Dodaj do ulubionych

Przyjaźń:(

25.06.05, 19:32
Mam do Was trochę może dziwne pytanie. A mnianowicie, czy wierzycie w
prawdziwą przyjaźń? Ale taką naprawdę PRAWDZIWĄ. Ja już chyba niestety nie.
Straciłam stosunkowo niedawną moją jedyną prawdziwą, jak mi się zdawało,
przyjaciółkę. Znałyśmy się kilkanaście lat, wiele na łączyło; obie
straciłyśmy w kotkim odstępie czasu rodziców, obie jesteśmy jedynaczkami,
obie mamy dwoje dzieci. Wiedziałyśmy każda o drugiej wszystko, byłyśmy sobie
naprawdę oddane w zdrowiu i w chorobie, na dobre i na złe. Czasami się
kłóciłyśmy, by potem po pogodzeniu, zbliżyc się do siebie jeszcze bardziej.
Tym razem poróżniły nas sprawy o tyle poważne, że światopoglądowe. Nagle
okazało się, że oboje z mężem są homofobami, że są jak najbardziej za
lustracją i generalnie Łysiak to ich guru. Znaliśmy się tyle lat, a ja o tym
nie wiedziałam, może dlatego, że ja właśnie żyłam tak trochę na emigracji
wewnętrznej do tej pory, aż nagle otworzyłam oczy i zrozumiałam, jak bardzo
ten świat wokół mi nie pasuje. I może, gdyby ta nasza przyjaźń była
rzeczywiście prawdziwa, udałoby się nam dojść do jakiegoś konsensusu, albo
spróbować dalej z tym żyć, ale po wielkiej kłótni, dostałam od niej szereg
maili, z których dowiedziałam się o sobie rzeczy o tyle śmiesznych, że
absolutnie błahych, a to że ją zawsze wnerwiało, że ja się na siłę odmładzam,
że oglądam nie te programy, jakie powinnam, że ubieram się tak, że mi już nie
przystoi i niewiele brakuje, a zacznę chodzić z odsłoniętym pępkiem i takie
tam bzdety. Totalne niezrozumienie, totalna niechęć i ogólnie ostatnie
kilkanaście lat, to był z jej strony jeden koszmar ze mną. Wcześniej ani
słowem pisnęła o tym. Ja też miałam jej niejednokrotnie wiele do zarzucenia,
ale wychodziłam z założenia, że nobody's perfect, a ja już napewno nie, i
zawsze starałam się w poważnych sprawach zwracać jej uwagę na to, co mnie w
jej zachowaniu boli. I zawsze udawało nam się dogadać. Była moją jedyną
prawdziwą przyjaciółką, bo postawiłam wszystko na jedną kartę, bo uważałam,
że powinnam być jej wierna (?), bo wierzyłam w jej szczerość i wielkie
oddanie, któremu niezaz dawała wyraz. Wszystko się skończyło, definitywnie,
niedwołalnie, ku wielkiej uldze mojego męża, który nigdy jej nie lubił, ale
tolerował, bo wiedział, że zabraniając mi tej przyjaźni wręcz mógł zagrozić
swojej pozycji.
Jestem rozżalona, ale też wyciągam z tego wniosek, że wobec tego być może nie
ma prawdziwej przyjaźni at all. Każdy żyje dla siebie i swoich bliskich i
powinny nam wystarczać dobre stosunki ze znajomymi, ale na prawdziwą przyjaźń
nie ma co liczyć. Cholernie to jest smutne.
Przepraszam, że taki ciężki temat, w tak piękne, upalne i już wakacyjne
popołudnie, ale wczoraj robiliśmy z mężem podsumowanie tej sprawy i chciałam
się z Wami podzielić, w nadziei, że mnie pocieszycie i że może jednak
zaprzeczycie tej mojej smutnej tezie.
Pozdrawiam ugotowana, bo upał niemożebny:)
Obserwuj wątek
    • dr.krisk O przyjazniach itp. 25.06.05, 20:26
      Hm.. ja nigdy w zadne wierne przyjaznie nie wierzylem i nigdy o nie nie
      zabiegalem. Wedlug mnie, kazdy czlowiek jest inny i samotny: owszem, spotykamy
      innych ludzi, do jednych nam jest blisko, do drugich daleko, ale co by nie
      powiedziec, kazdy jest samoistnym bytem. I predzej czy pozniej dochodzi do
      takich sytuacji jaka opisalas.
      Spotykamy ludzi, jestesmy z nimi, rozstajemy sie, przychodza nowi - a potem
      umieramy i juz jest po wszystkim.
      Ot co.
      Pozdrawiam.
      KrisK
      O tym ze u mnie jest goraco to nawet nie pisze, bo tu zawsze jest goraco.
      • beatanu Re: O przyjazniach itp. 25.06.05, 20:47
        dr.krisk napisał:
        > Spotykamy ludzi, jestesmy z nimi, rozstajemy sie, przychodza nowi - a potem
        > umieramy i juz jest po wszystkim.
        > Ot co.

        No niby tak... Ale tak jakoś strasznie dosadnie to zabrzmiało... Jak w życiu...

        I tak trochę nie na temat - może coś gdzieś wcześniej przeoczyłam, ale gdzie w
        USA jest tak gorąco, każdego dnia, od kilku miesięcy?
        Ciekawość to może niezbyt ładna cecha, ale jakżeż przydatna na co dzień :)))

        Ciekawa (choć świadoma swej śmiertelności) B
        • dr.krisk Re: O przyjazniach itp. 25.06.05, 21:07
          Na Florydzie tak goraco jest. A w zasadzie duszno: wilgotnosc czesto dochodzi
          do 100%. Wtedy jest nieprzyjemnie naprawde....
          • beatanu Re: O przyjazniach itp. 25.06.05, 21:22
            To ja dziękuję i oświadczam, że nie zazdroszczę:)
            B
            • dr.krisk Prosze bardzo! 25.06.05, 21:30
              Zwlaszca ze fauna owadzia tutaj wielka pod wzgledem liczby i rozmiarow, i
              ciegiem walcze: a to z karaluchami, a to z mrowkami, a to innym chrzaszczami.
              Troche przesadzam, ale bywa ciezko.
              Smieszne, bo ludzi jak mowie ze jestem na Florydzie od razu wyobrazaja
              sobie "Sloneczny Patrol", plaze, motorowki i opalone cycatki... A skad!
              Ale bywa fajnie tez!
              • beatanu Re: Prosze bardzo! 25.06.05, 22:00
                dr.krisk napisał:
                > Smieszne, bo ludzi jak mowie ze jestem na Florydzie od razu wyobrazaja
                > sobie "Sloneczny Patrol", plaze, motorowki i opalone cycatki... A skad!

                Jeżeli "Słoneczny patrol" to to samo co "Baywatch" to moje skojarzenia poszłyby
                raczej w stronę Kaliforni, ale nie wiem, bo obejrzałam tylko jakieś dwa trzy
                odcinki (dla towarzystwa w trakcie spokojnych nocnych dyżurów, zanim w pracy
                pojawił się Internet) i... pominąwszy schematyczność scenariusza, najbardziej
                wkurzał mnie brak na tych plażach ludzi otyłych!!! Przecia to ponoć największe
                zagrożenie zdrowotne w USA i ludzi monstrualnie tłustych widzi się na co dzień,
                ale widocznie takich do wód nie dopuszczają. W tak bardzo politycznie poprawnym
                kraju? Coś mi się nie zgadzało. Ale ten film może jakiś okrutnie stary?

                A wracając do walki ze zwierzątkami, to też nie zazdroszczę, chociaż pocieszę
                (?) Cię, że od paru tygodni param się masakrowaniem ślimaków winniczków, które
                po ubiegłorocznym deszczowym lecie i z braku naturalnych wrogów w naturze
                rozmnożyły się tak obficie, że setkami (nie przesadzam) wałęsają się po
                naszych poletkach uprawnych i tutaj nasze wspólne zainteresowania się zaczynają
                ale też kończą... Ohyda, ale jakoś nie widzę innego wyjścia. Skupów ślimaków,
                o ile wiem, tutaj nie ma. Może ktoś lubi i wpadnie i zapewni sobie wikt na
                kilka tygodni? - to już propozycja dla szerszego grona :)

                No i od tematu zawiedzionej przyjaźni do sposobów tępienia robali i innych
                muszelkowatych... Tak sobie te myśli fruwają swobodnie...

                B, która właśnie nabrała ochoty na sobotniego drinka :)))
                • noida Ostrzegam w tytule,ze bede pisac o Baywatch 25.06.05, 23:23
                  zeby ci, co nie chca o tym czytać nie musieli.
                  Otóż słyszałam kiedyś, że w serialu Baywatch najcięższym zadaniem było
                  znalezienie innych niz monstrualnie grubych statystów. I ogolnie pilnowanie,
                  zeby tacy nie wlezli w kadr, a jednoczesnie any na plazy panowal przyjemny
                  tlumek :-)

                  A jesli chodzi o roznice pomiedzy Floryda a Kalifornia to Kalifornia
                  zdecydowanie wygrywa w rubryce "klimat".
                • dr.krisk Re: Prosze bardzo! 26.06.05, 01:27
                  beatanu napisała:

                  > Jeżeli "Słoneczny patrol" to to samo co "Baywatch" to moje skojarzenia
                  poszłyby
                  >
                  > raczej w stronę Kaliforni, ale nie wiem, bo obejrzałam tylko jakieś dwa trzy
                  > odcinki (dla towarzystwa w trakcie spokojnych nocnych dyżurów, zanim w pracy
                  > pojawił się Internet) i... pominąwszy schematyczność scenariusza, najbardziej
                  > wkurzał mnie brak na tych plażach ludzi otyłych!!! Przecia to ponoć
                  największe
                  > zagrożenie zdrowotne w USA i ludzi monstrualnie tłustych widzi się na co
                  dzień,
                  >
                  > ale widocznie takich do wód nie dopuszczają.
                  A rzeczywiscie, to w Kalifornii sie dzieje. Tez obejrzalem kilka odcinkow, ale
                  ilez mozna patrzec na Wydeta Pamele jak kica do wody? No niewiele..... A
                  Floryda ludziom sie kojarzy z.. jak to sie nazywalo... Miami Vice? Taki
                  przystojniaczek w tiszercie do bialej marynary...

                  Co do otylosci (a nawet powiedzialbym - opaslosci) Amerykanow, to fakt smutny
                  wielce. Zal mi ich bardzo, bo czesto mlodzi ludzie a ledwo chodza. Cukrzyca
                  gwarantowana, no i zycie niedlugie tez. Zastanawia mnie tez, jak w takim
                  multikulti spoleczenstwie nie moga sie jakos przyjac zwyczaje zywieniowe inne
                  niz bula z mielonym, albo kurczak smazony w panierce na glebokim tluszczu...
                  Moze to element obojetny dla wszystkich kultur? Taka lingua franca zywnosciowa?
                  Nawet jak pojdzie sie na jakas pizze to jest to amerykanska wersja pizzy....
                  Przeciez po takim obiadku hamburgerowym to nawet Tania Whisky nie smakuje, o
                  cygarach (tez tanich) nie wspominajac!
                  Wzburzylem sie nieco, zatem odchodze.
                  KrisK



              • nienietoperz AD mrowki 27.06.05, 11:21
                I jak sobie doktor z mrowkami radzi? Ostatnio gniazdo nienietoperzowe przezywa
                prawdziwa inwazje: trasy przez duzy pokoj, wizyty na stole, kapiele w
                cukierniczce. To juz jaszczurki w Indiach byly mniej wkurzajace!
                Moze Beata ma jakis pomysl, adaptowany z technik eksterminacji winniczkow?
                Pozdrowienia
                nntpz
                • beatanu Re: AD mrowki 27.06.05, 12:30
                  Beata niestety pomysłu nie ma, ale zna ból mrówkowy bo:
                  1)w wieżowcu z wielkiej płyty w latach osiemdziesiątych przeżyła inwazję mrówek
                  faraonek, które nawet łupinki cebul żarły (no cóż, wszystko inne było na
                  kartki:) - czy to takie małe mróweczki was nawiedziły? Albo jakieś okropne
                  historie z dezynfekowaniem całego bloku/domu, bo z mieszkania do mieszkania się
                  przedostać to dla tych stworzonek oczywiście pikuś.
                  2)co roku na wsi mamy inwazję mrówek uskrzydlonych , czasami w dwóch rzutach.
                  Jak już mi za bardzo przeszkadza wyjmowanie ich z herbaty, oczu i książek to
                  wyciągam odkurzacz i je wciągam. Na pojedyńcze zatłukiwanie drewniakiem, które
                  u ślimaków się jeszcze jako tako sprawdza (już mi niedobrze, na samą myśl, a za
                  chwilę znów jadę na wieś a tam znów padało:((( - trochę tych mrówków za dużo...
                  Może jednak jakieś lepy na mrówki albo co? Nie wiem, sorry.

                  Ale pozdrawiam i mam nadzieję, że mrówkom znudzi się w końcu wasz cukier :)
                • agni_me Badyle świeżej mięty pieprzowej porozkładać 27.06.05, 19:21
                  na trasach przebiegu mrówkowego. Nie bardzo rozumiem skąd w tej mięcie niby coś
                  odstraszającego mrówki, ale czasem działa. Czasem, co prawda, nie. Ale samo
                  próbowanie ma swój urok i podnosi wiarę, że polezą precz, a wiara, jak wiadomo,
                  daje niezwykłe czasem rezultaty. Zresztą lepiej badyle mięty, niż lepy, czy
                  trutki - mniej śmierdzi, a skuteczność taka sama (znaczy albo działa, albo
                  nie). Moje mrówki właśnie won się wyniosły, nie wiem jednak czy od mięty, czy
                  im się lokal nie spodobał.
                • dr.krisk Brutalna przemoc! 27.06.05, 20:07
                  Moje mrowki to niestety tzw. fire ants: male badziewie, ale jak ukasi to
                  swedzace bable ma sie jeszcze ze dwa tygodnie! Dlatego tez zadne polubowne
                  metody w rodzaju rozkladania ziela, rozstawiania po mieszkaniu gumowych
                  mrowkojadow, itp - nie skutkuja. Normalnie - jak widze atakujace mrowki to je
                  usmiercam stosownym aerozolem. Dywanow, makat cennych, ksieg starozytnych w
                  mieszkaniu moim tymczasowym nie posiadam, totez wale jak leci po stole i
                  meblach. Potem wszystko zmywam takim amoniakalnym plynem do podlog (mieszkanie
                  pachnie jak szalet na Dworcu Centralnym w godzinie szczytu - ale co tam), i mam
                  dzien spokoju.
                  Trzeba tylko uwazac, aby nie wpakowaly sie do lozka - perspektywa wielkrotnego
                  pokaszenia przez te potwory jest przerazajaca.
                  • daria13 Re: Brutalna przemoc! 27.06.05, 20:20
                    Ja w kwestii formalnej, co to są gumowe mrówkojady, bo ja nie mialam do tej
                    pory przyjemności spotkać się z ustrojstwem tego rodzaju.
                    Bardzo serdecznie drogiemu doktorwi współczuję, bo do robactwa i to jeszcze
                    drapieżnego w dodatku mam stosunek niezmiernie negatywny, brrrr.
                    :)
                    • dr.krisk Gumowe mrowkojady.. 27.06.05, 20:25
                      daria13 napisała:

                      > Ja w kwestii formalnej, co to są gumowe mrówkojady, bo ja nie mialam do tej
                      > pory przyjemności spotkać się z ustrojstwem tego rodzaju.
                      Ja tez nie, ale to taki pomysl zeby mrowki nastraszyc. Leci taka mrowka, zeby
                      wskoczyc drowi KrisKowi do szafy (glupia - niczego do zarcia tam nie ma,
                      karaluchy dawno wyjadly..), leci, a tu nagle widzi wielkiego mrowkojada!!!!
                      Natychmiast umiera na zawal, i jedna cholere mamy z glowy. Trzeba tylko
                      pamietac o regularnym uprzataniu mrowczych zwlok, bo w tym upale szybko sie
                      rozkladaja i fetor straszny w mieszkaniu!!
                  • nienietoperz Re: Brutalna przemoc! 28.06.05, 11:01
                    Nasze w domu nie gryza (poczucie obcego terytorium, czy co?), gryza za to
                    niemilosiernie na trawniku za domem, takze nie da sie za dlugo wylegiwac na
                    sloncu. Do lozka tez jeszcze nie wlaza - prawde mowiac najbardziej licze na to,
                    ze wyjedziemy teraz na tydzien, i po powrocie mrow po prostu nie bedzie.

                    Jesli to sie nie uda, postaram sie skorzystac z Waszych porad: pomysl z mieta
                    pieprzowa brzmi bardziej zachecajaco niz pomysl z aerozolami; zapach miety
                    lubie, pieprzu mi nie przeszkadza. Zapach aerozolu owadobojczego kojarzylby mi
                    sie zapewne z lizolem, a co za tym idzie z trudnym dziecinstwem w szkole
                    podstawowej w PRLu :-)
    • beatanu Re: Przyjaźń:( 25.06.05, 20:29
      daria13 napisała:
      > Przepraszam, że taki ciężki temat, w tak piękne, upalne i już wakacyjne
      > popołudnie, ale wczoraj robiliśmy z mężem podsumowanie tej sprawy i chciałam
      > się z Wami podzielić, w nadziei, że mnie pocieszycie i że może jednak
      > zaprzeczycie tej mojej smutnej tezie.

      Wiesz Daria, ciężkie tematy nie wybierają pogody, pojawiają się nagle
      niezależnie od pory roku i dnia...

      Smutne to co napisałaś. Smutne jak każde rozczarowanie, jak kolejne pozbawienie
      się złudzeń, jak kolejne z rzędu uświadomienie sobie, że z tym naszym
      egzystencjalnym lękiem jesteśmy tak naprawdę cholernie sami...

      I jeszcze to wszystko smutniejsze, bo poszło o różnicę światopoglądów...
      Chociaż tak naprawdę musiało was chyba różnić o wiele więcej niż tylko (?)
      kwestia umiłowania tudzież głębokiej niechęci do pana Ł.

      Nie wiem czy wierzę w prawdziwą przyjaźń, bo nie wiem czym ta prawdziwa
      przyjaźń miałaby być. Jeżeli totalnym oddaniem się osobie
      przyjacielem/przyjaciółką zwanej, niezależnie od tego jakich ofiar to "oddanie
      się" by wymagało - to nie. I znów kwestia defnicji... Bo w przyjaźń jako
      bliskie, bliższe i jeszcze bliższe kontakty z osobami płci różnej, wzajemne
      zaufanie, często rodzaj nieokreślonej do końca siostrzanej/braterskiej więzi
      duchowej - to wierzę. I kilku przyjaciół (jednak głównie przyjaciółek:) mam i
      jakoś sobie te życzliwe, acz niepozbawione sytuacji pasowych, kłopotliwych i
      czasami konfliktowych - ciągniemy od lat. Czasami od siebie trochę odpływamy,
      czasami zbliżamy się do siebie nagle z powodu jakiegoś wydarzenia, ale wiemy,
      że gdzieś tam zawsze jesteśmy i możemy się szybko odnaleźć. Ale możme dlatego
      nam tak dobrze, że nie siedzimy sobie na głowach, że jednak ciut na odległość i
      że nigdy sobie nie przysięgałyśmy wierności na całe życie? A może dlatego, że
      los był dla nas łaskawy? A może mamy to szczęście, że nie dzieli nas szalona
      różnica światopoglądowa (z jednym wyjątkiem)?

      Dużo pytań, mało odpowiedzi. Jak w życiu :)
      Pozdrawiam serdecznie i gorąco, choć u nas za oknem dzisiaj wyjątkowo (sic!)
      tylko 17 stopni (ulubiona temperatura braineatera, o ile mnie pamięć nie
      myli :)

      P.S. Niedawno jedna z moich przyjaciółek w realu zapytała mnie, czy wierzę w
      to, że z takich forumowych pogaduch mogą popowstawać jakieś przyjaźnie. Nie
      wiem - odpowiedziałam. Może tak...
      • daria13 Re: Przyjaźń:( 25.06.05, 20:34
        Beatanu napisała:
        > P.S. Niedawno jedna z moich przyjaciółek w realu zapytała mnie, czy wierzę w
        > to, że z takich forumowych pogaduch mogą popowstawać jakieś przyjaźnie. Nie
        > wiem - odpowiedziałam. Może tak...

        :)
        • noida Re: Przyjaźń:( 25.06.05, 23:43
          Wiesz co Dario, tak sobie trochę pomyślałam na zadany przez Ciebie temat i
          doszłam do pewnych wniosków. Mnie tez bowiem spotkało wiele rozczarowań
          związanych z przyjaźniami, wielu moich dawnych przyjaciół już nimi nie jest, do
          niektórych wciąż czuję sentyment, a do niektórych wyłącznie lekkie obrzydzenie.
          Ale, mimo wszystko, wierzę w przyjaźń chyba. Bo to, co nas czasem łączy z
          różnymi ludzmi to nie jest wyłącznie lubienie. To jest coś więcej, czasem wręcz
          coś na granicy telepatii. Tylko, że ludzie lubią szufladkować. Uczucia też. I
          dlatego seks musi się równać miłość, przyjaźń między kobietą a mężczyzną nie
          istnieje, jak ludzie się nie lubią, to nie mogą mieć ze sobą wspólnych tematów
          do rozmowy, a jak przyjaźń, to do grobowej deski, bo "jak ktoś jest twoim byłym
          przyjacielem, to znaczy, że nigdy nim nie był". A ja się z tym nie zgadzam. Po
          pierwsze- przyjaźń, jak każde uczucie, ewoluuje. Po drugie- przyjaźń, tak samo
          jak miłość, może się po prostu skończyć. Co nie oznacza, że nigdy jej nie było
          i że Przyjaźń przez wielkie P nie istnieje. Moim zdaniem istnieje. Te momenty,
          kiedy rozmawiamy do późna w noc i okazuje się, że ktoś myśli dokładnie tak samo
          jak my, tak, że nawet nie musimy kończyć zdań, że chcesz zadzwonić do
          przyjaciółki i jak podnosisz słuchawkę to słyszysz, że ona już mówi do ciebie,
          bo podniosłaś słuchawkę tę sekundę wcześniej, niż telefon zdąrzył zadzwonić,
          czy nawet że siedzisz z kimś na przysłowiowej werandzie i jedyne, co was łączy
          to tylko i aż lata spędzone razem, i w ogóle te wszystkie piękne momenty, które
          nie są miłością, a może trochę są, to temu wszystkiemu mamy odebrać prawo do
          istnienia tylko dlatego, że nie spełnia wymogu długowieczności?
          W ogóle uczucia między ludźmi to bardzo skomplikowana sprawa i sądzę, że przez
          ciągłe próby uschematyzowania ich, wepchnięcia na siłę w społecznie dozwolone
          ramy, takie jak "przyjaźń", "miłość", "znajomość", "wrogość" strasznie sobie
          czasem szkodzimy. I właśnie z tego powodu, o którym wspomniał dr.krisk, że w
          gruncie rzeczy pozostajemy sami z naszymi lękami, tym bardziej powinniśmy cenić
          momenty, kiedy coś pięknego łączy nas z innymi ludźmi, choćby to nawet trwało
          chwilę.
          • beatanu Re: Przyjaźń:( 26.06.05, 00:09
            noida napisała:
            > W ogóle uczucia między ludźmi to bardzo skomplikowana sprawa i sądzę, że
            przez
            > ciągłe próby uschematyzowania ich, wepchnięcia na siłę w społecznie dozwolone
            > ramy, takie jak "przyjaźń", "miłość", "znajomość", "wrogość" strasznie sobie
            > czasem szkodzimy. I właśnie z tego powodu, o którym wspomniał dr.krisk, że w
            > gruncie rzeczy pozostajemy sami z naszymi lękami, tym bardziej powinniśmy
            >cenić momenty, kiedy coś pięknego łączy nas z innymi ludźmi, choćby to nawet
            >trwało chwilę.

            Podpisuję się pod Twoją myślą obiema rękami (czasami chciałabym mieć trzy:)
            bo piękna i mądra jest...
            B
    • aaneta Re: Przyjaźń:( 26.06.05, 00:44
      Wygląda na to, że w trudnym momencie dołączyłam do Was, ale kto powiedział, że
      zawsze ma być tylko lekko, łatwo i przyjemnie.
      Tak się składa, że na temat przyjaźni miałam niedawno długą dyskusję z kimś, kto
      stwierdził, że właśnie "podjął próbę przekonania się, czy możliwe jest
      nawiązanie i utrzymanie przyjaźni". Sformułowanie to wydało mi się od początku
      absurdalne, ale żeby to wykazać, musiałam dokonać pewnych przemyśleń i analizy
      własnych doświadczeń, dlatego jestem na bieżąco z tematem.
      Moje refleksje są o wiele, wiele bardziej pozytywne niż te, które
      zaprezentowaliście powyżej. Wprawdzie nie wykluczam, że może mi się jeszcze
      zdarzyć coś takiego, jak Darii, ale jednak wydaje mi się to mało prawdopodobne,
      ze względów, o których za chwilę, dlatego stanowczo stwierdzam: tak, wierzę w
      prawdziwą przyjaźń. Jestem głęboko przekonana, że jest ona możliwa, bo sama jej
      doświadczyłam, i wciąż doświadczam, a trwa to już bardzo długo, jako że gówniarą
      nie jestem.
      Co do definicji, to rzecz jest niełatwa, ale i niekonieczna. Bo wcale nie trzeba
      z góry określać, co chcemy nazywać przyjaźnią, a potem porównywać stan faktyczny
      z wzorcem. W takim przypadku bowiem jest prawie pewne, że żaden z naszych
      związków z ludźmi tej definicji nie spełni. Podobnie jest ze szczęściem i z
      miłością. Jeśli jesteś szczęśliwa czy kochasz, to wiesz o tym, nie musisz tego
      definiować, jeśli to czujesz. Wtedy to, co czujesz, to jest właśnie to, co
      chcesz zdefiniować. Jest jednak pewna różnica pomiędzy miłością i szczęściem a
      przyjaźnią, dwa pierwsze pojęcia dotyczą stanu aktualnego, o przyjaźni można
      mówić tylko patrząc wstecz, co absolutnie nie wyklucza kontynuacji, wręcz
      przeciwnie, ale oznacza, że ona (ta przyjaźń) już musiała się zdarzyć, trwać od
      pewnego czasu. I tak naprawdę dopiero z pewnej perspektywy można powiedzieć, czy
      to przyjaźń, czy nie. Pewnie, że trudno określić, jak długa ta perspektywa
      powinna być, ale na pewno w pewnych przypadkach to się wie, można oszacować
      prawdopodobieństwo, czy ktoś, o kim myślisz, że jest Twoim przyjacielem, jest
      nim naprawdę.
      Dario, myślę, że w Twoim przypadku widać było już wcześniej, że to nie przyjaźń,
      wynika to choćby z tych wzajemnych pretensji i zastrzeżeń, skoro teraz się
      okazało, że miałyście sobie tyle do zarzucenia już od dawna, tylko o tym nie
      rozmawiałyście. A jeśli do tego doszedł konflikt światopoglądowy, to już w ogóle
      nie ma o czym mówić. Przyjaźń jest możliwa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ludzie
      mają przynajmniej zbliżone poglądy na świat, a przynajmniej podobne podejście do
      życia. Tylko że to powinno wyjść już dawno temu, bo pomimo mojej otwartości i
      pozytywnego z założenia podejścia do ludzi (chociaż są wyjątki, patrz wątek na
      FK o wychodzeniu z szafy) nie wyobrażam sobie zbliżenia się z osobą, która widzi
      świat zupełnie inaczej niż ja. Nie chodzi tu o podobne doświadczenia życiowe, to
      zbliża, ale nie wystarcza, jak widać na załączonym obrazku. Ale to, jakie ktoś
      ma podejście do życia i świata, to powinno wyjść na samym początku, po to,
      zwłaszcza na początku znajomości, rozmawia się, rozmawia i rozmawia, żeby to
      ocenić. A jeśli nawet to nie wyjdzie od razu, to przecież nie po kilkunastu
      latach! Tego nie rozumiem, może, skoro znacie się kilkanaście lat i wiem
      skądinąd w jakim wieku są Twoje dzieci (i doskonale wiem też, że jak się ma małe
      dzieci, to trochę brakuje czasu), może sprawy codzienne i bieżące pochłaniały
      Was tak bardzo, że nie sięgałyście głębiej, i dopiero teraz...
      Moja największa i najdłuższa stażem przyjaźń trwa, bagatela, lat 28, ale staż to
      oczywiście nie wszystko. Poznałyśmy się jeszcze w podstawówce, potem chodziłyśmy
      do jednej klasy w liceum, siedziałyśmy w jednej ławce i byłyśmy nierozłączne,
      niektórzy nawet mylili nasze imiona. Potem nasze drogi się rozeszły,
      przynajmniej w sensie geograficznym, bo studiowałyśmy, a potem mieszkałyśmy w
      różnych miastach, ale przez cały czas utrzymywałyśmy bardzo bliski kontakt,
      spotykałyśmy się, kiedy tylko było to możliwe, i pisałyśmy listy (poczty
      elektronicznej jeszcze wtedy nie było, a i z telefonami też było ciężko). Kiedy
      zaczynałyśmy naszą znajomość, wiedziałyśmy tylko, że łączą nas podobne talenty i
      zainteresowania, z biegiem czasu okazało się, że mamy zupełnie różne osobowości
      i temperamenty, zupełnie inaczej rozwiązujemy nasze problemy (a obydwie miałyśmy
      i mamy ich mnóstwo), ale o tym, że nie mamy identycznego światopoglądu,
      wiedziałyśmy jeśli nie od samego początku, to przynajmniej od początku
      świadomego życia. Mówię tu o momencie, kiedy człowiek zaczyna sam kumać coś ze
      świata i mieć własne zdanie. Niemniej w niczym to nam nie przeszkodziło, wręcz
      przeciwnie, to wzbogaca, ale pod warunkiem, że się o tym wie i akceptuje to.
      Zaznaczam jednak, że ten nieidentyczny światopogląd nie oznacza niczego takiego,
      o czym pisze Daria. Z grubsza biorąc polega to na tym, że wszystko postrzegamy
      podobnie, tylko inaczej się realizujemy. Gdyby różnice między nami były
      nieakceptowalne, nie byłoby mowy o przyjaźni. O tym, na czym polega ta przyjaźń,
      może przy innej okazji, bo się cokolwiek późno zrobiło, a i nie wiem, czy
      jesteście zainteresowani.
      Na zakończenie dodam tylko, że mam jeszcze innych przyjaciół, których też tak
      nazywam z pełnym przekonaniem, chociaż znam ich o wiele krócej. Ale to temat na
      kolejną długą opowieść, na którą teraz już za późno, a jeszcze chciałam
      powiedzieć jedną bardzo ważną rzecz.
      Stanowczo nie zgadzam się z tym, co napisał dr.KrisK. To prawda, że każdy z nas
      jest inny, ale nie każdy jest samotny. Na tym właśnie polega różnica pomiędzy
      tymi, do których nam blisko, a tymi, do których nam daleko. Tych ostatnich
      możemy sobie odpuścić, ale ci, do których nam blisko, są z nami na zawsze, nawet
      jeżeli czasami tracimy z nimi kontakt. Ale gdybyśmy ich spotkali ponownie, to
      moglibyśmy rozmawiać z nimi tak, jakbyśmy nigdy się nie rozstawali. I to właśnie
      są przyjaciele.
      • dr.krisk I cale szczescie! 26.06.05, 01:36
        aaneta napisała:

        > Stanowczo nie zgadzam się z tym, co napisał dr.KrisK.
        I cale szczescie - swiat urzadzony tak jak widzi go dr KrisK bylby nie do
        zniesienia! W tym co napisalem nie chodzi mi, ze kazdy z nas jest samotny jak
        palec i ze "pieklo to inni". Zawsze zastawialo mnie jednak przemijanie: rzeczy,
        ludzi, zwiazkow pomiedzy ludzmi. Jak jest mi wspaniale, wszystko uklada sie
        znakomicie, wszyscy usmiechaja sie na moj widok, a z banku dostaje
        entuzjastyczne wyciagi z konta, to czuje ,ze za chwile ludzie beda spluwac na
        moj widok, zas do moich drzwi zapuka dwoch barczystych panow z firmy
        windykatorskiej..... Jakbym sie z kims ogromnie zaprzyjaznil, to musialbym
        oswoic sie z mysla o Gwaltownym Rozstaniu.
        Dlatego tez nie jestem zbyt towarzyski, przyjaciol blizszych nie posiadam, ale
        nie jest mi z tym specjalnie zle. Ot - tak sobie.
        Pozdrawiam,
        KrisK
        • beatanu do drKriska i aanety i wszystkich innych z TWA 26.06.05, 11:18
          dr.krisk napisał:
          > Zawsze zastawialo mnie jednak przemijanie: rzeczy,
          > ludzi, zwiazkow pomiedzy ludzmi. Jak jest mi wspaniale, wszystko uklada sie
          > znakomicie, wszyscy usmiechaja sie na moj widok, a z banku dostaje
          > entuzjastyczne wyciagi z konta, to czuje ,ze za chwile ludzie beda spluwac na
          > moj widok, zas do moich drzwi zapuka dwoch barczystych panow z firmy
          > windykatorskiej..... Jakbym sie z kims ogromnie zaprzyjaznil, to musialbym
          > oswoic sie z mysla o Gwaltownym Rozstaniu.

          Też tak mam, aczkolwiek nie tak wyraziście... Ale znam ten lekki niepokój, gdy
          wszystko idzie jak z płatka, gdy jestem na topie i przed sobą widzę talko
          świetlistość jasną... No przecież taki stan nie może trwać wiecznie, kiedyś
          muszę dostać od życia w d... Czy to już dzisiaj czy dopiero jutro?

          Ale mimo wszystko nie przeszkadza mi to pielęgnować związków przyjacielskich (o
          tym przyjacielsko-miłosnym z partnerem życiowym nie wspomnę). Ryzyko
          Gwałtownego Rozstania (z powodu śmierci czy innej katastrofy w życiu) istnieje
          i zawsze będzie istniało i oswajanie się z nim jest częścią tego
          egzystancjanego lęku (bólu?), o którym wcześniej wspominałam. Banały prawić
          zaczynam ale - człowiek to ponoć jedyna istota żyjąca, świadoma swojej
          przemijalności... I niby dzielimy to doświadczenie z każdą inną osobą gatunku
          ludzkiego, ale tak naprawdę jesteśmy w tym absurdem istnienia sami.

          Eh, zaczyna się robić metafizycznie i nie wiem czy potrafię wytłumaczyć o co mi
          właściwie chodzi... kończę więc i witam serdecznie nową (przynajmniej dla
          mnie:) TWA-owiczkę. Pozdrawiam serdecznie Aaneto :)))
          • braineater spóźnionym 26.06.05, 16:18
            ale i tak se pogadam, bom wczoraj byłem pląsac i mnie taki fajny dyskursik
            ominął:(
            Ad rem, braineatera teoria związków interpersonalnych:

            poziom pierwszy - znajomi z obowiązku - ludzie, których spotykasz często, lecz
            zawsze w sytuacjach intytucjonalno-oficjalnych. Klasyka: dzień dobry,
            dzieńdobry, ładna pogoda, jak tam dzieci/piesek/praca, dowidzenia, miłobyło
            spotkać - tych jest stosunkowo najwięcej.

            poziom drugi - znajomi z wyboru - ludzie z którymi udaje sie odbywac rozmowy o
            abstraktach, pogadac o rzeczach z kosmosu i dobrze sie bawić jakiś czas. Tu,
            przynajmniej w moim wypadku, króluja znajomi wirtualni (btw - ciekawe czy to
            się zalicza do znanej z bajek i horrorów, kategorii "Wyimaginowany
            przyjaciel?":), czyli po prostu kontakt oparty na podobnych zainteresowaniach,
            typie poczucia humoru i szybkich złośliwych ripostach - tych jest oczywiście
            dużo mniej niż poziomu pierwszego, ale mają tą przewagę, że sa skrupulatnie i
            precyzyjnie dobrani przeze mnie. Kontakty które staram sie podtrzymywac i
            czasami przenieść z przestrzeni wirtualnej w rzeczywistośc materialną, i jak na
            razie z doskonałym skutkiem.

            poziom trzeci - kumple - czyli ludzie z którymi się wychowywałem, wiem gdzie
            mieszkają, bywam w ich domach, znam rodziców, mężów, żony, mogę zadzwonić o
            kazdej porze dnia i nocy, jak równiez odebrac od nich telefon w każdej
            sytuacji, ludzie, ktorzy jeśli nie mają ochoty się spotkać, mówią po prostu,
            nie stary, nie dziś, zobaczymy się za tydzień i nie jest to pwoód do oburzenia,
            obrazy i zerwania kontaktów. Takich osób w swoim środowisku naliczyłem pięc -
            dwóch facetów i trzy niewiasty - przy czym nie bez znacznenia jest chyba fakt,
            że z owymi niewiastami łaczył mnie w róznych chwilach zycia, związek,
            hmm...natury intymnej...:)

            poziom czzwarty - przyjaciel na 'całe życie' - kategoria w której istnienie
            wierzę, lecz nie miałem okazji zaobserwować w działaniu. Jak dla mnie cżłowiek
            taki musiałby być chyba moim sobowtórem, klasycznym doppelgangerem, a to chyba
            średnio mozliwe

            poziom piąty - żona - bowiem nie możliwe jest małżeństwo, przynajmniej w moim
            wypadku, gdyby żona nie była własnie takim 'moim drugim ja' - i to nie
            koniecznie pod względem zainteresowań - te akurat mamy 100% rozbieżne,
            znajomych - praktycznie nie mamy wspólnych znajomych czy sposobu reagowania na
            świat - bo to tez bynajmniej nie jest u nas takie samo - ja się smieję,
            małżonka raczej sie przejmuje, ale jest jeden element, którego nie ma w innych
            relacjach - 150% akceptacja z obu stron - ja to ja i niczego nie zmieniamy,
            wręcz przeciwnie - doceniamy całokształt takim jakim jest i w drugą stronę
            oczywiście tak samo. Oczywiście, nie jest to bezkonfliktowa sielaneczka,
            chmurki owieczki kwiatuszki, ale świadomośc tego, że nawet jeśli w trakcie
            zaognienia sytuacji zostanie wyciągnięta najcięższa artyleria, to nie po to by
            zrobic komuś krzywdę, by sie poranić i poharatać, tylko dlatego, że tak już
            mamy i jak juz parę razy huknie walnie i dym się rozwieje, wszystko jest do
            naprawienia.

            I to chyba tyle w temacie:)

            Pozdrowienia:)
            • noida pytanie do braineatera 26.06.05, 17:24
              Drogi braineaterze, czy Twoje i Twojej szanownej małżonki zainteresowania są
              tak rozbieżne, że ona, na ten przykład nie czytuje książek? Bo zastanawiam się
              od dłuższego czasu, czy małżeństwo osoby czytającej namiętnie z osobą nie
              czytającą prawie wcale jest możliwe i szczęśliwe. I jak to w ogóle jest z
              tymi "wspólnymi zainteresowaniami". Coś w końcu razem robić trzeba, nie?
              • braineater Re: pytanie do braineatera 26.06.05, 18:43
                Małżonka ksiązki traktuje raczej instrumentalnie - czyli jako narzędzia pracy -
                a to się czegos nauczyć trzeba albo coś przetłumaczyć, natomiast po literaturę
                dla rozrywki i przyjemności sięga raczej z rzadka, przy czym to jest
                wytłumaczalne brakiem czasu - 6-8 godzin w szkole, z 3-4 godziny korepetycji
                dziennie & prace zlecone, typu własnie tłumaczenia - tez by mi sie nie chciało:)
                Więc jest mozliwe mieszkanie z nieczytającym pod jednym dachem:) A razem robimy
                wszystko inne - oglądamy filmy, pląsamy na koncertach - co prawda małżonka
                czasami jest zmuszana do chodzenia za mną na koncert kapel, których sie boi,
                jak na przykład japońsko jazzowe avangardy dla odpornych sonicznie, a ja
                czasami musze chodzic na rzeczy, na które samodzielnie by mnie nawet krowami
                nie zaciągneli - typu koncert U2 czy jakiś kurna nowoczesny balet, ktorego ni w
                ząb nie kumam, ale i tak się dobrze bawimy, bo bawimy się razem:), chodzimy na
                spacery, jeździmy na rowerach - zajęc jest mnóstwo a od czasu do czasu wyzynamy
                się wzajemnie grając na domowych kompach w jakieś strzelanki:P
                Jedyna zasada, głowna wręcz - nie wchodzić sobie w drogę w trakcie pracy (czyli
                mnie nie przeszkadzać w pisaniu i czytaniu, małzonce w przygotowywaniu do
                lekcji i korepetycjach [w tłumaczeniach sobie czasmi przeszkadzamy, bo robimy
                je razem dość często i tu największe pole konfliktów jest]:) - i wystarczy się
                tego trzymać, a związek jest możliwy i długotrwały (10 lat z czego 7
                małżeństwa:)

                Pozdrowienia:)
              • daria13 Re: przyjaźń 26.06.05, 19:00
                Kochani! Pisząc moje wynurzenia nie przypuszczałam, że tak mi pomożecie. Wasze
                opinie, przemyślenia i historie uświadomiły mi kilka bardzo istotnych rzeczy.
                Największą ulgę sprawił mi post Noidy. To, że coś się skończyło nie oznacza, że
                tego nie było. Kiedy rozstałam się z moją przyjaciółką przez jakiś czas miałam
                uczucie, że ktoś amputował mi kończynę. To bardzo bolało, a to chyba oznacza,
                że uczucie, jakie nas łączyło było bardzo silne. I choć został duży niesmak,
                wiem już teraz, że to była przyjaźń, tylko się wypaliła. Trudno. Może teraz
                skupię się na pielęgnowaniu innych znajomości, ale z pewnością nie zaangażuję
                się już tak mocno, mając doświadczenie, które mówi, że chyba za dużo z siebie
                dawać też nie można i to co mówiła Beatanu o siedzeniu sobie na głowie też jest
                niezdrowe. Dla wyjaśnienia dodam tylko, że poglądy mojej byłej przyjaciółki nie
                byłe mi wcześniej znane, bo były kiedyś inne, a teraz przekabacił ją mąż,
                któremu ona generalnie we wszystkim ulega, w przeciwieństwie do mnie, bo choć
                mój mąż jej nie znosił, ja ją zawsze broniłam. I to był chyba ten kolejny
                bład.Zresztą wyrastałyśmy razem jeszcze w komuniźmie i zawsze miałyśmy tego
                samego wroga, teraz sytuacja w naszym kochanym kraju bardzo się zmieniła i
                myślę, że może ona teraz częściej rodzić różne konflikty niż kiedyś. Weźcie to
                pod uwagę.
                Myślę, że generalnie jest mi najbliżej jednak do opinii dottore, bo jestem też
                troche tak jak on zwolenniczką teorii, że każdy jest odrębnym światem i że
                zespolenie z drugim człowiekiem nie jest tak do końca możliwe. Im bardziej na
                coś się nastawiamy, tym większy czujemy zawód nie osiągając, czy nie otrzymując
                tego. Jestem też z natury wygodnicka i najlepiej czuję się w czasie wolnym sama
                ze sobą i moją najbliższą rodziną i tak odpoczywam najlepiej, więc z natury
                rzeczy podtrzymywanie przyjaźni wychodzi mi nie najlepiej. I byłoby mi z tym
                może dobrze, ale mój mąż twierdzi, że to nie jest zdrowe a poza tym obawiam
                się, że to nie najlepsze wzorce dla dzieci. Ale one przecież swoj rozum też
                mają i jeśli będą miały więcej szczęścia niż ja, to znajdą sobie Prawdziwych
                przyjaciół.
                Pozdrawiam i wszystkim bardzo dziękuję:)
                • quarantina Re: przyjaźń 26.06.05, 19:05
                  Droga Dario,
                  A może będąc prawdziwą przyjaciółką swojej przyjaciółki po prostu puść wszystko
                  w niepamięć. I zacznijcie od początku:)
                  • daria13 Re: przyjaźń 26.06.05, 19:54
                    Chyba w głebi duszy tego pragnę, nawet mi się to czasami śni, ale usłyszałam od
                    niej tak wiele słów przykrych, obraźliwych, a co gorsza nieprawdziwych, wylała
                    na mnie taki kubeł pomyj i błota, że gdybyśmy teraz nawet obie próbowały do
                    siebie wrócić, to niesmak i gorycz zostałyby już zawsze, a to kiepsko
                    prognozuje ponownemu nawiązaniu i utrzymaniu dobrych stosunków. Boje się i
                    wciąż czuję ogromny żal. Chyba nie umiałabym już jej tak zaufać, jak kiedyś i
                    zawsze obawiałabym się, że ona poddawałaby mnie stałej krytycznej ocenie. Nie
                    czułabym się już chyba nigdy swobodnie, więc trudno byłoby mówić o powrocie
                    prawdziwej przyjaźni.
                    A Ty jak myślisz? I jaki jest Twój stosunek i Twoje doświadczenie w kwestii
                    prawdziwych przyjaźni?
                    Pozdrawiam:)
                    • quarantina Re: przyjaźń 26.06.05, 20:22
                      Trochę boję się wypowiadać na temat przyjaźni czy miłości. Chyba wszystko
                      zostało już powiedziane.
                      Wierzę, że absolutnie wszystko w życiu jest możliwe. Prawdziwa przyjaźń też.
                      Taka trochę wyidealizowana. Być może zupełnie nie na miejscu będzie tu
                      odniesienie do mistyki, ale temat wątku wymusza trochę intymności. Prawdziwa
                      przyjaźń jest czymś mistycznym. Pisała o tym Teresa z Avila, pisał Platon,
                      Arystoteles. Mnie najbardziej odpowiada platońska interpretacja, która zakłada
                      pewien brak u przyjaciela. Przyjaźń nie zawiązuje się między podobnymi do
                      siebie, ani między niepodobnymi. Przyjacielem człowieka dobrego jest ktoś
                      będący pośrodku (ani dobry, ani zły). On właśnie szuka dobra w przyjacielu, a
                      ten mu je daje.
                      To piękna interpretacja dająca wiele do myślenia.
                      Od zawsze mam jedną przyjaciółkę. Razem się wychowałyśmy. Teraz mieszkamy w
                      dwóch różnych miastach. Ale nigdy nasza przyjaźń nie była wystawiona na próbę,
                      o jakiej piszesz, chociaż nasze światopoglądy oraz wynikające z nich postawy są
                      skrajnie różne. Nie wiem doprawdy od czego to zależy. Może jeszcze wszystko się
                      ułoży.
                      :)
            • staua Re: spóźnionym 27.06.05, 23:09
              To ja chyba przyjaciolmi nazywam ludzi, ktorych Ty nazywasz kumplami. A mam takich... max. piec
              osob. Jedna z nich podchodzi tez pod punkt czwarty, jest to moj przyjaciel, z ktorym chodzilam do
              podstawowki, czyli znamy sie juz ponad dwadziescia lat, naprawde blisko i dobrze, choc bez potrzeby
              podtrzymywania tej znajomosci rozmowami o pogodzie i wspolnymi zakupami.
          • aaneta do Beaty, Kriska i Noidy za jednym zamachem 26.06.05, 19:31
            Beacie dziękuję za powitanie, ja również witam serdecznie. Pozwoliłam sobie
            przyłączyć się do Was w wątku Lato! i bardzo chciałabym, żeby Wam było ze mną
            dobrze, bo że mnie będzie z Wami, to wiem na pewno. Trochę się tylko obawiam,
            jak mnie przyjmiecie na dłuższą metę, bo ja taka trochę pyskata jestem czyli
            niewyparzony jęzor posiadam i zdarza mi się różne gafy popełniać, nawet jeśli
            kogoś bardzo lubię, ale może w Waszym towarzystwie nie będzie mi się to zbyt
            często zdarzać.
            A czy dr.KrisK to od dawna w tej Hameryce siedzi? Bo Hamerykanie podobno tak
            mają, że nie mają przyjaciół. Za to mają psychoterapeutów. Pewnie, że można tak
            żyć, ale z przyjaciółmi jest o wiele fajniej. Wiem coś o tym. A zakładać z góry,
            że przyjaźń musi się kiedyś skończyć rozstaniem, więc lepiej w ogóle nie
            zaczynać, a już na pewno nie angażować się, to chyba lekka przesada. Poza tym
            prawdziwa przyjaźń ma to do siebie, że rozstanie jej nie zagraża, to jest ten
            rodzaj miłości, który nie wymaga spotkań, fizycznej bliskości. Ostatecznie mamy
            mnóstwo możliwości komunikowania się, to niekoniecznie muszą być bezpośrednie
            spotkania, a nawet jeżeli z jakichś względów ta komunikacja na odległość nie
            jest możliwa, to przecież kiedyś to spotkanie może nastąpić, i wtedy podejmujemy
            przerwaną rozmowę tak jakbyśmy rozstali się przed chwilą. To nie jest czysta
            teoria, ja to przerobiłam. Ale to tylko w przypadku prawdziwej przyjaźni, nie
            każda relacja, nawet najbliższa, daje tę możliwość. Krisku, domyślam się, że
            mówiąc o Gwałtownym Rozstaniu, którego byś się obawiał, gdybyś się z kimś
            zaprzyjaźnił, masz na myśli taką sytuację, którą opisała Daria. Pewnie, że może
            się to zdarzyć, w d... można dostać zawsze, nawet bez powodu, trzeba być tego
            świadomym, ale, jak słusznie pisze Beata, trzeba się z tym pogodzić, oswoić i
            żyć po prostu tak, jakby to ryzyko nie istniało.
            A Noidzie odpowiadam, chociaż to trochę nie na temat, że małżeństwo złożone z
            osób, z których jedna czyta namiętnie, a druga nie, jest możliwe, czemu nie.
            Zależy jeszcze, kto czyta. Bo jeżeli żona, a mąż oczekuje od niej codziennych
            obiadków podstawionych pod nos, chałupy wysprzątanej na błysk, wyprasowanych
            koszul i tym podobnych dowodów miłości i pełnego oddania, to trudno się
            spodziewać, że będzie happy, jeżeli żona będzie wolała czytać niż oddawać się z
            entuzjazmem w/w czynnościom. A nawet jeżeli potrafi to wszystko pogodzić, to i
            tak będzie źle, bo od czytania może się za mądra zrobić i własne zdanie mieć. A
            to wielka wada u kobiety, a u żony zwłaszcza. Dlatego czasami takie małżeństwa
            się rozpadają, i bardzo dobrze, czego ja jestem najlepszym przykładem.
            Pozdrawiam przyjaźnie -
            Aneta
            • daria13 Re: Prośba do Stauy 26.06.05, 19:59
              Czy mogłabyś napisać na mojego gazetowego maila, bo jestem dyletantką do tego
              stopnia, że nie wiem, czy w Hameryce adresy gazetowe wyglądają analogicznie, a
              chciałabym się z Tobą podzielić jednym przemyśleniem. Wybaczcie pozostali TWA-
              wicze, ale myślę, że tylko Staua, może rozwiać moje wątpliwości i jest to rzecz
              trochę osobista:)
              • staua Re: Prośba do Stauy 27.06.05, 22:47
                Daria, przepraszam Cie bardzo, dzis zobaczylam ten post. Ja tez mam gazetowego maila, wyglada tak
                samo, zaraz napisze.
                Pozdrawiam
    • nienietoperz Refleksje nntpzowe 27.06.05, 11:32
      Tak tu sobie czytam, i dochodze do wniosku, ze jak na razie wypowiedzi
      pieknej i mniej pieknej (plciowo) czesci TWA sa zasadniczo od siebie rozne.
      Potem sobie troche mysle, i konstatuje, ze (o dziwo) zdecydowanie blizsze mojemu
      odczuwaniu sa wypowiedzi czesci meskiej.

      Przyjazn na cale zycie jest pieknym, uroczym haslem/symbolem/wzorem/etc..
      Niemniej jednak ja chyba za proby utworzenia takowej dziekuje, zdecydowanie
      blizej jest mi do bliskiej kumplowatosci opisanej na poziomie trzecim
      braineaterowym. Po pierwsze kumplowatosc wiaze sie ze wspolnymi doswiadczeniami,
      wspolnymi reakcjami na pewne sytuacje, nie aspirujac przy tym do pelnego
      zrozumienia, a juz absolutnie nie aspirujac do nierealnego kompletnego
      uzgodnienia pogladow. Po drugie kumplowatosc nie wymaga stalego, bezwarunkowego
      kontaktu i gotowosci do pomocy (a tak sobie wyobrazam przyjazn wzorowa); wiaze
      sie raczej z
      a) mozliwoscia zadzwonienia w nocy
      b) mozliwoscia odpowiedzi na ten telefon: sluchaj, teraz nie mam specjalnie
      czasu ni ochoty, daj znac potem.

      Oprocz kumpli "od zawsze", jest jeszcze jedna ominieta na razie kategoria
      znajomych: ludzie, z ktorymi laczy nas jakies jedno, konkretne zainteresowanie.
      Dla mnie sa dwie takie kategorie: mathematical freaks + bridge freaks (brydz =
      sport, ktory uprawialem powaznie, a ktorego nie chciano mi wpisac do karty
      zdrowia). Zwlaszcza ta druga grupa byla (stracilem juz w duzej czesci z nimi
      kontakt) zbiorowiskiem jednostek przeroznych: wiek 16-70, zawody: kanar w
      tramwajach, profesor akademicki, prywatna inicjatywa, mechanik samochodowy,
      etc., o pogladach lepiej nie wspominac. Co nie przeszkadzalo spedzaniu razem
      wiekszosci weekendow, wyjazdow wakacyjnych + sporej czesci wieczorow w tygodniu,
      glownie na graniu w karciochy, i potem dyskutowaniu o rozdaniach.

      Oczywiscie zadne z uwag powyzej nie odnosza sie do kategorii braineaterowej
      piatej, ktora w moim przypadku skutecznie i nad wyraz cierpliwie realizuje
      wszelkie potrzeby przyjazniopodobne (i liczne inne).

      Caly powyzszy sceptycyzm w kwestii przyjazni nie neguje uczucia zalu, kiedy z
      kims sie nie dogadalismy, a myslelismy, ze mozna bylo, kiedy wiemy, ze ktos juz
      sie u nas w zyciu nie pojawi, a bylo z nim dobrze, i tak dalej. Moze jakos
      jednak faceci maja prosciej - z zadnej klotni mesko-meskiej nie przypominam
      sobie wyciagania dawnych zalow (ktore skadinad bardzo latwo sobie wytworzyc, a
      nastepnie rozdmuchac; jak pisala Daria, zawsze jest cos, co sie komus nie
      podobalo, co bylo nietrafne, etc.). Pamietam sporo niecenzuralnych slow :-)

      Pozdrowienia,
      nntpz
      • daria13 Re: Refleksje przyjacielsko-małżeńskie 27.06.05, 15:09
        Przyjaźń na odległość. Hmm, z pewnością mniej sytuacji stresogennych, ale czy
        wtedy więź może być równie silna, co w częstym obcowaniu? A może właśnie to
        częste obcowanie tworzy więź za bliską i dochodzi do napięcia w tej więzi,
        które w efekcie doprowadza do jej zerwania, pęknięcia? Ja ze swoją przyjaciólką
        pół roku mieszkałam, a od wielu lat przyjeżdżała do mnie na całe weekendy,
        latem na 2 tygodnie z dwójką dzieci, młodszych i bardziej rozwydrzonych
        niestety, a nierzadko z psem, a ponieważ żal mi ogródka, to oba nasze psy
        kotłowały się cały czas w domu. Po prostu Sajgon. Ja to znosiłam ze stoickim
        spokojem, ale jednak okazało się, że było tego wszystkiego chyba za dużo.
        Mam z kolei przyjaciółkę, ktora jest bardzo zajęta, podobnie jak ja, dzwonimy
        do siebie raz na parę tygodni, a spotykamy raz w roku, albo rzadziej i dla mnie
        to jednak nie to, mimo, że jest mi bliska, ale jednak za daleka.
        Przyjaźń w małżeństwie. Hmm, pewnie tak, ale do tego potrzeba ogromnej dozy
        wzajemnej tolerancji, a kiedy pewne sprawy we wspólnym pożyciu rodzą sytuacje,
        w których dochodzi do konfliktu interesów, to cała przyjaźń idzie w diabły.
        Wspólne zaintersowania, wspólne spędzanie wolnego czasu, to jednak za mało.
        Kiedy mąż oczekuje od żony, że będzie ona żoną, matką i kochanką, a sam daje
        tylko swoje męskie ego, kiedy pojawiają się dzieci i ojciec chce być momentami
        surowy, bo odrobina surowości jeszcze nikomu nie zaszkodziła i generalnie
        pomysły na wychowywanie i traktowanie dzieci znacznie się różnią u małżonków,
        wtedy przyjaźń może nie wytrzymać próby czasu. Młodszy odłam TWA, który nie
        doczekał się jeszcze potomstwa nie ma jeszcze świadomości, jak wiele konfliktów
        może pojawić się wraz z dziećmi, choć na szczęście tak być nie musi i
        generalnie młodsze pokolenie ma już łatwiej, bo ogólne nastawienie do roli
        kobiety i mężczyzny, ojca i matki znacznie się zmieniło i to na lepsze. I
        Braineater swojej żonie z pewnością nie rzuci nigdy w twarz: "Ale z ciebie
        wredna feministka". Czego (znaczy, żeby nie rzucać) życzę gorąco wszystkim
        małżonkom w TWA i nie tylko!
        Pozdrawiam:)
        • daria13 Re: Refleksje forumowe:) 27.06.05, 20:27
          Fascynuje mnie łatwość, z jaką przechodzimy od refleksyjno-psychologiczno-
          metafizycznych wątków do prozy życia i gumowych mrówkojadów:)))
          Jak ja to lubię!!!!
          :))))
          • aaneta Re: Refleksje forumowe:) 28.06.05, 15:42
            Jedno drugiemu nie przeszkadza, moim zdaniem, dlatego proponuję porozmawiać na
            temat przyjaźni z robaczkami i innymi mrówkojadami. Może to jest sposób na te
            mrówki, winniczki itp.? Nie walczyć, nie zabijać, nie straszyć (zwłaszcza, to
            niehumanitarne, doktorze!), tylko się zaprzyjaźnić. Choć przyznam szczerze, że
            ja bym nie potrafiła...
            • dr.krisk Probowalem!!!! 29.06.05, 01:53
              aaneta napisała:

              > Nie walczyć, nie zabijać, nie straszyć (zwłaszcza, to
              > niehumanitarne, doktorze!), tylko się zaprzyjaźnić.
              Ale probowalem! Przebrany za Wielka Mrowke Z Polski usilowalem je przekonac, ze
              to moje mrowisko.... Apelowalem do mrowczej solidarnosci.... poczucia
              wspolnoty...
              Nic z tego. Zaproszone mrowki obojetnie wysluchaly oracji, zezarly poczestunek
              w postaci spodeczka cukru, i zaczely sie szarogesic: przymierzac moje koszule,
              grzebac w zapasach itp.
              Nie zdzierzylem.....
              Smierc szla mym tropem!
              • noida Re: Probowalem!!!! 29.06.05, 09:26
                Wyobraziłam sobie doktora przebranego za Wielką Mrówkę z Polski
                hihihihihihihihihiihihhi
                Ten obraz będzie mi towarzyszył w smutnych chwilach
                hihihihihihihihihihihihihihihi
                • braineater Re: Probowalem!!!! 29.06.05, 09:35
                  buhahahahahaha

                  Doktorze, poranek mi ubarwiłeś wielce, ale zaczynam rozumieć Twoją decyzję
                  wyjazdu. Żyjemy w takim kraju, gdzie każdy odchył jest piętnowany, więc już
                  wyobrażam sobię tę paradę antyKrisKową, gdyby czujne szpicle nie dość, że
                  odkryły niewiadomego przeznaczenia gumowe mrówkojady w szafie, a potem natknęły
                  się na przebranego KrisKa - przecie byłby pogrom:)
                  Pozdrowienia:)
    • agni_me Przyjaźń 27.06.05, 21:14
      polityka.onet.pl/162,1188247,1,0,2470-2004-38,artykul.html
      to długaśny, ale bardzo "do sensu" wywiad z Leszkiem Kołakowskim, spora część
      tegoż poświęcona jest przyjaźni i jej miejscu w życiu. Pewnieście czytali, ale
      tak ładnie się komponuje z wątkiem, że pozwoliłam go sobie przypomnieć.

      A moje przyjaźnie? Są i trwają mimo prób wielu. Może ludzie silni nie
      potrzebują przyjaźni? Wiem jedno, kiedy upadam widzę natychmiast wyciągnięte
      dłonie. Czasem po nie sięgam, a czasem mówię: wstanę sama... i wstaję. Ale
      świadomość tego, że są działa jak dźwig.
      • daria13 Re: Przyjaźń 29.06.05, 13:06
        Dziękuję za przypomnienie wywiadu z Kołakowskim, czytałam dawno temu i teraz
        przeczytałam raz jeszcze fragment o przyjaźni, ale nie powiem, żeby mi to
        pomogło, bo znów sobie przypomnialam ile straciłam;(
        Zazdroszcze Ci, że masz ludzi, o których wiesz, że podadzą Ci rękę, bardzo to
        ładnie napisałaś i chyba to właśnie jest sednem całej sprawy. Ale po
        przeczytaniu wypowiedzi naszej nowej uczestniczki TWA (powitać:)uświadomiłam
        sobie, że może porzekadło "prawdziwego przyjaciela poznasz w biedzie" nie jest
        tak do końca prawdziwe. Historia zna takie przypadki, kiedy wielkie przyjaźnie
        rozpadały się przez zazdrość jednej ze stron, czyli im lepiej Tobie się
        powodzi, tym większa zawiść otoczenia. To jest dość obrzydliwe, ale niestety
        często do bólu prawdziwe.
        Boje się, że jestem już za stara, żeby budować coś od początku i jest mi
        smutno, myślę też, że nie ma ludzi na tyle silnych, żeby nie potrzebowali
        przyjaciół.
        Czy można budować przyjaźń na uwielbieniu wobec kogoś, przy czym to uwielbienie
        jest jednostronne? Bo ja już mam kogoś na oku:)))))
        Pozdrawiam:)
        • beatanu Re: Przyjaźń 29.06.05, 19:47
          daria13 napisała:
          > Boje się, że jestem już za stara, żeby budować coś od początku i jest mi
          > smutno myślę też, że nie ma ludzi na tyle silnych, żeby nie potrzebowali
          > przyjaciół.

          Zgadzam sie z tym, ze nie ma ludzi na tyle silnych, żeby nie potrzebowali
          przyjaciół. Nie zgadzam sie z tym, ze jestes za stara, zeby cos tam!!!
          Posluchaj madrej :) i starszej kolezanki - wlasnie wrócilam z lasu/wsi z
          calkiem nowa przyjacióla, z która przed jakims rokiem zaczelam wszystko od
          poczatku... Spotkalysmy sie w pracy, od poczatku poczulysmy do siebie rodzaj
          sympatii, który nie jest tylko zwykla ciekawoscia nowopoznanej osoby. I tak
          powolutku poznajemy sie nawzajem i zblizamy sie do siebie w niesamowitym
          tempie, i kazda z nas czuje, ze to wlasnie PRZYJAZN... jakkolwiek bysmy te
          zdefiniowaly... I powiem jeszcze, ze to nie pierwsza moja przyjaciólka-Szwedka,
          choc pierwsza poznana po przekroczeniu czterdziestki. Na przyjazn nigdy nie
          jest za pózno! Ani sie nie obejrzysz a wyskoczy zza krzaka...

          To tyle, bo w pracy jestem i tak naprawde nie mam czasu na pogaduchy :)

          • daria13 Re: Przyjaźń 29.06.05, 20:44
            Dzięki za pocieszenie. Cieszę się, że jesteś, wnosisz do naszego TWA zawsze
            jakąś taką cudowną dawkę optymizmu, kiedy znikasz bardzo mi Ciebie brakuje.
            Kiedy czytam Twoje słowa, zaczynam wierzyć, że to, o czym piszesz jest możliwe,
            tylko muszę się troszeczkę rozejrzeć i mieć więcej wiary, bo przecież chcieć to
            móc i skoro naprawdę zależy mi na przyjaźni, to powinno mi się udać, choć im
            później tym gorzej, ale przecież nie jest to niemożliwe.
            Jeszcze raz dziękuję i zapytuję, czy tym razem zostaniesz z nami nieco
            dłużej:)))
            • beatanu Re: Przyjaźń 29.06.05, 23:57
              daria13 napisała:
              > Jeszcze raz dziękuję i zapytuję, czy tym razem zostaniesz z nami nieco
              > dłużej:)))

              Odpowiadam: tylko parę dni. Później znów będę w rozjazdach urlopowych, ale w
              połowie lipca - I will be here again!

              Cieszę się, że znalazłaś pocieszenie w moich słowach :)))
              B
    • annabelee1 Re: Przyjaźń:( 29.06.05, 07:34
      Czy moge sie wlaczyc?
      Zainteresowalo mnie,rzecz jasna z przyczyn osobistych.Kobiety przewaznie
      wszystko widza przez swoj wlasny filtr.Tak mamy.Na ogol.A wlasnie i ja mam
      palacy problem z przyjaznią.Od stu lat z okladem mialam przyjaciolke.Zawsze
      sobie gadalysmy, co i jak.Ona plakala na meza ja plakalam na meza.Ona sie
      radzila ja doradzalam.Cos w rodzaju konfesjonalu.Mezowie sie przyjaznili,slub
      wzielismy razem w pustym kosciele ;oni i my.Po rozwodzie moim zostali jakby przy
      mnie.Moj bywszy odzeglowal.
      Tu musze od razu powiedziec ze ta moja przyjaciolka nie jest zbyt madra ,malo
      tego, uchodzi powszechnie za glupia.I w zasadzie slusznie,choc to nielojalne z
      mojej strony ze to pisze.Cos jest w niej jednak co przyciaga ludzi,jakas
      pomocnosc,ktora pozwala jej sie dowartosciowac,nie wiem.We mnie tez jest cos co
      powoduje,ze taka a nnie inna znalazlam kolezankę.To troche dziwny uklad.Ona ma
      powazne problemy z mezem alkoholikiem.Jest wspoluzalezeniona mentalnie,nie
      decyzyjna.Nie pije.Tylko nie jest w stanie podjac jakiejkolwiek decyzji.Wyslalam
      ja na terapie i troche pomoglo.Zaciagnelam ja do Petry.Teraz znowu powinna tam
      isc,bo znowu gorzej.No,ale ja nie o tym.Tylko o tym,ze powielu latach takiej
      zupelnie przyzwoitej przyjazni ona nagle zaczela byc wobec mnie nie ok.
      Mnie sie wlasnie udalo.Odnioslam sukces.Cos tam zrobilam z dziedziny sztuki.I
      nagle ona mnie zaczela zwalczac.Krytykuje to co robie,Cos tam mi sie nie
      udalo.Ona powtarza wszystkim ze to knot.A zaden knot to niee jest.A nawet gdyby...
      Ostatnio inna kolezanka powiedziala -Bozenko juz 274 razy powiedzialas ze to
      knot- a ona nato- NO ,bo...
      Powtarza mi gdy tylko moze - Ten twoj knot,ta twoja nieudana..
      Mnie serce boli okrutnie.Bo raz ,ze ona ..
      dwa, ze moze jest w tym cien racji..jak sie upiera.To jakbys mial kalekie
      dziecko i ci ciagle ktos mowil--
      Boli mnie.Tyle lat przyjazni.Wszyscy mowia nie przejmuj sie ZAzdrosc.Ale
      strasznie mi przykro.Tyle lat sie przyjaznimy a ja nie wiedzalam jakim jest
      czlowiekiem.Czy ja jestem do cna glupia.Powiedzialam jej by tego tematu nie
      poruszala.Nie ma sily,gdy tylko moze nabiera powietrza i mowi- No to jest ok ale
      ten twoj knot.
      Nie wiem czy nie zerwac przyazni I czy to przyjazn skoro ona mnie doluje.
      Znowu cos zrobilam.Znowu sukces.Ona - tak to swietne,ale ten Knot.
      Knot juz zostal sprzedany za grube pieniadze.Jeszcze sie co prawda z rynkiem
      nie zetknal Nie zweryfikowal.Ale w sumie czy on knot czy nie nie ma znaczenia.Ma
      znaczenie: mialam jedna przyjaciolke.Okazala sie dobra gdy bylo zle.A gdy jest
      dobrze cos nie gra.I to grubo.Czy to nie dziwne.Czy mozna sie przyjaznic z kims
      kto cie kluje szpikulcem co i raz i doluje?
      Mam sukces.Zerwe przyjazn,zostane sama i jeszcze wszyscy powiedza ze mi
      odbilo.Cholerka. No,to sie wygadalam.Dziekuje...
    • aaneta Re: Przyjaźń:( 30.06.05, 14:53
      Czy można filmowo w tym wątku? To ja, żeby zamienić Darii :( na :))) polecam
      gorąco film pt. "Dróżnik" ("The Station Agent") Thomasa McCarthy'ego. W
      ubiegłym roku był w kinach w Polsce, a teraz jest na Canal+, najbliższa emisja
      chyba 3 lipca, czyli w niedzielę.
      Chciałam tu dorzucić link do recenzji Tadeusza Sobolewskiego w GW, ale już
      zamknięta na kłódkę, a była chyba jeszcze piękniejsza niż film (panu
      Sobolewskiemu często się to zdarza).
      To opowieść o trójce ludzi, z którymi los obszedł się nie najlepiej, ale którym
      udaje się do siebie zbliżyć pomimo wszystko. W zasadzie w filmie pokazany jest
      tylko początek ich znajomości, ale rokowania są pomyślne. Sama chciałabym się
      zaprzyjaźnić z bohaterami, właściwie to nawet już się zaprzyjaźniłam. Oni
      wprawdzie o wiele mniej mówią niż bywalcy tego forum, ale są co najmniej tak
      samo sympatyczni. I jeszcze ciekawostka: wbrew pozorom film ten jest zupełnie
      nieamerykański.
      Pozdrawiam bardzo przyjaźnie.
    • aaneta Re: Przyjaźń :) 17.12.05, 19:35
      Tak sobie wymyśliłam, że odgrzebię ten wątek sprzed pół roku dokładnie, kiedy
      zaczynało się lato, żebyśmy sobie przypomnieli, że nie zawsze jest tak paskudnie
      jak teraz, mam na myśli pogodę oczywiście. A poza tym od tamtej pory TWA nam się
      tak ładnie rozrosło, że może osoby, których wtedy jeszcze z nami nie było, też
      będą miały coś fajnego do powiedzenia w temacie przyjaźni?
      • kawa_malinowa Re: Przyjaźń :) 17.12.05, 19:57
        To moze ja. Przede wszystkim the Beatles i

        A little help from my friends
        What would you think if I sang out of tune,
        Would you stand up and walk out on me.
        Lend me your ears and I’ll sing you a song,
        And I’ll try not to sing out of key.
        I get by with a little help from my friends,
        I get high with a little help from my friends,
        Going to try with a little help from my friends.
        What do I do when my love is away.
        (does it worry you to be alone)
        How do I feel by the end of the day
        (are you sad because you’re on your own)
        No I get by with a little help from my friends,
        Do you need anybody,
        I need somebody to love.
        Could it be anybody
        I want somebody to love.
        Would you believe in a love at first sight,
        Yes I’m certain that it happens all the time.
        What do you see when you turn out the light,
        I can’t tell you, but I know it’s mine.
        Oh I get by with a little help from my friends,
        Do you need anybody,
        I just need someone to love,
        Could it be anybody,
        I want somebody to love.
        I get by with a little help from my friends,
        Yes I get by with a little help from my friends,
        With a little help from my friends


        Moi przyjaciele (a raczej dwie przyjaciólk i kumepl - na zdjeciu to ta wlasnie
        ekpia. mam jeszcze kumpla, ktory dobrze rokuje :) i jedna znajoma, ale to
        jeszcze za wczesnie chyba na mowienie o przyjazni) sa dla mnie najwazniejszymi
        ludzmi. POwstrzymuja mnie kiedy spadam, glaszcza po wlosach, kiedy siedze i
        czekam az ktos sie odezwied o mnie na gadu, toleruja sluchanie "Michelle"
        beatlesów przez baaardzo dlugi czas, sa kiedy ich potrzebuje, maja cierpliwosc
        do wysluchiwania mnie (a od pazdzierinka jestem cholernie monotematyczna osoba
        i mam tego swiadomosc), pocieszaja, rozsmieszaja do lez w sytuacjach, kiedy
        chcialabym sie poplakach z zupelnie innego powodu. Kocham ich.
        • kawa_malinowa Re: Przyjaźń :) 17.12.05, 20:29
          to jeszcze ich poopiewam: dzwonie do m. i pytam, czy ma czas. mowi, ze nie
          bardzo, ale slyszy, ze cos jest going wrong. wiec przychodzi i siedzi ze mna w
          parku, czekajac az pospadaja jakies gwiazdy. Na przyklad.

          Generalnie - im gorzej, tym bardziej ich doceniam.
          • zapalniczka Re: Przyjaźń :) 18.12.05, 00:02
            kawa_malinowa napisała:

            > to jeszcze ich poopiewam: dzwonie do m. i pytam, czy ma czas. mowi, ze nie
            > bardzo, ale slyszy, ze cos jest going wrong. wiec przychodzi i siedzi ze mna w
            > parku, czekajac az pospadaja jakies gwiazdy. Na przyklad.
            >
            > Generalnie - im gorzej, tym bardziej ich doceniam.
            >
            >
            im noc ciemniejsza tym jasniejsze gwiazdy... :)
            • kawa_malinowa Re: Przyjaźń :) 22.12.05, 12:27
              > im noc ciemniejsza tym jasniejsze gwiazdy...

              owszem, ale jeśli, ze stwierdzimy, ze gwiazdy przyjaciół.
              Wczoraj pozwalali wypłakiwać się sobie przez internet i przez komorke. Wysyłali
              pocieszające teksty, interpretowali rzeczywistość bardziej optymistycznie niż
              ja. Nie jest wcale tak zle - doszlam do wniosku, kiedy zaczynalo switac... Ale
              ci ludzie są po prostu nieziemscy, sama nie wiem, jak to się stało, że są koło
              mnie. skąd ja ich w ogóle wzięłam? mam wrażenie, że na nich nie zasługuję, że
              kiedyś to wszystko się skończy...
    • zapalniczka Re: Przyjaźń:( 17.12.05, 23:56
      wierze w prawdziwa przyjazn... nie ma dla mnie znaczenia czy znam ta osobe cale zycie, czy zaledwie kilka lat... czuje, ze cos wyjatkowego laczy mnie z tym czlowiekiem i chce zeby tak bylo do konca zycia... wierze w przyjazn z kobiety z mezczyzna, jezeli laczy ich rowniez milosc... mam wiele znajomych ale kilku przyjaciol, osoby mi najblizsze, najwierniejsze, doskonale wyczuwajace moje humory, czasem az wydaje mi sie to przerazajace, ze ktos odgaduje moje mysli, slowa ktore powiem :) kocham moich przyjaciol i dlabym sie za nich posiekac i podsmazyc :) to prawdziwy skarb miec bratnie dusze, nie tylko zeby sie wygadac, posmiac czy wyplakac ale po prostu zeby czuc jej bliskosc i miec swiadomosc, ze pamieta...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka