Dodaj do ulubionych

Przygód kilka Gohy-świrka

23.07.10, 12:27
Jako że latorośl nasza doszła lat studenckich i nie chce (z
wzajemnością) spędzać wakacji z rodzicami oraz ponieważ nie
przepadamy za ciepłym piwem, tłumami, drożyzną i wonią spoconych
ciał zdecydowaliśmy z kolegą małżonkiem, że na „wakacje” ruszymy tuż
to babozlocie oraz, że będzie to „tour de Pologne”.
Nasze pierwotnie dwutygodniowe plany zostały zredukowane najpierw
na końcu (przez datę ślubu Aty i Staszka, którą poprzedziło
piątkowe „czaskanie”), a następnie na początku przez miłą
konieczność opiekowania się Dorotii po jej niezbyt miłym szlifie
oraz datę panieńskiego i kawalerskiego ... suma sumarum zostało nam
w końcu 6 dni do zagospodarowania ...

Dzień –2
Panieńskie i kawalerskie (+ 45 te urodziny małża mego) ... no
coment ...

Dzień – 1
Powinniśmy się pakować i ustalić wreszcie czy jedziemy w prawo czy w
lewo po wyjechaniu z podwórka, ale „zamiast” wybieramy się z Alutką
i Jackiem na całodniową wycieczkę motocyklową ...

c.d.n.
Obserwuj wątek
    • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 12:32
      Dzień 0
      Pobudka około 8 rano, kawa, śniadanie ...i robi się 11ta , a ja
      nadal w piżamie ...
      Około 12tej podejmuję kolejną (tym razem udaną) próbę ucywilizowania
      się i ogarnięcia tematu pakowania ... już wiem, że z domu pojedziemy
      w lewo (więc pierwszy nocleg u teściowej) – w sumie fajnie, bo gdyby
      było odwrotnie miałabym tę perspektywę przed sobą przez cały
      wyjazd ;)
      w okolicach 15tej wsiadamy na motocykle i wyjeżdżamy z podwórka
      włączając lewe kierunkowskazy .... nie ma powodu studiować mapy –
      ten odcinek mogłabym przejechać z (w przenośni) zamkniętymi oczami.
      zatrzymujemy się na krótki postój „obiadowy” za Wrocławiem i tu
      spotykają mnie dwie niemiłe niespodzianki ... po pierwsze dwóm
      oglądączom zdecydowanie bardziej podoba się motocykl męża, a po
      wtóre mąż kategorycznie odmawia jakiejkolwiek formy wizualnej
      bliskości ze mną dopóki mam kask na głowie i kurtkę na grzbiecie i
      podpiera swój sprzeciw pewną, zasłyszana na Bz-cie, historią
      o „dwóch pedałach” ... okaże się później, że jego konsekwencja w tym
      względzie jest żelazna – dopóki moja klatka piersiowa jest schowana
      pod kurtką nawet nie podchodzi za blisko ;)
      ...po pierwszych 350 km dojeżdżamy na miejsce noclegowe - krewni
      małża przygotowują grilla w ogródku, a ja wyciągam komórkę by
      zadzwonić do HLM z prośbą o zorientowanie się czy (u tak polecanych
      przez nią państwa D.) w Lubniewicach znajdzie się następnego dnia
      dla nas nocleg. Marzena odmawia wykonania telefonu i zaprasza na
      nocleg do siebie ... ustalamy też, że po lightowym (ok. 200 km)
      odcinku drogi na pewno nie będziemy zmęczeni i chętnie wybierzemy
      się jako jej eskorta przy próbie ujeżdżania motocykla Hassanowego
      (jako że Virażka HLM poszła jakiś czas temu do ludzi). Informuję
      małża (który akurat pojawia mi się w chwilowym polu widzenia), że
      mamy już plan na następny dzień ... i przyznaję sobie szaszłyk z
      piwem w duchu dziękując Dorotii, która była moją muzą i „natychła”
      mnie by spędzić kilka wakacyjnych dni (podobnie jak ona wcześniej) w
      siodle ...
      P.S.
      c.d.n. ... jeśli chcecie
      • alut-ka71 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 12:48
        Ooo, oto i są obiecane "wypociny" naszej matki forumowej ;)
        Czekamy na ciąg dalszy.
        P.S. Ciekawe, ilu osobom się narazisz, że byłaś tak blisko i nie
        wstapiłaś na kawę :D
        • kreciul01 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 12:57
          cudnie, kolejna 'ogarnieta' wycieczka :D mielismy sie pakowac, ale
          co tam..;) pisz, pisz:)
        • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 13:08
          alut-ka71 napisała:
          > P.S. Ciekawe, ilu osobom się narazisz, że byłaś tak blisko i nie
          > wstapiłaś na kawę :D

          ... a ilu odetchnie z ulgą, że nie przyszło mi do głowy do nich
          dzwonić ;D
      • m0jo Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 21:57
        goha66 napisała:

        > ...
        > zatrzymujemy się na krótki postój „obiadowy” za Wrocławiem i tu
        > spotykają mnie dwie niemiłe niespodzianki ... po pierwsze dwóm
        > oglądączom zdecydowanie bardziej podoba się motocykl męża, a po
        > wtóre mąż kategorycznie odmawia jakiejkolwiek formy wizualnej
        > bliskości ze mną dopóki mam kask na głowie i kurtkę na grzbiecie i
        > podpiera swój sprzeciw pewną, zasłyszana na Bz-cie, historią
        > o „dwóch pedałach” ... okaże się później, że jego konsekwencja w ty
        > m
        > względzie jest żelazna – dopóki moja klatka piersiowa jest schowana
        > pod kurtką nawet nie podchodzi za blisko ;)
        > ...

        Gdyby szanowna pani zamiast na obiad 'za Wroclawiem' przybyla z małżem do nas
        koło Wrocławia to tłum przywitalby Was godnie :) Ugościłby jadłem i napoił ;)
        I w tym juz moja głowa bylaby aby człowieki wiedziały, żeś Ty samica ze swym
        samcem :>
        ..Radości nie byłoby końca :) gdyż po motórze to u nas tylko siwy zapomniany kurz..

        Opowieść wciągająca toteż czekamy na część dalszą :)

        Z pozdrowieniami Gruchi
      • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka (dzień 1) 26.07.10, 18:58
        Pobudka koło 8.00ej, śniadanie, uściski pożegnalne i ... usiłujemy opuścić Lubsko ... usiłujemy, ponieważ nie takie to proste - trzeba zaglądnąć przynajmniej do części najbliższych krewnych małżonka ... tak więc najpierw kawa u bratanka, następnie kawa ( i rogaliki prosto z piekarnika)u siostrzenicy ;) ... pijemy te kawy i rozmawiamy - opowiadam m.in. o "pyskówce" którą zaliczyłam poprzedniego dnia zaraz po wjechaniu do miasta i zatrzymaniu się na kilka minut u drugiej siostry Piotra (zapomniałam o niej napisać w relacji z dnia 0 to wcisnę teraz). otóż siedzimy w kuchni (niski parter) z widokiem na motocykle zaparkowane na wjeździe do garażu do których podchodzi jakiś mężczyzna z dzieckiem. odwracam głowę do małżonka i z uśmiechem mówię, że mamy "fanów", ale gdy ponownie zwracam wzrok w stronę okna przestaje mi być wesoło ... na moim ślimaku siedzi dzieciak ... zrywam się z krzesełka i zasuwam do drzwi wejściowych w duchu upominając by nie polecieć za bardzo po bandzie, bo przecież ja wyjadę, ale szwagrostwo zostaje ... wybiegam przed domek i tonem nie znoszącym sprzeciwu rządam natychmiastowego zdjęcia dzikiego pasażara ... facet usiłuje bagatelizować moje życzenie więc dodaję, że silnik (prawda!) jest tak gorący, że dziecko zostawi mi za chwilę na nim własną skórę ... facet zabiera dzieciaka i odchodzi mrucząc coś o ludzkiej nieżyczliwości ... jako "pamiątka" tego zajścia zostają mi ślady na rurze ze stopionych podeszw dziecięcych bucików.

        ... no dobra ... wreszcie wyjeżdżamy ... lecimy przez Krosno Odrzańskie, gdzie po raz pierwszy widzimy naocznie zagrożenie powodziowe - znaczne ilości worków z piaskiem poukładane wzdłuż Odry, której stan jest bardzo wysoki ... nieładnie to wygląda ... tankujemy w Krośnie za gotówkę (jedyna stacja gdzie karty są be)i wybierając boczne (wcale nie najgorszej nawierzchni) drogi przez Bytnicę, Torzym i Sulęcin przemieszczamy się do Lubniewic ...

        ... do HLM i Hassana trafiamy bezbłędnie (chociaż byłam tam tylko jeden raz wcześniej, furmanką i po nocy - jakieś 3 lata temu, gdy z Olą zrobiłyśmy 28 godzinny maraton GL-Szczecin_GL). jest gorąco nie tylko z powodu słoneczka - Marzena rozpalona jest perspektywą wspólnej przejażdżki więc ubiera się i jedziemy dookoła komina ... zagladamy m.in. do Łagowa. to dla mnie i Piotra wyjątkowe, pełne wspomnień miejsce (ech, te zloty z początków lat 80tych :D). w drodze powrotnej HLM pozbywa się już wszelkich obaw dotyczących "mężowego" motocykla i są chwile, gdy jej plecy widzimy z dość znacznej odległości ;). po powrocie z wycieczki Hassan zaprasza na jeden ze swoich słynnych i przesmacznych posiłów (raaany ludzie - jak ten facet gotuje! :D). podczas konsumpcji Hassan zostaje poinformowany, że właściwie moze myśleć o kupnie innego motocykla, bo ten przechodzi na stan żony :)...
        ... wieczoram wybieramy się z naszymi gospodarzami i trójką ich pociech na spacer nad jezioro ... dorośli piechotą, "młodzież" na jednośladach ... pięknie jest ...
        ... potem dzieci spać, a my we czworo kolacja w ogrodzie i rozmowy o wszystkim i niczym do północy (albo i lepiej) ... trzebaby iść spać, bo rano wsiadamy na motocykle i ruszamy dalej ... ale ociągamy się oboje z Piotrem bo HLM i Hassan są cudownymi gospodarzami i przemiłymi ludźmi ... ech ... nie będzie chciało się wyjeżdżać ...
        c.d.n
    • ishka Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 14:45
      piszże!
      • porzeczka00 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 14:53
        Oooo dobrze się zapowiada ta opowieść :D.
        • wiolaszpilazapominalska Re: Przygód kilka Gohy-świrka 23.07.10, 20:08
          Gosiu,pisz kobieto!!Czytac mi się chce....;-)
          • sarawi Przygód kilka Gohy-świrka 25.07.10, 21:23
            nooo, trzeba bylo skrecic w prawo jednak ! i na Krakow !
            • umek150 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 26.07.10, 13:53
              Pisz kobieto bo już nie mogę się doczekać co dalej. Nie daj się prosić.
              • termit16 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 29.07.10, 21:05
                I tu Goha zgodzę się z Tobą w 100%, że Marzenka, Hassan i ich dzieci
                są cuuuudowni.
    • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 30.07.10, 17:25
      przepraszam za długie odstępy pomiędzy wpisami (w pracy szał, a w domu malowanie) :)

      Dzień 2

      Budzimy się wyspani jak niemowlęta. Po smacznym śniadaniu uzgadniamy trasę przelotu, ściskamy gospodarzy i w 30 stopniowym upale lecimy 3ką w stronę Szczecina (następnie odbijamy na 6tkę) i w godzinach popołudniowych docieramy bezawaryjnie i bezpiecznie do Dziwnówka ... zaczynamy szukać kwatery na jedną noc, ale w domkach blisko plaży krzywią się i udają, że nie mają miejsc ... no nic ... skoro nie ma miejsca blisko plaży to może znajdziemy coś jeszcze blizej :D

      ... znajdujemy nocleg (w Sanatorium) za 110 zeta / 2 os. ze śniadaniem, do plaży mamy ok. 50 kroków (więc nie opłaca się zakladać butów, z czego bardzo cieszą się moje umęczone stopy). prysznic, "cywilki"(pod które wcisnęłam w niczym nieuzasadnionym optymiźmie kostium kąpielowy) ... i na rybkę!
      ... kilka godzin później gdy siedzieliśmy na plaży zadzwoniła nasza latorośl i zdała relację z opieki nad psem oraz realizacji spraw i zadań, które jej pieczy powierzyliśmy ... na koniec zapytała: "a Wy co robicie?" ... siedzimy na plaży i rozpijamy z butelki martini patrząc na zachód slońca - brzmiała odpowiedź :)... fajnie mieć dorosłe dziecko ;D
      ...na następny dzień mamy z małżem w planach poleżeć na plaży w słoneczku do pory obiadowej, a potem pojechać gdziekolwiek (byle przez Golczewo).
      c.d.n.
      • termit16 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 03.08.10, 21:28
        Goha, czekamy na dalszy ciag...
      • mery666 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 05.08.10, 14:50
        Kurcze Goha pisz i nie oszczędzaj klawiatury

        Wciąga ta Twoja relacja :)


        Buziale
    • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 09.08.10, 08:19
      Dzień 3

      Budzi nas miarowe dudnienie ... tja ... ściana wody za oknem =
      skreślenie naszych pierwotnych planów. a miało być tak pięknie! ...
      miało być leżenie na słonecznej plaży do około 13tej, a potem
      wyjazd...
      ... no nic, trzeba zrealizować ten punkt planu, które zrealizować
      sie da, czyli idziemy na śniadanie ...kurcze - szumna nazwa dla
      jednej bułeczki i dwóch plasterków: mielonki, pomidora i ogórka ...
      wracamy (nadal głodni) do pokoju i drzemiemy ... około 12tej trzeba
      podjąc decyzję co dalej - zostajemy na drugą dobą czy opuszczamy
      pokój - po krótkiej naradzie (i dojściu do wniosku, że jesteśmy
      niezatapialni) pakujemy klamory, zakadamy przeciwdeszczówki i
      ruszamy w nie tak już ulewnym deszczu w stronę Golczewa, by zapalić
      (*) na grobie kogoś nam bliskiego...

      ... nasze dalsze plany to zupełny brak planu - to ile przejedziemy i
      w którą stronę uzależniamy wyłącznie od warunków atmosferycznych...

      ...ponieważ w okolicach Golczewa "przeciera się", lecimy dalej przez
      Chociwel, Złocieniec i Czaplinek do Szczecinka, gdzie zatrzymujemy
      się na bardzo dobry i tani obiad (polecamy pizzerię przy ryneczku,
      gdzie podaja m.in. pyszne pierogi i rybę :D)... syci wyciągamy
      mapę ... Piotr proponuje żebyśmy pognali nasze rumaki w stronę
      Toronto, a ja wolałabym spać nad morzem, więc rzucamy monetę ...
      i... i... i przez Człuchów, Chojnice, Czersk dolatujemy do Malborka
      gonieni cały czas przez ciężkie burzowe chmury i ochładzani
      przelotnymi opadami. w Malborku małż, który prowadzi naszą "silną,
      dwuosobową ekipę" zjeżdża w zatoczke widokową by nasycić oczy (i
      wykonać zdjecie nr 2 z naszej eskapady telefonem komórkowym)
      krzyżackiego zamku ... stoimy tam dobre 5 minut, więc jest to
      najdłuższe "zwiedzanie" podczas całego wyjazdu (pozostałe zabytki
      zwiedzamy metodą Rogala, czyli ...oooo - tu wyciagnieta
      łapa "mówiąca" patrz - zabytek! - a następnie dwa w dół i
      łyyycha)... poganiam małża stwierdzeniem, że skoro zamek tyle lat
      stoi to postoi ich jeszcze kilka, a deszcz przed którym uciekamy
      dopadnie nas lada chwila (i dopada faktycznie). wskakujemy na
      motocykle i w deszczu, który towarzyszy nam prawie do samego końca
      przejazdu dojeżdżamy około 20.30 do miejscowości Stegna (na wschód
      od Gdańska). jesteśmy nieco przerażeni - nie tak człowiek wyobraża
      sobie miejscowość turystyczną ... puste ulice, cicho, głucho i
      ciemno ... dopadamy jakiegoś tubylca i pytamy o możliwość zjedzenia
      czegokolwiek oraz o nocleg ... gościowi frasuje sie oblicze, myśli
      chwilę i oświadcza, ze o tej porze i w tym czasie (przed sezonem
      znaczy się) to tylko nad samym morzem (jeśli wogóle) uda się coś
      zjeść ... i tłumaczy, że do tego morza to będzie ze 3-4 km przez las
      (wedle tych trzech brzózek i przy kapliczce w lewo) ... tja ...
      chcąc-niechcąc ruszamy "poendurować" ... rzeczywiście ten ostatni
      odcinek jest trudny, pełen kamieni,gałęzi, dziur, kałuż i błota ...
      źle i długo mi sie jedzie - zaczynam tracić nadzieję, że jesteśmy na
      dobrej drodze i że za tym lasem jest jakaś cywilizacja ... w
      momencie gdy postanawiam zatrąbić by zatrzymać Piotra i zaproponować
      odwrót, las sie przerzedza i widać światła budynków.
      ... jest jeszcze otwarta jedna restauracja, gdzie natychmiast
      zakupujemy dwie kawy i dwie herbaty ( nie mogąc zdecydować, który z
      tych napoi wolimy bardziej) oraz sklepik, gdzie zanabywam na kolację
      kawał kiełbachy, i pół chleba oraz piwo, a małż w tym czasie dzwoni
      na znajdujący sie na budynku nr telefonu (nad sklepikami znajdują
      się pokoje gościnne) by zapytać o możliwość noclegu - hurra - w
      pierwszym podejsciu mamy trafienie - nocleg bedzie nas kosztował
      100kę, a pan dojedzie z kluczami za kwardans... pijemy kawę
      zapijając herbatą (lub odwrotnie) i w oczekiwaniu na właściwiela
      kwatery wdajemy siew rozmowę z panem ochroniarzem, który uspokaja
      nas, że motocykle będą bezpieczne na tym deptaku, bo on całą noc
      patroluje ten teren, więc my możemy spać spokojnie. opowiada jeszcze
      o tym, że tydzień wcześniej kilku miłych (i niezłapanych) panów
      bandytów podjechało tu pod bankomat, wyrwało go wraz z kawałkiem
      budynku i zniknęło jak sen złoty ... no faktycznie jest
      tu "bezpiecznie" ;)
      ... pojawia sie pan z kluczami - płacimy i rozjuczamy "konie". z
      radością zrzucamy przeciwdeszczówki i skóry i z kawałkiem kiełbasy
      i "wyrywką" chleba w jednej ręce oraz piwem w drugiej udajemy się w
      stronę plaży by spożyć kolację w trakcie której dzwonimy do Alutków
      i Radziów... Radzio na propozycję dojechania do nas (w kwadrans)
      mamrocze coś o naszym podobieństwie do nierogacizny , a Alutka
      domaga się wysłania jej zdjecia nr 1 z naszych wakacji (czyli
      zachodu słońca w Dziwnówku)... niestety nie udaje sie posiedzieć na
      plaży zbyt długo, bo znówzaczyna padać ... wracamy do kwatery, ale
      na deptaku po drodze zatrzymuje nas jeszcze na chwile pan ochroniarz
      by ponownie zapewnić, że motocykli bedzie strzegł jak oka w głowie,
      bo są śliczne ... i że TAKIE (czytaj "chromy") motocykle to one daja
      się lubic i ich właściwiele też, bo Ci co to jeżdżą na tych
      plastikowych ścigaczach, to oni jeżdżą jak wariaty ... oni tak
      grają, że czasami trudno takiego jest panu ochroniarzowi
      wyprzedzić... uchachani logiką wypowiedzi idziemy spać...c.d.n.
      • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 09.08.10, 08:48
        goha66 napisała:

        > ... oni tak grają, że czasami trudno takiego jest panu
        ochroniarzowi wyprzedzić...

        ... błąd: oczywiście chodziło o wyraz GNAJĄ ;)
        • termit16 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 09.08.10, 19:12
          Jeszcze, jeszcze
      • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 11.08.10, 08:54
        Dzień 4

        Pobudka - skok do okna by sprawdzająco rzucić okiem na sprzęty ... w
        porządku (pan ochroniarz się spisał na medal) :), pakowanie i kawa
        pita dzięki uprzejmości właściciela w jeszcze nie otwartej
        kawiarence w oczekiwaniu na możliwość oddania klucza. Przeglądamy
        mapę - wieczorem podjęliśmy decyzję, że w dniu dzisiejszym koła
        poniosą nas do Gienci do Augustowa. trzeba przecież sprawdzić czy
        Kamyk jest dobrym mężem i nie zachodzi konieczność użycia linki ze
        stalowym oplotem i/lub tarcz Brembo ;). no i trzeba zobaczyć
        Gabrysię :D.
        ... nadjeżdża właściciel naszej kwatery - oddajemy mu klucz i
        kupujemy w jego sklepiku z pamiątkami pluszową, sympatycznie
        uśmiechniętą foczkę (będzie dla Gabrysi)... wymieniamy z panem
        właścicielem ostatnie uprzejmości i żegnani przyjaznym machaniem rąk
        ruszamy (wykonując na "ścieżce endurowej" slalom pomiędzy
        robotnikami drogowymi oraz mniej i bardziej ciężkim sprzętem
        drogowym) oddalając się od polskiego okna na świat...
        ... po przejechaniu ok. 50 km zatrzymujemy się na zdecydowanie
        najbardziej niestandardowe śniadanie podczas całego naszego wyjazdu -
        ja zjadam kotleta z ziemniakami, a Piotr placek po węgiersku z
        gulaszem. dzwonimy do Gienci by dowiedzieć się czy familijnie są w
        mieście i znajdą chwilę by się spotkać oraz z pytaniem czy miasto
        obłozone jest już turystycznie bo potrzebny nam kąt do spania. ależ
        miło jest słyszeć głos Sylwii :) ...
        ... ww. baba forumowa z niewiadomych powodów cieszy się perspektywą
        spotkania i zaprasza na wieczór do siebie (Gabrysia jest za mała by
        wychodzic z nią na spacer) oraz wykonując telefon do swojej mamy,
        załatwia nam nocleg w domku dla gości, który stoi na posesji jej
        rodziców ... no to sruuuuu ... wszystkie drogi (konkretnie 7 i 16 w
        tym przypadku) prowadzą do Augustowa :) ... kuuufra! ożesz! ...
        tylko dlaczego po wjeździe na 16tkę od Ostródy droga na Augustów
        przypomina jedno wielkie wykopalisko? i dlaczego wszyscy postanowili
        jechać tą drogą? ... nie otrzymawszy odpowiedzi na powyższe pytania
        w piekielnym upale wleczemy się konsekwentnie, chociaż w tempie
        ślimaków wyścigowych prawie do samego wjazdu do miasta.
        ... najpierw udajemy się do baru znajdujacego się w piwnicach
        słynnego "Albartosa" (hm... chociaż chyba raczej nie o knajpie było
        w tej piosence) i spożywamy obiad? obiado-kolację? ... albo drugie
        śniadanie :D ... opchani jak niedźwiedzie przed snem zimowym
        błądzimy trochę po Augustowie by znaleźć biały kościół, a niedaleko
        za nim wjazd na drogę prowadzącą do domu rodziców Gienci ... jest
        tak gorąco, że ledwo zipiemy ... mamę Gienci dopadam nad kanałem w
        pobliżu domu, ściskamy sie na powitanie po czym dostaję w rękę wędkę
        i odbieram skróconą instrukcje nakładania na haczyk konserwowej
        kukurydzy ... mam łowić rybki na kolację, podczas gdy ona pójdzie
        dać małżowi memu klucz do domku ...no to "łowię" ... na 4 zamocowane
        kolejno kukurydze 3 zostają bezkarnie spałaszowane, ale
        (niespodzianka) na ostatnią łowię ok. 20 cm rybę chwilę przed
        powrotem nad kanał naszej miłej gospodyni. chwilę później okazuje
        się, że gospodyni nie jest aż taka miła, ponieważ na próbę
        zapłacenia za nocleg słyszę, że zostanę nadziana jak ta kukurydza i
        zatopiona wraz z haczykiem w wodzie ... wobec "przeważajacych sił
        wroga" po trzykrotnej próbie przekonania do przyjecia zapłaty i
        otrzymaniu plaskacza w plecki poddaję się ... i dziekuję :)
        ... wieczorem udajemy się do Gienciów (uściski, radocha jak szlag -
        nie widzieliśmy się przecież rok)... Sylwia opowiada, że Gabrysia
        zaraz po naszym porannym telefonie zaczęła płakać i kaprysić i
        generalnie cały dzień dawała zdrowo popalić i prowadzi pokazać swoją
        córeczkę. mała jest ... śliczna jak z reklamy - zaszczyca nas jednym
        uważnym spojrzeniem, po czym zamyka oczka i zasypia ... anioł a nie
        dziecko :D ...
        ... w 5-osobowym składzie (wraz z Maćkiem) zasiadamy do poczęstunku,
        bo oczywiście Giencia przygotowała tyle jedzenia, że stół się
        ugina ... rozmawiamy, wspominamy, snujemy plany :)... jest fajnie...
        koło 23ej dziekujemy za gościnę - nasi gospodarze wyglądaja na
        zmęczonych, a jutro dla nich kolejny dzień pracy ... wracamy
        (bezbłędnie! :D) na nocleg po drodze zastanawiając się nad tym dokąd
        pojechać jutro i martwiąc lekko prognozą pogody, która na kolejne
        dni zapowiada 40 stopniowe upały ... c.d.n
        • mery666 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 11.08.10, 12:35
          Goha Ty to masz talent:)
          Jak czytam to zupełnie jak bym tam była z Wami :)

          Niecierpliwie czekam na wiecej wiecej najwiecej i jeszcze wiecej:)

          Buziaki
        • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 13.08.10, 13:37
          Dzień 5

          Pobudka i szybka kawa, następnie pakowanie klamorów. ogarniamy tak
          jak potrafimy miejsce naszego noclegu by nie zostawić gospodarzom
          w „podziękowaniu” bałaganu i pomimo dość wczesnej pory dzwonimy do
          Gienci ... musimy zapytać gdzie zostawić klucze, jako że w głównym
          domu prócz psa nie ma żywej duszy... na całe szczęście nie budzimy
          jej (zrobiła to dużo wcześniej Gabrysia :D). chowamy zgodnie z
          Gienciną instrukcją klucz w bardzo tajne (łamane przez poufne)
          miejsce, z wielką niechęcią zakładamy kurtki oraz resztę ekwipunku i
          wsiadamy na motocykle. 10 minut później lecimy już bardzo komfortowo
          krajową 8ką w stronę Białegostoku - ruch praktycznie zerowy, niebo
          błękitne, temperatura już ok. 22 stopni, ale nie odczuwa się tego
          (jeszcze) jako czegoś uciążliwego...
          ...tuż za Białymstokiem, po przejechaniu zaledwie ok. 100 km
          przyznajemy sobie pierwszy postój wraz ze śniadaniem ... objazdy w
          mieście oraz korki dały nam zdrowo w skórę .... robi się coraz
          goręcej... jemy śniadanie i przeprowadzamy naradę bojową korygującą
          nasze pierwotne plany na dziś. dzwonimy do Draki i przepraszamy za
          zmianę wczorajszych ustaleń (mieliśmy spać w Lublinie) ...
          tłumaczymy, że wolimy dziś „zjechać maksymalnie” na południe by na
          jutro, które ma być ostatnim dniem naszego Tour de Pologne, a na
          które zapowiadana jest jeszcze większa hica niż ta, której właśnie
          doświadczamy, pozostała nam jak najmniejsza „pajda”. Ania przyjmuje
          tłumaczenie ze zrozumieniem (przeprosimy za wprowadzenie haosu
          również), życzy nam bezpiecznej drogi i prosi o info gdy zatrzymamy
          się na nocleg... dziękuję za życzenia i obiecuję dzwonić ...
          wsiadamy na motocykle i ruszamy dalej, ale jakoś tak mniej
          entuzjastycznie niż w pozostałe dni ...
          ... 19tką leci się całkiem dobrze, tylko jest coraz cieplej i
          cieplej i kufra po prostu gorąco! ;) ...w okolicach Łosic przelatuje
          mi przez głowę, że niedaleko stąd do Cieniów, ale szybko wybijam
          sobie z głowy kolejną zmianę planów i chęć zobaczenia Tradycji ...
          jest mega gorąco ...
          ... w Radzyniu (zalegając wypoczynkowo w przydrożnym rowie) wykonuję
          telefon do GosiSV, która usiłuje namówić nas na dłuższy postój ze
          zwiedzaniem oraz kawę ... miło ją słyszeć, pomimo, że brzydko się o
          mnie wyraża, gdy odmawiam picia kawy vis a vis kostnicy ;) ... te
          inwektywy Gosia potem przeniesie jeszcze w formie pisanej (na
          forum), ale to już inna historia :D... jej również obiecuje dać cynk
          po zatrzymaniu się na nocleg, chowam telefon i mocno się ociągając
          ruszamy z małżem w stronę motocykli ...
          ...przebijamy się przez Lublin (i to w okolicach 15.30) ... zaczynam
          rozumieć dlaczego Draka i Paweł wolą „w krzaki” niż po
          asfalcie .... zaciskam zęby (chociaż nie jestem pewna czy to pomaga
          przy upale) i dyszę jak stary parowóz podczas całego przejazdu przez
          miasto Draków i Matki Założycielki... za Lublinem robimy dłuższy
          postój ... jesteśmy zmęczeni upałem, skóra aż szczypie od potu ...
          tracimy dobre nastroje i trochę na siebie burczymy .... na szczęście
          nie trwa to długo – chłodny napój oraz możliwość dojścia do siebie
          organizmów w klimatyzowanym pomieszczeniu działa kojąco ... podobnie
          jak wyliczenie, ze do dzisiejszego miejsca docelowego czyli Wilczej
          Woli pozostało nam zaledwie ok. 140 km (i tylko jedno miasto do
          przejechania) ... damy radę – nie takie rzeczy się
          spieprzyło ! ;) ...
          ... cieszą mnie kolejne umykające km, które przybliżają do noclegu
          oraz cień lasów coraz liczniej występujących przy drodze ... no i
          obsesyjnie marzę o kąpieli ....
          wreszcie dojeżdżamy do szwagrostwa, przywitanie zajmuje mi 30 sekund
          i pędzę do łazienki, by zmyć z siebie pot i kurz ... co za rozkosz
          nie do opisania ... :)
          ...wykąpana i przebrana w lekkie „cywilki”, na bosaka na stojaco
          dzwonie do córki i foremek i odmeldowuję postój, a następnie z
          zimnym piwem w jednej ręce, a drugą glaszcząc tego szczeniaka,który
          się nawinie ( z 7ki urodzionej przez suczka-przybłęda przygarnięta
          przez szwagrostwo) oczekuję na wieczorne ognisko z moimi ulubionymi
          ziemniakami z popiołu ... c.d.n
          • draka00 Re: Dzień 5 18.08.10, 22:53
            Ach to ten fragment, za który należy wam się lanie :) Mam nadzieję,
            że nadrobicie kiedyś, w nieco mniej sprinterskim tempie, bo w
            Lublinie jest parę rzeczy do zobaczenia. ZAPRASZAMY!
            Jeśli chodzi o przejazd przez miasto, najlepiej zobrazuje go jedno
            wydarzenie: Parę lat temu miał miejsce słynny pościg, kiedy to dwóch
            przestępców obrabowało bank gdzieś w Niemczech i uciekło porywając
            dwóch zakładników. Uciekali ścigani/eskortowani przez Policję,
            najpierw niemiecką, potem - po przejechaniu naszego pięknego kraju -
            polską, aż na Ukrainie zostali zatrzymani. Udało im się przekroczyć
            dwie granice i uciekać przez wiele kilometrów, ale w Lublinie......
            się zgubili i musieli zawracać, bo był tak beznadziejnie
            oznakowany :) Przy tym manewrze rozbił się na słupie jeden ze
            ścigających ich radiowozów. Na potwierdzenie tych słów
            www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/po;napadzie;w;niemczech;bandycie;uciekli;na;ukraine,202,0,52938.html

            A jeśli miałaś na myśli kulturę jazdy w Lublinie, to pozostawia
            chyba więcej do życzenia niż w innych częściach kraju.
          • goha66 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 20.08.10, 09:05
            Dzień 6

            Kilka minut po 6 AM budzi nas warkot silników ciężkiego sprzętu oraz
            nawoływania ludzi ... no tak - to zwykły roboczy dzień, przed
            kancelarią leśniczówki zebrali się pracownicy ( i nie dają cholera
            pospać). wstajemy, myjemy się, pakujemy i jemy sniadanie ... jest we
            mnie więcej radości z powodu powrotu do domu niż smutku, że nasze
            wakacje dobiegają końca. martwi mnie tylko zapowiadany na dzisiejszy
            dzień hiper-mega upał i chciałabym wyjechać jak najwcześniej ...
            oczywiście sie to nie udaje, bo jeszcze P. musi oglądnąć samochód
            szwagra (bo coś nie bangla), bo przyjeżdża jeden z leśniczych,
            którego kilka lat temu "zaraziliśmy" bzikiem jednośladowym i trzeba
            pójść podziwiać zakupioną przez niego 535tkę, bo najmłodsze dziecko
            szwagrostwa (i mój chrześniak) musi mi jeszcze pokazać jak wspaniale
            radzi sobie na rowerze, który dostał od nas na komunię. bo ...(tu
            wpiszcie sobie co chcecie :D)... w wyniku sumy wszystkich "bo" udaje
            się nam wyjechać z podwórka koło 11tej i po przejechaniu zaledwie
            kilkuset metrów przeżywam na drodze najgorszy moment podczas całego
            wypadu ... P., który prowadzi wyprzedza rowerzystkę, a ta
            natychmiast po tym gdy ją mija, wprost przed moimi kołami postanawia
            (oczywiście bez zasygnalizowania tego faktu) zjechać na lewą stronę
            drogi ... gwałtownie hamuję, przód motocykla "nurkuje" i
            równocześnie zarzuca tyłem ... łapię uslizg w lewo, potem z prawo i
            znów w lewo - rzuca mną po drodze jak zającem po cieżkiej zimie, ale
            na szczęście ślimaka nie wynosi na pobocze ... do teraz nie wiem
            jakim cudem udaje mi się nie glebnąć... P. oraz pani rowerzystka
            nawet nie zauważają mojej walki z grawitacją ... jestem tak
            oszołomiona zajściem, które miało miejsce chwilkę wcześniej (i
            wdzięczna opatrzności za to, że nie stało się nic złego), że nie
            przychodzi mi do głowy żadna kwiecista wiązanka, którą mogłabym
            uraczyć rowerzystkę ... więc odkręcam mocniej i doganiam P.
            ... do Mielca jedzie się całkiem znośnie pomimo żaru lejącego sie z
            nieba i tego, że pod kołami mamy nie dziurawy asfalt tylko dziury
            łączone gdzieniegdzie asfaltem ... za Mielcem czeka nas nieprzyjemna
            niespodzianka - droga, którą wybraliśmy jest jednym wielkim placem
            budowy z gigantycznymi korkami i porównując odcinek Mielec-Kraków do
            naszej jazdy do Augustowa musiałabym napisać, że do Augustowa
            mknęliśmy z prędkościa światła ... do tego ten upał ... na jednym z
            wyświetlaczy odczytuję temperaturę - powietrze + 38, asfalt + 46 ...
            na motocyklach w pełnym opakowaniu nie daje sie wytrzymać dłużej
            niż kwadrans, więc co chwila zjeżdżamy z drogi by dać odpocząć
            przegrzanym organizmom ... zaczynam "pękać" ...
            ostatecznie "wymiękam" ok. 15 km przed Krakowem i na stacji
            benzynowej wypinam z kurtki zimową podpinkę ... jest hm ... niewiele
            lepiej, ale jednak lepiej ;)
            ...trasę Kraków-GL przelatujemy płatną A4 bez wartych opisywania
            przygód ... żałuję tylko przy bramkach, że nie mam drobniaków, bo
            pomimo upału i zmeczenia chętnie zapłaciłabym jednogroszówkami ;)
            ...wreszcie napis GLIWICE ... mijają mi wszystkie "bóle", z rogalem
            na dziobie, ale w ogromnym skupieniu pokonuję ostatnie km po mieście
            (wiadomo jest przecież, że najwiecej wypadków zdarza sie tuż pod
            domem, gdy czukemy sie pewnie jeżdżąc znanymi nam drogami).
            wjeżdżamy na podwórko i zdejmujemy kaski ... dopada nas Luśka
            szczekajac, wyjąc i ujadając naprzemian z radości. w duchu dziekuję
            Bogu za bezpieczne przejechanie 2.272 km i wyjmuję komórkę by
            odmeldować tu i tam dotarcie do celu ... na wyswietlaczu widzę
            nowego, nieprzeczytanego sms-a o treści: witajcie w Gliwicach ... to
            od Mery, która "wypatrzyła" nas gdy przejeżdżaliśmy przez
            centrum :) ... jak miło być w domu

            P.S.
            niestety nastąpi c.d. czyli epilog
            • goha66 Re: KONIEC :) 20.08.10, 10:41
              Epilog

              ... trzy tygodnie po powrocie z wakacji wyjmuję ze skrzynki kopertę
              adresowaną na moją skromną osobę ... w środku znajduje się
              fotografia nr 3 z naszego wyjazdu wykonana przez fotoradar w jednej
              w zachodniopomorskich miejscowości ...

              P.S.
              dziękuję wszystkim, którzy mniej lub bardziej namacalnie brali
              udział w naszej podróży ... wspaniale jeździ sie po kraju mając
              wewnętrzne przekonanie, że gdyby "coś" to jest na kogo liczyć w
              potrzebie. dzieki Wam wszystkim moje wakacje były udane :).
              pozdrawiam serdecznie :)
              • yacey Re: KONIEC :) 21.08.10, 11:18
                Relacja z wyprawy trwala zdecydowanie dluzej, niz sama wyprawa :) :)
                Fajnie bylo poczytac :)

                PS
                Zachodniopomorskie slynie z nowoczesnych "smietnikow" robiacych
                fotki we wszystkie strony, a wygladem zupelnie nie przypominajacych
                znanych powszechnie konstrukcji stojacych przy drogach :)

                • termit16 Re: KONIEC :) 21.08.10, 21:35
                  Goha, super się czytało. Szkoda, że to już koniec.

                  PS. Ile kosztowało zdjęcie?
                  • efjot1200 Re: KONIEC :) 22.08.10, 08:28
                    Bardzo miło było poczytać o tych wszystkich przygodach.
                    Zimową porą chętnie wrócę do lektury :)
                    • goha66 Re: KONIEC :) 22.08.10, 16:45
                      efjot1200 napisał:

                      > Bardzo miło było poczytać ...

                      ... a mnie (i innym forumowiczom zapewne też) byłoby bardzo miło gdybyś opisał tydzień spędzony na motocyklach w towarzystwie dwóch naszych foremek :D ... no Efjot ... nie daj się prosić za długo :)
                      • efjot1200 Re: KONIEC :) 22.08.10, 21:39
                        Dobra,dobra coś napiszę dajcie mi tylko trochę czasu na zebranie myśli.
                        Musicie wiedzieć,że będę działał pod ogromną presją więc mogą pojawić się erraty
                        do moich opowieści:D
                        Po za tym musiałem się codziennie "nawodnić" aby się odstresować i pół każdego
                        dnia raczej nie pamiętam więc będę zmyślał:D
                        Dziś wymyśliłem tytuł tej opowieści:Stilo-koniec świata.
                        Dlaczego tak,to się dowiecie w połowie:)
                        • efjot1200 Re: KONIEC :) 22.08.10, 21:45
                          Miało być Stilo-koniec świata ,a wyszło jakieś coś...karamba
                          • draka00 Re: KONIEC :) 23.08.10, 08:46
                            Noż wreszcie! Od dłuższego czasu rozmyślam sobie, że Efjoty nie
                            pojawiają się na forum - to znaczy, że gdzieś się włóczą. No a
                            znając ich, zapewne nie jest to wyprawa do cioci w innej części
                            województwa. Gdzieśta byli, cośta robili?
                  • goha66 Re: KONIEC :) 22.08.10, 20:12
                    termit16 napisała:

                    > PS. Ile kosztowało zdjęcie?

                    ... 300 PLN-ów (+6 pkt.)
    • mery666 Re: Przygód kilka Gohy-świrka 24.08.10, 12:18
      Kurka Goha pieknie sie czytało o Waszych przygodach.
      Szkoda że już koniec. Na pewno wróce jeszcze do lekturki :D

      Dzieki ze chciało Ci się podzielić z nami pięknymi i emocjonującymi
      chwilami z wakacji :*

      Efjot - teraz czekam na Twoja wesołą twórczość :)

      Buziaki
      • wiolaszpilazapominalska Re: Przygód kilka Gohy-świrka 24.08.10, 13:48
        Brawo Goha.Dla takich (i nie tylko)opowieści aż się chce czytac..
        (biorąc pod uwagę moją niechęc do lektur).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka