkafejkę czy inne dziadostwo, jakich wiele...
      Łza się w oku kręci. Albo "Górnicza", 500m dalej, gdzie kiedyś po ćwiartce na
      twarz odbyliśmy Wielką Debatę O Sensie Świata i Życia - ludzkość straciła wiele
      przez to, że jej nie nagraliśmy; a potem pijana pielęgniarka chciała robić
      striptiz, choć warunków delikatnie mówiąc nie miała...

      To również były, że zacytuję Gorkiego, "Moje uniwersytety"...

      Gdzie te czasy...
      • Gość: GOSC Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.um.katowice.pl 08.04.03, 10:33
        Fred, a laziles tyz do koniara na Dabrowce, Zyda, Hawierza na Bogucicah,
        rzepichy we Szopcienicoch(zdoej sie tero robsiz we Szopienicoch pra?),deczko
        tych szynkow jescza oustolo, ala mosz recht to juz niy to heheehehehe
        • Gość: Fred odwiedziłem setki spelun... i nie tylko IP: *.wodgik.katowice.pl 08.04.03, 12:27
          Nii, do Szopienic żech nie łaził, za daleko beło, musiało być przi szkole. Ale
          po prowdzie, to sie nie byda wygupioł i udawoł, że godom, bo jo jest ... gorol.
          W Katowicach studiowałem (WNS UŚ), a teraz pracuję, a mieszkam z drugiej strony
          Brynicy. A jak jesteś z Szopienic, to możesz znać Paszczaka, najbardziej
          imprezowego gościa z historii (magisterka chyba '98 albo '99)- tzn. on był
          chyba z Bogucic, ale zdaje mi się, że na Twoim terenie też ostro balował.

          Tak w ogóle, to kultowe imprezy były nie tylko w spelunach, ale też
          bezpośrednio nad Rawą. Latem flaszeczki na łąkach, zimą jabole i do bramy
          gdzieś na Wodnej, Pawła itp. Piliśmy kiedyś dżepy przy jednym śmietniku. Kumpel
          (ok.2m wzrostu i ze 110 kg) się nawalił, wyjął ze śmietnika pluszowego misia,
          który był tak brudny i rozwalony, że już by się nim nawet psy nie chciały
          bawić, i oświadczył "Ten miś to moje drugie JA". Najlepsze jest to, że potem
          doczyścił misia, uzupełnił mu brakujące wypełnienie... i nosił go ze sobą w
          torbie do końca studiów (a może nadal?).

          Był też jeden kultowy sklepik (nie podaję gdzie, żeby nie narobić kłopotu
          właścicielom - może jeszcze go prowadzą), gdzie zawsze zaopatrywaliśmy się w
          piwo (ogromny wybór) i grzmociliśmy je z gwinta na przyległym podwórku, dosyć
          głośno się przy tym zachowując (zwykle było to ok. godziny 10 rano). Raz z
          jednej z kamienic wyskoczył na nas jakiś dziadek z siekierą i ewidentnie
          usiłował nam coś wytłumaczyć językiem siły (tzn. miał na tyle siły, że jak
          machał tą siekierą nad głową, to się nią sam nie zabił). O co mu chodziło - nie
          powiedział, a w każdym razie nie w sposób zrozumiały. Jak się zmęczył tym
          machaniem, a myśmy się trochę uspokoili (głupia sprawa, przecież nie będziemy
          go bić, a próba odebrania mu siekiery może się przykro skończyć dla każdej ze
          stron), to dopiero sobie poszedł.
          • Gość: Fred Re: odwiedziłem setki spelun... i nie tylko IP: *.wodgik.katowice.pl 08.04.03, 15:18
            Alcest, cholera, zapoczątkowałeś temat, pochwal się spelunami od siebie,
            skądkolwiek jesteś. Sam mam pisać na tym wątku?... :-)
            • Gość: GOSC Re: odwiedziłem setki spelun... i nie tylko IP: *.um.katowice.pl 08.04.03, 15:45
              heeheheh jo yno znom te szynki, roczyj zech niy bol tam gosciym,ala zech sie
              chichrol jak ciul jak sliszol opowiadanio co tam sie dziolo, z jednyj jescza
              strony lubil te szynki, czasym jak zech tam wstapil to mozno bolo pogroc we
              szkata i posluchoc jak starziki rozprwiajom, ubow po pachy bol, a Paszczak to
              mi cos godo,oun mieszko(l) we Bogucicach ja?
              • Gość: Fred Re: re: Odwiedziłem setki spelun... i nie tylko IP: *.wodgik.katowice.pl 09.04.03, 08:34
                Dokładnie tak.

                Przypomniało mi się jeszcze coś fajnego, z trochę innej beczki:

                Kilka lat temu, w centrum Katowic, jadę kiedyś rano autobusem w towarzystwie
                licznej grupy młodzieży szkolnej.Parę tekstów:

                - Ty żeś jest o 1% mondrzejszo łod kury. A tyn jedyn procynt to jes to, że nie
                chodzisz po placu i nie srosz.- zwraca się jakiś młody dżentelmen do młodej
                damy, na tyle głośno, że zarazem dzieli się tą refleksją z całym autobusem.

                Po chwili:

                - Ja, ja, bydzie wycieczka. Sie pojadymy, sie krzynka jaboli weznymy...-
                - Fuj... Jak ja nie znoszę jaboli... - odzywa się jakaś panna.
                - Ewka, niy godej. Jabol to jes napój bogów!-

                Jak to kultura starożytna wpływa na umysły młodzieży... ;-)



              • hamsterek Re: odwiedziłem setki spelun... i nie tylko 10.04.03, 14:41

                GOSC przestań pieprzyć po ślunsku bo jak to czytam to mi sie rzygac kce !!
                • Gość: Fred Re: odwiedziłem setki spelun... i nie tylko IP: *.wodgik.katowice.pl 10.04.03, 15:28
                  Hamsterek, co się wnerwiasz? Gadaj ty swoją gwarą, skądkolwiek jesteś, ciekawe,
                  czy my zrozumiemy. Możesz pisać, że mamy sie przejechać na Pragie do "Kullawego
                  Fellka", chiba na Brzeskie, możesz nam kaszebszcze nute wyrecytować, mozes nas
                  psekierowoć do Józka łod Gąsieniców... Wyluzuj się, tu jest humorum, złość
                  piękności szkodzi... Pozdro.
                  • anahella po slunsku jest fajno:) n/t 08.05.03, 00:44

      • Gość: fan? Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 09.04.03, 13:44
        Pamietam ten Bar z Warszawskiej.Fakt lali tam piwo ze szlaufa ;-).I drugi taki
        na rogu,bez stołów ,tylko blaty do konsumpcji na stojaco.Byłem tam raptem parę
        razy za szkolnych czasów ,tak z jednej strony folkloru troche łyknąć a i ze
        wzgledów finansowych.Będąc obiektywnym.Strasznie obskurne speluny.Raczej
        straszno niż smieszno.Teraz w poblizu tego Baru na rogu (nie wiem czy jescze
        istnieje)stoi najbrzydsza prostytutka Katowic wygladająca troche jak znisczony
        alkoholem ,50 letni ,bezdomny bokser. Jej klientami sa chyba tylko klieci tego
        baru obok albo osoby którym jest juz naprawde wszystko jedno.
        Jak dla mnie raczej żałosnie i strasznie niz śmiesznie.Ale rozumiem młodzienczą
        fascynację ,byle byś za bardzo w nia nie popadł ;-)
        • Gość: Fred Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 10.04.03, 11:28
          Gość portalu: fan? napisał(a):

          > (...)Teraz w poblizu tego Baru na rogu (nie wiem czy jescze
          > istnieje)stoi najbrzydsza prostytutka Katowic wygladająca troche jak
          znisczony
          > alkoholem ,50 letni ,bezdomny bokser. Jej klientami sa chyba tylko klieci
          tego baru obok albo osoby którym jest juz naprawde wszystko jedno.

          Brawo! A druga i trzecia w kolejności wystają na Dworcowej, jak przechodzi w
          Mariacką. Nie dośc że wyglądają jak skrzyżowanie śledzia z kosmitą, to jeszcze
          nóg nie golą!

          > Ale rozumiem młodzienczą fascynację ,byle byś za bardzo w nia nie popadł ;-)

          Niestety już nie popadnę. Mam 30 lat, skończyłem te studia z wyróżnieniem,
          jestem szefem kilkunastu osób i w ogóle się pychicznie i fizycznie
          zezgredziłem. Dlatego się tak miło wspomina.
          • Gość: GOSC Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.um.katowice.pl 10.04.03, 12:16
            Mi tyz to niy grozi, choc jestech nadol mlody karlus heheeh, lazilech tam yno
            na szkata i w sumei wiecyj zabownych situacji to znom ze opowiadon.
            Mysla tero..... niy, jednok niy, tam naprowda bolo zabownie i wcole niy tak
            niybyzpiycznie tymabrdziyj jak znoli Twoja gymba heheeheheh
        • anahella Co jest z ta Warszawska? 08.05.03, 00:47
          Gość portalu: fan? napisał(a):

          > Teraz w poblizu tego Baru na rogu (nie wiem czy jescze
          > istnieje)stoi najbrzydsza prostytutka Katowic

          I w Krakowie i w Katowicach stoja panny na Warszawskiej! To jakas zmowa czy co?
          U nas w Wawie stoja na Poznanskiej:)
          • Gość: Fred Re: Co jest z ta Warszawska? IP: *.wodgik.katowice.pl 09.05.03, 12:11
            ?

            Ja z postu Fana zrozumiałem, że obu nam chodzi o Warszawską w Katowicach.

            Katowice i Kraków są dosyć blisko, ale wspólnych ulic nie mają.

            Natomiast pocieszę Cię, Anahelko, że żadne Star Treki (określenie,
            podkreślające typową urodę tych pań - chyba puszczają się po to, żeby się
            dowartościować)na Warszawskiej w Katowicach nie stoją (nie wiem jak w
            Krakowie :-), a w każdym razie ja ich tam nie widziałem, bazuję jedynie na
            opinii Fana (mój okrzyk: "Dokładnie!" dotyczył lapidarnego opisu urody pewnej
            pani, a nie topografii miasta).

            Natomiast typowo k*ewskie ulice Katowic to (i tu się uśmiejesz): Uniwersytecka,
            Bankowa i Szkolna.

            Cóż, młode dziewczynki uczą się tego co w życiu potrzebne, a potem liczą
            pieniążki...

            (Nb. widziałem kiedyś na pewnym murze napis, bardzo estetycznie wykonany
            charakterem pisma grzecznej dziewczynki z III klasy SP, a brzmiący mniej
            więcej: 'Agnieszka X. daje dupy na Bankowej, a palcuwe szczela na Szkolnej' -
            pisownia oryginału).

            Aha, jeszcze Francuska (to akurat trafnie dobrana nazwa) i Damrota (Damrot był,
            o ile wiem, duchownym, i nie wiem, co by na to powiedział...). I, co już brzmi
            jak żart - tradycyjnie Mariacka.

            Trochę dużo tych ulic, wiem. Ale to nie jest aż tak k*ewskie miasto, tylko te
            panie stoją w dużych odstępach (może chodzi o zapach?).

            Aha, i najlepiej dobrana nazwa: tirówki stoją przy leśnej trasie, która się
            nazywa "ul.73 Pułku Piechoty". Każda z nich wygląda, jakby cały ten pułk przez
            siebie przepuściła.

            /Natomiast na Warszawskiej mieściły się swego czasu dwie kultowe spelunki, o
            których pisałem wyżej.O ile pamiętam, osoba opiewana przez Fana miała bywać
            przy którymś z nich/.

            Natomiast jak króciutko (20 miesięcy) mieszkałem w Warszawie, to, o ile
            pamiętam, podobną opinią cieszyła się oprócz Poznańskiej bodajże Nowogrodzka.
            • Gość: Fred Re: Co jest z ta Warszawska? IP: *.wodgik.katowice.pl 10.05.03, 08:45
              PS: Anahelko, spójrz wyżej - Fan? ma adres katowicki, nie krakowski.
              • Gość: buba w krakowie na warszwskiej tez stoja "damy" IP: *.chello.pl 29.06.03, 01:51
                zgoda. ale bede bronil anahelki. wydaje mi sie, ze co innego miala na mysli.
                ja, nie tak stary krakus, jestem obyty w okolicach "pigalaka" (jakkolwiek by to
                nie zabrzmialo).
                kazdy krakus wie, ze centrum swobodnej milosci w krakowie, to rzeczony pigalak,
                czyli kwadrat wyznaczony mniej wiecej przez ulice:krowoderska, slowackiego,
                WARSZAWSKA i basztowa, ze wskazaniem na plac biskupi oraz ulice szlak.
                tam znajduje sie erotyczne centrum krakowa. choc ostatnio z placu
                biskupiego "damy" zniknely, a to dlatego, ze tam teraz jest konsulat rosyjski i
                policja pilnujaca, zeby pana konsula nikt nie "wycyckal".
                a orientuje sie w tych okolicach nie dlatego, ze jestem klientem "dam", ale
                chodzilem do liceum polozonym w opisanym wyzej kwadracie (XLO na ul
                wroblewskiego, przecznica od pedzichowa). poza tym czesto, wieczorami,
                wracalem do domu ulica dluga i roznymi zakamarkami pigalaka i moge stwierdzic,
                ze takiego nasycenia "laleczek", jak w tamtych okolicach, w krakowie nie
                widzialem nigdzie :)
                • Gość: Fred Re: w krakowie na warszwskiej tez stoja 'damy' IP: *.wodgik.katowice.pl 04.07.03, 13:37
                  Buba, ale :

                  1) przed czym czy też przed kim chcesz bronić Anahelki, bo przede mną naprawdę
                  nie trzeba - ja ją korespondencyjnie zdążyłem b. polubić, mam nadzieję, że z
                  wzajemnością
                  2) chodzi mi właśnie o to, że w Katowicach NIE STOJĄ na Warszawskiej, tylko na
                  Bankowej, Uniwersyteckiej, Szkolnej, Mariackiej, Francuskiej, Damrota, 73 Pułku
                  Piechoty i gdzie tam jeszcze.

                  A propos: wczoraj jechałem ul. 73 Pułku Piechoty i jedna tirówka chyba była
                  nawalona, bo podciągała miniówę i wypinała dupę odzianą w symboliczne stringi w
                  stronę każdego nadjeżdżającego auta i to tak intensywnie, że o mało co złamała
                  by mi lusterko boczne.

                  Natomiast lokalizacji szkoły Ci zdecydowanie zazdroszczę. Musiała to być w
                  pewnym sensie szkoła życia... :-))))
      • Gość: tomson Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.04.03, 21:30
        U mnie na osiedlu jest taka jedna speluna. Nawet nie wiem jak się nazywa ale
        ludzie z osiedla nazywają ją "chlew". To wiele mówi o klimacie tam panującym.
        Stoję kiedyś z kumplem pod blokiem, rozmawiamy sobie i widzę zbliżającego się
        do nas kumpla, którego mama pracuje w tym "lokalu", niosącego coś na ramieniu.
        Patrzę, a tym czymś okazują się narty z PolSportu. Po prostu jeden z klientów
        przyszedł z nimi do "chlewu", podszedł do baru i powiedział: "Za piwo" :).
        Tranzakcja doszła do skutku, kolega wzbogacił się o narty i
        stwierdził: "Zawiozę je na wieś, dam dzieciarom to se bedą po kamieniach
        jeździć." :)
      • Gość: Krzyś Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.pke.pl 11.04.03, 10:46
        Gość portalu: Fred napisał(a):

        > Speluny są cool, zwłaszcza katowickie... Pół studiów tam spędziłem. Gdzie te
        > czasy, kiedy na Warszawskiej kwitł Bar Warszawski, przy którym Bar Apis z
        > filmu "Miś" był jak Marriot? Piwo lali ze szlaucha (zresztą nienajgorsze), a
        > główny wykidajło łaził w kufajce (ale był sympatyczny - trzeba by chyba było
        > rzucać kuflem, żeby użył argumentów silniejszych niż słowne). Kolega, znany z
        > żelaznej logiki i precyzji wypowiedzi, działacz UPR zresztą, zrobił tam
        kiedyś
        > aferę, że na ścianie jest tabliczka "picie własnego alkoholu wzbronione pod
        > karą kolegium", a przecież jak on kupił piwo i setkę, to te szlachetne trunki
        > już są jego własne. Na drugi dzień napis brzmiał "picie alkoholu NIE
        > ZAKUPIONEGO W TUT. ZAKŁADZIE... itd." - to był kultowy lokal, jedyny w swoim
        > rodzaju, a teraz robią tam cyberkafejkę czy inne dziadostwo, jakich wiele...
        > Łza się w oku kręci. Albo "Górnicza", 500m dalej, gdzie kiedyś po ćwiartce na
        > twarz odbyliśmy Wielką Debatę O Sensie Świata i Życia - ludzkość straciła
        wiele
        >
        > przez to, że jej nie nagraliśmy; a potem pijana pielęgniarka chciała robić
        > striptiz, choć warunków delikatnie mówiąc nie miała...
        >
        > To również były, że zacytuję Gorkiego, "Moje uniwersytety"...
        >
        > Gdzie te czasy...

        Mosz recht!
        Z opowiadań moich dziadków, potem ojca, aż sam się później przekonałem (to już
        był schyłek tego co opisłeś i nie za duż już zdążyłem zobaczyć).
        U nas w Piotrowicach była taka "knajpka" nazywana Gubernią, lała tam baba z
        przezwiska Truskawa (miała całą twarz w pryszczach, także jak ktoś chciał piwo
        z sokiem to nie było problemu :-)), jak ktoś obcy zawitał do bufetu po małe
        jasne to mógł se stać i stać w kolejce, a jak się odezwał to dostawał w pysk,
        łaziła tam też taka baba-chop, jej celem była zaczepka, podchodziła do klienta
        i myk szybko mu wypijała zawartość kieliszka, chłop miał problem to cała knajpa
        na niego. Fajnie było zimą, dlatego, że na przeciw wyjścia (cztery schodki)
        stało potężne drzewo, ile tam można było zębów znaleźć :-)))).
        Teraz tam jakiś gość sprzedaje AGD....

        Pozdro for all z Katowic.
        • Gość: Fred Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: 195.136.39.* 11.04.03, 11:40
          Gość portalu: Krzyś napisał(a):

          > U nas w Piotrowicach była taka "knajpka" nazywana Gubernią ...itd.

          Chyba wiem, gdzie to było (często jestem w Piotrowicach). To się chyba
          nazywało "Pod Gruszą", ul. obecnie Armii Krajowej, zaraz za skryżowaniem z
          Jankego (w stronę Kostuchny). Teraz tam faktycznie jest AGD.

          A "Pod Akacjami" na Jankego (300 m od Szkoły Policji!) to też był fajny lokal.
          Teraz tam jest kulturka, ale jeszcze parę lat temu nierzadko widziałem, jak
          goście - dosłownie - stamtąd w y f r u w a l i.
          • Gość: Krzyś Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.pke.pl 11.04.03, 11:51
            Gość portalu: Fred napisał(a):

            > Gość portalu: Krzyś napisał(a):
            >
            > > U nas w Piotrowicach była taka "knajpka" nazywana Gubernią ...itd.
            >
            > Chyba wiem, gdzie to było (często jestem w Piotrowicach). To się chyba
            > nazywało "Pod Gruszą", ul. obecnie Armii Krajowej, zaraz za skryżowaniem z
            > Jankego (w stronę Kostuchny). Teraz tam faktycznie jest AGD.
            To co opisałeś to akurat jest (jeszcze !!!) tzw. dołek, tam jeszcze nie byłem
            bo tam mnie nie znają :-))
            Jest tam równie ciekawie.
            A to co opisałem jest koło przystanku od strony Piotrowic za przejazdem
            kolejowym tamże po prawej stronie, jakieś dwiesta metrów od mojej hawiry.
            >
            > A "Pod Akacjami" na Jankego (300 m od Szkoły Policji!) to też był fajny
            lokal.
            > Teraz tam jest kulturka, ale jeszcze parę lat temu nierzadko widziałem, jak
            > goście - dosłownie - stamtąd w y f r u w a l i.

            Jeszcze w centrum Ligoty koło takiego skwerku, była "Roma". Z tej gwardi to
            mało kto jeszcze ....:-( Mój stary ich czasem wspomina. Aparaty nieziemskie.

            Pozdro.
      • Gość: Luka Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun IP: *.sroda-stara.sdi.tpnet.pl 04.06.03, 00:15
        Ubawiłem się przed snem po pachy :-))
        Dzięki:D
        Żałuję tylko, że mnie przy tejże dyspucie nie było...
        Pozdr!!
    • Gość: GOSC Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.um.katowice.pl 11.04.03, 07:36
      Pyrsk!
      A jo kiedys sliszol, co taki gosc( niy jo heheeheh) wynosil wszistko ze
      chaupy do szynku, to telewizor,radioki, dywony, nu wszistko, ala przeszol som
      siebie jak sie pytol czy ftos niy chce kupic parkietu buahahahaah
      • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: 195.136.39.* 11.04.03, 08:36
        Z podobnego cyklu:

        Przechodzę kiedyś koło jednego wsiowego sklepiku (we wsi Kąty Piotrowickie,
        czyli tzw. Gać, czyli peryferia Katowic - ale w ich granicach adm.; 500 m dalej
        po lesie biegają dziki).

        Wokół sklepiku jest podwórko, otoczone żywopłotem.

        I przez dziurę w tym żywopłocie widzę, że spod sklepu wystaje... goła męska
        dupa.

        Zaciekawiony, co się dzieje, wchodzę na to podwórko. Patrzę, jakiś facet klęczy
        przed drzwiami do sklepiku na schodku, a spodnie mu zjechały tak gdzieś do
        połowy dupy.

        Myślę sobie "Jakiś robotnik coś tam naprawia. A, jak już tu jestem, to wejdę po
        gazetę".

        Tuż przed wejściem do sklepiku mijam tego gostka i mu mówię:
        "Panie, kurcze, podciągnij pan te spodnie, bo jest listopad, nerki pan
        przeziębi".

        A gość podnosi wzrok i widzę, że jest nawalony jak messerschmitt, tak na oko co
        najmniej ze trzy jabole przez nerki przepuścił.

        Dobra, srał go pies, wchodzę do sklepiku... i dopiero z wewnątrz, przez
        oszklone drzwi, widzę, co facet robi.

        Przypuszczalnie chciał zarobić u właściciela sklepiku na kolejnego jabola.

        Więc...

        ... rozsmarowywał po schodku mokry piasek i usiłował na nim mocować
        przyniesione z pobliskiego śmietnika kafelki.
        • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 17.04.03, 12:56
          Nic nie piszecie... A speluny i tak są cool...
    • Gość: km Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.escom.net.pl 25.04.03, 08:26
      Fred,identyfikuję sie z Tobą całkowicie!
      Podobnie zachowywałem się na studiach,z tym że w Toruniu studiowałem
      bo jestem z Bydgoszczy.
      Podobnie się z wiekiem zgredziłem:mieszkam i pracuję uczciwie
      w Warszawie,dzieci,żona...
      Nie mam czasu opisywać tamtych lat,brakuje też talentu literackiego.
      Ech,speluny...
      Czytam Twoje posty z zapartym tchem.Napisz więcej!
      • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 25.04.03, 09:40
        Dzięki, KM, za słowa uznania i nie tylko. :-))))))))))))))))))))))))))))))))))

        No to o 'małym fandangu':

        Był sobie luty, może marzec 1994r.

        Było nas trzech, w każdym z nas inna krew... a wieczór był chujnia mrok
        sukinkot choć suchy... Nie, coś mi się chyba popieprzyło. Jeszcze raz.

        Było nas sobie trzech kumpli: Marcin, Wiktor i ja. Wiktor studiował historię,
        my dwaj politologię. I w tymże lutym/marcu wszystkim trzem coś się w życiu
        bardzo ostro popierdoliło:

        Wiktor był na wylocie z historii przez przekopy z łaciną i ze starożytnością.

        Mi trochę nie poszła sesja i wprawdzie dało się to wyprostować, ale straciłem
        naukowe i zostałem bez kasy.

        Marcin po dziś dzień nie chce się przyznać, o co chodziło, ale (o czym wtedy
        nikt oprócz niego nie wiedział), wyznaczył sobie termin że dajmy na to 1
        kwietnia...

        ... popełnia samobójstwo (i rzeczywiście próbował),

        ... a póki co, postanowił skończyć życie imprezowo.


        Tak, że wszyscy trzej mieliśmy przejebane, a pogoda też nie nastrajała do
        radości życia.

        Czyli: ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic - to właśnie tyle, ile
        trzeba mieć, żeby zrobić ostrą imprezę.

        Zaczęło się wszystko od tego, że, na razie we dwóch z Marcinkiem, po szkole,
        bardzo grzecznie, wybraliśmy się na 1 piwo. Z jednego piwa zrobiło się coś koło
        6-ciu no i tacy już strzeleni idziemy sobie na autobus (najbliżej było przez
        dworzec kolejowy).

        Na dworcu łapie nas gość o wyglądzie tamtejszego mieszkańca, ale takiego z
        kulturką, no i bardzo grzecznie prosi, czy moglibyśmy go wspomóc.

        No i dostał bodajże 10000 ówczesnych złotych, co równało się cenie piwa (to
        było przed denominacją).

        W tym momencie gostek mówi: 'To ja się wam odwdzięczę...' i wręcza nam...
        pudełko z zielem. 'Taka samosiejka, ale do papieroska ją i bardzo fajnie
        wchodzi...'.

        No to na drugi dzień - robimy imprezę. Od 8 rano.

        Najpierw grzmociliśmy od 8.00 piwko w sklepiku, póki Wiktor nie dojechał ok
        10.30 (zawsze mu się było ciężko zwlec z betów, za to teraz lubi urządzać sobie
        i innym pobudki o 7 i wcześniej; tak to jest, jak komuś odbije i zamiast się
        zająć czymś normalnym, idzie uczyć w szkole).

        Poszliśmy jarać do parku, ale było za zimno. No to do knajpy o
        nazwie 'Cogitatur' (knajpka artystyczna i teatr, nie speluna, zresztą teraz
        doceniam tamtejszą kuchnię; wtedy była malutka i mieściła się gdzie indziej niż
        dziś).

        Zamówiło się po browarze czy drinku no i co chwila któryś do kibelka, ziele do
        lufki, ognia i parę machów. I zmiana.

        cdn za 15 min.
        • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 04.07.03, 15:22
          Napisałem w jednym z postów:

          > Najpierw grzmociliśmy od 8.00 piwko w sklepiku, póki Wiktor nie dojechał ok
          > 10.30 (zawsze mu się było ciężko zwlec z betów, za to teraz lubi urządzać
          > sobie i innym pobudki o 7 i wcześniej; tak to jest, jak komuś odbije i
          > zamiast się zająć czymś normalnym, idzie uczyć w szkole).

          Odezwał się do mnie na priva nauczyciel, który ma na imię Wiktor, pewne
          szczegóły biograficzne w moich postach bardzo do niego pasują i jest mniej
          więcej w moim wieku. Podobno parę tygodni temu w pokoju nauczycielskim
          przywitały go zdziwione spojrzenia pań oraz propozycje wyskoczenia na flaszkę
          od panów - jak się okazało, w związku z moimi postami, które dziecko jednej z
          nauczycielek wyczytało w niniejszym wątku.

          Wiąże się to z faktem, że imię Wiktor jest dosyć rzadkie - nosi je w woj.
          śląskim tylko kilku nauczycieli w różnym wieku i mój opis bardzo pasuje właśnie
          do nadawcy maila.

          Więc jestem proszony o wyjaśnienie "skąd się znamy, kiedy to ostatnio razem
          piliśmy i kiedy planuję następną imprezę".

          W odpowiedzi wyjaśniam:

          Pana Wiktora ze szkoły ... on już wie jakiej ... serdecznie przepraszam za
          nieprzyjemności i wyjaśniam:

          Mój przyjaciel Wiktor:

          1) jest nauczycielem, ale w miejscu stałego zamieszkania, czyli poza woj.
          śląskim (a gdzie, tego nie napiszę)
          2) w zasadzie to niezupełnie ma na imię Wiktor... po prostu pewnego 28 lipca
          chcieliśmy się napić, a nie było formalnej okazji... zajrzeliśmy w kalendarz,
          były imieniny Wiktora i ustaliliśmy, że od dzisiaj on jest kolega zmienia
          imię... dzięki temu ja nie musiałem zostać Innocentym, albo, co gorsza, Marcelą.

          A kiedy planuję następną imprezę? To już od Pana/Ciebie zależy...
      • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 25.04.03, 09:40
        Dzięki, KM, za słowa uznania i nie tylko. :-))))))))))))))))))))))))))))))))))

        No to o 'małym fandangu':

        Był sobie luty, może marzec 1994r.

        Było nas trzech, w każdym z nas inna krew... a wieczór był chujnia mrok
        sukinkot choć suchy... Nie, coś mi się chyba popieprzyło. Jeszcze raz.

        Było nas sobie trzech kumpli: Marcin, Wiktor i ja. Wiktor studiował historię,
        my dwaj politologię. I w tymże lutym/marcu wszystkim trzem coś się w życiu
        bardzo ostro popierdoliło:

        Wiktor był na wylocie z historii przez przekopy z łaciną i ze starożytnością.

        Mi trochę nie poszła sesja i wprawdzie dało się to wyprostować, ale straciłem
        naukowe i zostałem bez kasy.

        Marcin po dziś dzień nie chce się przyznać, o co chodziło, ale (o czym wtedy
        nikt oprócz niego nie wiedział), wyznaczył sobie termin że dajmy na to 1
        kwietnia...

        ... popełnia samobójstwo (i rzeczywiście próbował),

        ... a póki co, postanowił skończyć życie imprezowo.


        Tak, że wszyscy trzej mieliśmy przejebane, a pogoda też nie nastrajała do
        radości życia.

        Czyli: ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic - to właśnie tyle, ile
        trzeba mieć, żeby zrobić ostrą imprezę.

        Zaczęło się wszystko od tego, że, na razie we dwóch z Marcinkiem, po szkole,
        bardzo grzecznie, wybraliśmy się na 1 piwo. Z jednego piwa zrobiło się coś koło
        6-ciu no i tacy już strzeleni idziemy sobie na autobus (najbliżej było przez
        dworzec kolejowy).

        Na dworcu łapie nas gość o wyglądzie tamtejszego mieszkańca, ale takiego z
        kulturką, no i bardzo grzecznie prosi, czy moglibyśmy go wspomóc.

        No i dostał bodajże 10000 ówczesnych złotych, co równało się cenie piwa (to
        było przed denominacją).

        W tym momencie gostek mówi: 'To ja się wam odwdzięczę...' i wręcza nam...
        pudełko z zielem. 'Taka samosiejka, ale do papieroska ją i bardzo fajnie
        wchodzi...'.

        No to na drugi dzień - robimy imprezę. Od 8 rano.

        Najpierw grzmociliśmy od 8.00 piwko w sklepiku, póki Wiktor nie dojechał ok
        10.30 (zawsze mu się było ciężko zwlec z betów, za to teraz lubi urządzać sobie
        i innym pobudki o 7 i wcześniej; tak to jest, jak komuś odbije i zamiast się
        zająć czymś normalnym, idzie uczyć w szkole).

        Poszliśmy jarać do parku, ale było za zimno. No to do knajpy o
        nazwie 'Cogitatur' (knajpka artystyczna i teatr, nie speluna, zresztą teraz
        doceniam tamtejszą kuchnię; wtedy była malutka i mieściła się gdzie indziej niż
        dziś).

        Zamówiło się po browarze czy drinku no i co chwila któryś do kibelka, ziele do
        lufki, ognia i parę machów. I zmiana.

        cdn za 15 min.
        • Gość: Fred małe fandango c.d. IP: *.wodgik.katowice.pl 25.04.03, 11:07
          O kurde, poprzedniego posta wysłałem x 2

          No to c.d.:

          Stoję tak sobie w kibelku i jaram, aż tu słyszę, że gwałtownie otwierają się
          drzwi.

          'O kurwa, pały' - pomyślałem i postanowiłem się pozbyć trefnych przedmiotów, co
          zrobiłem tak inteligentnie, że wyrzuciłem lufki i zapalniczkę do muszli, za to
          ziele schowałem do kieszeni, bo mi go było szkoda.

          Na szczęście to tylko Wiktor.

          'Spierdalamy!'

          Wypierdoliliśmy z knajpy z prędkością światła.

          'Co się stało?' - pytam na ulicy
          'Właściciel doszedł i powiedział: Panowie, zrywka!'
          'Za co?'
          'Za Mariana!'

          Faktycznie, Marianem woniało z kibla na kilometr, a gość podobno miał przekopy
          z sąsiadami, którzy chcieli go wywalić z budynku, co im się chyba w końcu udało.

          No to co: powrót do źródeł, czyli "Pod Strzechę", gdzie tankowaliśmy dzień
          wcześniej. I ten sam scenariusz: piwko + wódka na stole, marian w kibelku.

          Wszystko fajnie. Naszym kultowym filmem były w tym okresie "Psy", no więc tam
          latają od razu teksty w stylu "Myślę, że jesteś niezła dupa i chcesz mnie
          bardzo","Pierdolisz moją kobietę", "Bo to zła kobieta była", "Kurwa, to ja
          jestem policja" itp.

          I wszystko skończyłoby się spokojnie, tylko że Wiktor zaczął nagle świrować.

          Najpierw usiłował być dżentelmenem i otworzyć jakimś laskom drzwi od kibla.
          Pech tylko chciał, że drzwi były zamknięte na klucz i bez klamki, więc ponieważ
          bardzo chciał je otworzyć, to je prawie rozpieprzył.
          (na szczęście udało się go spacyfikować)

          Następnie wlał mi gorzałę do fusów z kawy i mówi 'A teraz to wypij:-)))'

          A na koniec padł.

          Po prostu padł.

          Siedział przy stole i padł, buźką prosto do popielniczki.


          Marcin w ramach wygłupów postanowił udawać cwaniaka:

          'Ty, on nie żyje, spierdalamy!'

          'Chłopaki' - jęczy Wiktor - 'Brzuch mnie napierdala, wynieście mnie na świeże
          powietrze!'

          No to zapłaciliśmy rachunek, wychodzimy na miasto, niosąc Wiktora (jest jakoś
          koło południa) ... i nagle chórem, w środku miasta:

          'Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
          Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
          Myśmy tam stali, dzielnie rzucali,
          Janek Wiśniewski padł! CZTERY!... JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ!'

          (po drodze powiedzieliśmy 'dzień dobry' co najmniej jednemu pijanemu
          wykładowcy...
          co ty Fred kurwa wypisujesz, 'mijanemu', nie 'pijanemu'... chociaż z drugiej
          strony nigdy nic nie wiadomo...)

          I tak zabłądziliśmy do kolejnej knajpy, gdzie spotkaliśmy Dorotkę, koleżankę z
          mojej grupy, do której Marcin trochę uderzał. Jest to bardzo inteligentna i
          pełna ciepła dziewczyna (niestety później wyszła za mąż, a co gorsza jest
          wierna), która w tym okresie miała bardzo nietypowe jak dla kobiety hobby:
          mianowicie potrafiła chlać do upadu przez tydzień i zjeść przez cały ten czas
          np. 1 kanapkę.

          I właśnie na taki tydzień w jej życiu trafiliśmy.

          Byliśmy już bez kasy, więc Dorotka postawiła nam po krwawej Mary (Wiktor w
          międzyczasie doszedł do siebie), a my wyjęliśmy trawę.

          Dorotka stopniowo zaczęła nam odpadać. Najpierw mówiła normalnie... potem już
          tylko odpowiadała nam 'No, tak...'...

          ... a potem to już nic nie mówiła.

          Na to wszystko przyszła taka Anetka, która wtedy z Dorotą mieszkała. I mówi:

          'Dorotka, jedziemy do domciu'

          Brak reakcji.

          'Chłopaki, wynieście ją...'

          Usiłuję zarzucić sobie (upitą na miękko) Dorotę na plecy (wygląda to jakby
          dwoje najebanych usiłowało tańczyć)... i ona pada na mnie, przygniatając mnie
          do gleby.

          Cała knajpa w ryk.

          Wiktor wstał, chwycił Dorotkę z drugiej strony i razem prowadzimy ją po
          schodach do góry (lokal mieścił się w piwniczce). U szczytu schodów Dorota pada
          ponownie, tylko tym razem przygniata Wiktora (nie jest gruba, ale wyższa od
          większości koleżanek i typowo męskiej budowy, pomijając tzw. szczegóły).

          W międzyczasie pijany i ujarany jak smok Marcin wykłóca się z Anetą, bo
          koniecznie chce jechać z nimi do Siemianowic (celem uwieńczenia powodzeniem tak
          mile rozpoczętej imprezy). Aneta nie jest pewna reakcji Doroty następnego dnia,
          więc się nie zgadza. Solidarnie z Marcinem obrażamy się na obie i donosimy
          Dorotę tylko do tramwaju. W tramwaju Anetka przeżywa koszmar, bo musi sama
          utrzymywać w pozycji względnie pionowej Dorotę, która jest dwa razy większa od
          niej. Na szczęście to tylko 5 przystanków ;-)

          A my co? Trawa skończona, to jeszcze po piwku i do domu.

          Następnego dnia około 10.00 szkoła huczy od plotek. Podobno Dorota na
          kilkunastometrowym odcinku od przystanku do domu wywaliła się kilkanaście razy,
          a ja, nawalony, rozpieprzyłem knajpę (???).

          Wykłady zaczynają się 11.25. Idę w kierunku właściwej sali...

          ... a koło sali siedzi Dorota.

          Makijaż na 3 centymetry, potrójna kawa, dwudziesta któraś fajka, trzy swetry
          jeden na drugim... i wzrok suczki, która wraca do domu po tygodniu szlajania
          się ze wszystkimi psami z całej okolicy. Z jednej strony całkowicie
          przepraszający, z drugiej nie pozostawiający wątpliwości, że fajnie było.

          Podchodzę do niej i zaczynam rozmowę słowami:

          'No, tak...'



          THE END
          • Gość: km Re: małe fandango c.d. IP: *.escom.net.pl 25.04.03, 19:12
            Klap,klap,klap,klap.....
            (moje brawa)
          • mavi2 Re: małe fandango c.d. 25.04.03, 19:43
            Fred, kiedy kończyłeś szkółkę? Ja w `98 i zastanawiam się czy to tylko mój
            rocznik tak balował czy to skrzywienie całego kierunQ. Odpisz na priva, pliis.
            • Gość: Fred Re: małe fandango c.d. IP: *.wodgik.katowice.pl 28.04.03, 12:14
              Dzięki za wyrazy uznania, a zwłaszcza za porównanie z Hemingwayem
              :-)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
              (było nie było noblista - jak dostanę kiedyś taką kasę, to wszyscy pijemy!)

              Uwielbiam Was!

              Mawi2 odpiszę na priva - może jeszcze dziś. Mój rocznik mgr to 1997 i na pewno
              nie tylko Wy balowaliście, ale może Wy najostrzej... Jeżeli kończyłaś/-eś WNS
              UŚ, to pewnie masz również wrażenie, że jednak najostrzej to chlali historycy.
              Ale politologia też wstydu tradycji narodowej nie przynosi.

              Czuję się zobowiązany do kontynuowania cyklu, tylko gorzej, jak mi się skończą
              opowieści.

              DUUUUUŻE POOOOZDRRRO!
          • wiedzma_ple_ple Re: małe fandango c.d. 27.04.03, 18:30
            Fred - nie wiem czym się na codzień zajmujesz ale jeśli nie piszesz - to się
            marnujesz :)

            Po przeczytaniu twojej opowiastki odnosze podobne uczucie jak po
            przeczytaniu "Ruchomego Święta" Hemingwaya (niezłe porównanie, niepradważ?;) )
            tak samo mam nieodpartą chęć złapać z wieszaka kurtkę i uderzyć do knajpy by
            spotkać towarzyszy broni, niegasnącą bohemę gdzie hektolitry alkoholu tylko
            ubarwiają życie i są stale wpisane w krajobraz :) Kiedyś istniał taki "lokal"
            gdzie zawsze mogłam spotkac swoich kompanów/kompanki ale niestety (a moze
            stety?) ludzie wyrośli, żony mężowie dzieci i każdy poszedł w swoją stronę.Ale
            rzeczywiście - zabawne knajpowe historie pisały się same.
            • anahella tez sie przylaczam do grona fanow Freda:) nt 08.05.03, 00:56

              • Gość: Fred Mhhh! IP: *.wodgik.katowice.pl 08.05.03, 12:39
                Czuję się zaszczycony i zamierzam wam jeszcze dużo zaserwować!
            • Gość: Fred Artystyczne chlanie w spelunach i nie tylko IP: *.wodgik.katowice.pl 28.05.03, 11:37
              Podobnym mi miłośnikom tej zacnej rozrywki polecam częste oglądanie mojego
              kultowego filmu "Frida" (nie tylko ze względu na walory pijackie, ale między
              innymi - a ogólnie ze względu na kult szeroko rozumianej radości życia i
              życiowych pasji). Zwłaszcza dotyczy to płci podobno brzydszej (ale na pewno
              inteligentniejszej:-)))))))))))))))))))), bo dodatkowo w tym filmie bardzo
              ładnie i często się rozbiera Salma Hayek (i nie tylko).

              Natomiast z życia i picia polskiej bohemy przypomniała mi się, podobno
              autentyczna, historia o Gałczyńskim:

              Gałczyński, który niestety był nałogowcem, łaził kiedyś nawalony po mieście,
              spotkał znajomego nazwiskiem Karol Szpalski (dosyć zapomniany, a podobno niezły
              satyryk) i ciągał go po knajpach, zmuszając do wspólnego chlania. W końcu razem
              wylądowali w jakiejś mordowni i zażądali pół litra. Barman im odmówił, bo już
              ledwo stali na nogach. No co Gałczyński się wydarł mniej więcej tak:

              - Komu nie chcecie podać wódki? Ja jestem największy polski poeta Konstanty
              Ildefons Gałczyński, a to jest mój przyjaciel i uczeń Karol Szpalski!-

              Na to zza bufetu wyszedł właściciel, wyglądający jak skrzyżowanie koszykarza z
              zapaśnikiem sumo i oświadczył:

              -A ja k* jestem Ziutek Paciepnik i won mi stąd narąbańce, bo po ryju dam!-

              Szpalski wziął Gałczyńskiego (albo na odwrót) pod rękę i bardzo spokojnie
              powiedział:

              - Słuchaj, chodźmy stąd... Ten gość się nie zna na literaturze... yyyp!-
    • pstosia Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 28.04.03, 12:52
      brawo! ludzie jestescie swietni. czytalam i plakalam ze smiechu :))) super. mam
      nadzieje, ze ja na studiach tez bede miala takie ciekawe zycie
      pozdrawiam!
      • Gość: Fred Rok po małym fandangu IP: *.wodgik.katowice.pl 28.04.03, 15:32
        No to po tak miłych zachętach do dalszego pisania czuję się w obowiązku
        napisać, co było w rok i parę miesięcy później:

        Wspomniałem wyżej kolegów z historii, w tym Wiktora i Paszczaka. Było ich
        więcej: Pyza (wielkości Pyzy z serialu dla dzieci, stąd ksywa - mówiono o nim,
        że jest jak sikorka, bo pije więcej niż waży), Strogow, Kuba (niestety obecnie
        już ś.p.). Byli też najwięksi pijacy politologii - Paweł (od III roku już nie
        pił, został kimś w rodzaju AA, ale o jego wyczynach jeszcze napiszę), Piotrek i
        przede wszystkim wspomniany już Marcin. No i Dorotka, która na pamiątkę małego
        fandanga otrzymała ksywę 'Celina Tryper', od tej Celiny z piosenki Kazika i
        przez skojarzenie z nazwiskiem; a wkrótce potem niestety przestała pić. Były
        też, ale nie zawsze uczestniczyły, tzw. Ilonki, czyli paczka 4 przejebistych
        dziewczyn z Mysłowic.

        Najlepsze jest to, że z wyjątkiem 2 osób wszyscy te studia skończyli.

        Ale do rzeczy:

        Pewnego pięknego dnia, chyba w czerwcu 1995r., zdałem coś na bdb i odebrałem
        stypę. No to co? Słońce świeci, ptaszek kwili, cosik byśmy obalili.

        Być może popełniłbym jednak jeden z większych błędów w życiu i pojechał do
        domu, gdyby nie to, że już po wyjściu ze szkółki spotkałem Kwiat Historii, tj.
        Wiktora, Paszczaka, Strogowa, chyba także Pyzę i jeszcze parę osób. Niewiele
        myśląc, zdecydowaliśmy się zwiększyć dochody budżetu państwa z tytułu akcyzy.
        Wprawdzie Kołodko był daleko, ale za to monopolowy był blisko.

        I na łączkach koło stołówki, tam, gdzie Rawy srebrne fale... na kilometr
        śmierdzą, a gdzie dziś na pohybel radości życia studenckiego Wydział Prawa i
        Administracji powstaje, rozłożyliśmy się na trawce.

        Płynęły fale Rawy, płynęły godziny i płynęły flaszki. Stopniowo odpływali też
        ludzie, aż została tylko stara, w bojach z litrem zaprawiona wiara, w składzie:

        Wiktor

        Strogow

        Paszczak

        i Fred.


        Aha, co jest jeszcze dla tej historii istotne:

        Niedługo wcześniej albo niedługo później Paszczak wykonał nieudane podejście do
        powszechnej XIX i XXw. Podejście o tyle nie mogło być udane, że zaczął się
        uczyć jakieś 15 minut przed samym podejściem. I w trakcie tej intensywnej nauki
        zapytał koleżanki i kolegów z roku:
        - Yyy... a co to była ta bitwa pod Kuszimą? -
        (cóż, średniowiecza zaczął się uczyć z nieco większym wyprzedzeniem i dzięki
        temu o bitwę pod Kedynią nie pytał).

        Wracając nad Rawę:

        Było około 15.30. Z nieba lał się żar.

        Ponieważ po piątej flaszce już mi się dokładnie nigdzie nie chciało iść,
        wysłałem Wiktora i Paszczaka (sponsorowi wolno, nie?) po szóstą flaszkę,
        popychacz, i jakąś zakąskę ('najlepiej bułki, kiełbasa i musztarda').

        Chłopcy przeszli mostkiem w stronę Warszawskiej i na razie tyle ich widziałem.

        Po piętnastu minutach przychodzi sam Wiktor.

        'Kurwa, chłopaki, Paszczak zniknął!'
        'Jak to zniknął, co ty dupisz?'
        'No kurwa zwyczajnie. Najpierw wymyślił, że się dołoży do flaszki, więc złapał
        jakąś skrzynkę po wódce, co się poniewierała po ulicy i chciał ją w sklepie
        sprzedać za 5 złotych. No i dostał opierdol, bo ta skrzynka była z tego sklepu.
        No to kuźwa po flaszkę weszliśmy do innego, bo tu już byłby obciach, jak
        kupowałem, to Paszczak się stracił.'
        'Dobra, kurwa, siedzimy tu, na pewno zaraz przyjdzie.'

        Po paru minutach atwierdziliśmy, że wódka się grzeje na słońcu, nie ma co
        czekać na Paszczaka z otwarciem, a zresztą jak przyjdzie, to dostanie karniaka.

        Minęło pół godziny, flacha pusta, kiełbasa zjedzona, a Paszczaka niet.

        Trzeba iść, szukać kolegi.

        Wstaliśmy, przeszliśmy przez mostek na Wodną, tamtędy na Warszawską. Paszczaka
        nigdzie nie widać... I nagle, wszystkim trzem naraz, z młodej piersi się
        wyrwało... aż echo po dachach niosło:

        'Złoty pierścionek pierdolnął Bronek z wystawy,
        Za ten pierścionek posiedzi Bronek do sprawy,
        Złoty pierścionek, taki zwyczajny, dziecinny,
        Pierdolnął Bronek, bo myślał, że to jest inny!

        Wiła wianki i wrzucała je do falującej wody,
        Wiła wianki i rzucała je do wody!
        Wiła wianki i rzucała je do falującej wody,
        Wiła wianki i rzucała je do wody!

        Złoty pierścionek pierdolnął Bronek z wystawy...'

        I tak kilkanaście razy pod rząd.

        A ludzie na Warszawskiej reagowali różnie, z reguły rozbawieniem, czasem dużym
        zdziwkiem, oburzeniem na szczęście rzadko. A zresztą chuj nas to obchodziło!


        Historia ta miała dwie pointy:

        1) Paszczak się znalazł. Okazało się, że wyczeprany walką z litrem padł bez
        ducha... na wysepce tramwajowej pomiędzy torami. Tramwaje sobie jeździły,
        dzwoniły... a Paszczak sobie słodko spał...

        2) Jakiś tydzień później skończyłem sesję. Oddając indeks w dziekanacie,
        usłyszałem:
        - Aaa, to pan. Wiła wianki i rzucała je do wody...-

        ...


        ...

        Po chwili babka rzuciła okiem w indeks i stwierdziła, że za śpiew to może
        niekoniecznie, ale za średnią przysługuje mi naukowe.
        Cóż mogłem powiedzieć? Tylko to, że w takim razie w październiku znów będzie
        impreza.





        • Gość: Lapusz Re: Rok po małym fandangu IP: *.crowley.pl 28.04.03, 16:42
          Jestem zachwycony i natchniony. Nie dalej jak przed końcem kwietnia opowieścią
          uraczę (UMK Toruń, późne lata 90te).
        • Gość: Fred Rok po małym fandangu-przypis IP: *.wodgik.katowice.pl 29.04.03, 07:45
          Aha, a od czasu tej imprezy wysepki tramwajowe nazywają się Kuszimy (przez
          analogię do kuszetki).
          • Gość: Fred Do mavi2 IP: *.wodgik.katowice.pl 29.04.03, 08:05
            Prosiła/eś o kontakt na priva - próby mailowania na mavi2@nospam.gazeta.pl nic
            nie dają, maile mi wracają z komentarzem 'user unknown'. Napisz do mnie
            frred@gazeta.pl
            • Gość: Lapusz toruńskie przypadki IP: *.crowley.pl 29.04.03, 10:14
              Perwsza część obiecanej opowieści:

              Otóż około 8 lat temu trafiło się, że zamieszkaliśmy we trójkę w 19-metrowej
              kawalerce. Trzech kumpli z ełckiego ogólniaka rozpoczęło studia – prawo,
              socjologia i ekonomia. W niniejszej przypowieści wspomnieć pragnę urodziny
              jednego z kolegów. O tyle znamienne, że na dzień przed imprezą jubilat bardzo
              źle się poczuł i pojechał do domu. Instynkt samozachowawczy zagrał – tak to
              teraz interpretuję. Ale, ale. Jako prawdziwi przyjaciele poczuliśmy się w
              obowiązku urodziny chorego kolegi zorganizować mimo jego nieobecności – tym
              bardziej, że staranniejsze niż przy zwykłej popijawie przygotowania poczynione
              zostały. Rzeczą oczywistą jest, że każdy z gości przynosi swój alkohol. Już od
              15.00 (piątek) pojawiali się pierwsi zawodnicy. Gusta były różne: dominowały
              winiacze po 3,20 (Tornado) oraz tak zwane „Wiśniówy” w butelkach 0,75. Przy
              nabywaniu tych ostatnich należało wykazać wzmożoną czujność i nie polegać na
              zwykle mylących, a rzucających się w oczy napisach typu „Mocna” albo „18%” na
              etykiecie. Jedynym wiarygodnym źródłem informacji w przypadku wiśniówy była
              banderola. Widniejący tam przedział procentażu musiał być 12-15, a zapewniam,
              że znakomita większość oferty sklepowej charakteryzowała się haniebnym
              przedziałem 9-12. Oczywiście pojawiała się też wóda. Ja osobiście popisałem się
              inicjatywą i przyrządziłem brązowiaka – pół litra ruskiego spirytu przemieszane
              z rańca z wodą. Spiryt nie był chyba pierwszego sortu i trunek strasznie jebał
              ropą – dodałem więc kawy. Nie dość, że niepokojący zapach został przytępiony,
              to jeszcze napitek nabrał szlachetnej barwy. Tak powstał brązowiak. Byłem
              dumny. Koniec końców około 18.00 impreza rozpoczęła się na dobre. Punkrockowa
              muzyczka i kilkunastu uczestników często wznosiło toasty ku czci nieobecnego
              jubilata. Po pewnym czasie następowała pierwsza rzecz znamienna, powtarzalna w
              imprezach w tym gronie, świadcząca o tym, że spotkanie się wyraźnie rozkręca.
              Mianowicie jeden z moich sublokatorów, Starzom, zaczynał ”obligować”. Czynność
              owa polegała na tym, że rozkręcony przyjaciel nalewał sobie pełen kubas
              wiśniówy, tudzież pół kubasa wódy, wypijał jednych haustem i tego samego
              oczekiwał potem od wszystkich uczestników spotkania. Nie spoczął dopóki każdy
              nie dopełnił obowiązku, po czym Starzom ponownie obligował. I tak w kółko.
              Łatwo zgadnąć, że impreza nabierała o tego momentu znacznego przyspieszenia i
              przenosiła się na balkon. Cdn...
              • Gość: Fred Re: toruńskie przypadki IP: *.wodgik.katowice.pl 29.04.03, 13:07
                Mhmmm, brzmi obiecująco. Co dalej?
                • Gość: Lapusz Re: toruńskie przypadki c.d. IP: *.crowley.pl 29.04.03, 13:53
                  ...Od razu uprzedzam, że mieszkanie było na parterze, tak że wykluczona była
                  śmierć po skoku z balkonu... Na balkonie obligowanie znajdowało swoją
                  kontynuację, w międzyczasie przewijało się przez chałupę kilkanaście osób,
                  jedni zostawali, inni wychodzili, nikt zbytnio nie zważał. Balkonowy etap
                  imprezy musiał budzić niemały respekt u sąsiada mieszkającego nad nami, jak
                  również u ludzi zamieszkujących blok naprzeciwko. Diablo – stały gość naszej
                  chałupy (prawo) zawsze wspinał się po balkonie do sąsiada i gdy ten go zauważył
                  wiszącego na kratach to Diablo przystępował do przepraszania za to że jest i
                  jeszcze długo będzie głośno. Cud, że nigdy nie spadł, może dlatego, że zawsze
                  był najebany jak szpadel... Naturalną rzeczą jest, że podczas takiej popijawy
                  często się chce szczać – ale mimo, że kibel był raptem góra 2 metry od balkonu,
                  to cały czas był pusty. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Dyskurs toczony na
                  balkonie był tak interesujący, że nikt nie chciał pozwolić sobie na opuszczenie
                  choćby fragmentu. Każdy lał po prostu przez balkon. Nadmienię, że ten etap
                  rozpocząć się musiał ok. 21.00, było lato, więc jeszcze widno. Niemniej jednak
                  nikt sobie nic z tego nie robił i wszyscy imprezowicze takie zachowanie
                  traktowali jak normalkę. Zapewne w przeciwieństwie do przechodniów, którym
                  okazywał się widok grupki kolesi, z których np. dwóch leje przez balkon nie
                  przerywając konwersacji. Tak jakby np. otrzepywali spodnie czy coś takiego. Po
                  prostu pełna swoboda i normalka. W pewnym momencie zostało nas tylko trzech:
                  ja, Starzom i Diablo. Inni się rozeszli, cześć do słynnej Bazy (nieistniejący
                  już klub w miasteczku akademickim), gdzie mieliśmy się ponownie później
                  spotkać, część po prostu zczezła. Ja muszę tu przyznać się do pewnej rzeczy.
                  Miałem (i wciąż mam) jeden feler – otóż często jak dobrze popije wstępuje we
                  mnie agresor. Tak było również tym razem. Cdn.
                  • Gość: Fred Re: toruńskie przypadki c.d. IP: *.wodgik.katowice.pl 06.05.03, 09:24
                    Lapusz, każesz się ludziom namydlić, a potem im wodę zakręcasz. No pisz coś o
                    c.d. tej toruńskiej imprezy, bo mi kolejne opowieści stygną.
                    • Gość: Lapusz Re: toruńskie przypadki c.d. IP: *.crowley.pl 06.05.03, 11:24
                      Przepraszam najmocniej, byłem na Mazurach na dłuższym weekendzie. Oto ostatnia
                      część przypowieści: Z pierwa zacząłem napylać jedynym naszym nożem kuchennym w
                      ścianę balkonu wydając jednocześnie nieatrykułowane krzyki, po czym w trawę
                      poszły zapasy żarła, co je trzymaliśmy na balkonie – lodówki nie posiadaliśmy
                      jeszcze (pojawiła się później – a to temat na koleją przypowieść). Powodem
                      mojej złości była nieobecność chorego jubilata. Postanowiliśmy się więc
                      przewietrzyć i udaliśmy się do Bazy. Po drodze zakupiliśmy po 2 winiacze (Baza
                      była klubem przyjaznym studentowi i wniesienie wina nie stanowiło problemu). W
                      Bazie miał miejsce szaleńczy tan, największy respekt wśród uczestników imprezy
                      wzbudził Starzom pląsając radośnie z niemal pełną butelką wina w zębach. Ok. 3
                      w nocy klubik zamykali, więc trzeba wracać na chatę. Wracaliśmy we trójkę – ja,
                      Diablo i Starzom. Agresor znów dał znać o sobie. Na przejściu dla pieszych z
                      naprzeciwka szła sobie niewinna kobiecina i na nasz widok zaczęła się starać
                      omijać nas łukiem. Zdenerwowałem się dlaczego się nas boi. – Czego się Pani
                      boi? – zapytałem więc uprzejmie. W tym momencie kobieta nie wytrzymała nerwowo,
                      zarzuciła próby omijania łukiem i najzwyczajniej zaczęła uciekać w przeciwnym
                      kierunku. Powoli dochodziliśmy do domu i mój agresor zaczął się intensyfikować.
                      Pierwszą ofiarą była wycieraczka spod drzwi – wyrzucona przed klatkę. Zaraz po
                      wtargnięciu do chaty zostały pobite wszystkie puste butelki (było ich trochę) o
                      zlew w kuchni. Starzom to relacjonował w ten sposób, że zacząłem lamentować nad
                      chorobą Pitera i napierdzielałem butelkami z pokoju w zlew kuchenny. Cudem
                      było, że każda z ciśniętych butelek omijała telewizor. Butelki w pewnym
                      momencie się skończyły – więc jak to relacjonowali koledzy „zapragnąłem
                      zamienić słówko ze stołeczkiem” – czyli cisnąć w zlew stołkiem. W tym momencie
                      kumple byli już zmuszeni mnie spacyfikować i po niedługim czasie poszliśmy
                      spać. Pobudka była około południa, oczywiście wszyscy w kompletnej garderobie i
                      z potężnym kaczorem. Do kuchni wleźć się nie dało – równy, gruby na centymetr
                      dywan ze szkła. Cóż było czynić – ciągniemy karty, kto wylosuje najmłodszą
                      pomyka do sklepu po wiśniówy (przedział na banderoli 12-15 %). Wypadło na mnie.
                      Wraz z południowym słońcem ruszyłem do monopolu. Kumple śmieli się potem, bo z
                      drogi usunęło się towarzystwo gości, którzy przyjechali w odwiedziny do
                      sąsiadów. Nie wiem czemu. Zakupiłem 6 sztuk x 0,75. Starzom od razu obligował.
                      Po kubku. Po drugim albo trzecim Diablo rzucił pawia na dywan. Znamienne było
                      to, że nie wzruszyło nas to w ogóle. Ot, polecialo. „Skocz Diablo po jąkąś
                      szmatę, przetrzyj i masz tu kubek wiśniówy – popij”. Wytrł i popił.
                      Kontynuowaliśmy spożycie grając w 3-5-8. Kto przegra – po następne wiśniówy.
                      Tak do wieczora, potem do bazy. W niedzielę obudziłem się w domu sa, nie
                      wiedziałem co stało się z kolegami. Jak się okazało – jeden trafił do hotelu
                      wojskowego, drugi nocował w akademiku. Było fajnie.
                      • Gość: Fred Gliwickie przypadki IP: *.wodgik.katowice.pl 06.05.03, 14:24
                        Kumpel z Gliwic (obecnie od ok. 8 lat trzeźwy), jak jeszcze pił, lubił tzw.
                        piwo po moskiewsku. Piwo po moskiewsku polega na tym, że bierze się duży kufel,
                        wlewa się do niego piwo + setę + ok. sety soku z cytryny i wali się na eks (no
                        powiedzmy w ciągu 10min). Wali w łeb jak legendarny 'Cygański biały miś' (czyli
                        spirol z winem musującym).

                        Problem w tym, że on lubił walnąć 2 takie piwa o 8 rano, zamiast porannej kawy,
                        i potem jechał na uczelnię.

                        Pociąg osobowy z Gliwic do Katowic jechał wtedy ok. 40 minut.

                        Kumpel zaczął dzień od 1-2 moskiewskich z rana, wsiadł do pociągu, a tam jego
                        kolesie. Mieli parę jaboli. Za te 40 minut rozpili.

                        Wysiedli w Katowicach i poszli po pół litra.

                        W sklepie zmienili decyzję na 0,75.

                        Rozpili.

                        Po czym poszli do szkoły - nie na zajęcia oczywiście, ale żeby dokooptować do
                        imprezy jeszcze kogoś.

                        Po 15 minutach kumpel zaczął biegać po szkole i rozpieprzył szklane drzwi.

                        Jego kolesie, jako trochę trzeźwiejsi, wyprowadzili go ze szkoły (groziła
                        dyscyplinarka) i poszli z nim na pociąg (praktycznie niosąc mojego kumpla), ale
                        on zdążył jeszcze odlać się rektorowi po samym oknem.

                        x

                        W rok później razem dostaliśmy upomnienia z wpisem do akt za chlanie w szkole.

                        x

                        W pięć lat później kumpel napisał prawdopodobnie najlepszą pracę magisterską z
                        całego roku.
        • Gość: lillka Re: Rok po małym fandangu IP: *.quarknet.pl / 10.0.0.* 15.05.03, 15:21
          Dzięki Fred,już dawno tak się nie uśmiałam.Brzmiało chwilami,jak z cyklu
          "opowieści niesamowite",a jednak prawdziwe.Pierwszy raz tu zajrzałam,ale
          z pewnością nie ostatni.
        • lillka2 Re: Rok po małym fandangu 15.05.03, 15:43
          To jeszcze raz ja.Nie znałam życia od tej strony,ale z niecierpliwością
          czekam na dalsze opowieści,a żyję na tym padole o wiele dłużej,niż Fred.
          Pozdrawiam wszystkich.
          • Gość: Fred Wiele lat po małym fandangu IP: *.wodgik.katowice.pl 16.05.03, 18:34
            Liluś, bywaj tu częściej. Obiecuję, że wiele ciekawego przeczytasz. A
            najbliższe lato planuję bardzo hucznie :-))))) Pozdro for U & for All
            • lillka2 Re: Wiele lat po małym fandangu 16.05.03, 20:54
              Jestem,byłam i bedę /od wczoraj,ale już na stałe/.Takich frapujących
              opowieści w życiu nie czytałam.Czekam z niecierpliwością na następne.
              Życze dużo zdrowia. :-))))))))))
    • alcest1 Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 06.05.03, 16:24
      Dzięki ludzie za wszystkie wpisy, tylko że "rozchodziło" mi się o co innego.
      Rozumiem przygody ze studiów, imprez, itd. Ale chciałbym poznać Wasze przygody
      dot. wizyt w takich podrzędnych, speluniarskich, chamskich knajpach. Jest ich
      całe mnóstwo, na każdym osiedlu. Tam dopiero się dzieje. Te waszw opowięsci są
      owszem śmieszne, ale dotyczą ludzi co tu dużo nie mówić inteligentnych. A mnie
      bawią przygody związane z klasą robotniczą, emerytami, itd. Piszcie!
      Pozdrawiam
      • Gość: Lapusz Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.crowley.pl 06.05.03, 16:43
        Proszę bardzo. Swego czasu (jakieś 7-8 lat temu) byłem na biwaku w Woszczelach
        (wieś pod Ełkiem). Byłem tam zresztą na biwaku niejednokrotnie. Jest tam jeden
        bar, nazywa się "Pod lipą", popularnie zwany "u Heńka" od imienia właściciela i
        barmana jednoczesna. Sam Heniek to postać barwna, nie mówiąc o stałych
        bywalcach lokalu. Heniek toczył nieustannie na barze (zbyt szumna nazwa) partie
        w warcaby z biesiadnikami. Polegało to na tym, że gość kupując kolejne wino
        wykonuje ruch, Heniek odpowiada i kolejny ruch jest wykonywany przez następnego
        kupującego. Raz zobaczył, że przyjechaliśmy solidną grupą na biwaczek to
        podwyższył cenę wina w jednej chwili z 2 bodaj do 3 PLN. Ale może coś o
        gościach. Kobieta, ok. 60-tki, ledwo mówiąca (non-stop jara), która wypijając
        kielon wódki odgraża się, że nie zapija bo będzie rzygać. Recydywista z żoną,
        którzy dosiedli się do nas z własną wódką. Koleś polubił mnie, bo były akurat
        mistrzostwo świata i byłem tak jak on za Bułgarią. W zamian za to polał mi wódy
        do szklany, a na moją prośbę, żeby nalał też kolegom odpowiedział wyraźnie
        zdenerwowany "nie szemrajmy", po czym uniósł kielich i wzniósł toast słowy "Oby
        mądrość była w nas". Wypiłem, zona od razu wyjęła kanapeczki z pasztetem na
        zagrychę. Wieczorem tego samego dnia byłem świadkiem sytuacji, kiedy to jeden z
        biesiadników, starszy gość, nie był w stanie opóścić o własnych siłach lokalu,
        ba, nie mógł nawet mówić, a Heniek chciał już iść spać. Nie zastanawiał się
        więc długo, wziął delikwenta za karmany i po prostu wyrzucił za płot posesji.
        To była normalka, no bo przecież sam wyjść nie dałby rady.
      • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 07.05.03, 09:22
        Alcest, musisz nas zrozumieć: mało osób pisze, skończyły się historie ze
        spelun, dyskusja skręciła w inną stronę. Jak na każdej pijackiej imprezie.

        Zresztą musisz przyznać, że toruńskie przypadki i małe fandango działy się
        częściowo w spelunach.

        Ale dobrze, teraz będzie stricte o spelunie, czy raczej o speluniastych
        manierach bywalca pewnego baru:

        Jest sobie pewne miasteczko na pograniczu województw wielkopolskiego i kujawsko-
        pomorskiego (ale nie wiem, w którym dokładnie).

        I kiedyś (był to bodajże rok 1995) będąc w trasie, zatrzymaliśmy się tam na
        obiad.

        My, to znaczy:

        1) mój ojciec,
        2) mój brat (lat wówczas 14),
        3) kolega ojca - kierowca,
        4) i ja.

        No ale jak tu konsumować na sucho... No to my z tatą po secie... I po drugiej...

        W tym czasie do lokalu przyszło miejscowe towarzystwo, już coś wcześniej
        wypiwszy, i zaczęło, zresztą z pełną kulturką, grzmocić w ogródku jabole o
        pięknej staropolskiej nazwie "Szogun". Na naklejce przedstawiony był samuraj w
        pozycji bojowej z 2 mieczami. No i to widocznie wywołało u jednego z
        biesiadników określone nastawienie do otaczającej rzeczywistości...

        Siedzimy więc wewnątrz lokalu i rozpoczynamy konsumpcję drugiego dania. Tata
        (człowiek łatwo się stresujący) poszedł do bufetu zapłacić rachunek. W tym
        momencie do środka wszedł miejscowy obywatel lat ok. 20, wcześniej upajający
        się w ogródku smakiem wina produkcji krajowej.

        Najpierw zagadał do mnie grzecznie, ale następnie usiłował wypić bratu herbatę,
        a na koniec zajął miejsce ojca i powiedział, że nie zejdzie, bo jest wolność i
        piękna pogoda. Wyraził tę szczytną myśl słowami:

        - Co kurwa, jakieś si? -

        Widzę, że bez dymu się nie obędzie, więc wstaję i kombinuję co z nim zrobić -
        może wykręcić mu łapsko i wyprowadzić z lokalu?

        Na co gostek przerwał mi tok myśli, mianowicie w ten sposób, że wstał i mi
        wypłacił z miśka prosto w oko (dla niekumających: uderzył mnie głową).

        Cóż miałem biedny filozof począć... Gościu chwycił natychmiast takiego samego
        miśka prosto w nos, a potem trzy prawe... i ocknąłem się z amoku, jak już
        zwisał z parapetu.

        Cała knajpa siedziała wytrzeszczając gały... z wyjątkiem mojego taty, który,
        płacąc rachunek,przegapił pierwszą połowę spotkania, i teraz stał przy bufecie
        pełen myśli w rodzaju "O kurwa, dałem synowi wódki, a ten się nawalił i pobił
        człowieka!".

        Zdjąłem gostka z parapetu, posadziłem na krześle i drę się:

        - Kurwa, niech go ktoś stąd zabierze, bo jak ten chuj kurwa wstanie z tego
        krzesła, to go zapierdolę!-

        Nagle otwierają się drzwi i wparzają jego kumple.

        Nie zdzierżylibyśmy. Ich siedmiu, nas trzech, w tym 2 60-latków i dzieciak.

        Ale spoko. Na razie pytają mnie:

        - Co żeś mu kurwa zrobił? -

        - A co kurwa on mi zrobił! O! - i pokazuję wielką pizdę, jaka mi właśnie rośnie
        pod okiem (żeby tak prawdziwe na zawołanie przychodziły, ho, ho!)

        W tym momencie gostek wstaje z krzesła... i z nosa wylewa mu się około kufla
        krwi. Chwieje się na nogach, ale deklaruje:

        - Ja mu jeszcze wpierdolę, nieważne, skąd jest!-

        Na to wszystko przybiega barmanka ze szmatą i ścierając krew z podłogi, drze
        się na gościa:

        - Ty gnoju, ty pedale, ty już mi nie pierwszy raz taki numer robisz! Tu jest
        porządny lokal, a nie melina! -

        Ojcu trochę puścił skurcz żołądka, więc też wsiada na gościa:
        - Ty gnoju, za co żeś mi syna uderzył? -
        - Za wolność! -

        Nie wiem, czym się temu powstańcowi naraziłem. Mój niemiecki jest na
        zasadzie 'Hast du gewidzioł, jak te kleine prosiaczki po polu gelaufen', a
        rosyjski w tej okolicy chyba nie powinien być aż tak kontrowersyjny. zresztą
        cały czas mówiłem po polsku (chiński wrzucam zwykle gdzieś dopiero po
        półliterku).

        Skończyło się tak, że jego kolesie go uspokoili i kazali mu umyć mordę, mnie
        przeprosili (w ogóle fajni goście i pełna kulturka), a mój tata ze stresu nie
        dokończył obiadu.

        Na podbite oko przykładałem białko z jajka, opuchlizna zeszła na drugi dzień.

        A tatę odstresowałem w ten sposób, że jak dojechaliśmy na miejsce, to kupiłem
        0,75 i dzień się skończył bardzo wesoło. A hasłem wieczoru było:

        - Jakieś si? -


        • Gość: P.S.J. Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.05.03, 11:16

          > W tym czasie do lokalu przyszło miejscowe towarzystwo, już coś wcześniej
          > wypiwszy, i zaczęło, zresztą z pełną kulturką, grzmocić w ogródku jabole o
          > pięknej staropolskiej nazwie "Szogun". Na naklejce przedstawiony był samuraj
          w
          > pozycji bojowej z 2 mieczami.

          Ach, aż się łza w oku kręci... Jakieś parę (paręnaście?) lat temu u mojego ojca
          w kancelarii adwokackiej pojawił się facet - właściciel kilku fabryczek
          tzw. "jabcoków". Ojczulo miał udzielić mu jakiś porad prawnych, ale rozmowa
          zeszła w końcu na "asortyment" produkcji.

          Należy także dodać, że Ojczulo i jego wspólnicy przeżywali okres fascynacji
          Chinami, co dawało się odczuć w wystroju biura.

          Facet spytał Ojczulka, czy ten mógłby mu poddać jakiś pomysł na nową markę
          wina. Ojciec kombinował, wymyślał jakieś chińskie słowa... Facet jednak krzywił
          się i krzywił, aż wreszcie oczy mu rozbłysły i powiedział ucieszony:
          - nie, nie, panie mecenasie, to za trudne, nikt tego nie kupi. Ale mam pomysł!
          Nazwiemy je (tu z dumą) "Samuraj"!

          ...I tak sobie myślę, czy "Szogun" też nie był pokłosiem tych rozmówek. Całkiem
          możliwe :)
    • clod Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 07.05.03, 10:32
      Czy ktoś zna tzw. "ZIELONĄ BUDKĘ" w Warszawie na Puławskiej (niedaleko
      przystanku trmwajowego al.Wilanowska).
      Pozdrawiam bywalców, a zwłaszcza mieszkańcó akademika na Smyczkowej 5/7, którzy
      tam ze mną niejednokrotnie degustowali (najlepsze były poranki)
      Nazwę potoczną lokal ten zawdzięcza zgniłozielonej barwie widocznej z daleka.
      Jeżeli byliśmy głodni to się mówiło : 3xRAZEM PROSZĘ.
      Na ścianie widniał napis : kiełbasa 10000
      chleb 1000
      musztarda 1000
      RAZEM 12000

      W środku wszyscy stali dookoła, bo nie było na czym siedzieć, drewniana
      ławeczka i murek były na zewnątrz.
      Jak trzeba było "odcedzić kartofelki" to szło się za Zieloną budkę, tam w
      budynku była ściana na którą się sikało, a mocz spływał rowkiem, który był pod
      ścianą do kanalizacji. Można było iść, wysikać się, wrócić i pić dalej w kilka
      osób nie przerywając dyskusji.

      Pozdrowienia dla wszystkich studentów filologii słowiańskich, pedagogiki, NKF i
      innych mieszkańców ze Smyków od ostatniego Jaćwinga z Suwałk.

      clod@poczta.fm
    • anahella w calkiem porzadnym lokalu 08.05.03, 00:40
      Kolega sie natrabil i nie chcial wracac do domu. Razem z kolega usilowalam go
      doprowadzic do taksowki. Wyrwal sie nam jeszcze zanim wyszlismy z knajpy i
      biegal na czworaka miedzy stolikami. Obsluga zdebiala, panie krzyczaly (bo im
      miedzy nogami tak biegal), towarzyszacy im panowie chcieli go bic. Rozroba na
      calego. A pomyslec, ze wpadlismy tam tylko na herbatke;)
      • Gość: Fred W typowo wiejskim "lokalu" IP: *.wodgik.katowice.pl 08.05.03, 09:14
        Jeździmy czasem z tatą i bracikiem do wujka na działkę. Działka mieści się w
        pewnej wsi niedaleko Izbicy, blisko także do Brdowa, najbliższa stacja kolejowa
        jest w Babiaku.

        Mówią Wam coś te nazwy? No właśnie... Jest to najbardziej fantastyczne zadupie
        w kraju, a może na świecie. Wsie, lasy, pola, nie za dużo cywilizacji, i przede
        wszystkim cudowne kujawskie (i północnowielkopolskie, bo to pogranicze
        województw) jeziora...

        We wsi funkcjonuje sklepik i knajpa zarazem (nie zdradzam nazwy wsi, bo nie
        wiem, jak u chłopa z koncesją). Wszyscy miejscowi i zamiejscowi grzmocą pod
        sklepem piwo, wódkę i jabole, z tym, że niektórzy miejscowi gardzą wszystkim
        oprócz denaturatu ("kompotów nie piję").

        O tym, z jaką uwagą zawsze przykładamy się do wypoczynku, niech świadczy fakt,
        że w jeden długi weekend poszła tam na 4 chłopa skrzynka wódki i kilka skrzynek
        mocnego piwa.

        Ze względu na położenie w stosunku do "naszej" działki, o sklepiku mówi się
        krótko "Idziemy na górkę", co ma tę zaletę, że po półlitrze z górki schodzi się
        łatwiej niż wchodzi się pod górkę (podejrzewam, że gość celowo wybrał taką
        lokalizację).

        No i kiedyś w długi weekend było ostre picie, przy czym ja dosyć wcześnie
        odpadłem i poszedłem spać(cały dzień z rana w robocie, a potem 4 godziny za
        kółkiem).

        A tata z wujkiem i z mężem kuzynki rządzili do 3.00.

        A rano (? ok. 11.00) wstali, no i coś trzeba zrobić z tym kacem (a jeszcze
        trzymali tak ponad promil z poprzedniego dnia).

        Szwagier z rana nie pije, ja też nie, ale ojce nie mają zahamowań.

        Jedno piwko, drugie, trzecie, może tak dokończyć flaszkę z wczoraj, no a w
        południe na górkę na ćwiartkę.

        Czy tam poszła tylko ćwiartka, to nie wiem, ale ojciec wraca po półgodzinie
        chwiejnym krokiem i mówi grobowym głosem:

        - Trzeba przywieźć wujka.-

        Zgłupiałem.

        - Jak to przywieźć? Co, sam przejść tych 100 metrów z górki nie może? -
        - Niestety, nie da rady. -

        Szwagier był trochę w lepszym stanie niż ja po wczorajszym, więc siadł za
        kółko. Zajechaliśmy na miejsce... Wujek siedział oparty o słup... Słuchajcie,
        to jest prawie niemożliwość - wsadzić 100-kilowego, nawalonego na miękko
        chłopa, który leci przez ręce jak szmata, na tył VW Polo tak, żeby chłopu karku
        nie skręcić ani ręki nie złamać.

        A potem go w takim samym trybie wytachać i zanieść na leżankę.

        Ojciec siadł przy nim i pilnował, czy żyje. Tak pokutował za grzechy...

        Uspokoiliśmy się dopiero, gdy zaczął chrapać.

        Po paru godzinach słyszymy nieartykułowane odgłosy. To wujek usiłował wstać w
        celu oddania moczu. Musieliśmy mu pomóc (we wstaniu, na szczęście nie w
        oddawaniu).

        Ok. 21.00 wstał. I jak kuźwa znów zaczęli rządzić, to makabra! Wprawdzie
        pociągali już tylko troszkę, ale za to siedzieli i pierdolili o dupie Maryni do
        4.00. A o 2.30 puścili telewizor na full... To już wstałem i opierdoliłem, bo
        zasnąć nie szło.

        Tak to niestety jest... Jak ktoś na co dzień pracuje od 7.00, a wstaje o 5.40,
        to prawdziwe imprezy już nie dla niego - organizm się przestawia...

        (PS: Alcest! Było w tej opowieści o spelunie? Było!)
    • Gość: pesti Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.MA1.srv.t-online.de 09.05.03, 01:43
      z cyklu: speluna.

      jak kazdy przyzwoity student, jestem milosnikiem napojow wyskokowych. kiedys
      jeszcze specjalizowalem sie w tanich winach, wiec stad moje uwielbienie do
      wszelkiego rodzaju tanich knajp, gdzie klimat rodem z prl... no ale ojciec
      pokazal w dziecinstwie, jak sie pije browara w budce na dworcu glownym w
      czestochowie.

      do niedawna jeszcze myslalem, ze jedynym reliktem minionych czasow w czewie
      jest zloty rog w samym centrum miasta (!). obrusy z ceraty, barmanki jak
      w 'misiu', piwo po niecale 3 zeta, kibel na zewnatrz, zarcie typowo pijackie za
      grosze i maly rog wiszacy na scianie;) towarzystwo tez wiadomo jakie, ale jest
      spokoj, bo to centrum w koncu. raczej przychodzacych tam zulasow nawiedza
      refleksja, bo siedza cicho i czesto sami.

      bedac miesiac temu na wypadzie do polski nie wiedzialem gdzie sie umowic w
      ciagu dnia na piwo z dwoma moimi kumplami pijakami. no wiec wiadomo, ze nie
      bede nabijac kabzy cholernym restauratorom, tylko napije sie w klimacie. do
      tego frytki z pyzami w cenie 1 euro za porcje, hyhy. podjaralem sie jak mlody
      reksio, bo juz dawno tam nie bylem, a tu czlowieka polska wita w tak mily
      sposob. od kufla do kufla, a kumple mowia, ze to przeciez nic, bo chyba nie
      widzialem sir'a. no nie wiedzialem, bo myslalem, ze to taka speluniarska
      troche - ale restauracja, na przeciwko (!!!). poszlo wiec trzech studenciakow,
      ubranych nienagannie do sir'a.

      a w sir'ze...: dlugi korytarz, wzdluz niego barek, drzwi do kibla, zadnych
      stolikow i krzesel, kilku zuli, jakas niskopoziomowa dziwka, banda pijakow
      spiewajacych do harmoszki, barman (hardkorowy czlowiek z wygladu) popijajacy z
      klientami setki, piwo z kranu po 2,50 i my... po prostu klimat taki, ze
      umarlem. kumple nie mogli uwierzyc, ze ja tu jeszcze nie bylem. wogole lokal
      jest czynny w niestandardowych godzinach: od 5 do 17. stalem dobre kilka minut
      z otwartymi ze zdziwienia ustami i wymiekalem... barman w tym czasie lal juz po
      secie i po browarze, przemawiajac do nas, jak do vip'ow i pytal sie, czy nam
      spiewajace towarzystwo nie przeszkadza... kurwa, nie mielismy juz duzo czasu,
      bo bym wszystkim postawil po secie za te atrakcje.

      w wakacje wracam do .pl i na pewno tam zajrze, oj zajrze...

      jak ktos byl w czewie, to lokalizacja obu spelunek niezla:
      przy 'kwadratach' czyli skrzyzowaniu alei nmp z linia tramwajowa...

      pijackie historyjki daruje sobie, bo juz to tyle razy pisalem... jak ktos
      chce, to na forum.o2.pl w dziale rozmowy o seksie... (!!) jest dluuugi watek
      pod tytulem 'Najdziwniejsza rzecz, jaka wam sie udala po pijaku'. niektore
      historie sa naprawde niezle (i nie dotycza seksu;)

      a tylko wam napisze jeszcze, ze wraz z grupa kiperow swego czasu
      przeprowadzalismy (spolecznie ofkoz;) testy roznych jaboli pod katem pierwszego
      wrazenia, bukietu i finiszu. nasz dorobek naukowy jest w necie. jak kogos to
      interesuje to: jabole-online.prv.pl

      pozdrawiam wszystkich pijakow... zarowno obecnych, jak i juz tych bylych
      (miejmy nadzieje, ze nie na zawsze;)
    • Gość: fan? Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 09.05.03, 13:49
      Historia z czasów zamierzłych -około poczatków liceum.Miedzybrodzie Bialskie.
      Na górze restautacja pełen socreal o nazwie Szarotka (o ile pamietam) ,na dole
      wiejski kuflolot.Koledzy którzy przybyli autobus wczesniej udali sie tam na
      piwko.Chyba jednak miejscowym nie spodobały sie wojskowe spodnie i punkowskie
      koszulki także dosłownie wylecieli z knajpy.Po prostu wzieto ich za dupy i
      karki i wyrzucono.Gdy przybylismy ,leczyli juz rany na polu namiotowym piwkiem
      zakupionym w sklepie.
      Pomni doswiadczeń naszych kolegów(a stroje mielismy podobne) raczylismy sie
      wszyscy piwkiem na polu narzekając na nietolerancje tubylców.Po któryms tam zk
      z kolei piwie naszła nas jednak ochota na kuflowe.I poszlismy.Ja i jeszcze
      dwóch kumpli (ci wczesniej wyrzuceni juz zostali na polu)Gnani pijacka brawurą
      ruszlismy prosto do baru nie bacząc nawet na kolejke.I stał sie cud.Nikt nam
      nawert złego słowa nie powiedział.Spokojnie rozepchnelismy sie łokciami i
      wzieli po 3 kufle co by nie tracic czasu.Troche nas ten sukces zszokował.
      Albo tubylcy byli juz zbyt pijani albo ci najbardziej agresywni juz posneli.
      W kazdym bądz razie kuflowe smakowało znakomicie,tubylcy wrecz nas omijali a my
      upojeni piwkiem zarzadzilismy tradycyjne siłowanie na rekę.Wyrzuceni wczesniej
      kumple przygladali sie z oddali z niemym podziwem ale jakos nie kwapili sie
      dosiąść a konkurs na reke trwał w najlepsze z udziałem tubylców oczywiscie.
      Sytuacja stawał sie jednak powoli napieta ,kumpel siłuje sie z jednym z
      wiekszych i młodszych miejsciowych ,ten ma grono kibiców ,przegra :to nam
      dokopia w imie honoru przysiółka,wygra czyli my okazemy sie słabsi i to tez nam
      dokopia.Kulminacja pojedynku,ramiona drżą z wysiłku,kumpel jakby zbierajac siły
      generuje gdzies z pod serca olbrzymiego charka i spluwa nim nie patrząc gdzieś
      w bok.Traf chce że na łysine sączącego piwko stolik obok jegomościa.Cała sala
      wybucha zgodnym śmiechem.Siłujacy też we wspólnym rechocie opadają pod stół.
      Facet spokojnie wyciera chusteczka łysine.Nie ma pretensji.Słyszy nawet sorry z
      ust kolegi.Od tej pory juz tam moglismy pic spokojnie.Jak sie pózniej okazało
      koledzy którzy zaliczyli wylot zoatali wzieci za faszystów ;-)
      • Gość: Fred Międzybrodzie IP: *.wodgik.katowice.pl 10.05.03, 08:38
        Fan!

        To było COOOOOOL!

        Aż się zadławiłem śniadaniem!
    • Gość: Fred Słowacja jest debeściarska! IP: *.wodgik.katowice.pl 10.05.03, 13:03
      Najbardziej zayebistym krajem świata jest Słowacja.

      Wódkę polewają (a przynajmniej polewali) tam na kielony... w każdej budce z hot-
      dogami. I w atrakcyjnej cenie.

      Nie ukrywam, że przy każdej okazji wstępowałem na kilka hot-dogów.

      Jak miałem 17 lat, moja mama nie mogła się temu nadziwić... aż się nie
      zorietowała, że hot-doga naprawdę kupuję za co drugim razem (rzecz jasna oprócz
      50-tki, a nie zamiast).

      A spelunki w peerelowsko-społemowskim stylu też się tam zachowały (przynajmniej
      jak ostatnio tam byłem, a było to już dawno).

      Jeśli do tego doliczyć Tatry, sympatycznych ludzi oraz dobre i tanie piwo, to
      Słowacja ogólnie jest the best.

      Natomiast znieść nie mogę słowackiego wina (już polska "nalewka" czy klasyczny
      jabol mniej rozwalają żołądek).

      Ale czeskie jest takie samo albo jeszcze gorsze.
      • Gość: pesti Re: Słowacja jest debeściarska! IP: *.MA1.srv.t-online.de 11.05.03, 14:17
        przed chwila wrocilem z polsko-czesko-jugoslowianskiej imprezy. malzenstwo lat
        50 i my, dwa polaczki przed 30.. wodka, sliwowica i wszystko zapijane bez
        przerwy czeskim piwem... wschodnia europa naprawde potrafi wypic, nie ma co..
    • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 12.05.03, 15:09
      To teraz coś o gościach spelun:

      Byłem ostatnio w Piotrowicach. I widziałem tam dwie scenki rodzajowe:

      1) Kumpel. Cholernie fajny, cholernie inteligentny i cholernie niedostosowany
      społecznie. Dawno temu technikum, szachy, wstawianie się za słabszymi - z
      drugiej strony klej, wódka, kradzieże. Nie widzieliśmy się parę lat.

      W czwartek go widziałem. On mnie też, ale na pewno tego nie zapisał na twardym
      dysku. Maszerował środkiem wsi prawie goły, boso i z workiem kleju przy pysku.
      godzina była koło 17.

      2) I coś weselszego: para takich niewiele lepszych od niego. Z dzieciakiem.
      Oboje najebani jak messerschmitty, szczęśliwi jak prosię w deszcz, (ledwo)
      stoją na środku ulicy, padają sobie w ramiona i się całują.
      I komentarz mojej mamy:
      - Jak to dobrze, jak młode małżeństwo ma wspólne upodobania!-


    • Gość: Fred Jeszcze coś z Kujaw IP: *.wodgik.katowice.pl 15.05.03, 14:46
      Byliśmy kiedyś u wujka (tego, co zasnął pod sklepem) nad jeziorem, a był to
      zresztą ten sam wyjazd, podczas którego powstaniec dostał po ryju za wolność
      naszą i waszą (patrz wyżej - moje poprzednie posty).

      Mijały dni, mijały litry, było bardzo miło.

      Najwięcej chlał znajomy - kierowca (a nie przyznał się nam, że jest po zawale).

      Ja tam trochę spauzowałem, bo trzeba się cieszyć także przyrodą, a nie tylko
      gorzałą (zwłaszcza, że to przyroda daje nam gorzałę).

      A wujek i jeszcze parę osób poszli pływać na łódce.

      Z litrem.

      A już we łbie mieli.

      I między nimi poszedł ten kierowca (a się nie przyznał, że nie umie pływać).

      I nic by się nie stało, gdyby jeden debil sąsiad nie postanowił się wykąpać i
      nie skoczył na kiepę z tej łódki.

      Łódka kopyrtnęła.

      W wodzie wylądowały portfele, dokumenty, komórki itp. i przede wszystkim
      ludzie - z których 2 nie umiało pływać, a jeden z nich był po zawale!

      Jakoś ich tam wyholowali. Z wyjątkiem uszczerbku w majątku nic się nikomu nie
      stało.

      Ale ciotka, jak się dowiedziała, to normalnie pustymi flaszkami RZUCAŁA w tych
      najebańców ze złości!
    • alcest1 APEL DO WSZYSTKICH! 17.05.03, 13:58
      Witam ponownie. Cóż cieszę się, że wątek tak fajnie się rozwija. Wierzyłem
      w "speluniarzy" i nie zawiodłem się. Teraz chciałbym wystąpić z apelem.
      Zbliżają się wakacje, urlopy, wyjazdy, itd. Proponuję, abyście będąc w jakiejś
      tam miejscowości, znaleźli spelunę i wypili to jedno piwko, a wtedy opowieści
      będzie tu co niemiara. A może tak porobić zdjątka w spelunach, którymi będzie
      można się podzielić? Niech żyją speluny! Ludzie do dzieła!
      Pozdrawiam,
      Alcest.
      • lillka2 Re: APEL DO WSZYSTKICH! 17.05.03, 19:37
        Witam.w jednym z postów Fred już obiecał,że z wakacji będą super
        opowieści i szczerze w to wierzę.Pozdrawiam
        • Gość: Lapusz speluna IP: *.crowley.pl 20.05.03, 14:08
          Z opowieści kumpla. Była kiedyś w Ełku nad jeziorem niejedna speluna. W jednej
          z nich swego czasu gościł nieustannie niejaki Janusz, koleś koło czterdzistki,
          dziś już chyba nie ma go wśród nas. Miał on swoisty sposób zarabiania na
          kolejną działe alkolu. Stał nad jeziorem i prosił przechodzących dzieciaków o
          zapomogę. Nie żądał jej jednak za darmo. Jak otrzymał drobne to właził na
          drzewo i skakał z niego do jeziora. Nadmienię, że w tym miejscu dalibóg nie
          było wody więcej niż metr, skakał oczywiście w pełnej garderobie. Był gość
          swego czasu słynny - grupki ciekawych dzieciaków ściągały z całego miasta, żeby
          popatrzec jak Janusz odważnie fika.
    • Gość: alcest1 Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl 23.05.03, 21:06
      Ej ludzie odezwijcie się. A może tak porzucacie fajnymi nazwami spelun. Ja
      daję: "Antałek" - z Bydgoszczy.
    • Gość: fan? Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 24.05.03, 11:50
      Z fajnych nazw barów przypomina mi sie przydworcowy bar"TEMPO"(juz
      nieistniejacy) w Bielsku.Szyld i bliskosc dworca wskazywały jednoznacznie że
      nie jest to miejsce spotkań degustatorów ;-)
      • pstosia Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 24.05.03, 18:31
        Gość portalu: fan? napisał(a):

        > Z fajnych nazw barów przypomina mi sie przydworcowy bar"TEMPO"(juz
        > nieistniejacy) w Bielsku.Szyld i bliskosc dworca wskazywały jednoznacznie że
        > nie jest to miejsce spotkań degustatorów ;-)



        w mojej miescinie jest m.in. bar "Bar" :)
      • Gość: robin hood Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.05.03, 21:46
        w Tychach: "antałek", "zacisze", "anatol" i oczywiście nieistniejąca
        już "kameralna" - największa mordownia - nie było widać końca sali z powodu
        siwego dymu, a było to bardzo niebezpieczne z powodu przejeżdżających
        niespodziewanie stołów i przelatujących krzeseł
        • vika411 Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 25.05.03, 02:00
          Gość portalu: robin hood napisał(a):

          > w Tychach: "antałek", "zacisze", "anatol" i oczywiście nieistniejąca
          > już "kameralna" - największa mordownia - nie było widać końca sali z powodu
          > siwego dymu, a było to bardzo niebezpieczne z powodu przejeżdżających
          > niespodziewanie stołów i przelatujących krzeseł
          "Grefin von Naschmarkt"-Wieden.Teraz jest juz przyzwoiciej ale kilka lat temu
          omylkowo,wieczorem weszlam tam kupic papierosy...Spolemowskie bary zebrane z
          PRL-u w kupe i podniesione do potegi n-tej to jeszcze za malo powiedziane.
          Wyjasniam,ze nazwa oznacza doslownie "hrabina bazaru" w znaczeniu rynku-
          zieleniaka.Za barem do dzis urzeduje tam owa Hrabina zywcem przypominajaca
          handlare-badylare z okresu glebokiej komuny.Babsko tluste,nalane i male,w
          szpilkach rozklapanych,bordo dziurawym sweterku z wystajacym spod niego
          fartuchem.Pazury brudne w i poogryzane w kolorze marchewkowym i do tego usta z
          tkwiacym w nich jednym zebem wymalowane na bordo,poza granice wargi gornej i
          dolnej.Na lbie papiloty z papieru toaletowego,potezny nochal wcisniety miedzy
          oczy o fakturze i kolorze nadgnitej,falistej truskawy.Pet w gebie.
          Malownicza ta dama nad wyraz, ma dobre serce i jak jaki pijak jest za malo
          pijany to mu dolewa az spadnie ze stolka.Jak spadnie to delikwenta wyrzuca za
          drzwi jednym poteznym kopniakiem nie rzadajac uregulowania rachunku.
          Czesto mam okazje jej wyczyny obserwowac bo niedaleko mamy sklep.
          Pozdrawki:-)
          • Gość: Lapusz Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.crowley.pl 26.05.03, 09:22
            Słynna Siekierezada w Cisnej.
            • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 26.05.03, 09:45
              Gość portalu: Lapusz napisał(a):

              > Słynna Siekierezada w Cisnej.

              Brzmi nieźle. Co dalej?
              • hamsterek Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 26.05.03, 10:01
                bar "Kaszana" w Kielcach koło tunelu przy dworcu PKP. Nazwa pochodzi od
                klientów, którzy tak nazywali tę budę. Za czasów komuny trzeba było kupić
                przekąski przy zamawianiu więcej niż 1 piwa. Take było rozporządzenie dla
                lokali. A że najtańszym daniem była kaszanka na ciepło z cebulką to po całym
                lokalu walały się tacki pełne kaszanki. Nazwa została do dziś i widnieje na
                wielkim szyldzie.
                • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 27.05.03, 07:54
                  To nie nazwa lokalu, ale szyld w Oświęcimiu:

                  BEEER
    • Gość: Fred Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.wodgik.katowice.pl 26.05.03, 15:31
      Pisałem Wam już o wyczynach moich i męskiej części mojej rodziny na jeziorem
      (info dla nowoprzybyłych: patrz wyżej, na poprzednie posty).

      Ale nie tylko nad jeziorem się dzieje.

      Mój Tata, jego braciszek i w ogóle cała moja rodzina od strony ojca pochodzi z
      pewnego pięknego i bardzo imprezowego miasta w woj. łódzkim. Nazwy nie
      wymieniam, bo wujek całe życie uczył tamtejszą młodzież matematyki i mógłbym
      zepsuć mu opinię, gdyby wyszło na jaw, że na stare lata bawi się w takie dziwne
      ułamki, że z 3/4 40% wychodzi mu codziennie inny wynik, ale zawsze około 2
      promille.

      Pojechaliśmy tam kiedyś na Wszystkich Świętych. Poprzedniego dnia późnym
      wieczorem przyjechał z Niemiec po dłuższym pobycie mój kuzyn, syn tego wujka-
      matematyka (nb. ten sam, co zatopił łódkę). No i jak miał się chłopak z
      powrotem zaaklimatyzować w ojczyźnie, jak nie przez spożywanie tego, co w niej
      najlepsze...

      Myśmy przyjechali ok. 3 po południu, a Sławek już był dobry.

      Ale nic, poszliśmy do pobliskiej mordowni, wypiliśmy po 200 gram i na obiad.

      Jemy obiad, a Sławek już ma fazę i zapodaje:

      - Ja to dzisiaj mogę rozmawiać... tylko o dymaniu...-
      - Cicho być!-uspokajam go-Co ci bije, przy własnej matce mięsem rzucać?!
      Pogadamy przy piwie po obiedzie, może być i o dymaniu.-
      - Taaa, a wiesz... że oni - tu pokazuje na mojego brata i swojego siostrzeńca,
      obaj po kilkanaście lat - to dopiero po jednej dupie mieli?-
      (Piszę to z czystym sumieniem, bo skąd akurat Sławek miałby to wiedzieć?)
      - Cicho, debilu!-
      - Nie, ja dzisiaj rozmawiam tylko o dupceniu!-

      I tak dalej.

      Przysła siostra Sławka z mężem, przyszła żona Sławka, było wesoło...

      ... ale Sławek w ciągu pół godziny nadupił się tak, że zasnął, nogami klęcząc
      na ziemi, tułowiem leżąc na fotelu, z dupą wypiętą prosto na stół, przy którym
      wszyscy siedzieli (dobrze, że nie pierdnął, bo by było prosto w bigos). W końcu
      musieliśmy go wynieść do pokoju obok.

      Oczywiście wszyscy chlali i śpiewali równo i wszyscy szli na drugi dzień na
      groby na dużym kacu (Tata przespał noc w marynarce i krawacie, ale za to z
      majtkami na kostkach). Ale tylko Sławek wymagał ww. interwencji.

      W ogóle w X się nigdy nie nudzę!
      • Gość: Fred Przypis do miasta X IP: *.wodgik.katowice.pl 27.05.03, 14:36
        Właśnie kuknąłem do kilku moich postów powyżej. Kur... dyban, najpierw się
        ocenzurowałem i napisałem, że łódkę zatopił sąsiad, a teraz się wygadałem, że
        to był kuzyn. No nic, jak mnie Sławek spotka, to i tak będę miał z dupy
        spadochron :-)))) Ale i tak wszystkie speluny są cool, a polska zimna nie
        fałszowana wódka lepsza od francuskich szampanów...
      • Gość: aa Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 28.05.03, 16:28
        Bez obrazy ale opowiesci kto i gdzie jak mocno sie spił i jakiego przy tym syfu
        narobił sa raczej smutne niz smieszne a imponowac moga zdeklarownym pijakom
        albo małolatom.Podobne tylko bez dopisku że smieszne albo że z nudów.. sa na
        mitingach AA.Dla rodzin ,dziatwy i niepijacych sąsiadów lub znajomych to raczej
        tragedia.Gratuluje samozadowolenia.
        • lillka2 Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X 28.05.03, 19:40

          ...raczej smutne niz smieszne a imponowac moga zdeklarownym pijakom
          > albo małolatom.Podobne tylko bez dopisku że smieszne albo że z nudów.. sa na
          > mitingach AA.Dla rodzin ,dziatwy i niepijacych sąsiadów lub znajomych to
          raczej
          >
          > tragedia.Gratuluje samozadowolenia.

          Witam drogi Gościu.Zapewniam,że nie jestem ani zdeklarowanym pijakiem/a nawet
          ich nie cierpię/,a właściwie wogóle okazyjnie w ramach toastu spożywam,nie
          jestem też małolatem/i to od bardzo dawna/,ale sądzę,że te opowieści są po
          prostu o życiu,a talent literacki Freda jest oszałamiający.Dobrze jest poznać
          każdy aspekt życia,co też czynię,chociaż tylko teoretycznie.Pozdrawiam
        • Gość: Fred Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.wodgik.katowice.pl 29.05.03, 07:43
          Bez obrazy, ale po chuj w takim razie je czytasz? Na tej zasadzie
          powinieneś/powinnaś przerwać po dwóch-trzech pierwszych albo wybiórczo omijać
          wszystkie sygnowane "Fred", "Lapusz" i nickami innych osób, które tu
          umieszczają opowieści pijackie. Analogicznie, jeśli ktoś jest np. pruderyjny,
          to niech nie chodzi do lokalu ze striptizem, a nie tak, że chodzi i po każdej
          wizycie się oburza.

          A powód, dla którego je umieszczamy (piszę w liczbie mnogiej, bo kilka osób
          wypowiedziało się w podobnym duchu), jest bardzo prosty: bo się miło wspomina
          te cielęce lata, zwłaszcza w kontraście z okresem obecnym, gdy jesteśmy
          poważnymi ludźmi na stanowiskach, mamy kasę itp. - ale radość życia mimo
          wszystko przygasła...

          Nadmiar powagi jeszcze nikogo nie doprowadził do śmierci, ale wiele osób
          skutecznie ośmieszył...
          • Gość: Fred Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.wodgik.katowice.pl 29.05.03, 07:59
            Mój post z 7:43 oczywiście dotyczy postu aa, a nie Lilki, ale z niewiadomych
            powodów wylądował pod jej postem, co sugeruje, że jest odpowiedzią dla niej.

            Natomiast właśnie zrozumiałem, że aa jest AA i z tego względu te opowieści
            go/jej nie śmieszą, a wręcz są przykre.

            Co mogę powiedzieć... Obojętnie, jak bardzo szanuję ludzi, którzy czując się
            nałogowcami zerwali z alkoholem, nie mogę im przyznać prawa do cenzurowania
            pozostałych. Alkoholicy są w każdym kraju, alkoholizm jest tragedią, ale jakoś
            prohibicji nikt nie wprowadza, a 90% ludzi pije bez tego typu smutnych skutków.
            Jak Ci się nie podoba, to nie czytaj. Albo załóż swój wątek o Ruchu AA - ale na
            innym forum, bo humorystyczny to on chyba nie będzie.
            • Gość: Lapusz Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.crowley.pl 29.05.03, 08:24
              Popieram Fred - jegomość pomylił fora. My do klubów AA, czy forów AA nie
              wkraczamy z komentarzem. Po prostu mu się wymsknęło. Pomińmy i kontunuujmy.
              • Gość: Fred Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.wodgik.katowice.pl 29.05.03, 10:50
                Słusznie. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

                A najlepiej do jakiejś piwniczki... I tam obligujmy.
                • Gość: Lapusz Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.crowley.pl 29.05.03, 12:40
                  Pewnej wiosny, czasy liceum, pojechalim w czwórkę kumpli na biwak do podełckich
                  Woszczel. Rok szkolny jeszcze był w pełni, ale że ciepełko już poczuliśmy to
                  nie mogliśmy sonie odmówić weekendowej wyprawy. Na bazarku (już nie istnieje, w
                  jego miejsce powstał Dom Handlowy) u jegomosciów z dziwnym akcentem tradycyjnie
                  zakupiliśmy 2x 0,5l spirytusu (po 8 PLN za sztukę). Zawsze było widać kto
                  oferuje spiryt - wystarczyło podejść i powiedzieć cicho "spiryt", albo jegomość
                  sam rozpoznawał w grupce rozglądającej się młodzieży klientów i podchodził
                  mówiąc cicho "spiryt". Szybka transakcja i już. Pobraliśmy namiocik, po
                  śpiworku i esa na MPK podmiejski do Woszczel. Rozbiliśmy się nad jeziorkiem
                  (Sawinda), zbliżał się wieczór piątkowy, trza spiryt przyrządzić. Zaczął padać
                  deszcz, więc nie było chętnych żeby udać siedo wsi właściwej (jakieś półtora
                  kilometra pieszo do wspominanej przeze mnie w poprzednich postach knajpy "U
                  Heńka") i wymieszać spiryt z wodą. Przyszło losować. Wypadło na mnie i kumpla
                  Miszesia. -Idźcie tylko kurwa szybko wracajcie - pożegnali nas towarzysze i
                  zostali z kartami w namiociku. Cóż - ruszyliśmy żwawym krokiem, 10 min. i
                  byliśmy u Heńka. Do kibla i półnapół. Rozmieszaliśmy i poczuliśmy lekie
                  zmęczenie. - Choć Misześ, siądziemy na chwilę na werandzie, odsapniemy i
                  wracamy. - No to po jednym, jak już siedzimy. I pojechaliśmy po jednym. W
                  międzyczasie zorientowaliśmy się, że chyba zaczyna padać mocniej. No to jeszcze
                  po jednym, niech trochę przejdzie i wracamy. Pamiętam jeszcze, że był trzeci,
                  czwarty i kolejne, potem rzygałem, a potem otworzyłem oczy, leżałem na glebie
                  pod barem, 3 metry obok leżał Misześ, godzina 5 rano, chłód obudził. - No to
                  co - wracamy? - Wracamy. Wróciliśmy. Kumpli nie ma. Sam namiocik z całym
                  dobytkiem, skromnym, bo skromnym. Poszliśmy spać. Koledzy wrócili tego dnia po
                  południu. Też się nie nudzili - wkręcili sie na jakieś urodziny w domku
                  jednorodzinnym. Namiocik zalało. Wróciliśmy jeszcze w sobotę.
                  • Gość: GOSC Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem miasto X IP: *.um.katowice.pl 30.05.03, 13:13
                    heheheheheeh opowiadejcie daliyj
    • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 02.06.03, 13:02
      Aaa... To będzie fajna historia, i chyba spodoba się Alcestowi, bo chyba o
      takie mu najbardziej chodziło:

      Jest ładny czerwcowy dzień, godzina ok. 16. Siedzimy kiedyś z tatą i bratem w
      tzw. ogródku piwnym (w którym często bywamy, bo jest 100m od domu taty, i mamy
      tam opinię stałych i względnie forsiastych klientów). Pijemy piwo i gramy w
      karty. Parę stolików dalej, przy płocie, siedzi para, ewidentnie z dołów
      społecznych, ale tego dnia mają nawet trochę kasy. Baba gruba jak baobab, facet
      niski, ale żylasty, potatuowany, obcięty na jeżyka, oboje koło 50. Konsumują
      jakieś mięsko z grilla, popijają piwem... i nagle baba startuje do płotu i
      zaczyna jechać równo:

      - Ty chuju, ty pedale, ty cwelu jebany, żebyś zdechł...- itp.

      Było to skierowane do przechodzącego ulicą faceta, przypominającego z wyglądu
      Hitlera, tyle, że (w przeciwieństwie do pierwowzoru) nikczemnego wzrostu i
      obficie wytatuowanego.

      Tenże osobnik wszedł do ogródka usiadł przy nich i, dosyć przestraszony,
      usiłował coś wyjaśnić. Chodziło, o ile zrozumiałem, o jakiś przeterminowany
      dług - ona udzieliła mu pożyczki w zaufaniu, ze skoro pochodzą z jednej wsi, to
      jej na pewno odda, a on, chuj jebany, nie oddaje itp. Jego dialogi z tą babą to
      były perełki polszczyzny (nie śląszczyzny!), niestety ich nie zanotowałem.
      Pamiętam tylko, że ona mu mówiła na "ty", a on jej z pełnym respektem na "pani".

      W międzyczasie jej adorator kilka razy startował do krzywdziciela damy swego
      serca w celu wymierzenia mu sprawiedliwości, ale dama za kazdym razem
      zaprowadzała Treuga Dei.

      Na koniec rozmowy dłużnik coś tam im powiedział w sensie, że nie zapłaci czy że
      zrywa znajomość i wyszedł. W tym momencie adorator wystartował za nim, by za
      zniewagę damy swego serca wyzwać go na udeptaną ziemię na walkę konną lub
      pieszą (lepiej pieszą, bo obaj byli najebani jak szpadle i z koni by
      pospadali). Dopadł go przy bufecie i już na nim dłużnika położył... ale barman
      ich rozdzielił.

      No i ocalony przed niechybną zgubą dłużnik wyszedł na ulicę i zaczął wydawać z
      siebie coś, co w założeniu miało zapewne stanowić ironiczny śmiech, w praktyce
      jednak stanowiło głównie prezentację prawie całkowitego braku uzębienia (może
      miał więcej wierzycieli?). Ściślej biorąc, miał dokładnie 4 zęby.

      Nic dziwnego, że dama, w dalszym ciągu na cały głos nazywająca swego dłużnika
      słowami oznaczającymi przede wszystkim niektóre części ciała, a nieco rzadziej
      osoby o nietypowych upodobaniach seksualnych, nagle zmieniła ton wypowiedzi i
      wrzasnęła za nim (na całą knajpę):
      - Ty wampirze jebany!-

      Określenie to było tak trafne, że natychmiast razem z braciszkiem znaleźliśmy
      się pod stołem ze śmiechu, a adorator, dotychczas niezwracający na nas uwagi,
      zaczął się nam przyglądać, analizując uważnie, czy aby czymś nie uchybiliśmy
      czci damy jego serca.

      Nie będąc w nastroju do walki o honor damy (na której widok zresztą rzygać mi
      się chciało) wyjaśniłem spiesznie, że takie wrażenie zrobiła na mnie jedynie
      niezwykła celnośc jej wypowiedzi.

      Adorator uspokoił się, uznał, że dama jego serca została nie tylko nie
      znieważona, ale wręcz skomplementowana... i w ramach odprężenia sam uśmiechnął
      się od ucha do ucha.
      Przy tym pokazał zdumionemu światu, że...

      ...że...

      ...że...

      ...że sam ma DWA ZĘBY!

      I tu spadliśmy z krzeseł ponownie.

      Na szczęście nie zajarzył od razu, o co chodzi, a jak po paru minutach (chyba)
      zajarzył, to jego luba go jakoś spacyfikowała (ale nie mam pewności, czy chciał
      się trzaskać ze mną, czy pójść w ślady Blade - Wiecznego Łowcy i ścigać
      wampira).

      I jakoś się to wszystko rozeszło po kościach.
      • Gość: GOSC Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.um.katowice.pl 02.06.03, 15:24
        eheheheheh lo ciul, niezle musioly byc jaja heheehehehehe
      • Gość: alcest1 Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl 02.06.03, 16:22
        Gość portalu: Fred napisał(a):

        > Aaa... To będzie fajna historia, i chyba spodoba się Alcestowi, bo chyba o
        > takie mu najbardziej chodziło:
        >
        > Jest ładny czerwcowy dzień, godzina ok. 16. Siedzimy kiedyś z tatą i bratem w
        > tzw. ogródku piwnym (w którym często bywamy, bo jest 100m od domu taty, i
        mamy
        > tam opinię stałych i względnie forsiastych klientów). Pijemy piwo i gramy w
        > karty. Parę stolików dalej, przy płocie, siedzi para, ewidentnie z dołów
        > społecznych, ale tego dnia mają nawet trochę kasy. Baba gruba jak baobab,
        facet
        >
        > niski, ale żylasty, potatuowany, obcięty na jeżyka, oboje koło 50. Konsumują
        > jakieś mięsko z grilla, popijają piwem... i nagle baba startuje do płotu i
        > zaczyna jechać równo:
        >
        > - Ty chuju, ty pedale, ty cwelu jebany, żebyś zdechł...- itp.
        >
        > Było to skierowane do przechodzącego ulicą faceta, przypominającego z wyglądu
        > Hitlera, tyle, że (w przeciwieństwie do pierwowzoru) nikczemnego wzrostu i
        > obficie wytatuowanego.
        >
        > Tenże osobnik wszedł do ogródka usiadł przy nich i, dosyć przestraszony,
        > usiłował coś wyjaśnić. Chodziło, o ile zrozumiałem, o jakiś przeterminowany
        > dług - ona udzieliła mu pożyczki w zaufaniu, ze skoro pochodzą z jednej wsi,
        to
        >
        > jej na pewno odda, a on, chuj jebany, nie oddaje itp. Jego dialogi z tą babą
        to
        >
        > były perełki polszczyzny (nie śląszczyzny!), niestety ich nie zanotowałem.
        > Pamiętam tylko, że ona mu mówiła na "ty", a on jej z pełnym respektem
        na "pani"
        > .
        >
        > W międzyczasie jej adorator kilka razy startował do krzywdziciela damy swego
        > serca w celu wymierzenia mu sprawiedliwości, ale dama za kazdym razem
        > zaprowadzała Treuga Dei.
        >
        > Na koniec rozmowy dłużnik coś tam im powiedział w sensie, że nie zapłaci czy
        że
        >
        > zrywa znajomość i wyszedł. W tym momencie adorator wystartował za nim, by za
        > zniewagę damy swego serca wyzwać go na udeptaną ziemię na walkę konną lub
        > pieszą (lepiej pieszą, bo obaj byli najebani jak szpadle i z koni by
        > pospadali). Dopadł go przy bufecie i już na nim dłużnika położył... ale
        barman
        > ich rozdzielił.
        >
        > No i ocalony przed niechybną zgubą dłużnik wyszedł na ulicę i zaczął wydawać
        z
        > siebie coś, co w założeniu miało zapewne stanowić ironiczny śmiech, w
        praktyce
        > jednak stanowiło głównie prezentację prawie całkowitego braku uzębienia (może
        > miał więcej wierzycieli?). Ściślej biorąc, miał dokładnie 4 zęby.
        >
        > Nic dziwnego, że dama, w dalszym ciągu na cały głos nazywająca swego dłużnika
        > słowami oznaczającymi przede wszystkim niektóre części ciała, a nieco
        rzadziej
        > osoby o nietypowych upodobaniach seksualnych, nagle zmieniła ton wypowiedzi i
        > wrzasnęła za nim (na całą knajpę):
        > - Ty wampirze jebany!-
        >
        > Określenie to było tak trafne, że natychmiast razem z braciszkiem znaleźliśmy
        > się pod stołem ze śmiechu, a adorator, dotychczas niezwracający na nas uwagi,
        > zaczął się nam przyglądać, analizując uważnie, czy aby czymś nie uchybiliśmy
        > czci damy jego serca.
        >
        > Nie będąc w nastroju do walki o honor damy (na której widok zresztą rzygać mi
        > się chciało) wyjaśniłem spiesznie, że takie wrażenie zrobiła na mnie jedynie
        > niezwykła celnośc jej wypowiedzi.
        >
        > Adorator uspokoił się, uznał, że dama jego serca została nie tylko nie
        > znieważona, ale wręcz skomplementowana... i w ramach odprężenia sam
        uśmiechnął
        > się od ucha do ucha.
        > Przy tym pokazał zdumionemu światu, że...
        >
        > ...że...
        >
        > ...że...
        >
        > ...że sam ma DWA ZĘBY!
        >
        > I tu spadliśmy z krzeseł ponownie.
        >
        > Na szczęście nie zajarzył od razu, o co chodzi, a jak po paru minutach
        (chyba)
        > zajarzył, to jego luba go jakoś spacyfikowała (ale nie mam pewności, czy
        chciał
        >
        > się trzaskać ze mną, czy pójść w ślady Blade - Wiecznego Łowcy i ścigać
        > wampira).
        >
        > I jakoś się to wszystko rozeszło po kościach.
        Brawo FRED! Takich par, o której opowiadasz, jest w spelunach całe mnóstwo.
        Dokładnie wyobraziłem sobie jak wyglądali ci ludzie. Takich ci u nas w
        Bydgoszczy pod dostatkiem. Ale ta podwójna puenta z wampirem doskonała!!!
        Siedząc zmęczony, jedząc obiadek i klikając prawie zjechałem na glebę. Gdybym
        był tam z Wami chyba byn się posiurał. Extra! Wybiorę się dziś do "Afery", więc
        może ujrzę co nieco. Pozdrawiam.
      • ignatz Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 02.06.03, 16:41
        Gość portalu: Fred napisał(a):

        > faceta, przypominającego z wyglądu
        > Hitlera, tyle, że (w przeciwieństwie do pierwowzoru) nikczemnego wzrostu i
        > obficie wytatuowanego.

        Ejże, Hitler też był nikczemnego wzrostu :-)
        • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 03.06.03, 07:27
          Hmm, mi się zawsze wydawał na zdjęciach powiedzmy wyższe stany średnie, tzn.
          jak na swoje czasy; wtedy powiedzmy 170 cm to była średnia, dziś jest to karzeł
          (ja mam 174 cm :-)))))). Ale mogę się mylić.
          • Gość: Daniel (mgr hist.) Wspomnienia z Ukrainy... :-) IP: 80.51.247.* 04.07.03, 02:53
            Hitler miał tylko 163 cm wzrostu, wtedy średnio wszyscy byli nizsi niż teraz
            (Stalin 165, Mussolini 158 [!], ale np. Piłsudski 177, Franciszek Józef 190).
            Dyktatorów filmowano tak, żeby się wydawali wysocy.
            ============================
            A co do wątku... W spelunie nie miałem okazji się upić, parę razy w innych
            miejscach. Inicjacja jabolowa: luty 1995 (miałem 16 lat). Poszliśmy z kolegami
            i koleżankami na dyskotekę do podstawowki ktorą skńczyliśmy rok wcześniej. Parę
            jaboli na ulicy pod sklepem z gwinta, parę wnieśliśmy pod kurtkami do szkoły.
            po dyskotece jeszcze łaziliśmy po osiedlu, wpakowali mnie chyba w busa i do
            domu...
            Ale najsympatyczniejsze uchlanie miałem na Ukrainie w październiku 2002 na
            studenckiej wycieczce. Najpierw w Krzemieńcu - ostro zakrapiana kolacja w
            restauracji, śpiewy i bratanie się z Ukraińcami (za drużbu miż narodamy
            Polszczi ta Ukrainy!), potem na dyskotekę. Do koleżanek z roku też mówiłem
            mieszaniną rosyjskiego i ukraińskiego, one tłumaczą: "Daniel, ale ja jestem
            Polką". Wracaliśmy o 2 w nocy idąc pustą i zaciemnioną ulicą Symona Petlury.
            A na koniec wycieczki słynny kiedyś kurort Jaremcza. Mieszkaliśmy w pensjonacie
            zbudowanym jeszcze za Polaków w 1938, za Sowietów było to sanatorium dla
            gruźlików. Spałem w opakowaniu na łóżku bez pościeli, tylko brudne koce. Może
            ktoś na tym kocu zszedł... Niesamowicie zimno. Bimber. Do kibla, paw i znowu.
            Śpiew: pieśni patriotyczne, wojskowe, "Czerwone korale" Brathanków i "Lornetka"
            Golców. Za ten śpiew podlewali mi ciągle, ja bełkotałem "ja wże ne mohu pyty
            horiłky", bo po tygodniu byłem już zasymilowany... :-)
            • Gość: Fred Re: Wspomnienia z Ukrainy... :-) IP: *.wodgik.katowice.pl 04.07.03, 08:50
              Gość portalu: Daniel (mgr hist.) napisał(a):

              > Hitler miał tylko 163 cm wzrostu, wtedy średnio wszyscy byli nizsi niż teraz
              > Dyktatorów filmowano tak, żeby się wydawali wysocy.

              Zapewne po trosze z obu tych powodów zawsze wydawał mi się powyżej średniej w
              filmach dokumentalnych, ale także na zdjęciach grupowych, gdzie przecież
              wszyscy stoją. To drugie właśnie tłumaczyłbym tym co piszesz, że wtedy wszyscy
              byli niżsi niż dziś (jako historyk z pewnością zauważyłeś, że najbardziej
              wymownym świadectwem, jakiego wzrostu ludzie byli wiele lat temu, są pamiątki
              ze znacznie wcześniejszego okresu, jak np. zbroje husarskie, w które dziś chyba
              nie zmieściłaby się większość gimnazjalistów; ja, rocznik '73, w podstawówce
              byłem jednym z wyższych, teraz mając 1,74 m praktycznie nie spotykam facetów
              niższych od siebie).

              > Ale najsympatyczniejsze uchlanie miałem na Ukrainie w październiku 2002 na
              > studenckiej wycieczce.

              !!!

              Ukraińcy lubią i umieją wypić.

              I przypomniały mi się 2 anegdotki na ich temat, choć nie pijackie.

              I. Siedzimy sobie kiedyś w trójkę z moją ówczesną lubą i z jednym Ukraińcem,
              jemy obiad i gadamy - każdy po swojemu, wszyscy się rozumieją. No i w pewnym
              momencie pada zdanie "ja to jestem kobieta skomplikowana".
              I na to Wasyl bardzo się zgorszył.
              My oboje taaaakie oczy - o co chodzi?
              Najpierw nie chciał powiedzieć, ale w końcu, przyparty do muru, zeznał:
              "Ja to nie lubię kobiet skomplikowanych. Bo kobieta skompikowana to tak: w
              parku nie, w samochodzie nie, na podłodze nie, w wannie nie, do buzi nie, tylko
              w łóżku i po bożemu".

              II. Był jeszcze taki Witalij, który zaczynał dzień zawsze od stakana, jak my od
              kawy. Wiecznie smutna morda, na 90% kagiebowszczyk, który bardzo nie lubił
              tego, co mu kazano robić. No i raz polskie dziewczyny go podpuszczają:

              - Witalij, zaśpiewaj coś.-
              - Ne umiju.-
              - Ale dla nas zaśpiewaj...-
              - Ne umiju.-
              - Ale masz taki ładny głos...-
              Na co Witalij po rosyjsku, z ukraińską wymową:
              - U menja takoj hołos, szczoby w tualietie "zanjato!" kryczat!-
              (jeśli ktoś nie zrozumiał: mam taki głos, żeby nim w kiblu krzyczeć "zajęte!")

              Wśród tych dziewczyn była jedna, nazwijmy ją Dagmara, uważająca, że jak jest z
              Warszawy, to nie musi, a wręcz nie wypada się jej znać się na geografii. Nie
              umiała pokazać na mapie większości miast nawet wojewódzkich, nie była w stanie
              i nie miała ochoty pojąć różnicy między Śląskiem a Zagłębiem (więc dla niej ja
              zawsze byłem Ślązakiem, mowa śląska mieszaniną polskiego i niemieckiego, a mój
              Tata na pewno był górnikiem - mój komentarz "Tjaa... ma kopalnię za
              śmietnikiem" - itp.), dobrze że w Zakopcu nie zaczęła wychwalać ówczesnego
              województwa nowosądeckiego, czy w powiedzmy w Zduńskiej Woli - sieradzkiego, bo
              mogłaby tego nie przeżyć (na szczęście chyba nie wiedziała, że były takie
              województwa).

              No i mija ok. pół roku od niedoszłego występu wokalnego Witalija.

              Siedzimy w parę osób, m.in. Dagmara i ja, jemy obiad i w pewnym momencie rzucam
              tekstem Witalija "u menja takoj hołos..."

              Na co Dagmara robi wielkie oczy i mówi:

              - Przecież wiesz, że ja nie rozumiem p o ś l ą s k u ...-
      • Gość: Nikka_20 Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: 213.155.186.* 02.06.03, 18:29
        Nieee, no nrmalnie historyjka z tym czterozębnym Hitlerowampirem mnie rozwaliła
        na max. Hehe. Piszcie dalej te śmieszna historyjki. Autentycznie mało nie
        zrypałam się z krzesła. Brawo dla autora tego forum!!!
    • jakela Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 02.06.03, 19:39
      To moze bylo malo smieszne, ale napewno specytficzne.
      Byl 23 grudzien godzina pozno nocna. Bar przy dworcu. Ostani pociag odjechal
      jakis czas temu (nie jest to dworzec przelotowy), w duzym wielo-tysiecznym
      miescie. To byl bar gdzie nie mozna kupic alkoholu (przynajmniej nie sprzedaja
      goa obcym). Ja zjawilam sie tam aby cos zjesc. Barman byl albo tak pijany albo
      nacpany ze trudno lapal kontakt z rzeczywistoscia. Przy barze stala nietrzezwa
      prostytutka ze swoim pijanym alfonsem i rownie pijanym jakims gosciem.
      Moi koledzy zamowili po haburgerze a ja zamowilam frytki z surowkam.
      Po jakims czasie chlopaki dostali po hamburgerze. Ja sobie grzecznie czekalam.
      Po jakis 10 minutach barman przyniosl frytki bez surowek i zaczal szukac po
      tym malutkim barze kogos kto je zamowil (a bylo nas tam siedem osob z
      barmanem). Ja sie nie odzywalam, bo mialam dostac frytki z surowkam. Barman
      nie wiedzac komu je dac, dal je prostytutce. Ta je wziela, zrobila oczy jak
      talerzyki i powiedziala
      - Dla mnie??? z ogromnym zdziwieniem i patrzac na swojego alfonsa zadal mu
      pytanie Kuples mi??? Byla w takim szoku ze ten pijany alfons kupil jej frytki
      ze byla gotowa pasc mu do nog w zamian.
      Po jakis kolejnych 5 minutach upomnialam sie o frytki. Baran sprawdzil na
      kasie, ze rzeczywiscie z nie zaplacilam, a potem mi je przynosl ... wraz z
      hamurgerami dla chlopakow bo zapomnial ze juz je wydal.
      Polecam odwiedzenie takich miejsc w wigilie swiat nie koniecznie
      bozonarodzeniowych.
    • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 03.06.03, 11:06
      U nas menele, pewnie jak wszędzie, jak chcą kasę, zwracają się
      per 'kierowniku'. Ale z tradycji wyłamał się jeden, który ostatnio usiłował
      jakiegoś faceta poczęstować jabolem i zwracał się do niego per 'ciulu
      inżynierze'.
    • Gość: Fred Wspomnienie chyba z 1998r. IP: *.wodgik.katowice.pl 05.06.03, 08:25
      W Warszawie jest sobie taki sympatyczny placyk niedaleko Pl. Bankowego.
      Ponieważ jest zadrzewiony i mimo lokalizacji w centrum miasta cichy i spokojny
      (przez 2 lata mieszkania obok może raz widziałem tam policję), tzw. nosy, czyli
      miejscowi miłośnicy denaturatu i innych win produkcji krajowej chętnie oddawali
      (i pewnie nadal oddają) się tam swojemu hobby. Byli zresztą nieszkodliwi, nawet
      pod względem hałasu - może dlatego, że chlali głównie rano.
      Kiedyś skądś wracam przez ten placyk, godzina może 15, lato. Przede mną idzie
      ścieżką sprzedawczyni z pobliskiego sklepu spożywczo-monopolowego, w klapkach i
      fartuchu, ewidentnie wyszła po coś na chwilę. Nagle na drugim końcu ścieżki
      pojawia się "nos", na widok sprzedawczyni uśmiecha się od ucha do ucha, szeroko
      rozkłada ręce i bardzo chwiejnym krokiem zaczyna iść uściskać Tą, Która Co
      Dzień Dostarcza Mu Radości Życia. Ale entuzjazm osłabił siłę jego woli i
      samokontroli - ręce rozwierają się coraz szerzej, krok staje się coraz bardziej
      chwiejny... aż wreszcie w odległości ok. 1 m od spotkania ze szczęściem wygina
      się do tyłu jak Ireneusz Krosny i pada jak długi w pobliskie krzaki.

      (Oczywiście sprzedawczyni zaraz zaczyna go podnosić i nawiązuje się dialog w
      rodzaju: "Oj panie Franiu ile tego dzisiaj było?" "Cztery... i pół, bo Felluś
      jednego potłukł" "No to na dzisiaj pan już ma chyba dość?!" "Tjaaa... Alle
      jutro sie u pani melldujem!")
    • Gość: Fred Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 05.06.03, 08:42
      Siedzę kiedyś u fryzjera w Katowicach, a tu wchodzi taki zasuszony facet ok. 70
      lat, na oko tak z pół jabola w żyłach miał. I się pyta:

      -Eee, pani, a wiela bydzie kosztować sie łostrzic na glaca?-
      (dla niekumających: ogolić głowę na łyso)
      - Szesnaście tysięcy -
      (dla niekumającej młodzieży: dawno, dawno temu, przed denominacją chyba w
      1994r , były takie ceny)
      - Ło jerunie, jak drogo. Dwa jabole bych se za to kupił! -
      - A musi się pan strzyc na glacę? Przecież panu nie będzie ładnie... -
      - No ja, ale żech sie wetnoł i żech przegroł.-
      (dla nietrybiących: założył się i przegrał)
      - A musi się pan tak głupio zakładać?-
      - Ja, musza. I byda. Bo Ruch to jes najpiekniejszo drużina na świecie!-

      Ale się nie zdecydował.

      x

      W parę lat później poznałem dalszy ciąg tej historii.

      Po jakichś dwóch godzinach przyszedł, zapewne wypiwszy na odwagę kolejne winko.
      I kazał się jednak strzyc - honor to honor!

      Ale jak się potem zobaczył w lustrze, to się złapał za łysą głowę i w panice
      uciekł, nie płacąc!



      • alcest1 Re: Wspomnienie z 1992 (?) 05.06.03, 11:54
        witam Fred. W opowiadaniu historyjek jesteś mistrzem świata. Mam nadzieję ze
        kiedyś spotkamy się w Katowicach( w końcu macie spodek- koncerty). Pozdrawiam,
        Alcest
        • Gość: Fred Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 05.06.03, 15:19
          B. miło słyszeć. Pozdro
          • Gość: GOSC Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.um.katowice.pl 06.06.03, 08:38
            eheheh mi tyz sie fajowo czyto opowiesci Ferdka, ala mom watpliwosci czy Wy
            odwiedzocie te speluny z nudów abo jestescie alkoholisty hehehehe
            • Gość: Fred Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 06.06.03, 11:12
              Z nudów som my łożyroki. Szichta mi leci, a jo nie robia, ino siedza łożarty i
              patrza, kaj jeszcze coś zachachnunć. Alcest łożarty, Fan leży pod łoknym,
              Lapusz już tyż mo faza, a Anahella i Lilka nabombiune tańcujom sie w stringach
              na rurce. Yno Gość smutny, bo Uszok kazoł wszistkim w Urzyndzie sie esperale
              zaszić i Gościowi sie bez to dobry humor stracił.:-))))))))))))))))))))))))))))

              Pozdro for all. Speluny są the best, a Was uwielbiam!
              • Gość: GOSC Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.um.katowice.pl 06.06.03, 12:41
                eheheheheh nu przinoja, niy jestech takim ozyrokiem jak wy, ala jaja mom colki
                czas - te przislowiowe, oooooooooooooo i te tyz nowyt som(sprowdzou wlosnie w
                galotach)
                • Gość: Fred Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 06.06.03, 13:53
                  Gość portalu: GOSC napisał(a):

                  > eheheheheh nu przinoja, niy jestech takim ozyrokiem jak wy, ala jaja mom
                  colki
                  > czas - te przislowiowe, oooooooooooooo i te tyz nowyt som(sprowdzou wlosnie w
                  > galotach)

                  E, no co Ty, tego nigdy nie kwestionowałem :-)

                  Aaaaah! Weekend idzie, poobligowałoby się trochę, a tu Q! sesja! Tak to jest
                  jak ktoś się nawali i się w wieku 30 lat na 3-cie studia decyduje! Ale może
                  poobliguję w sobotę...
                  • Gość: Lapusz Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.crowley.pl 06.06.03, 14:06
                    Znałem ludzi na studiach, którzy się przyzwyczaili i już nie mogą się
                    odzwyczaić. Są permanentnie zobligowani. Mnie też niewiele brakowało i bym się
                    przyzwyczaił. Jedno wiem - jeżeli masz ochotę to nie musisz się obawiać -
                    zapewniam, że w sobotę zobligujesz. Pzdr.
                    • Gość: GOSC Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.um.katowice.pl 06.06.03, 14:50
                      Fredek , a kaj Ty z reguly obliguejsz? rozumia, co robisz we Szopienicach a
                      miyszkosz na gorolskiej ziemi, ja?
                      • Gość: Fred Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 09.06.03, 08:07
                        Stary, nie wiem o czym mówisz z tymi Szopienicami - o ile zrozumiałem, to Ty
                        stamtąd jesteś. Ja w Szopienicach bywam najczęściej w Selgrosie (celem
                        zaopatrzenia się m.in. w obligacje), a poza tym prawie w ogóle.

                        A obliguję różnie. Najczęściej albo z tatą na Koszutce albo z kumplami w S-cu.
                        No i oczywiście w X i nad jeziorem.

                        Ale ostatnio mało obliguję, bo k# jej m! sesja nadeszła... A to już nie te
                        czasy, kiedy człowieka utrzymywali starsi i można się było zajmować tylko nauką
                        (rzecz jasna podczas przerw w obligowaniu). W rezultacie jestem zaj#$!ny od
                        góry do dołu - rano na siódmą do roboty, a potem w domu do książki - ostatnio
                        prawo rzymskie. Jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu najpierw rozum odbiera.
                        Gdzie mnie starego konia 30 lat na studia (i to trzecie) wzięło... Ale od 23
                        czerwca (ostatni egzamin) ogłaszam "hulaj dusza piekła nie ma" i walczę ze
                        stresem (przy grillu w ogródku) ...
                        • Gość: GOSC Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.um.katowice.pl 09.06.03, 14:19
                          ech Fredek, cos mi sie cieplo na oczy( ala niy oud obligowanio heheeh) i zech
                          sie wmowil,co robisz we wodociagach i kanalizacji( a to jes w szopienicach)-
                          wiysz, blyndnie odczitolech Twojygo hosta, a wogola co to znoczy wodgik?
                          acha, jo tyz niy pochodza ze Szopienic buahahaha, to zsmy sie dogodoli, jak
                          gorol z hanysem heheeheheh, nu nic, ala jzu wszistko wiymy.
                          P.S Piszcie cos ozyroki, abo zacznijcie obligowoc, bo colki cza czekomy
                          heeheheh,Pyrsk!
                          • Gość: Fred Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 09.06.03, 15:21
                            Ale jaja!

                            "WODGiK" to nie są wodociągi, tylko "Wojewódzki Ośrodek Dokumentacji
                            Geodezyjnej i Kartograficznej" w Katowicach przy Granicznej 29.

                            A ja się Q zastanawiam, co ty tak o tych Szopienicach ciągle... a tu faktycznie
                            masz powód.

                            Jutro będziemy z Tatą obligować... o ile zdam to j$#ne rzymskie. A jak nie, to
                            też, ale na smutno. Będziemy śpiewać na Koszutce, albo w centrum ale nie bój
                            się, w Szopienicach będzie słychać...:-))))))))) Duże pozdro!
                            • Gość: GOSC Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.um.katowice.pl 10.06.03, 07:43
                              buahaahah nu to richtig niezle jaja, jescza z innygo powodu, dej mi jak mozesz
                              jakis adres na krzinka emaliowano Ferdek, tako malo ciekawostka chiou CI
                              pedziec,Pyrsk!
                              Ala doss tych gadek, czekomy na dalsze opowiesci!
                              • Gość: Fred Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 10.06.03, 09:26
                                frred@gazeta.pl
              • lillka2 Re: Wspomnienie z 1992 (?) 06.06.03, 20:51
                Dobrze,żech jes ślonzora,bo bych nie wiedziała o czim godosz.Trzimejcie
                sie chopcy,ale z wos pierony,jak szlag/i pijoki tyż/i jeszcze mie,staro baba
                chcecie w to wciągać,ja?Na rułce,godosz?W stringach,ja?Koniec świata...

                P.S.Mój śląski pozostawia wiele do życzenia,wybaczcie.Z Wami nie można się
                nudzić.Pozdrawiam serdecznie
                • Gość: Fred Re: Wspomnienie z 1992 (?) IP: *.wodgik.katowice.pl 09.06.03, 15:25
                  Liluś, być może to przypadek... ale Twoje imię jest dosyć rzadkie, a pewne
                  cechy osoby też by się zgadzały. Czy Ty aby nie jesteś ze Świętochłowic-
                  Hugobergu, nie kończyłaś filozofii w Lublinie, a teraz nie mieszkasz przez
                  przypadek w Warszawie?
                  • lillka2 Re: Wspomnienie z 1992 (?) 10.06.03, 17:08
                    Lilunia odpowie,ale przez pocztę. Pozdrawiam
    • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 12.06.03, 15:10
      Dialog w mordowni przy piwie z dobrym kolegą, ale strasznie nawiedzonym
      nacjonalistą (zresztą obecnie doktorem politologii; pisał o nacjonalistach-
      neopoganach, bo LPR itp. to już dla niego oportuniści)- wszyscy rozmówcy
      nabombieni, ale Mateusz najbardziej:

      - Nie znam innej wartości niż dobro Narodu Polskiego!!!-
      - I co, będziesz walczył o Wielką Polskę?-
      - Kurwa, będę!-
      - A jak już Polska będzie wielka, to będziesz walczył o Polskę od morza do
      morza? -
      - Kurwa, będę!-
      - A jak już Polska będzie od morza do morza, to będziesz walczył o panowanie
      nad światem? -
      - Nie, kurwa, nie bedę! To zostawiam Żydom i masonom! -

      Później poległ w tej walce i spadł pod stół:-)))
    • Gość: Fred Re: z nudów odwiedziłem parę spelun IP: *.wodgik.katowice.pl 16.06.03, 12:56
      Liczę dni do 23. Wtedy q pod stołem 3 dni będę leżał...

      A potem Wam to wszystko opiszę...

      Pozdro
    • beannshie Re: z nudów odwiedziłem parę spelun 17.06.03, 13:00
      u mnie w miasteczku jest taka baardzo sympatyczna spelunka [hm... w sumie to
      nie wiem jaka jest w srodku;)], przy ktrej siedzi zawsze gromadka baaardzo
      sympatycznych sympatycznie podpitych ludzi w podeszlym wieku;) zawsze, kiedy
      tamtedy przechodze, to zaczynaja cos grac - maja wyposazenie w postaci trabek,
      akordeonu.... a gdy tam przechodze z gitara to dopiero;) pierwszy raz widzialam
      ludzi tak chetnych do zalozenia kapeli;)

      pzdr, tak na marginesie to zarabisty ten watek!!:)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka