jagoda2
11.12.15, 22:01
Od miesiąca noszę w sobie ten ból, rozczarowanie, wszechogarniający mnie smutek i przepełniający me serce żal. Oczywiście spowodowany rozstaniem z bliską mi osobą, spowodowany rezygnacją z uczucia, a szczerze mówiąc - tak, nazwijmy w końcu rzeczy po imieniu - odrzuceniem przez kogoś, na kim mi zależało. Muszę to w końcu z siebie wyrzucić, bo po prostu już nie mogę dusić tego w sobie. Nie mogę, wykańcza mnie nieprzerobienie tego tematu, niemożność mówienia o tym, tylko moje własne, niespokojne, galopujące myśli.
Związek od początku obarczony był ogromnym stopniem ryzyka, praktycznie z góry skazany na niepowodzenie, w zasadzie to szaleństwo pewnego rodzaju. Jednak zaryzykowałam, postawiłam wiele na tę kartę, podświadomie wiedząc, że to patykiem po wodzie pisane. W zasadzie nie żałuję, jeśli tak - to teraz i to minimalnie - korzyści emocjonalne "wtedy" były wielkie. I wszystko byłoby w porządku, wiedziałam, że to związek bez przyszłości, godziłam się na to mniej lub bardziej świadomie, gdyby nie sposób, w jaki się skończył. To mnie najbardziej boli, z tym nie potrafię się pogodzić. To jest jak zdrada: byłaś potrzebna - ok, kocham Cię; byłaś, nacieszyłem się Tobą - koniec naszej miłości, znikaj z mojego życia. Nie potrafię sobie z tym poradzić, nawet nie z brakiem uczucia, tylko właśnie z takim traktowaniem, odrzuceniem, jak pozbywa się zużytej rzeczy. To tak bardzo boli.
Jest też druga strona medalu - tęsknię za tym człowiekiem, chociaż jest to bardzo irracjonalne, bo i tak nie mieliśmy szans na trwały związek. Tęsknię za nim, bo wierzyłam, że mnie kocha. Tęsknię, bo było mi z nim dobrze. Nie była to jakaś wielka miłość z mojej strony, ale na swój sposób go kochałam, może nawet nadal kocham w jakiś sposób. Przede wszystkim wierzyłam, że on mnie kocha, tęskni za mną, myśli o mnie, czeka na mnie i to dodawało mi sił, energii i radości na co dzień. Teraz wszystko się skończyło i nie ma nic. Jest pustka i wielka, czarna dziura, niemoc i brak chęci do czegokolwiek. Nie umiem sobie z tym poradzić, jest mi źle i smutno. Wiem, że to w końcu minie, ale co mam zrobić teraz? Jak teraz mam sobie poradzić?
Pomyślałam, że jak zacznę rozmawiać na ten temat, jak wyrzucę to z siebie, to może mi ulży, może przerobię ten temat. Niestety, nikt z moich znajomych i przyjaciół nie zna tej historii, więc nie mogę z nimi porozmawiać na ten temat. Zresztą chyba nawet nie chcę. Chcę sobie jakoś pomóc, bo nie chcę dłużej tak się męczyć, a czuję, że nie ma innego sposobu jak wyrzucenie tego z siebie. Niespecjalnie potrafię płakać w takich sytuacjach, więc ta opcja raczej nie wchodzi w grę. Zatem, jeśli ktoś ma ochotę porozmawiać ze mną - wcale nie pocieszać, tylko rzeczowo pogadać - to bardzo proszę.