Dodaj do ulubionych

Kalambusz.

26.05.05, 13:37
Mnie nigdy ta przyjemność nie spotkała, bo zawsze staram się zachowywać jak
należy, a już na obczyźnie tym bardziej. Za to wiem, że wielu chaładzi z
Polski i nie tylko miało okazję zobaczyć arabski areszt od środka. Z reguły
za wykroczenia drogowe, ale nie tylko. Może ktoś coś napisze o takich
przeżyciach...
Obserwuj wątek
    • iwa_ja Re: Kalambusz. 26.05.05, 22:13
      chaladia napisał:

      > Mnie nigdy ta przyjemność nie spotkała, bo zawsze staram się zachowywać jak
      > należy, a już na obczyźnie tym bardziej. Za to wiem, że wielu chaładzi z
      > Polski i nie tylko miało okazję zobaczyć arabski areszt od środka. Z reguły
      > za wykroczenia drogowe, ale nie tylko. Może ktoś coś napisze o takich
      > przeżyciach...
      >
      Barwnie o tym opowiadał Adaś Dubiński, któremu wielokrotnie sie to
      przytrafiało. Gdzie on jest teraz?
    • survey06 Re: Areszt domowy w Jemenie Płd. 01.06.05, 12:04
      Poprawność wszelkich zachowań w obcych kulturowo i obyczajowo społecznościach
      oraz przestrzeganie miejscowych praw, przepisów i rozporządzeń powinna być
      podstawą działania każdego expate’a. Ale, niestety, mimo najszczerszych chęci,
      życie płata czasami dziwne figle.

      W połowie lat 80-ych Bovis International dał zlecenie na rozpracowanie warunków
      lokalnych w Sayun (Jemen Płd.) by móc opracować kompletną (bez wyłączeń) ofertę
      budowlano-montażową. Już sam przylot do jemeńskiego interioru to wielka
      atrakcja. Po raz pierwszy w życiu leciałem górnopłatem Dash Havilland.
      (Zabierał około 20-24 pasażerów) Lądowaliśmy z kolegą K. około 10,30 rano
      na „lotnisku” w Sayun, czyli ..... na zwykłym klepisku. Taksówką pojechaliśmy
      do jedynego „europejskiego” hotelu i po zakwaterowaniu się wyruszyliśmy do
      centrum miasta. Nie minęło nawet pół godziny spaceru, kiedy podjechał do nas
      policyjny gazik, po czym – bez większych ceregieli – zostaliśmy wepchnięci do
      środka i odwiezieni na posterunek policji. Tam nijak nie dało się z nikim w
      żadnym języku dogadać. Zamknięto nas w posterunkowej klatce i kazano czekać.
      (Z pobytu w tej celi zapamiętałem tylko wielki solidny zamek z napisem:
      Varimex – Made in Poland!!) Jakiś policyjny notable pojawił się po około trzech
      kwadransach. Obejrzał paszporty i kopię pisma, jakie zostało dzień wcześniej
      złożone w Adenie w tamtejszym Ministerstwie ds. Energii i Zasobów Naturalnych.
      (Tak jakoś czy podobnie brzmiała nazwa potencjalnego klienta) Po czym próbował
      się przez kwadrans gdzieś dodzwonić. Niestey, bezskutecznie. Następnie już w
      dwa ruskie gaziki odwieziono nas do hotelu, odprowadzono w towarzystwie
      recepcjonisty i policjanta do pokoju i przykazano, ze nie wolno nam ABSOLUTNIE
      wychodzić poza pokój do godziny 18-ej. Punktualnie o 18-ej policjant
      odprowadził nas na przesłuchanie do jednej z sal na zapleczu. Na szczęście tym
      razem przesłuchujący oficer posługiwał się dobrym angielskim i rosyjskim.
      Wyjaśniliśmy, co nas przygnało do miejsca gdzie „diabeł mówi dobranoc”.
      Pokazaliśmy będący w naszym posiadaniu komplet dokumentów, rysunków, szkiców
      itp. opracowanych przez firmy duńskie i rosyjskie, ale oficjalnie sygnowany
      przez jemeńskiego inwestora. Wszystko to zostało starannie przejrzane i
      protokólarnie odnotowane. Po godzinie jednak usłyszeliśmy, że wprawdzie
      wszystkie dokumenty są OK., ale formalnie biuro klienta w Sayun nic nie wie o
      naszym przyjeździe, bo takiej informacji nie dostali z Adenu. Do Adenu ponoć
      dzwonili, ale nikt tam nic nie wiedział. Również władze nie dostały swoimi
      kanałami żadnej informacji o naszym pobycie, celu pobytu i czasokresie. Nie
      wiadomo też, kiedy i w jakiej formie te wymagane informacje dotrą tutaj. Nasz
      pobyt w Sayun, w świetle przepisów obowiązujące władze miejscowe, uważa się za
      nielegalny, a w związku z tym, decyzja komendanta policji podjęta kilka godzin
      wcześniej o areszcie domowym obowiązuje dalej. Nie wolno nam absolutnie
      opuszczać hotelu do następnego dnia, tj. do czasu odlotu samolotu do Makalla.
      (Tam była obowiązkowa przesiadka na kolejny rejs Al Yemena do Adenu). No i
      spędziliśmy resztę wieczoru i noc w hotelu pod czujnym okiem służby hotelowej.
      Na godzinę przed odlotem pod hotel podjechała rozklekotana taksówka, która
      zawiozła nas na lotnisko.... oczywiscie w asyście gazika policyjnego. Gdy
      policjanci zegnali sie z nami to zyczyli nam przyjemnej pozdrozy.


      Natomiast, jeśli chodzi o prawdziwy arabski kalambusz, to znam przynajmniej 4
      osoby, które tej wątpliwej przyjemności doświadczyły. Wszystkie przypadki
      dotyczyly spowodowania wypadków drogowych. Niektóre historie są bardzo bolesne.
      Wiem, że pozostawiły trwałe urazy psychiczne. Więc dajmy im spokój.
      Serdeczne pozdrowienia.

      Tripoli 01-06-2005
      • chaladia Re: Areszt domowy w Jemenie Płd. 03.06.05, 20:47
        W Sudanie kalambusz był tylko dla znaczniejszych więźniów politycznych. Takich
        jak Sadik-al-Mahdi (zresztą był to raczej areszt domowy niż więzienie). Mniej
        znacznych przeciwników politycznych po prostu likwidowano.
        Normalnym więzieniem był tylko areszt śledczy.

        jednak nie o tym miałem zamiar pisać. W Sudanie egzystowała w latcg '80/'90
        instytucja Sędziego Ludowego (Kadi), który rozstrzygał w różnych sporach
        okolicznej ludności, ale także zasądzał mniejsze wyroki w sprawach o
        charakterze chuligańskim imniejszych wykroczeń. Wyglądało to mniej-więcej tak:
        W pobliżu suku na starym, wytartym dywaniku siedzi sędziwy Sudańczyk (z reguły
        Czarny, choć z odrobnią rysów arabskich lub berberskich) w białej galabiji i
        takimż zawoju, czasami także w fezie. Za nim stoi dwóch Szylluków albo Dinków,
        każy 2 metry wzrostu i muskulatura taka, że Rambo przy nim to cherlak. Obnażeni
        do pasa i każdy trzyma w ręku wiązkę bambusów. Przyprowadzają jakiegoś
        winowajcę, który czy to upił się haragą z daktyli i powywracał kramy, czy
        próbował coś ukraść, czy dopuścił się innego grzechu - Kadi słucha, pyka z
        sziszy, ocenia kondycję podsądnego i orzeka "wahad busa!" to znaczy jeden
        tuzin. Oczywiście bambusów. Występuje keden z Murzynów, przywiązuje skazańca do
        drzewa i szybko, rzeczowo wymierza mu 12 uderzeń. Po takiej karze bambus nadaje
        się do wyrzucenia, a plecy goscia wyglądają jak zraz przygotowany do rzucenia
        na ruszt.
        Chaładziom też się czasami zdarzało "oberwać". I tak się składało, że o ile
        przeciętny Sudańczy po otrzymaniu nawet 2-3 tuzinów batów odchodził o własnych
        siłach, to chaładzia z reguły po otrzymaniu jednego tuzina razów wracał na pace
        ciężarówki leżąc na brzuchu na wypchanym sienniku (w tej pozycji poszkodowany
        spędzał kilka dni, pomimo polewania zimną wodą i przyjmowania silnych środków
        przeciwbólowych).
        • survey06 Re: Areszt domowy w Jemenie Płd. (i nie tylko) 06.06.05, 09:40
          Nigdy nie widzialem sceny batozenia. Natomiast opowiadali mi nasi spawacze o
          takiej publicznej egzekucji kolo glownego meczetu w Abu Dhabi. To bylo pozna
          jesienia 1977. Jak wyliczyli, to jeden ze skazanych dostal 48 batow, a drugi 72
          baty i nie odzyskal przytomnosci. I z tego co sie orientuje, byla to jedna z
          ostatnich publicznych chlost w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

          W tamtych czasach, w obiegu prywatnym w Abu Dhabi, krazyl film czarno-bialy
          nagrany na tasmie 16mm przedstawiajacy publiczna egzekucje obciecia skazancowi
          glowy w okolicach Bandar Abbas (Iran). Wydarzenie mialo miejsce (podobno) pod
          koniec 1976 a zostalo nagrane przez niemieckiego inzyniera. To byly bardzo
          mocne sceny. Oszczedze jednak Panstwu opisu szczegolow.
          • pam_pa_ram_pam Re: Areszt domowy w Jemenie Płd. (i nie tylko) 08.06.05, 17:57
            Ja batożenie widywałem w południowoamerykańskich fawelach. Tam "prawo" jest
            egzekwowane przez różne gangi, które wbrew pozorom nie zawsze likwidują osoby,
            które coś im przeskrobały. Gdyby mordowali każdego, kto choćby raz coś zrobi
            coś nie po ich myśli, to wkrótce zabrakłoby im ofiar. Oczywiście nie było w
            czasie mojego rocznego pobytu w Rio dnia, żeby kogoś w okolicy nie zabito, ale
            podstawową "karą" wymierzaną niesolidnym dłużnikom, przeważnie winnym za
            narkotyki, prostytutkom, które ukrywały dochody przed alfonsami, obstawiaczom
            różnych gier losowych, którzy "podbierali" drobne sumy swoim bossom było
            batożenie.
            Jak to już gdzieś napisałem, mieszkałem w domu pewnego lekarza, niedaleko
            faweli. Gość był jak na tamtejsze wrunki uczciwy, choć przecież nie żaden
            Judym. Miał duży i dość stary dom, zapewne jeszcze z początku XX wieku i
            wynajmował pokoje, najchętniej Białym expatriate'om. Niby ta budowla była
            otoczona potężnym murem, okna na parterze były zakratowane, ale obecność w domu
            kilku młodych męszczyzn miała zapewne wpływać zniechęcająco na różnych
            złodziejaszków.
            Tak się zdarzyło, że okno mojego mieszkanka wychodziło na fawelę odległą o może
            200 metrów. "Fawela" to nie całkiem slums, na jej granicy są całkiem porządne
            domy ludzi, którzy nią "rządzą". Zawsze był tam hałas, wrzaski i mało mnie to
            obchodziło. Z reguły miałem zamknięte drewniane żaluzjo-okiennice.
            Pewnego dnia, z miesiąc po tym, jak się wprowadziłem, córka mojego Landlorda,
            panienka lat z 16, z którą zdążyłem się juz zaprzyjaźnić (bez podtekstów)
            przyszła do mnie zdecydowanie za bardzo jak na taką osóbkę podniecona, z
            wypiekami na twarzy i zaczęła prosić, żebym jej pozwolił powyglądać z okna.
            Zgodziłem się, sam ciekaw, co można zobaczyć ciekawego w takiej faweli, do tego
            nocą. Otworzyliśmy okno, a tu poniżej (mieszkałem na poddaszu) jasno oświetlone
            patio jakiegoś domu (za dnia wygladał jak wszystkie te rudery), ludzie w
            eleganckich ubraniach, muzyka rżnie na cały regulator. Pytam się, co to - może
            ślub? Panienka na to, łamanym angielskim, że będzie egzekucja. W pierwszym
            momencie przeraziłem się, że kogoś powieszą lub zetną i zacząłem się
            zastanawiać, czy by nie wezwać policji, ale uznałem ten pomysł za głupi. Gdyby
            policję można było wezwać, to by ją już dawno ktoś wezwał. Donosicieli
            policyjnych jest tam pełno - to już wiedziałem. Wkrótce okazało się,
            że "egzekucja" to będzie batożenie jakiegoś chłopaka, który coś przeskrobał
            lokalnemu szefowi mafii. A że nie był w stanie pokryć szkód, jakie spowodował,
            to mafioso zorganizował show za odpowiednio drogimi biletami dla co
            zamożniejszych i bardziej szanowanych obywateli z batożeniem winnego jako
            główną atrakcją. Po jakimś czasie przyprowadzono jakiegoś młodego Murzyna i
            wpierw publiczność go dość dokładnie oglądała (panie w wydekoltowanych
            kreacjach nawet bardzo dokładnie), a potem ustawiono go na pergoli i rzeczowo
            wybatożono. Cały czas przy ryczącej muzyce, bo gość wył w niebogłosy. Co jakiś
            czas przerywano egzekucję, cucono go wodą i batożono znowu. Na koniec ofiara
            legła na kamiennej posadzce, a goście w najlepsze bawili się dalej.
            Panienka (wydawałoby się, że "panienka z dobrego domu") obsewowała to z
            nieprawdopodobnym podnieceniem, prawie półprzytomna. Wyraźnie jej się to
            podobało.
            Potem jeszcze kilka razy miałem okazję zobaczyć podobne egzekucje, raz nawet
            jakiejś dziewczyny, całkiem ładnej, którą oczywiście chłostano topless...
            • survey06 Re: Brazylia - O' Cangatierro..... 09.06.05, 10:44
              Jedne z pierwszych moich szkolnych wakacji spędzałem nad morzem w Stegnie
              Gdańskiej. Pewnego wieczoru rodzice wybrali się do kina na ówcześnie głośny
              film brazylijski o tytule „Oh Cangatierro” (czy jakoś podobnie). Nie uszła
              mojej uwadze, poprzedzająca ich wieczorne wyjście wymiana zdań, że film jest
              wyłącznie dla dorosłych i obfituje w mocne sceny. Po ich wyjściu, namówiłem
              jednego Waldka – kolega wakacyjny z Częstochowy od gry w piłkę, wspinaczki po
              drzewach i wspólnych wypraw dla penetracji resztek poniemieckich bunkrów,
              lazaretów i stanowisk obronnych, których było pełno na całym wale wzdłuż
              wybrzeża Zatoki Gdańskiej, – aby spróbować cośkolwiek podejrzeć z tego filmu.

              Ówczesne kino objazdowe to była taka ciężarówka zwana też nie wiadomo
              dlaczego „stonką” z zainstalowaną całą maszynerią do odtwarzania filmów i
              dźwięków.. Podjeżdżała obowiązkowo tyłem pod miejscowe „letnie kino”. Następnie
              otwierano tylne drzwi i operator dostrajał obraz z projektora z ekranem
              kinowym, czyli dużym prześcieradłem rozwieszonym w odległości gdzieś 15 metrów.
              Poniżej ekranu stały dwa potężne głośniki z napisem „Tesla” umieszczonym w
              poprzek. Oczywiście całe kino było otoczone dosyć wysokim drewnianym płotem. Do
              kina wchodziło się i wychodziło przez jedną drewnianą i wysoką furtkę, gdzie
              odbywała się jednocześnie kontrola biletów. Miejsca w kinie nie były
              numerowane. Widzowie siadali jak popadło na zwykłych deskach przybitych do
              pniaków. Ławki były ruchome. Przy większych emocjach bardzo łatwo lądowało się
              na ziemi.

              Po dotarciu do kina okazało się, że lepsze dziury w płocie były już zajęte
              przez miejscowych młokosów, chętnych tak samo jak my do obejrzenia „mocnych
              scen”. Siłą rzeczy musieliśmy skorzystać z dziur po sękach w ścianie bocznej.
              Nie było to zbyt wygodne, bo na ekran trzeba było patrzeć pod kątem 40-45
              stopni a do tego dokuczały pokrzywy i chmara komarów.

              Z filmu zapamiętałem przede wszystkim piękną melodię, którą potrafię jeszcze i
              dzisiaj zanucić. Już pierwsze sceny tego ówczesnego hitu dostarczyły mocnych
              wrażeń. Grupa konnych jeźdźców napada na spokojnych ludzi pracujących na
              plantacji. Kilku uciekających zastrzelono, kilku payzanom przejechano po
              plecach pejczami, kilku złapano na lasso i ciągnięto za końmi. Ale
              najmocniejsza scena to było jak złapanej dziewczynie wypalano język gorącym
              żelazem. Za co i dlaczego, nie mogłem się zorientować. Zapamiętałem jeszcze, że
              główny mafioso ze kilkoma zbirami włazi do pobliskiej szkoły gdzie przerażone
              dzieci tulą się do nauczycieli. Tenże Bonzo w jednej z klas zostaje mocno
              ofukany przez młodą nauczycielkę. Z jej wyzwisk i wrzasków nic sobie nie robi
              tylko koślawymi literami pisze na szkolnej tablicy: „Zabieram nauczycielkę”. I
              więcej już filmu nie zobaczyłem, gdyż bileter zainteresował się tym co dzieje
              się dookoła (może frekwencja nie dopisała?) i zaczął brutalnie i zdecydowanie
              rozpędzać wszystkich lewusów.

              Po latach miałem okazję bliskiej współpracy z inżynierem M. - wybitnym polskim
              specjalistą o międzynarodowej renomie ściśle związanym z przemysłem sodowym. W
              latach 70-ych i 80-ych spędził w Brazylii kilka lat pracując przy
              commisioning’u a następnie utrzymaniu ruchu i dwuletniej eksploatacji zakładów
              sodowych wybudowanych przez Francuzów. (Kilka jego rozwiązań zostało tam
              praktycznie zrealizowanych) Właśnie od niego usłyszałem potwierdzenie, że
              opisane przeze mnie sceny z filmu to w Brazylii – szczególnie na głębokiej
              prowincji - normalka. Podobno można tamże spotkać ludzi mających wypalone
              inicjały swego właściciela na przedramieniu czy ...na pośladkach. Również
              bardzo barwnie i ekspresywnie opisywał tamtejsze zwyczajepublicznego„batożenia
              przy śpiewie, tańcu i muzyce” nieszczęśników – niezależnie od płci -, karanych
              za większe czy mniejsze przewinienia. Czyli nie wiele sie pod tym wzgledem
              zmienilo. I chociaż (podobno) prawo w Brazylii oficjalnie zabrania stosowania
              kar cielesnych, na terenach prywatnych latyfundiów jest w powszechnym uzyciu.
              Co ciekawsze, podobno o jego intensywności w danym dystrykcie decyduje – według
              niepisanego kodeksu – osobiście landlord. Na szczęście, (ale czy aby?), są już
              regiony w Brazylii, gdzie zaprzestano lokalnie wykonywania chłosty.
              • pam_pa_ram_pam Re: Brazylia - O' Cangatierro..... 09.06.05, 12:02
                Trudno będzie tam te obyczaje wyplenić, bo młode pokolenie też je akceptuje.
                Rzeczona córka Landlorda, panienka z aspiracjami do matury i studiów wyższych w
                pełni akceptowała te metody, one jej się nawet podobały. "Podobaly", to znaczy
                podniecały ją wręcz seksualnie. I nie była w tym osamotniona.
                Sam Landlord, było-nie było lekarz twierdził, że skłonności do BDSM ujawniają
                się u dwucyfrowego procentu tamtejszej społeczności i że nie ma co z tym
                walczyć. Poza tym, jeśli winnym zajmie się lokalny wymiar sprawiedliwości, to
                Państwo wyda masę kasy na sędziego, ławników, policję więzienie i nic z tego
                nie będzie, co gorsza - w więzieniu skazany ulegnie jeszcze gorszej
                demoralizacji, a ofiara jego przestępsta nie uzyska żadnego odszkodowania.
                Tymczasem wykonywana przez lokalnego mafiosa kara chłosty (lub innych tortur,
                jak napisałeś, przypalanie ogniem jest też popularne) pozostaje w pamięci na
                baaardzo długo.
                • chaladia Re: Brazylia - O' Cangatierro..... 10.06.05, 21:02
                  Tak mi się wydaje, że gdziekolwiek w jakiejś społeczności rządzącej się
                  własnymi prawami, pojawiało się prawo europejskie, oparte na prawie rzymskim,
                  porewolucyjnym francuskim albo brytyjskim imperialnym - zaczynało się tak źle
                  dziać...
                  • chaladia O potrzebie adekwatności kalambusza do kraju... 28.02.06, 20:48
                    Straszne i święte oburzenie w tzw. Cywilizowanym Świecie (a przy okazji w
                    świecie arabskim, co do którego uccywilizowania miałbym pewne wątpliwości)
                    zrobiły tzw. "zdjęcia z Abu Gharib". Dla Szweda, który wie, że w "jego"
                    więzieniu aresztanci mają puchowe poduszki, jak któryś udowodni, że ma
                    reumatyzm, to mu elektryczny koc przynoszą, a jak udowodni, że jest maniakiem
                    seksualnym i będzie na to miał "papiery", to legalnie będzie mógł gwałcić
                    klawisza - podobne warunki, jak pokazane na fotografiach są czymś przerżającym.
                    Ale dla więźnia w Sudanie lub Pakistanie - już nie. Tam bicie, głodzenie
                    (praktycznie w kalambuszu nie ma żywienia, więźniowie dostają odpadki z tego,
                    co ich rodziny przyniosą i czego strażnicy nie rozgrabią) - są na porządku
                    dziennym.
                    I tak widać być musi, bo więzienie ma zapewniać ZNACZĄCO GORSZE warunki życia
                    niż "wolność". Inaczej ie będzie karą. Gdybyw Sudanie w więzieniu dobrze
                    karmili i nie bili, to wszyscy głodujący i bezdomni postataliby się dostać do
                    kalambusza za dowolne przestępstwo posoplite. Podobnie co drugi Irakijczyk
                    zapisałby się do Al-Kaidy i dał złapać, gdyby w Abu Gharib warunki były choćby
                    takie, jak u nas na Rakowieckiej...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka