Gość: G'Reggie
IP: 212.126.17.*
24.01.02, 15:03
W dniu św. Huberta po tradycyjnym polowaniu na lisa koło łowieckie robi sobie
imprezkę na swieżym powietrzu. Jest bigosik, wódeczka i dziczyzna. Impreza
staje się nudna, więc jeden z myśliwych wpada na pomysł, ze upolowaną zwierzynę
zbiorą na stos i po kolei wszyscy myśliwi z zawiązanymi oczami będą wyciągać
zwierzaki z tego stosu i poprzez macanie zgadywać co to za zwierz i w jaki
sposób został zabity. Podchodzi pierwszy myśliwy, troszku zawiany, zawiązują mu
oczy, idzie do stosu ze zwierzakami, łapie kawał futra, ciągnie, zaczyna macać i
mówi:
- hmmmm... sarna... zabita ze sztucera z 50 metrow.
Ludzie biją brawo, bo zgadł bezbłędnie. Podchodzi drugi myśliwy z zawiązanymi
oczami, troszkę bardziej zawiany od pierwszego, wyciąga kawał futra i mówi:
- ten tego... zając... zabity ze śrutówki z 25 metrów.
Wszyscy biją brawo, bo też zgadł. Podchodzi trzeci myśliwy, zamroczony, ledwo
się na nogach trzyma. Z ledwoscią mu oczy zawiązali i puścili w kierunku stosu
zwierzaków, żeby sobie jakiegoś wybrał. Bidula tak był pijany, że po drodze sie
potknął i upadł wprost pod nogi żony gajowego. Twardo jednak wstaje na kolana,
wyciąga ręcę i zaczyna macać. Ludziska milczą, żona gajowego poczerwieniała,
oczy ma jak pinpongi, gajowy z wrażenia zaniemówił, a nasz myśliwy nagle mówi
radosnym głosem:
- WIEM, TO JEST JEŻ!
Maca dalej, chwilę się zastanawia i dodaje:
-...zabity saperką...