Dodaj do ulubionych

do poczytania

05.08.06, 00:50
bo papierowe książki stają się artykułem luksusowym, jak kiedyś papier
toaletowy
www.ebook.pl/index.php?t=ebookdownload
Do ich przeglądania na komputerach PC, komputerach kieszonkowych i
smartfonach należy użyć programu MobiReader. Miłej lektury...



Obserwuj wątek
    • stoik1 mobireader można pobrać stąd 05.08.06, 01:03
      69.0.238.8/soft/readerpro/MobipocketReaderPC.exe
    • albrecht1 Re: do poczytania 05.08.06, 09:28
      Lubię czytać np w łóżku. Jak do cholerki ma trzymać na kolanach kanciaste pudło
      peceta i jeszcze popijać piwo? :)))))))
      • jorg_z_bielitz Re: do poczytania 05.08.06, 10:01
        albrecht1 napisał:

        > Lubię czytać np w łóżku. Jak do cholerki ma trzymać na kolanach kanciaste
        pudło
        > peceta i jeszcze popijać piwo? :)))))))


        Jest w mieszkaniach jeszcze jedno miejsce, gdzie się fajnie czyta książki w
        trakcie "siedzenia".
        Też ciężko tam trzymać PC na kolanach :):):):)
        • albrecht1 Re: do poczytania 05.08.06, 10:22
          jorg_z_bielitz napisał:


          > Jest w mieszkaniach jeszcze jedno miejsce, gdzie się fajnie czyta książki w
          > trakcie "siedzenia".
          > Też ciężko tam trzymać PC na kolanach :):):):)

          O ile się domyslam, to najpoczytniejsze "w tym miejscu" są polityczne newsy z
          kraju nad Wisłą. :DDD
          • stoik1 Re: do poczytania 05.08.06, 10:50
            jak ktoś ma laptoka, to już połowa sukcesu ; )
    • stoik1 rzutniki do PC też tanieją... 05.08.06, 14:34
      chociaż niestety nie tak szybko, jak bym sobie życzył
      a wracając do tematu - sama klasyka, ale sporo fajnych pozycji, polecam mojego
      ulubionego marka twaina ( oprócz tomka sawyera napisał trochę fajnych rzeczy )
      wybaczcie mi egzaltację, ale jak się kiedyś tam dawno interesowałem e-bookami,
      to nie było takiego wyboru
      ze zdziwieniem stwierdziłem, że w tym czasie dokonał się spory postęp ; )
      • albrecht1 Re: rzutniki do PC też tanieją... 05.08.06, 14:59
        Ja niestety czytam teraz Dana Browna, akurat teraz kiedy przycichło to
        zamieszanie, i straśnie mnie wkurza wysiadywanie przed kompem :(
        • stoik1 tak słyszałem, że to wciąga 05.08.06, 19:34
          mam, sam nie czytałem, ale w pracy pożyczyłem czterem osobom
    • stoik1 prasówka 10.08.06, 10:46
      www.modrzew.stopklatka.pl/smiejsie.html
      • kserkses1 dobre, bo polityczne:) 10.08.06, 11:17
        fragmencik: "Jednak od najmłodszych lat wbija im się do głowy, z czego i kogo
        nie należy, a nawet nie wolno, się śmiać: z rodziców, starszych, Boga, śmierci,
        Ojczyzny, cierpienia, władzy itp. Kiedy więc dorastają, mają już wpisany w
        umysł system samoograniczeń, dość zbliżony do zbioru tabu dotyczących życia
        płciowego, l jak każdy powszechny system ograniczający jest to zwycięstwo
        przeciętności nad wyjątkowością. Demokracja służy bardziej miernotom niż osobom
        wybitnym, zakaz poligamii - jednostkom nieatrakcyjnym, a tabu dotyczące humoru -
        mrukom. Jeśli słuszna jest teoria Geoffreya Millera - iż dowcip to silna broń
        w walce o dostęp do zasobów, jakimi jest inna płeć - staje się oczywiste,
        dlaczego niedowcipni za wszelką cenę będą się starali cudze poczucie humoru
        ograniczyć. "
        • stoik1 dobre, bo prawdziwe 10.08.06, 12:51
    • stoik1 Jak to się robi 14.08.06, 13:23
      nie w chicago, w polsce; jeden z bardzo niewielu polskich filmów, na które mam
      ochotę pójść do kina
      serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34791,3509371.html
      "Jak to się robi" - polityczny film z prawdziwego zdarzenia
      Tadeusz Sobolewski 26-07-2006

      Pokazany w środę na festiwalu filmowym Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu dokument
      Marcela Łozińskiego "Jak to się robi" to jeden z niewielu po 1989 roku
      współczesnych polskich filmów politycznych z prawdziwego zdarzenia. Będzie się
      o nim ostro dyskutować.

      Polityczny znaczy w tym wypadku drażniący. Taki, który nie może spodobać się
      żadnej partii. To film, w którym przyglądamy się grze o władzę okiem
      zewnętrznego, ironicznego obserwatora. Wszystko razem śmieszne i przykre. Krąży
      fama, że Łoziński zrobił film o Piotrze Tymochowiczu, specu od wizerunku
      niektórych naszych polityków. Ale "Jak to się robi" nie jest filmem o
      Tymochowiczu, choć nie powstałby bez jego udziału. Mamy tu do czynienia z
      podwójną prowokacją: Tymochowicz uruchamia akcję, kreuje postacie, podczas gdy
      ukryty za kulisami reżyser przygląda się efektom tej kreacji. Założenie było
      następujące: czy da się dziś wykreować jako figurę polityczną człowieka znikąd,
      bez własnych poglądów, bez jakiejkolwiek ideowej formacji? Znając
      rzeczywistość, można było przypuszczać, że się to uda. I, niestety, się udaje.
      Dariusz K., sympatyczny chłopak ze śląskich Tychów, po treningu u Tymochowicza,
      na który zgłosił się dobrowolnie, w ciągu trzech lat ląduje jako czołowa postać
      młodzieżówki Samoobrony. Marzy, aby zostać kiedyś w przyszłości liderem partii.
      Jak odbierze film o sobie samym? Demaskatorską komedię o władzy rozegraną w
      rytmie dyskotekowej muzyki i patriotycznych fanfar?
      Wszystko zaczyna się od zabawy, która wygląda jak eliminacje do reality show.
      Tymochowicz - bohater głośnego przed paru laty reportażu z "Gazety" Jacka Hugo-
      Badera (on również występuje w tym filmie), "gwiazda polskich public
      relations", "człowiek, który przeobraził Andrzeja Leppera" - przeprowadza
      pierwszy w Polsce casting na politycznego przywódcę, przyjmując na siebie rolę
      łże-polityka.
      Casting na lidera
      Zgłasza się ponad sto osób. Zakwalifikowano kilkanaście. Niektórzy po drodze
      wycofują się z gry, widząc, jak grubymi nićmi jest szyta. Ale są i tacy, którzy
      odkrywają w sobie powołanie. To, co wydawało się z początku zabawą w kłamców i
      blagierów, powoli staje się polityczną rzeczywistością. Tymochowicz wprowadza
      swoich uczniów na salony władzy, oferuje ich usługi. Ten prowokator, happener,
      jest równocześnie powiernikiem i nauczycielem polityków. "Czy dobrze
      gestykuluję?" - pyta go żartem zza stołu prezydialnego premier Leszek Miller.
      Już w pierwszych eliminacjach do szkółki można zaobserwować dwa typy
      uczestników. Jednych, którzy nie przestają być sobą, i drugich, bardziej
      plastycznych, którzy natychmiast załapują reguły gry. Jak w niektórych
      teleturniejach, tak i tu wygrywa nie najuczciwszy, ale najbardziej przebojowy.
      Darek podbił jury kwalifikacyjne odpowiedzią na pytanie: "Z czym kojarzy ci się
      polityka?". "Władza, pieniądze, popularność" - wypalił. "A czy będziesz dążyć
      po trupach do celu?". "Tak - powiedział z uśmiechem - Wydaje mi się, że tak".
      Następny krok to poznawanie języka gestów, techniki manipulowania emocjami
      słuchaczy, prawideł zdobywania poklasku. Zapyta ktoś: co w tym złego? Czy
      podobnego relatywizmu nie uczyli starożytni sofiści: że wszystkiego można
      dowieść, że wszelkie poglądy są równie względne i równie prawdziwe? Więc
      najpierw mamy trening politycznej pantomimy. Język ciała. Techniki perswazji.
      Ręce rozłożone w geście konferansjera budzą zaufanie słuchaczy. Dłonie złożone
      w wieżyczkę sugerują postawę intelektualną, głęboki namysł. Nogi rozstawione
      szeroko, stopy na zewnątrz - to jest postawa męska, budząca pewność i posłuch.
      Palce dłoni koniecznie złączone.
      Dalszy etap to próby wystąpień publicznych. Jak przemawiać, żeby ludzie cię
      zapamiętali? Jak mówić z przekonaniem o byle czym, nie mając żadnych przekonań?
      Czy nie takiej właśnie beztreściowej szczerości, takiego pseudoautentyzmu uczą
      dziś na każdym kroku reklama i media?
      Trzeci etap - trzeba wyjść na ulicę, by odegrać role trybunów ludowych.
      Zorganizować manifestację pod jakimkolwiek, byle chwytliwym hasłem. Raz
      demonstrują w imieniu praw pacjentów pokrzywdzonych przez lekarzy, drugi raz
      pod kolumną Zygmunta przeciwko wojnie w Iraku. Trzeci - w imieniu
      niepełnosprawnych.
      Gdybyśmy wtedy przechodzili obok i słyszeli ich żarliwe przemówienia, łatwo
      dalibyśmy się nabrać. Tak dalece nie czuć w nich fałszu. Szkółka polityczna
      uczy właśnie tego - jak zrobić, by ludziom (wyborcom) wydawało się, że jesteśmy
      szczerzy.
      Lekcja nieufności
      Film Marcela Łozińskiego to lekcja politycznej nieufności, taka sama jak jego
      klasyczne filmy z lat 70. i 80.: "Próba mikrofonu", "Jak żyć", "Ćwiczenia
      warsztatowe". Ingerując w rzeczywistość, wprowadzając do niej podstawione
      postacie, Łoziński wydobywa tkwiący w życiu politycznym fałsz. Lars von Trier
      w "Idiotach" pokazał happeningową grupę destruktorów (udających
      niepełnosprawnych umysłowo), którzy przenikali do instytucji społecznych i
      badali granice tolerancji. Łoziński, posługując się uczniami ze szkółki
      Tymochowicza, wstawia do życia politycznego swoich agentów, żeby sprawdzić, jak
      dalece jest ono podatne na zakłamanie i manipulację.
      Kapitalna jest scena pierwszego spotkania blagierów z przewodniczącym
      Samoobrony Lepperem. Młodzi komplementują przewodniczącego, proponują mu
      odnowienie jego młodzieżówki, tak aby "nie było w niej miejsca dla
      karierowiczów". Przewodniczący świetnie przyjmuje zarówno krytykę, jak i
      komplementy. Pod okiem reżysera Tymochowicza obie strony rozumieją się w mig,
      bez mrugnięcia okiem. W rezultacie liderem młodzieżówki zostaje największy
      blagier.
      Darek zdaje się wierzyć w swoją charyzmę, choć jego końcowe wypowiedzi do
      kamery wskazują, że jest takim samym świeżakiem jak przed trzema laty, na
      początku zdjęć. Twierdzi, że ma poglądy "centrowe", ale nie wie jeszcze, czy
      chce być centroprawicą, czy centrolewicą. Próbował z SLD, chciał wejść do PiS-u
      albo PO, w końcu wylądował u "jedynego nieskompromitowanego lidera". Poczucie
      kompromitacji polskiej elity politycznej pcha go w stronę Samoobrony, którą
      traktuje niemal jak spadkobierczynię "Solidarności".
      Nie usłyszymy od bohatera filmu żadnych konkretów, żadnych poglądów, za które
      trzeba by wziąć odpowiedzialność, poza jednym: mniejsze podatki. Wie tylko
      jedno - musi spełnić wszystko, czego od niego wymagają. "Świętej pamięci Ojciec
      Święty..." - zaczyna któreś z przemówień, aby zaraz potem "oddać hołd
      człowiekowi, który znalazł klucz do porozumienia międzypokoleniowego:
      Andrzejowi Lepperowi".
      Stare dekoracje
      Ludzie jak za komuny albo tracą zaufanie do polityki, albo zaczynają cynicznie
      korzystać z panujących reguł gry. Szkoda tylko młodego bohatera, którego
      kariera została w pewnej mierze wykreowana na użytek filmu. Zamiast politykiem
      powinien raczej zostać aktorem. Jest coś okrutnego w przyglądaniu się, jak
      wchłania go partyjna gra, jak na kolejnych szczeblach kariery łamie się jego
      charakter. Z jednej strony, jak kusiciel towarzyszy mu Tymochowicz, podsuwając
      socjotechniczne chwyty zapewniające powodzenie. Z drugiej - Hugo-Bader usiłuje
      pobudzić go do krytycznego myślenia. Bez skutku. Kamera rejestruje na zimno
      cały proces, jakby czekając na bunt ze strony bohatera. Ale Darek się nie
      buntuje, pnie się po partyjnych szczeblach.
      Naiwnością byłoby gorszyć się wszelką manipulacją, politycznym makiawelizmem.
      Ale w tym filmie chodzi o coś więcej niż o banalne odkrycie, że polityka jest
      brudna.
      Odraza do obecnej polskiej polityki, jaka bije z dokumentu Łozińskiego, bierze
      się stąd, że staje się ona tak dalece beztreściowa, o
      • stoik1 ... 14.08.06, 13:25
        cz.2
        Odraza do obecnej polskiej polityki, jaka bije z dokumentu Łozińskiego, bierze
        się stąd, że staje się ona tak dalece beztreściowa, oderwana od rzeczywistości,
        skupiona na sobie samej, na grze o władzę, w której dowolnie żongluje się
        pomieszanymi pojęciami lewicy i prawicy. Żal pokolenia, któremu polityka,
        zupełnie jak za Gierka, będzie kojarzyć się jedynie z partyjnym posłuszeństwem
        i patriotyczną tromtadracją. Jak szyderstwo brzmią powtarzane w filmie "Jak to
        się robi" hasła: bądźmy kreatywni, zmieniajmy świat! Bo nasz świat, jak na
        złość, nie chce się zmienić. Na scenie politycznej zaczynają straszyć te same
        dekoracje, co kiedyś - stąd melancholia generacji Marcela Łozińskiego (rocznik
        1940).
        Jego film, utrzymany w szorstkim, reportażowym stylu, świadomie wyprany z
        liryzmu, ekspresyjności, symboliki, zawiera jednak dyskretnie ukrytą warstwę
        symboliczną. Zwróćmy uwagę, w jakiej scenerii odbywa się polityczny casting:
        Zamek Królewski, kolumna Zygmunta, Łazienki, teatr Na Wyspie. Historyczne
        miejsca wnoszą do filmu dramatyczny kontrapunkt. Chwilami wydaje się, że
        dzisiejsze polityczne gry i zabawy profanują święte miejsca przeszłości. Ale
        można pomyśleć inaczej - te miejsca nie są święte, a dzisiejsze polityczne
        błędy są powieleniem naszych dawnych błędów.

        "Jak to się robi", reż. Marcel Łoziński, Polska 2006
        • stoik1 dziwnie aktualne 20.09.07, 11:45
          a nawet - coraz bardziej
          • albrecht1 Re: dziwnie aktualne 20.09.07, 20:59
            Obawiam się, że rzeczywistość przerośnie to co zostało zapisane na taśmie :/
    • stoik1 Martenka 21.08.06, 16:12
      felietony Henryka Martenki, drukowane co tydzień w Angorze
      www.scretch.info/index.php?id=felietony
      • kubek Kiedyś czytałem Angorę chyba czas zacząć na 21.08.06, 18:24
        nowo.
        Zmienie sobie z Forum.

        PS> Obydwa periodyki można kupuć na stacjach PKP za 50% ceny :)
        • stoik1 forum na angorę ? 22.08.06, 09:08
          ee, nie żartuj : )
    • stoik1 zaaolzie.org - 8/2006 22.08.06, 09:50
      tym razem nie piszą nic o forach : )
      www.zaolzie.org
    • stoik1 w aqngorze kolejny świetny felieton martenki 11.09.06, 14:46
      lubię tego gościa; może wjedzie na ww. adres z tygodniowym opóźniaczem
      poza tym - artykuł pana w.t. o zamieszaniu wokół starej drogi cieszyn-skoczów,
      którą 'podarowano' gminie dębowiec ( głównie... )
      faktycznie - koleiny potrafią tam sponiewierać
    • stoik1 zaolzie.org 9/2006 22.09.06, 11:57
      CZECHOSŁOWACJA WOBEC WOJNY POLSKO - BOLSZEWICKIEJ - Marek Kazimierz Kamiński
      zaolzie.org/zaolzie2006/200609/PBI200609.htm
      • kubek Czy Czesi z Księstwa byli ze względu na obecność 26.09.07, 01:41
        Polaków inni od pozostałych Czechów, no bardziej buńczuczni,
        bo ktoś musiał chyba mocno nagabywać tych Benešów i Masaryków
        do walki z Polską o Zaolzie.
        Mogło to się stać zgodnie z zasadą kto z kim przystaje
        takim się staje, czyli Czesi znali dzielnych, walecznych Polaków i
        też chcieli być tacy szalenie pomysłowi?

        Wiem oczywiście że huta i linia kolejki były istotne,
        ale dlaczego właściwie naród który nie przepada
        za wojnami zdecydował się na takie ryzyko?

        Przecież musieli też słyszeć, że my lubimy wymachiwać szabelką
        nawet w sytuacjach beznadziejnie beznadziejnych.


        • stoik1 cóż 26.09.07, 21:08
          to było rozsądnie, typowo po czesku skalkulowane ryzyko
          żadna tam somosierra ; )
    • antek.toka Re: do poczytania 25.09.07, 12:52
      nie pierdol
    • stoik1 niezły artykuł 08.08.08, 12:02
      tygodnik2003-2007.onet.pl/2861,30437,1446488,1,tematy.html
    • stoik1 Esej z Beskidami w tle 08.08.08, 12:14
      Polskie literki się nie przekopiowały, całość w
      www.innyswiat.most.org.pl/ulica/12-96.pdf
      W uszach grzmi jeszcze huk strzelaj¹cych korków po szampanach, a w
      pamiêci ci¹gle majacz¹ sceny z grudniowej nocy na granicach.
      Nieukrywana radooeæ ze zniesienia kontroli na granicach z naszymi
      unijnymi s¹siadami sk³ania do krótkiej refleksji – niekoniecznie do
      wielkich s³ów i wiekopomnych przemyoeleñ, ale do zwyk³ego spojrzenia
      na kordony, które co prawda nie zniknê³y, ale ich przekraczanie
      w znacznym stopniu zosta³o uproszczone.

      Krótki esej z Beskidami w tle, czyli przemyoelenia turysty na kanwie
      Schengen.

      Korzystaj¹c z chwili wytchnienia jakie daje trzydniowy urlop w
      miêdzyoewi¹tecznej przerwie, postanowilioemy (ja i Annka) wybraæ siê
      w krótk¹ przeja¿d¿kê w nieodleg³e od Katowic Beskidy. Plan by³
      prosty i jasny – byle na po³udnie, ku Istebnej, Jaworzynie i
      okolicom. I pewnie tak by zosta³o, gdyby ju¿ w samej Wioele mojej
      uwagi nie przyku³ drogowskaz „Jablunkov 25”. Przez Jablunkov, znany
      w Polsce jako Jab³onków wczeoeniej tylko przeje¿d¿a³em, teraz
      pojawi³a siê okazja do zatrzymania siê w tym niewielkim, ale
      znacz¹cym dla beskidzkiej spo³ecznooeci mieoecie. W Istebnej
      zaopatrujemy siê wiêc w czeskie korony i w¹sk¹ drog¹ przez Jasnowice
      kierujemy siê ku Republice Czeskiej. Przejoecie graniczne – jakieoe
      zadaszone kontenery, obok nich sklep spo¿ywczy (ju¿ po czeskiej
      stronie) – przeje¿d¿amy sprawnie. A jeszcze w po³owie grudnia,
      wybieraj¹c siê do niedalekiej Opavy, na przejoeciu granicznym
      sprawdzano nam dowody osobiste. Nasza trasa prowadzi przez
      Jab³onków, Mosty u Jab³onkowa, s³owacki Svrcinovec, z powrotem na
      polsk¹ stronê, do nazwijmy to galicyjskiego Zwardonia.
      I co w tym dziwnego? Ano niby nic – droga jak droga, krótka,
      jednodniowa wyprawa po beskidzkich groniach.
      A jednak w perspektywie naszego wejoecia do strefy Schengen, maj¹ca
      w sobie cooe niesamowitego. Ju¿ choæby to, ¿e na przestrzeni 40
      kilometrów, zataczaj¹c pêtlê woeród miejscowooeci, gdzie ludzie
      pos³uguj¹ siê oficjalnie zbli¿onym, a nieoficjalnie prawie tym samym
      jêzykiem, cz³owiek przekracza trzy razy granicê pañstwow¹:
      polsko-czesk¹, czesko-s³owack¹ i s³owacko-polsk¹. Gdyby przewêdrowaæ
      tê cestê jakimoe górskim szlakiem gdzieoe w czternastym wieku,
      granic pañstwowych nie by³oby tu ¿adnych – toæ to wszystko nale¿a³o
      do OEl¹ska.
      Dopiero pod koniec czternastego stulecia Madziarzy przesunêli
      granice swego królestwa, zagarniaj¹c w¹ski pas oel¹skiej ziemi od
      rzeki Kysucy a¿ po Prze³êcz jab³onkowsk¹. To wtedy od oel¹skiej
      ziemi odpad³ Svrcinovec, o którym bêdzie jeszcze mowa.
      Nad piêkn¹? Modr¹? Na pewno Olz¹!
      Gdybyoemy w nasza podró¿ wybrali siê gdzieoe, dajmy na to ko³o roku
      1800, zatrzyma³aby nas jedna, jedyna granica: na wysokooeci
      Gocza³kowic Zdroju, piêtnaoecie kilometrów przez Bielskiem
      opuoecilibyoemy pruski OEl¹sk i znaleŸli na OEl¹sku cesarskim -
      austriackim. Tak na marginesie: podzia³ na Prusoków z pó³nocy i
      Cysaroków,czyli mieszkañców Cieszyñskiego, przetrwa³ do dzioe i do
      dzioe rozpala czasem g³owy, z przymru¿eniem oka przyznajmy –
      Cieszynioków. Ale ju¿ miêdzy Istebn¹ a Jab³onkowem kordonu nie ma
      ¿adnego – i tu i tu ¿yj¹ beskidzcy górale, rodacy lokalnego zbójnika
      Ondraszka. Mowa rozbrzmiewa tu ta sama – dialekt oel¹ski górali
      beskidzkich. I konia z rzêdem temu, kto chcia³by wcisn¹æ owych
      Beskidzioków w jasne ramy nacjonalizmów – pewnie pytany o to kim siê
      czuje, niejeden gazda odpowie, ¿e po prostu je stela, czyli st¹d.
      Tak jak odpowie Prusok, coraz czêoeciej znajduj¹cy pracê w
      rozwijaj¹cym siê górnooel¹skim przemyoele....
    • stoik1 do obejrzenia... 23.09.08, 17:48
      dla odmiany; smutne dość
      fishki.net/comment.php?id=26844
    • stoik1 przewodnik po Beskidzie Śląskim 22.08.09, 17:04
      tiny.pl/hhspm
      fajna rzecz

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka