Dodaj do ulubionych

Scenki z Bliskiego Wschodu...

09.07.04, 20:18
Nikt nic nie pisze, więc może ja jeszcze coś dodam...
Taka scenka z Kairu, dokładniej z Sakkary. Piątkowe południe latem, goroąc
nie do wytrzymania. W jedynym wówczas (1987) miejscu, gdzie pod namiotem
można się było czegoś napić siedzi czworo młodych Egipcjan, którzy
przyjechali do Sakkary z Kairu, wyraźnie po to, żeby wyzwolić się spod
oka "stróżów moralności" i poczuć się "Europejczykami". Śmieją się, obejmują,
dziewczyny siadają chłopakom na kolanach. Przy innym stoliku siedzi samotny
expat, czyli ja. Po obejściu kilku piramid i mastab z włażeniem do środka, na
koniec po przejściu przez korytarze Serapeum mam serdecznie dość wszystkiego.
Ale przyjemnie jest popatrzeć na młodych, szczęśliwych ludzi, zwłaszcza na
piękne dziewczyny, zupełnie inne od typowych Egipcjanek w hustach - noszą
obcisłe dżinsy i mocno wydekoltowane bluzki.
Ale najlepsze ma się dopiero zacząć: oto przyjeżdża autokar z Niemcami z RFN -
tłustymi, wielkimi, spoconymi Niemcami. Wraz z nimi egipski przewodnik,
ważący nie więcej niż 50 kg i podobie potężnie zbudowany szofer autobusu.
Podchodzą do kontuaru domagają się picia. Sprzedawca wystawia na kontuar
kilka skrzynek "Baraki", co wzbudza oburzenie Niemców - żądają wina i piwa.
Sprzedawca pokazuje ręką na słońce, że stoi w zenicie i że w taki gorąc
alkoholu pić nie należy. Łatwo zauważyć, że Niemcy są mocno odwodnienie i ja
już wiem, czym to się skończy... Ponieważ swoje żądanie Hunowi popierają
rzuceniem na ladę kilku 50-markówek, sprzedawca wzrusza ramoinami i wystawia
kilka kartonów wina i skrzynek "Stelli". Niemcy siadają za stołami i
zaczynają się raczyć. Już po pierwszych szklankach robią jeden po
drugim "fajt" do tyłu wraz z krzesełkiem. Piękny widok! Po 5 minutach cała
wycieczka leży w piachu i nie może wstać. Dla nieświadomych - odwodniony
organizm "chwyta" pierwszy płyn, jaki mu się w zołądku pojawi i wprowadza go
do krwi, żeby ją rozgęścić. W ten sposób, krótkoterminowo oczywiście, po
wypiciu szklanki wina ma się ponad 4 promile alkoholu we krwi... Egipski
przewodnik z kierowcą próbują wtaszczyć swoich podopiecznych do autobusu, ale
każdy z nich waży więcej, niz oni obaj, do tego autobus jest wysoki. Gdy im
się to udaje i idą po następnego, poprzedni już powoli zaczyna trzeźwieć i
próbuje wyłazić. Tak wioęc wtłoczenie do autobusu 30 Niemców oznaczało dla
nich na dobrą sprawę 60 "kursów".
Przewodnikowi i kierowcy napewno nie było do śmiechu, ale ja i młodzi
Egipcjanie mieliśmy doskonałą zabawę obserwując ten "Herrenvolk" w akcji.
Obserwuj wątek
    • chaladia Scenka 2. 10.07.04, 18:51
      Przypomina mi się taka scenka na suku w Chartumie Północnym: tłok jak to zwykle
      tam jest (albo raczej był w 1991 r, bo nie wiem, czy dziś jeszcze cokolwiek
      mają, żeby tym handlować). Arab (osiadły handlarz) w galabiji siedzi i usiłuje
      sprzedać kury i jajka. Podchodzi Bedża (Beduin) i zaczynają się targować. Bedża
      wygląda, jak to Bedża: kudły w dredach (naturalnych) przykryte strzępkiem
      zawoju, krótka galabija, przez ramię miecz w skórzanej pochwie i kałakan. Póki
      co, wszystko w normie, targują się jak należy, gestykulują, wrzeszczą. I w
      pewnej chwili handlarz popełnia błąd: coś tam musiał brechnąć Beduinowi, że
      jest "brudny pomiot pustyni", albo coś podobnego, czego to oni nie lubią. Bedża
      wyciąga miecz z pochwy - jest to narzędzie do wycinania akacji (i nie tylko
      akacji - dobrze to opisał Sienkiewicz w "W Pustyni i W Puszczy" jako miecz
      Gebhra) i odcina Arabowi głowę tak sprawnie, że na amerykańskich filmach akcji
      nie pokazują lepiej. Wszystko to dzieje się na oczach tłumu Arabów, Murzynów i
      kilkunastu chaładzi, którzy akurat wybrali się na zakupy. Następnie Bedża rzuca
      na trupa jakieś pieniądze, które widać uważał, że wytargował, bierze jedną kurę
      (resztę towaru ingnoruje), ukręca jej łeb, też rzuca go na trupa i odchodzi...

      Było wtedy na suku paru żołnierzy z karabinami, ale że Bedża stał na tle tłumu
      i było ryzyko, że kule przez niego przelecą i kogoś niewinnego zabiją, więc
      nawet nie próbowali broni z pleców ściągnąć, a na ręczną rozprawę z pół-dzikim
      człowiekiem pustyni nikt nie miał ochoty. Ja oczywiście też. Natomiast godzinę
      później kilku Białych pojechało samochodami za Bedżą na pustynię, dogonili go
      i odkupili od Bedży to mordercze żelastwo za cenę kilku(!) wielbłądów, tak jego
      wartość wzrosła po tej jatce. Żelastwa nikt już nie mył oczywiście i w takim
      stanie, z ludzką krwią na głowni pojechało do Polski. Potem ktoś to oglądał i
      twierdził, że mogło pamiętać Mahdię (powstanie Mahdystów w XIX wieku), a może
      nawet kute było jeśli nie w samym Damaszku, to gdzieś w Syrii, jakkolwiek dość
      tandetnie...
    • chaladia The Sudan 11.07.04, 19:03
      Do Charumu przylatywało się późną nocą. Odebrali nas koledzy, którzy już tam
      dotarli poprzednim lotem i ci, którzy dopłynęli statkiem wraz z ciężkim
      sprzętem. Spora częśc campu już była gotowa, między innymi stołówka z kuchnią -
      typwoy włoski barak typo wojskowego, jaki Włosi wymyślili jeszcze w czasie wony
      abisyńskiej. Rano, po przebudzeniu udaliśmy się tam na śniadanie. Wszysko niby
      normalnie, ale moją uwagę zwrócił fakt, że wszystkie drzwi nie miały nadproży,
      tylko były prowizorycznie wycięte "do sufitu". Zastanawiałem się, po co to
      zrobiono, gdy w drzwiach stanął Murzyn, mniej-więcej 230 cm wzrostu, czarny jak
      smoła, ale z włosami ufarbowanymi na pomarańczowo. To był pierwszy Dinka,
      jakiego widziałem, nasz kelner. Gdyby nie to wycięcie, nie miałby szans przejść
      przez dwumetrowe drzwi z tacą pełną jedzenia...
    • chaladia Re: Scenki z Bliskiego Wschodu... 28.07.04, 22:11
      Asjut, 1987.
      Jechałem Toyotą Hi-Ace (mikrobus) sam ulicą koło asjuckiego unwersytetu i
      bardzo byłem rad, że opuszczam miasto, bo wydawało mi się, że atmosfera była
      bardzo napięta, choć policji jakoś nie było widać. Do sforsowania zostało mi
      jeszcze tylko jedno skrzyżowanie w kształcie litery "T", a potem już prosto na
      bulwar nad Kanałem Ibrahimija i 25 km do campu na pustyni...
      Niestety, gdy tylko wyjechałem na skrzyżowanie, zobaczyłem po lewej
      tłum "talibów" (studentów islamskiego uniwesytetu), a po prawej kompanię riot
      police ze śrutówkami. Na wprost miałem dwumetrowy mur z suszonej cegły, a za
      mną tłoczyło się kilka wózków zaprzężonych w osły - sytuacja była więc nie do
      pozazdroszczenia - ani w lewo, ani w prawo, ani w przód, ani do tyłu - a ci
      szykują się do salwy w tłum akurat przez mój samochód. Wtem równolegle obok
      mnie stanął samochód znajomego Amerykanina z "Bechtela". Gość musiał się
      jeszcze bardziej wystraszyć, bo wprawdzie samochód miał duuuzo większy (Dodge
      Ram), ale przerobiony na kabriolet, z półciennym dachem bez boków i z położoną
      szybą przednią. Mnie jeszcze jakąś-tam ochronę dawała blacha i szkło, a on był
      zupełnie odsłonięty. Staliśmy tak może paręnaście sekund, myślałem,czy by nie
      położyć się na podłodze między siedzeniami busa, gdy Amerykanin zredukował
      wszystkie przełożenia, jakie mógł, włączył 4x4, pokazał mi na mur blokujący nam
      drogę, po czym jego 5-litrowy silnik ryknął, samochód niemal skoczył do przodu,
      walnął w mur, który oczywiście runął i w chmurze gruzu wpdał jakiemuś Allachowi
      ducha winnemu Arabowi na podwórko. Ja niewiele myśląc za nim, choć trochę się
      bałem, że nisko zawieszony bus zawiśnie mi na tym, co zostało z ogrodzenia. Na
      szczęście jakoś "przeskoczyłem" odsuwając zderzakiem większe bloki tego, co
      runęło. Na podwórku istne pandemonium, pozrywane pranie na sznurkach, jakieś
      bachory, baby, kury, kozy, wszystko uciekało. Okazało się, że Amerykanin
      przejechał przez całą posesję, miał szczęście, bo trafił na otwartą bramę z
      drugiej strony (właściciel przewidując rozruchy wprowadzał samochód do środka)
      więc wyjechał na następną ulicę, gdzie jeszcze nie było rozruchów, a ja
      oczywiście za nim.
      Ledwo-śmy się wydostali, a już słyszałem salwę, potem jeszcze dwie i wycie
      tłumu...
      Następnego dnia pojechaliśmy z Amerykaninem na miejsce zdarzenia. Daliśmy
      Arabowi (właściwie był to Nubijczy, czarny jak smoła) 600 funtów (Amerykanin
      500, bo to on ogrodzenie zwalił, jak 100 jako myto za przejazd) FGość się nawet
      ucieszył i powiedział, że jakbyśmy chieli jeszcze kiedyś uciekać przed policją,
      to jesteśmy "welcome".
      Prawdopodobnie te 600 funtów to był jego kwartalny zarobek... a mur za dwa dni
      był naprawiony, z użyciem tej samej cegły z odzysku.
      • jolek Re: Scenki z Bliskiego Wschodu... 04.08.04, 16:26
        --drogi Chaladio! nie bylo mnie tu ze 2 tyg. i wlasnie widze, ile stracilam.
        masz niesamowite wspomnienia! czyta sie Ciebie z zapartym tchem.

        czekam na wiecej. jak zawsze......
        _______________________________________

        community.webshots.com/user/jolamalcher
        jolamalcher.fotopages.com
        • chaladia Woda gazowana... 15.01.05, 18:26
          1987 rok. Scenka z campu pod Asjut.

          Na budowę przyjechały dostawy urządzeń. Ponieważ zawsze wtakich sytuacjach
          brakowało urządzeń rozładunkowych, wypożyczyliśmy żuraw z cementowni, gdzie
          (osobna ciekawostka) zatrudniano Rumunów na kontrakcie z rządem Causescu. Tym
          Rumunom Geniusz Karpat płacił tyle, że nie stać ich było nawet na kupienie
          sobie wody "Baraka".
          Kierowca żurawia (Rumun) pracuje przy rozładunku transportów juz 5 godzinę,
          upał nie do wytrzymania. W końcu gość przychodzi do nas i pyta, czy może sie
          napić. Ktoś bezmyślnie rzuca "faddal" ("proszę" - po rumuńsku nikt oczywiście
          nie umiał, a Rumuni ani słowa nie znali po angielsku) i nie czekając gość łapie
          ze stołu stojącą tam butelkę... Mzowszanki, którą ktoś będący na delegaci
          właśnie przywiózł do Egiptu z Polski. Przytyka szyjkę do ust i wlewa sobie do
          gardła - litr wchodzi w odwodniony organizm bez trudu, ale dopiero potem się
          zaczyna. Woda jest gazowana, i to silnie. Brzuch pacjenta zaczyna wyglądać tak,
          jakby był w 9 miesiącu ciąży z co najmniej trojaczkami. Pacjent wije się z bólu
          na podłodze, wykrzykuje jakieś słowa, zapewne niecenzuralne, ale szczęśliwie
          nikt tego nie rozumie i nie może wypuścić gazów ani "do przodu" ani "do tyłu".
          Dopiero po paru minutach "beka" niczym moździeż 5-calowy i doznaje ulgi, ale na
          koniec traci przytomoność. A to wszystko przez gazowaną wodę...
          • marieia Re: Woda gazowana... 19.01.05, 19:14
            bardzo fajnie napisane wspomnienia! czyta sie super! czekam na nastepne
            pozdr
            M
          • ropsu Re: Woda gazowana... 26.02.05, 12:36
            Fascynujace te Twoje wspominki i fajnie napisane. Masz talent narracyjny.
            Wracajac do wody gazowanej: naprawde moze byc tak zle? Alkohol rozumiem ale
            niewinna Mazowszanka?
            • chaladia Re: Woda gazowana... 28.02.05, 06:43
              Problemem jest to, że w pustynnych warunkach człowiek może się naprawdę bardzo
              odwodnić i wtedy wypija bez odrywania butelki od ust nawet 1,5 litra wody w
              ciągu kilkunastu sekund. W takim czasie "bąbelki" nie zdążą z wody wylecieć
              (nawet szansy nie mają, gdy ktoś pije z butelki) i uwalniają się w żołądku. A
              człowiek nie jest przystosowany do przyjmowania nadciśnienia "od środka"...

              Przy okazji - wrażenia silnie odwodnionego po wypiciu nawet wody niegazowanej
              są dość szokujące - po pierwsze, traci się na chwilę resztkę sił, jaka jeszcze
              człowiekowi zastała, gdyż organizm całą swą energię zużywa na przetłoczenie
              wody do komórek. Jestem pełen podziwu dla zdolności układu krwionośnego do
              przerzucenia takiej ilości płynu w tak krótkim czasie... po drugie, człowiek
              zalewa się potem w sposób wręcz szolujący - pot leje się po głowie jakby wtę
              butelkę wody wlało się nie do gardła, a prostu na głowę...
    • chaladia Taka scenka... 06.05.05, 18:05
      Karuzela w Chartumie (1990).
      W Chartumie, niedaleko Khartoum Hilton jest wesołe miasteczko. Od razu nas
      uprzedzili po przylocie, żeby tam nie chodzić, a juz napewno nie jeździć na
      karuzeli.
      No to oczywiście się wybrałem, zobaczyć dlaczego takie ostrzeżenia są wydawane.
      Karuzela duża, nawet jak na nasze polskie warunki Wesołych Miasteczek z epoki
      PRL-u. Kręci się szybko, foteliki na łańcuchach migają pod niebem... Dopiero
      jak zwolniła i później się zatrzymała zorientowałem się, dlaczego tak przed nią
      nas ostrzegano: nie było ani jednego całego łańcucha, prawie każdy powiązany
      był drutem, dobrze jeśli nie starymi kablami elektrycznymi albo wręcz sznurkami!
      Mnie, naiwnemu Europejczykowi wydawało się, że to się MUSI urwać jak nie za
      minutę, to za godzinę... Tymczasem przez dwa i pół roku mojego pobytu w Sudanie
      nie było wypadku z tą karuzelą, a później się dowiedziałem, że dopiero w roku
      1999 któryś łańcuch się urwał i jakiś pasażer (oczywiście dorosły, bo cięższy)
      poleciał z krzesełkiem w tłum zabijajać siebie i parę innych osób.

      Nawet jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przeciętny Sudańczyk jest raczej
      lekki (ale z kolei na jedno jednoosobowe krzesełko włazi tak 2-3 młodziaków) to
      trzeba przyznać, że Allach bardzo długo miał ich w swoje pieczy - niestety, jak
      widać nawet Moc Najwyższego w końcu kiedyś nie wystarcza wobez zmęczenia
      materiału...
      • blackagnes Re: Taka scenka... 08.05.05, 14:53
        Rzecz się działa pod piramidami, gdzie oczywiście przemieszczają się tabuny
        turystów ale, gdzie również egipcjanie i egipcjanki-młodzież do 30 roku życia
        (chaladia, już kiedyś czytałam o Twoich doświadczeniach w podobnej kwestii)
        póbują odnaleźć chwilę spokoju i pobyć sobie sam na sam. Otóż na przeciwko
        Sfinksa (tylna jego strona)jest ustronne miejsce, gdzie grupy turystów nie
        docierają ze względu na barrrrdzo szybkie obicie kart ;) i oczywiście tak
        zorganizowany program. Tamże młodzież egipska kradnie chwile i pozostaje w
        bliższym kontakcie. Zdarzyło się, że zachwycona kolejną wizytą chciałam mocniej
        poczuć magię tego miejsca i najzwyczajniej w świecie chłonąć to siedząc w
        słoneczku ( a propo siedzenia w słońcu pod piramidami też mam ciekawe
        doświadczenia). Nie dane mi było zaznać spokojnego rozkoszowania ;) Siedząc
        pośrodku miejsca otoczonego piaskowcem w różnych formach zaobserwowałam kilka
        sytuacji tj: pod ścianą na uboczu siedzi sobie para - oboje muzułmanie, bardzo
        blisko siebie ze splecionymi rączentami czasami rozmawiając lub zbliżając swoje
        twarze (pewnie to były kradzione całusy). Natomiast nad nimi na górze ściany
        stoi mężczyzna i wychyla się, aby coś więcej zobaczyć... Na początku myślałam,
        że to jakiś podglądacz i kiedy zapytałam o to mojego męża wyjaśnił mi, że to
        stóż moralności, który tylko czeka aby zobaczyć wiecej jak np. pocałunek.
        Oburzona tym faktem zaczełam z mężem ten temat, po czym uświadomił mi, że tak
        naprawdę wszędzie wokół są policjanci po cywilu i tylko czekają na
        zapomnienie... Rzeczywiście tak było, każda para miała swojego stróża oprócz
        nas ;) albo mi się tak wydawało. Mój wzrok zatrzymał się na jednej z takich par
        ponieważ zaczynali się zapominać, mąż mój próbował ich sprowadzić na ziemię
        sygnałami dźwiękowymi, ale stróż dostrzegł to i zaczeła się afera. Zarządał
        spokoju ze strony męża i dokumentów obserwowanej przez niego pary. Oczywiście
        wszystko to działo się w hałaśliwej oprawie po arabsku, mężczyzna i kobieta
        odmawiali okazania dokumentów co jeszcze bardziej rozsierdzało stróża, do tego
        mój mąż, który urażony słowami wyrażał swoje zdanie na temat traktowania ludzi
        i ja nie rozumiejąca ani słowa jedynie mogąca ocenić po zachowaniu co się
        dzieje. Reszta par jak poparzona zaprzestała czegokolwiek i jak w teatrze
        przyglądała się całemu zdarzeniu bez jakiejkolwiek reakcji. Skończyło się to
        tak, że policjant zawezwał posiłki i otrzymał w końcu dokumenty. Potem
        dowiedziałam się, że najprawdopodobniej facet trafi do aresztu na dzień lub
        dwa, wpisze mu się w rejestr - adnotację o tym zdarzeniu i może się to ciągnąć
        za nim jeszcze przez długi czas. Natomiast dziewczyna wróci do domu ale rejestr
        będzie podobny... Długo nie mogłam po tym dojść do siebie.
        • chaladia Re: Taka scenka... 08.05.05, 15:59
          Złe miejsce wybrali...
          Szkoda mi tych młodych ludzi. Gdyby mieli dość kasyi czsu, żeby pojechać do
          Sakkary, to by nie "podpadli", bo tam policji nie ma, albo jest jej mniej.
          Widywałem parki pieszczęce się w komnatach mniej uczęszczanych piramicd i
          mastab, gdzie gafir z reguły albo śpi gdzieś w cieniu, albo go wogóle nie ma -
          bo polazał grać w warcaby z drugim z innej piramidy...
          • blackagnes Re: Taka scenka... 08.05.05, 16:37
            Masz rację, moim skromnym zdaniem głównie chodziło o kasę. Tak wnioskuję
            przypominając sobie całą sytuację i tych ludzi. Bez kasy życie jest niestety
            trudniejsze...
            • chaladia The very TRUE... 08.05.05, 17:16
              blackagnes napisała:

              "Bez kasy życie jest niestety trudniejsze..."

              Czasami trudno mi było zrozumieć, jak ci ludzie potrafią przeżyć za 100-400
              Funtów Egipskich (wtedy po 4,15 LE za USD) płacąc za mieszkanie, transport i
              jeszcze jakieś podatki od tego...
              A on jeszcze potrafili w tym marnym życiu znaleźć jakąś radość.
              NB. Podobnie było i w naszym PRL-u... choć faktem jest, że w PRL-u ceny
              urzędowe były bardziej dostosowane do urzędowych zarobków.
              • blackagnes Re: The very TRUE... 08.05.05, 19:57
                Wiesz ja do tej pory łapię się na tym, że to jakiś żart (ich zarobki) i
                zastanawiam się jak to możliwe. Dla mnie najpiękniejsze jest to, że oni
                potrafią mimo swych marnych zarobków dzielić się z innymi potrzebującymi i
                uważają to za swój obowiązek i są under a moral obligation i nie myślę tu
                tylko o muzułmanach, a głównie o Koptach, którzy mimo swej pozycji w Egipcie
                dzielą się ze wszystkimi potrzebującymi.
                Ta radość, o której piszesz jest niesamowita, znajdziesz ją na każdym Twoim
                kroku pod warunkiem, że umiesz dostrzegać świat wokół siebie. Ależ
                zatęskniłam...
                Nasz PRL był dla mnie łaskawy, ale byłam dzieckiem expata ;)więc nie dane mi
                było zmagać się z nim bezpośrednio i nie mogę narzekać ;)
                • chaladia Re: The very TRUE... 08.05.05, 23:21
                  Egipt to nic, prawdziwa nędza jest w Sudanie.
                  Miałem nieprzyjemność widzieć, jak ten stan narastał od upadku rządu Sadika-al-
                  Mahdiego (1989) przez dwa i pół roku. Uchodźcy szli prze parę dni bez jedzenia,
                  bo się zwiedzieli, że gdzieś są chaładzie, którzy za pracę gotwoi są dać nie
                  tylko pieniądze, ale JEDZENIE. gdy docierali do nas, padali z wycieńczenia.
                  Dostawali na początek "ful" (rozgotowaną fasolę) i szare bułki z durry, co z
                  reguły zwalało ich z nóg, bo ich wycieńczone organizmy poświęcały 100% sił na
                  strawienie tego posiłku. Potem dostawali mydło i posyłaliśmy ich pod prysznic.
                  Sądzę, że wielu w życiu nie zetknęło się z podobnymi luksusami.
                  I ciekawa rzecz - już po paru godzinach te ludzkie szkielety zaczynały się
                  uśmiechać, ich oczy błyszczeć, zaraz ktoś wyciągał jakiś bębenek, a jak nie
                  było bębenka to choć kubeł i zaczynali śpiewać, podrygiwać... już było dobrze,
                  byli szczęśliwi.
    • chaladia Mandaty za wykroczenia drogowe... 10.12.05, 21:32
      Taka scenka:
      Egipscy policjanci dostali w połowie lat '80 radary do mierzenia prędkości i
      zaczęli dość dowolnie korzystać z tych urządzeń. Ponieważ expatriackie
      samochody łatwo było rozpoznać (mieliśmy inne tablice rejestracyjne) - odbywało
      się istne polowanie na Białych przekraczających przepisy.
      Nikomu nie przeszło przez myśl nie zatrzymać się na widok "lizaka", bo z
      policją w Egipcie nie nie było (i nadal nie ma) żartów i próba ucieczki mogłaby
      skończyć się dostaniem w bagażnik serii z Kałasza. Gdy jednak dochodziło do
      zatrzymania i dyskusji, chaładzie z reguły stwierdzali, że "ma fisz felus" i
      żeby wystawić mandat kredytowy. I tu zaczynała się "szopka". Nasze ówczesne
      paszporty były tak zrobione, że najważniejsze dane (nazwisko i imię, data
      urodzenia) były nie na stronie z fotografią, ale o stronę wyżej. Obok
      fotografii były: kolor oczu, wzrost i cechy szczególne. Policjanic prawie
      zawsze wpisywali je do protokołu i mandatu. Oczywiście NIKT przy zdrowych
      zmysłach nie miał zamiaru płacić takiego mandatu wystawionego na pana "Brazowe,
      Średni, Nie Ma". No i po jakimś czasie (z reguły dany expat dawno już był po
      kontrakcie w kraju) do Ambasady PRL przychodziły wezwania do uiszczenia kary z
      odsetkami za obywatela PRL "Brązowe, Średni, Nie Ma".
      Pod koniec roku 1987 policjanic się "zmądrzyli" i zaczęli zatrzymywać prawa
      jazdy. Na szczęście wówaczas PZMot wydawał tyle Międzynarodowych Praw Jazdy (to
      była taka biała kartonowa książeczka z wklejoną fotografią), o ile się prosiło,
      więc kto potrzebował, miał ich po 3-4 (na pocżatku). Mogi więc sobie te prawa
      jazdy szczęśliwie zatrzymywać... aż się wyczerpał zapas.
      Niestety, pomparu latach obowiązki PZMotu przejęły Wydziały Komunikacji i
      komfort się skończył.
    • pam_pa_ram_pam Re: Scenka z samolotu Europa - ME 12.12.05, 17:11
      Leciałem kiedyś do Emiratów z międzylądowaniem w Rijadzie. Jakiś poroniony
      czarter dla expatriatów - stanowili 99% pasażerów. Pozostały 1 % to były dwie
      śniade laski w wielu lat około 20. Mini, obcisłe T-shirty pokazujące więcej,
      niż zakrywające, wysokie obcasy. Dziewczyny strzelały oczami do wszystkich co
      młodszych i przystojniejszych chaładzi. Kto mógł, przysiadał się do nich i
      zagadywał. W takim natłoku adoratorów nie mogło dojść do scen znanych z
      filmów "Emanuelle", ale widać było, że dziewczyny aż się rwą do męskiego
      towarzystwa.
      I tak fajnie było przez parę godzin. Po ogłoszeniu, że zbliżamy się do Riyadhu,
      panienki znikły na jakiś czas w toalecie, a gdy z niej wyszły, miały na sobie
      przepisowe arabskie stroje i skrajnie aseksualne, niewinne minki. Przed
      wyjściem za samolotu wogóle zasłoniły twarze...
    • chaladia BHP w wersji Inczallah Bukrah Malesz... 21.03.06, 20:00
      Przy okazji jakiejś dyskusji o BHP przypomniała mi się taka scenka z naszej
      budowy pod Asyut:
      Kontrakt przewidywał analizę radiologiczną spawów w rurociągach
      powyżej Ø 300 mm. Oczywiście nie uśmiechało nam się sprowadzanie na stosunkowo
      niewielki kontrakt speców od "świecenia" spawów z Kairu, a tym bardziej z
      Polski albo z Wlk.Brytani. Ale okazało się, że Unwersytet Asjucki ma Wydział
      Technologii, który świadczy takie usługi. Pojechaliśmy, stwierdziliśmy, że "na
      oko" wszystko jest profesjonalne, docent kierujący pracownią rzeczowo
      odpowiadał na pytania, wprawdzie "żródło promieniowania" było nieco archaiczne
      (laska promieniotwórczego materiału w ołowianym pojemniku), ale nasz spawalnik
      stwierdził, że takie "devide" daje nawet równiejsze promieniowanie niż
      wszystkie nowomodne wynalazji, tyle, że "sieje" promieniowaniem równo po
      wszystkich.
      Na dzień "świecenia" ograniczyliśmy roboty w pobliżu miejsca testu, ktomógł,
      oddalił się o 200 metrów od strefy zagrożenia, na koniec przyjechała ekipa
      złożona z docenta i jego asystenta. Przyjechali "Ładą". Myślałem, że "źródło
      promieniowania" przywiozą w bagażniku, żeby było jak najdalej od nich.
      Tymczasem nie wierzyliśmy własnym oczom: asystent docenta trzymał bombę
      promieniotwórczą między swymi nogami, dosłownie o centymetry od swoich jąder...
      Zatkało nas - niby ci ludzie byli naukowcami, wiedzieli, jaki skutki ma
      promieniowanie, jak nieefektywną osłonę stanowi ołowiany garnek, a w praktyce
      nie potrafili tej swojej wiedzy wykorzystać dla zapenienia sobie minimum
      bezpieczeństwa. Test trwał pewno ze dwie-trzy godziny. Wszystko, o dziwo doś
      profesjonalnie poszło. Na koniec panowie zapakowali do bagażnika klisze, a
      bombę, tak jak w drodze na budowę, asystent docenta trzymał między nogami...
      • tetys Re: BHP w wersji Inczallah Bukrah Malesz... 21.03.06, 20:51
        A może to promieniowanie działa odwrotnie na niektóre organy?;)
        Chociaż nie wydaje mi się...
      • elik12 Re: BHP w wersji Inczallah Bukrah Malesz... 22.03.06, 08:05
        A moze asystent juz mial wystarczajaca liczbe dzieci i stosowal to jako meski
        srodek antykoncepcyjny ;-)
    • chaladia Ucieszny Laundry-Boy... 30.03.06, 18:49
      Mieliśmy w Sudanie pracza, czyli Laundy-Boya. Mohammed się nazywał. Chudy,
      zawsze z przyklejonym do twarzy krzywym uśmieszkiem, ale robił dobrze to, co do
      niego należało. Dokładniej, miał prać i prasować.

      W 1991 roku "hitem sezonu" były w modzie koszule "pomięte". Nasz kierownik
      finansowy sprowadził sobie taki ostatni krzyk mody (zapewne jedyna taka koszula
      w Sudanie) i wszyscy podziwiali "zachodni styl". Tyle, że na Bliskim Wschodzie
      expatriaci noszą każdą rzecz raz i oddają do prania, bo z reguły taka sztuka
      jest kompletnie przepocona. No nasz financial nie wpadł na to, by pouczyć
      Mohammeda, iż takowych rzeczy się nie prasuje. A Mohammed miał przykazane przez
      doktora budowy prasować wszystko, ze skarpetami włącznie, bo chodziło o
      odkażanie wysoką temperaturą. No więc przez cały dzień Mohammed nie wyprasował
      nikomu nic innego, ale po kilkugodzinnym wysiłku ODNIÓSŁ SUKCES - "zmięte"
      koszula financiala była rozprasowana parowym żelazkiem "na gładko". oczywiście
      najlepsze miało dopiero nastąpić, to znaczy mina financiala, gdy Mohammed
      zaniósł mu z dumą jego pranie...
      Co więcej, pomocnicy Mohammeda opowiadali potem, że przez cały czas pracy nad
      rozprasowaniem pomiętej koszuli Mohammed klął w żywy kamień po arabsku na tego
      chałdzię, co to on musiał wyczyniać, żeby tę koszulę tak okropnie pognieść...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka