daria13
25.06.05, 19:32
Mam do Was trochę może dziwne pytanie. A mnianowicie, czy wierzycie w
prawdziwą przyjaźń? Ale taką naprawdę PRAWDZIWĄ. Ja już chyba niestety nie.
Straciłam stosunkowo niedawną moją jedyną prawdziwą, jak mi się zdawało,
przyjaciółkę. Znałyśmy się kilkanaście lat, wiele na łączyło; obie
straciłyśmy w kotkim odstępie czasu rodziców, obie jesteśmy jedynaczkami,
obie mamy dwoje dzieci. Wiedziałyśmy każda o drugiej wszystko, byłyśmy sobie
naprawdę oddane w zdrowiu i w chorobie, na dobre i na złe. Czasami się
kłóciłyśmy, by potem po pogodzeniu, zbliżyc się do siebie jeszcze bardziej.
Tym razem poróżniły nas sprawy o tyle poważne, że światopoglądowe. Nagle
okazało się, że oboje z mężem są homofobami, że są jak najbardziej za
lustracją i generalnie Łysiak to ich guru. Znaliśmy się tyle lat, a ja o tym
nie wiedziałam, może dlatego, że ja właśnie żyłam tak trochę na emigracji
wewnętrznej do tej pory, aż nagle otworzyłam oczy i zrozumiałam, jak bardzo
ten świat wokół mi nie pasuje. I może, gdyby ta nasza przyjaźń była
rzeczywiście prawdziwa, udałoby się nam dojść do jakiegoś konsensusu, albo
spróbować dalej z tym żyć, ale po wielkiej kłótni, dostałam od niej szereg
maili, z których dowiedziałam się o sobie rzeczy o tyle śmiesznych, że
absolutnie błahych, a to że ją zawsze wnerwiało, że ja się na siłę odmładzam,
że oglądam nie te programy, jakie powinnam, że ubieram się tak, że mi już nie
przystoi i niewiele brakuje, a zacznę chodzić z odsłoniętym pępkiem i takie
tam bzdety. Totalne niezrozumienie, totalna niechęć i ogólnie ostatnie
kilkanaście lat, to był z jej strony jeden koszmar ze mną. Wcześniej ani
słowem pisnęła o tym. Ja też miałam jej niejednokrotnie wiele do zarzucenia,
ale wychodziłam z założenia, że nobody's perfect, a ja już napewno nie, i
zawsze starałam się w poważnych sprawach zwracać jej uwagę na to, co mnie w
jej zachowaniu boli. I zawsze udawało nam się dogadać. Była moją jedyną
prawdziwą przyjaciółką, bo postawiłam wszystko na jedną kartę, bo uważałam,
że powinnam być jej wierna (?), bo wierzyłam w jej szczerość i wielkie
oddanie, któremu niezaz dawała wyraz. Wszystko się skończyło, definitywnie,
niedwołalnie, ku wielkiej uldze mojego męża, który nigdy jej nie lubił, ale
tolerował, bo wiedział, że zabraniając mi tej przyjaźni wręcz mógł zagrozić
swojej pozycji.
Jestem rozżalona, ale też wyciągam z tego wniosek, że wobec tego być może nie
ma prawdziwej przyjaźni at all. Każdy żyje dla siebie i swoich bliskich i
powinny nam wystarczać dobre stosunki ze znajomymi, ale na prawdziwą przyjaźń
nie ma co liczyć. Cholernie to jest smutne.
Przepraszam, że taki ciężki temat, w tak piękne, upalne i już wakacyjne
popołudnie, ale wczoraj robiliśmy z mężem podsumowanie tej sprawy i chciałam
się z Wami podzielić, w nadziei, że mnie pocieszycie i że może jednak
zaprzeczycie tej mojej smutnej tezie.
Pozdrawiam ugotowana, bo upał niemożebny:)