kubek
07.11.07, 23:47
Zawieszona na forum Otwock:
Tak czytam i pomyśłem, że i tu można wkleić to z powodu tego mostu.
Przystanek Otwock
Z sentymentu i trochę z uporu
- Naprawdę jestem ostatni? - Marek Oren uśmiecha się, siadając w fotelu. -
Hmm... a to mi zaszczyt wielki!
Spotykamy się w kilkuletnim drewnianym domku na otoczonej lasem działce, która
przed wojną należała do Josefa Orensteina, sprzedawcy materiałów
tapicersko-dekoracyjnych. Gdy 17 lat temu Oren przyjechał do Otwocka odzyskać
własność ojca, stał tu obdrapany betonowy barak, a w nim sklep spółdzielni
spożywców.
Dziś w wyremontowanym, powiększonym budynku działają apteka i minimarket.
Odzyskanie działki zajęło adwokatowi Orena cztery lata. Akt zwrotu podpisał
starosta otwocki.
- Z dużą radością to zrobiłem - 57-letni Jarosław Kozłowski mieszka wśród
wysokich drzew, jak to w kurorcie. - Przecież nasze miasto zostało stworzone
przez Żydów, ostatnich z nich jeszcze pamiętam. Miałem żydowskich kolegów w
szkole, wyjechali z rodzicami dopiero w latach 60. Ucieszyłem się, że choć jeden
wrócił.
- Wszyscy tu się tak ucieszyli? - pytamy Orena.
- Ja panom powiem: że jeden idiota napisze na murze "Żydzi do gazu", to jeszcze
nie jest antysemityzm. Nie zamierzałem tu przylatywać, syn mnie namówił, bo
chciał zobaczyć, jak ta niesławna, niestety, Polska wygląda. A teraz mam w
komórce sto numerów polskich przyjaciół. I nie mam tu ani jednego wroga.
- Nigdy nic złego?
- No, może z raz jedzie pijany na rowerze facet i krzyczy mi koło bramy:
"Żydowskie gówno!". I co z tego? Pewnie o swoich taki też ładnie nie powie.
Przez ostatnie dziesięć lat Marek Oren zainwestował w odzyskany teren prawie pół
miliona dolarów. Poza apteką, nowym sklepem i własnym domem, w którym spędza
pięć miesięcy w roku, postawił na ogrodzonej parceli kamienicę - wisi na niej
wielka plansza: lokale do wynajęcia.
- Po co to panu? Przecież jest pan w Tel Awiwie bogaczem, tam cieplutko, szumi
morze, palmy.
- Z sentymentu. I trochę z uporu. Rodzice mieli sklep w Otwocku i ja mam sklep.
Getto miejskie, środkowe i sanatoryjne
Cichy przyjazd Marka Orena w 1990 roku można uznać za wznowienie historii, która
zaczyna się około 1880 roku, gdy rabin Simcha Bunem z pobliskiej wioski Karczew
wydzierżawia sobie kawałek gruntu w środku wielkiego lasu pełnego żywicznych
sosen. Stawia dom modlitwy, zaczynają zjeżdżać się chasydzi. I tak powstaje
jedyne w Polsce miasto z żydowskim szpitalem psychiatrycznym i mnóstwem innych
instytucji wyłącznie dla starozakonnych, od centrum urody Zakład
Dietetyczno-Higieniczny dla Izraelitów (bogatych) do Kuchni Zdrowia dla Żydów
Chorych i Biednych.
Zimą 1940/41 roku Otwock jest jedynym miastem w Europie, gdzie Niemcy otwierają
aż trzy getta: miejskie dla ubogich chasydów, środkowe - dla bogatych
właścicieli pensjonatów oraz sanatoryjne - dla najbogatszych kuracjuszy, których
wojna zastaje w trakcie leczenia.
Latem 1942 roku 50-letnia historia żydowskiego Otwocka gwałtownie się urywa.
W upalne przedpołudnie 19 sierpnia 8 tysięcy ludzi mieści się w 50
ponumerowanych kredą wagonach. Otwocki Judenrat - którego przewodniczący sam
przyprowadza na rampę własnego ojca - musi jeszcze zapłacić niemieckiej kolei za
podróż do Treblinki.
O nic nie pytaj, idź za nią
Kilkaset osób - dorosłych i dzieci - unika wywózki. Edmund Wierciński,
przedwojenny aktor i reżyser teatralny, w 1942 roku mieszkaniec Otwocka, wspomni
później: - W okolicznych lasach widywano kryjówki dziecięce. Małe dołki wykopane
w ciepłym piasku i przykryte gałązkami akacji, od czasu do czasu wysuwały się z
nich czarne główki i drobne, zalęknione twarze. Zdawało się wtedy, że wielkie
żółwie wyciągają szyjki spod zielonych skorup.
Większość ukrywających się zostanie wyłapana przez szmalcowników. 12-letniemu
synowi Josefa Orensteina uda się przeżyć.
- Kilka rzeczy się na moje ocalenie złożyło: miałem jasne włosy, dobrze mówiłem
po polsku, ale najbardziej to plan mego ojca zadziałał - Marek Oren ciągnie swą
opowieść żwawo, jakby opisywał jakąś wesołą historię. - Tato był trzymany poza
Otwockiem, w obozie pracy, w Karczewie. Krótko przed likwidacją getta, kiedy
zabrali mamę i obie siostry, przemycił mnie do siebie i ukrył w baraku. Aż
jednego dnia, nie wiem skąd, przyprowadził młodą dziewczynę, Polkę. "O nic jej
nie pytaj, idź i rób wszystko, co ona ci każe" - powiedział. Dostałem papiery na
Mariana Raczkowskiego i pojechałem z nią ciuchcią do wsi Głoskowo. W klasztorze
mnie zostawiła. Około 50 dzieci tam było. Sieroty, półsieroty. Uczyliśmy się
niemieckiego i religii.
- Księża wiedzieli, że pan jest dzieckiem żydowskim?
- Chyba tylko jeden wiedział. Od tej dziewczyny dostałem nazwę wioski, w której
co niedziela miałem się spotykać z tatą u jednej gospodyni.
- Jaka to nazwa?
Marek Oren chwilę się zastanawia.
- Wolę nie podawać. Ze względu na to, co się potem działo.
Ja bym w okupację Żyda nie przechował
To, co się działo, spróbujemy opisać w największym skrócie.
Ukryty w klasztorze chłopiec zdążył spotkać się z ojcem w trzy kolejne niedziele.
- Trzy razy tata dawał mi pieniądze, którymi co tydzień płaciłem księdzu za
przechowywanie. Za czwartym razem znalazłem w wiosce tylko świeżą mogiłę. Zakłuł
tatę widłami sąsiad tej gospodyni, u której się spotykaliśmy. Niemcy pozwolili
mu za to zabrać po ojcu buty i zegarek.
- Skąd pan wie, jak było?
- Kiedy przyjechałem do Polski, pojechałem tam, żeby tatę przenieść na cmentarz.
Ludzie wskazali mi to miejsce. Powiedzieli, że tata był w żółtej kurtce. I
faktycznie - był. Teraz leży w Warszawie, na Okopowej.
- A pan, wtedy?
- Nie było ojca, nie było pieniędzy. W klasztorze ksiądz mi powiedział, że za
darmo się dalej uczyć nie mogę. Zapłakałem. Wychodzę przed klasztor: droga w
prawo, droga w lewo, wybrałem w prawo. Był wrzesień 1943 roku - wyobraźcie sobie
te ciągnące się milami sady w okolicach Grójca. Jadłem jabłka i szedłem: przez
łąki, zaorane pola. Na noc doszedłem do wsi. Zapytałem, czy nie potrzebują
parobka. Parsknęli śmiechem. Miałem 13 lat, byłem chudy. Ale w końcu mnie wzięli
do pasania krów. Spałem ze zwierzętami w stajni, zimą krowa czy koń działa jak
piec. Jadłem chleb pieczony na liściach chrzanu, piłem cienkie mleko, z dna, bo
śmietana była dla córek gospodarzy.
- Sielanka.
- Poza tym, że byłem niewolnikiem - Oren nagle poważnieje. - Dla 30-kilowego
chłopca bez porządnych butów wyciągnięcie z oblodzonej studni wiadra wody to
jest wyczyn. A ja musiałem takich wiader wyciągnąć po kolei ze 20.
- Nie pytali: "skąd jesteś"?
- Mówiłem to samo co wcześniej w klasztorze: że rodzice poszli do Oświęcimia za
politykę. Nie pytali zbyt dużo - przechowywanie Żyda to była kula w łeb, a tu
parobek darmowy. W sumie jestem im wdzięczny. Powiem bez zbędnych komentarzy, bo
mnie już o to pytali: gdybym miał rodzinę, tobym w okupację Żyda nie przechował.
- Jak pan się znalazł w Izraelu?
- Po wojnie w Otwocku nie było nikogo z naszych. W Warszawie znalazłem kuzynkę,
która - cudem ocalona - właśnie pakowała się na stałe do Nowego Jorku. Granicę
przeszliśmy w Cieszynie.
W 1945 roku na moście dzielącym miasteczko wisiał spis nazwisk żydowskich
dzieci, którym wolno przejść Olzę, by modlić się w synagodze na drugim brzegu.
Za łapówkę lub po znajomości można się znaleźć na liście.
I tak się dostałem w ręce religijnych Żydów w Pradze - Oren wznosi oczy do nieba
i wzdycha. - Miałem stamtąd lecieć do Ameryki. Ale co to było, codzienne
modlitwy, koszer, szabas ścisły, no luuudzie... Miałem 16 lat - uciekłem do
chłopaków, syjonistów, po roku byłem już w Tel Awiwie.
Jeszcze na okręcie Oren poznał żonę, która dziś pracuje na telawiwskiej giełdzie
diamentowej. Mają syna, dwójkę wnuków i żadnych problemów finansowych. To
właśnie syn, kontroler lotów na lotnisku Ben Guriona, namówił tatę na pierwszą
wizytę w Polsce.
- Jak teraz przyjeżdżam do Izraela, to jeszcze ciągl