Dodaj do ulubionych

O sztuce trudnej sztuce opowiadania.

11.08.05, 00:28
W ramach trudnej pracy nad samym soba draze obecnie problem mojej niecheci do
uczestnictwa we wszelkich zorganizowanych formach zycia towarzyskiego. Kawki,
kolacyjki, przyjatka, rauty, bale - nic mnie nie ciagnie! A przeciezem
czlowiek przyjemny w obejsciu, z wygladu oraz manier chedogi.. skad wiec ten
wstret do spotykania sie w gronach? Dlaczego milcze i poziewuje wewnetrznie w
trakcie?
Sadze, ze coraz trudniej spotkac kogos, kto potrafi opowiadac. Z magmy
rzeczywistosci wyluskac drobiazg, szczegol jakis - i opowiedziec.
Najlepsza opowiadaczka jaka znalem byla pewna starsza wiejska pani,
krolujaca w kuchni (ach, te cepeliny...., golabki...). Nie posiadala ona
wyksztalcenia wielkiego, ale jej opowiesci o wschodnich stronach
nieistniejacej juz Rzplitej przykuwaly uwage. Jakos potrafila oddac nieznany
mi przeciez klimat i smak lasow tamecznych, smaku jagod, barwnosc miejscowej
ludnosci: jacys egzotyczni karaimi, Zydzi, Polacy, Litwini, Niemcy i co tam
jeszcze mozna sobie wyobrazic. Jej opowiesci zazebialy sie o siebie, z jednej
wyplywala natychmiast druga, i tak przez godziny w trakcie ktorych grzecznie
obieralem kartofle po drugiej stronie kuchennego stolu, wyobrazajac sobie te
widoki, zapachy i smaki....
Malo kto juz opowiada. Moze dlatego ze malo kto chce sluchac?
Ot co.
KrisK
Obserwuj wątek
    • braineater Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 11.08.05, 08:30
      A to fakt - za zycia swego krótkiego spotkałem jedynie dwóch sprawnych
      opowiadaczy, też ludzi z wykształceniem bardziej zyciowym niż szkolnym, ale za
      to obaj potrafili snuc takie historie, że Nowakowski z Himilsbachem to
      miekkiemiśki przy nich. I najbardziej fascynujące w obu jest to, że człowiek ma
      świadomośc, że kolesie opowiadając sytuacje z swojego życia, maksymalnie
      koloryzują, ubarwiają narrację i dodają wiele elementów, których nie było, ale
      obaj robią to tak wprawnie i z takim wdziękiem, że słuchaczowi jest zupełnie
      obojetne, czy opowiadają prawdę, czy nieco zmyślone historyjki - ważne jest to,
      że potrafią każda taką opowieśc uczynić prawdziwą chocby w sensie
      metaforycznym. No i jeszce ważna rzecz druga, czyli jak opowiadają - jest to
      taki tok narracji, ktory np nagrany, lub zapisany (obie rzeczy próbowałem im
      zrobić:)staje sie praktycznie martwy i w ogóle nie zabawny - natomiast widząc
      ich w wersji live, nie da się tym historiom nijak oprzeć.
      Ale może i dobrze, że nie mam więcej takich znajomych, bo zabiła by mnie
      marskośc wątroby albo kac:)
      Pozdrowienia:)
      • kwiecienka1 Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 11.08.05, 15:25

        kobiety a sztuka opowiadania :-)))))
        jak sobie pomyślę o spotkaniu z Anetą, przecież pierwszym w życiu to...
        przegadałyśmy cały ten czas (ok.8h) i to nawet słuchając się wzajemnie
        tak wiec myślę, że sztuka opowidania nie zaniknie, a już na pewno nie w babskim
        świecie... jeśli akurat nie będziemy opowiadać sobie swojego życia, swoich
        codziennych smutków czy radości to na pewno opowiemy sobie o ostatnich
        zakupach, ostatniej przeczytanej książce czy ostatnim udanym obiedzie u
        teściowej (uff), historiach z dziećmi w roli gównej czy planach
        zawodowych/prywatnych/na wakacje :-)
        nie znam kobiet, które umiałyby wysiedzieć cicho w towarzystwie innych kobiet :-
        )))
        pozdrawiam
        Kwiecienka Zawsze Gaduła

        ps wiem, wiem, panom chodziło o takie poważne opowiadania a ja tu o babskich
        plotach :-)))
        K.
        • braineater Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 11.08.05, 15:29
          kwiecienka1 napisała:

          > nie znam kobiet, które umiałyby wysiedzieć cicho w towarzystwie innych
          kobiet :)

          Powinnaś więc zdecydowanie poznać moją żonę, która wytrzymuje jakieś 5 minut
          takich 'typowo kobiecych rozmów' po czem wychodzi:)

          Off Topic - w poniedziałek wdworcuję przewodniki, bedą czekały stesknione za
          właścicielką prawowitą. Dzięki raz jeszce, bo w Splicie i Trogirze przydały się
          wielce

          Pozdrowienia:)
          • aaneta Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 11.08.05, 15:37
            No właśnie, ktoś tu nam jest winien opowieść o swoim niedawnym wakacyjnym
            pobycie w Chorwacji. Mam palcem pokazać kto?
            Prooooszę!
            Aneta bez wakacji
          • staua Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 11.08.05, 15:40
            Bardzo lubie takie opowiadania - wiele przyjazni sie w ten sposob zawiazalo (glownie ze znajomymi z
            Chorwacji, chyba tez lubia opowiadac).
            Najlepsze opowiesci snuje jednak jeden z krewniakow mojego meza z Rumunii, bodajze cioteczny
            wujek, o ksywie Misiu (nigdy nie dowiedzialam sie, od jakiego imienia pochodzi to zdrobnienie, ale oni
            maja wszyscy jakies dziwaczne przezwiska, a nawet nieprawidlowe nazwiska powstale w wyniku bledow
            w zapisie... U nas to chyba tuz po wojnie sie jeszcze zdarzalo, ale teraz?). Misiu opowiada o swoich
            golebiach, ich wyscigach i ich podrozach, np. do Istambulu, jakby sam je przezyl albo co najmniej te
            golabie mu opowiedzialy (sam nie ma paszportu nawet), o treningach pilki noznej (na emeryturze
            zostal trenerem okregowki), wycieczkach nad jeziorka wokol Bukaresztu, Cyganach, o tym, co bylo w
            miejscu, gdzie stoi teraz nasz dom i dlaczego inny wujek oslepl, a kuzyn stracil reke.
            Trzeba mu tylko dostarczac visinate i tuice :-)
          • kwiecienka1 Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 11.08.05, 19:06
            :-)
            Ja chyba też nie jestem dobrym przykładem, muszę mieć na to ochotę, co czasem
            trudno zrozumieć moim przyjaciółkom, które od czasu do czasu "muszą" się ze mna
            czymś podzielić i są niepocieszone, że jedyne na co mnie w danej chwili stać to
            krótki komentarz w stylu "no coś Ty" albo pełne zrozumienia spojrzenia rzucane
            znad laptopa... ale kiedy sama odczuwam potrzebę wchłaniania ploteczek to gadam
            jak najęta :-) tak więc w tym przypadki wszystko zależy od nastroju...
            gorzej jest u mnie z zakupami... nie cierpię łażenia po sklepach i zawsze się
            muszę z tego tłumaczyć :-)))

            Za zwrot przewodników dzięki wielkie - teraz mi się przydadzą bo spędzę w
            Dalmacji ponad 5 tygodni :-))) pracując oczywiście (jako rezydent)
            Wysłuchaj wreszcie próśb TWAowiczek i opowiedz trochę o swoich wakacjach, no
            prosimy :-)))
            pozdrawiam
            Kwiecienka z Bruschettą
            • kwiecienka1 Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 11.08.05, 19:08
              :-)))
              JUŻ, JUŻ SIĘ KAJAM!
              właśnie zauważyłam, że już napisałeś
              przepraszam za nieuwagę :-)
              Kwiecienka Roztrzepana
        • jenny_s Babcia, Królik i Muzeum 11.08.05, 21:18
          Opowiadacz ze mnie marny, ale wychowałam się na opowieściach mojej Babci i do
          dziś uwielbiam słuchać. Będąc dzieckiem upartym i konsekwentnym przepadałam
          jednocześnie za opowiadaniem interaktywnym, czyli kiedy mogłam co chwilę
          przerywać i zmieniać po swojemu tok historii. Czemuś nie znosiłam królewien i
          królewiczów i Babcia miała do mnie świętą cierpliwość bez zmrużenia oka
          opowiadając mi wielokrotnie tę samą historię o króliku, który mieszkał w bucie.
          Za każdym razem uśmiechała się tylko, kiedy po raz niewiadomoktóry pytałam o to
          w jaki sposób wiązał sznurówki siedząc przecież w środku. Wiecie jak?
          Szydełkiem. I zajmowało mu to czas od podwieczorku do kolacji.

          Jakiś czas temu przypadkowo trafiłam na informację, że w podwarszawskim
          Konstancinie jest Muzeum Opowiadaczy Historii. Zachwycona ideą początkowo
          chciałam się tam wybrać, napisałam nawet o tym kiedyś na forum, ale potem
          zaczęłam sobie myśleć jak tam jest i tyle sobie nawymyślałam, że rzeczywistość
          żadną miarą nie mogłaby sprostać oczekiwaniom. Muzeum pozostało zatem w mojej
          wyobraźni, ale lubię mieć poczucie, że gdzieś naprawdę jest takie miejsce. I że
          ta trudna sztuka nie poszła całkiem w zapomnienie.

          Serdeczności

          jenn
    • broch Statystyka i mizantropia 11.08.05, 22:33
      na szesc osob przypada czterech dobrych gawedziarzy. Wynik bardzo dobry.

      Przy okazji na Florydzie odbywa sie raz do roku festiwal opowiadaczy
      (Storytelling Festival) (Tampa/wiosna). Bylem raz i gwarantuje ze wsrod setek
      uczestnikow najdziesz to czego szukasz. Nie wiem jak dlugo bedziesz na
      Florydzie, moze wiec nastepnym razem. Jesli nie, to masz wiele takich festiwali
      w calych Stanach. Sa tez w Australii, Kanadzie, w Europie np Festival at the
      Edge Anglia/Szkocja, itp.
      Bez narzekania prosze. Problem moze nie tyle z opowiadaczami co z szukaczami :)
      Wymaganie storytelling na rautach i "kafkach" to chyba nadmiar entuzjazmu.

      Mizantropia (chwilowa lub permanentna) ma z gawedziarzami niewiele wspolnego.
      • agni_me Re: Statystyka i mizantropia 11.08.05, 23:51
        Czasem lekki trzepot rzęs jest ceniony, czasem zaś widzi się jedynie poklejony
        tusz i smugi na policzkach. Mam tak, że zawsze widzę poklejone rzęsy, to
        okropnie ogranicza. Ale oczywiście nie powstrzyma mnie to przed moim wyznaniem
        o opowiadaczach, wcześniej postaram się o pełen demakijaż. :)
      • dr.krisk Storytelling.. o rany! 12.08.05, 00:14
        Brochu, nie chodzi mi o ludzi zajmujacych sie "opowiadaniem ciekawych historii"
        dla zabawienia publiki! Bohaterka mojego postu na pewno nawet by sie nie
        zakwalifikowala na ow festiwal, a zreszta nigdy by jej taki dziki pomysl do
        glowy nie przyszedl.
        A twoje statystyki uwazam za zawyzone.
        Ot co.
        KrisK
        • broch Re: Storytelling.. o rany! 12.08.05, 00:43
          hmmm.. naprawde?
          troche sobie jaja robię z "problemu".

          A teraz powaznie:
          Statystyki nie sa zawyzone:
          Ty raz, braineater dwa razy, kwiecienka raz, staua raz, jenny_s raz
          5 na 6!! Wynik rewelacyjny. :))
          A jeszcze agni_me obiecala..
          Absolutnie nie badz pesymistycznym mizantropem :)

          Opowiadaczy o jakich chcesz jedynie i bez wyjatkow pisac :)) spotykalem
          niewielu. Bylo to zawsze wydarzenie wyjatkowe, nieoczekiwane. Nie chce aby
          zdarzalo sie czesciej, bo w ten sposob spowszednieje i straci cala swoja magie.

          Natomiast jak dlugo zyje, nie spotkalem kogos takiego na rautach i kafkach.
          Mowiac szczerze taki "wymog" nieco mnie zaskakuje.
    • agni_me nieumalowane opowiadanie o opowiadaczu (długie) 12.08.05, 11:59
      Każdy może być dobrym opowiadaczem przy jednej zaciekawionej i zasłuchanej
      osobie. Przy dwóch, umiarkowanie zainteresowanych, trzeba już niezłego talentu.
      Trzy czynią wyzwanie wielkim. Opowiedzieć coś tak, by uczynić ciekawym raut czy
      imieniny u cioci – trzeba opowiadacza geniusza. Kogoś, kto potrafi oswoić
      opowiadanie, by nie bało się trzepotu rzęs, rechociku, czy zrezygnowanych
      machnięć ręki. Większość z nas tego nie potrafi, dlatego niespełnieni
      opowiadacze pojawiają się na forum. I dobrze. Dzięki temu opowiem wam o
      Genialnym Opowiadaczu.

      Spotkałam dwu genialnych opowiadaczy i kilku znakomitych. Każde z tych spotkań
      i każde z tych opowiadań pamiętam doskonale. Są najmoje. Jednego z tych
      geniuszy macie szansę poznać, a może nawet poznaliście, bo...

      Czasami na krakowskim dworcu pojawia się pucybut. Ma szczotki, pasty, jakieś
      szmatki i jest dość natarczywy. Wysoki, chudy, zarośnięty i zawsze zawiany.
      Pierwszy raz spotkałam go w pociągu, koniecznie chciał komuś wypastować buty i
      w dodatku chciał bardzo głośno. Miałam zamszowe buty, a on brudne szczotki,
      pomyślałam, że kupię sobie ciche minuty przed odjazdem dając mu pieniądze. Z
      lodowatą uprzejmością wyjaśnił mi, że może nie zauważyłam, ale nie jest
      żebrakiem i on tu się stara uczciwie pracować, spodziewając się przy tym
      minimum grzeczności. Poczułam się paskudnie, nie powiem, ale uratowało sytuację
      spostrzeżenie, że możemy te pieniądze traktować jako zaliczkę na poczet usług,
      które wykona w przyszłości, bo przecie nie pierwszy i nie ostatni raz w
      Krakowie. Obiecał, że mnie zapamięta i już mi jakieś buty wybłyszczy. Po czym
      wykwintną agnielszczyzną zaproponował skośnookiej turystce, że wtaszczy jej
      plecak, bo dama nie powinna dźwigać.

      Pewnie ze dwa tygodnie później, w okolicach Miodowej, zobaczyłam go, kiedy
      opowiadał wycieczce Żydów bajkę o trzech świnkach. Po angielsku oczywiście,
      choć z pewnymi wtrętami polskimi:
      “and, powiadam wam, it was so sad, ale kurwa bardzo”
      Wtręty były czynione dla licznie zebranej grupki miejscowych obiboków, a także
      ludu pracującego sobotniego Kazimierza. Wszyscy słuchali z zachwytem, a
      niektórzy nawet przeżywali mocno. Jedna pani, ciągnąca wózek wypchany tekturą,
      szmatami i butelkami, szlochała rozdzierająco nad losem biednych świnek. Za to
      pan w mycce na głowie porykiwał radośnie nad tą wesołą historią. Bogowie moi,
      ileż on par butów wypastował po zakończeniu opowiadania.

      Widziałam go potem jeszcze kilka razy. Sam mnie zaczepił pamiętając nasze
      pierwsze spotkanie. Zawsze opowiadał o swoim życiu, i zawsze były to zupełnie
      różne opowieści. Nawet imiona miał inne. Opowiadał też o swoich znajomych.
      Pani z wózkiem już to była niegdysiejszą pięknością, która majątek zdobyty na
      nierządzie przeputała na młodego kochanka, już to najbogatszą kamieniczniczką
      kazimierską, która nie traci żadnej okazji by dorobić, a w domu zamiast tektury
      ma diamenty jak kule armatnie. Nie zapomnę tego.

      Aha, butów mi nie wypastował nigdy, ale przecie nie ostatni raz itd.
      • broch ... i fajne 12.08.05, 12:54
        i gdzie tu kryzys (nawet jesli zapomnimy o zawodowcach)? :))
      • zdanka1 Re: nieumalowane opowiadanie o opowiadaczu (długi 19.03.06, 22:35
        No, wreszcie coś naprawdę miłego na wiosnę , która nie chce nadejść:)))))
        • marquis Re: nieumalowane opowiadanie o opowiadaczu (długi 20.03.06, 11:26
          Zdanka, świetnie, że to wygrzebałaś z zatęchłych archiwów TWA. Aż miło po takiej
          opowieści :)
    • kwiecienka1 Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 12.08.05, 15:01
      Wczoraj, już leżąc w łóżku, przypomniałam sobie o jeszcze jednej nadzwyczajnej
      osobie, której można słuchać godzinami :-) Moja babcia!!! Moja babcia jest
      osobą niezwykłą: urzędowo ma 74 lata, ale twierdzi, że dopiero 27 :-))) Ma to
      swoją przyczynę, niestety bardzo smutną. 27-8 lat temu zachorowała na raka
      piersi i niestety poddała się leczeniu w polskim szpitalu... Krótko mówiąc
      leczenie trwało ponad dwa lata, w rezultacie babcia straciła pierś, ale dostała
      gratis żółtaczkę a potem gronkowca, cudem przeżyła, wie o tym i dlatego uważa,
      że wtedy urodziła się po raz drugi :-))) Jednym słowem mam w niej
      superkoleżankę, prawie rówieśniczkę, której wiele zawdzięczam i jeszcze wiele
      zazdroszczę. Zazdroszczę jej m.in. tego, że nie boi się podejmowania czasem
      trudnych decyzji, ja zawsze mam z tym problem - asekurantka ze mnie :-)
      Do rzeczy :-))) Babcia zawsze marzyła o zwiedzaniu świata i konsekwentnie
      realizuje swoje marzenia (to są m.in. te trudne decyzje bo bynajmniej nie
      jeżdzi z Orbisem.) Zjechała już prawie całą Europę (tylko bez Irlandii, Albanii
      i Skandynawii) i część Azji & Afryki. A jak potrafi o tych podróżach
      opowiadać... To nic, że wszystko możemy teraz zobaczyć w tv lub internecie, ona
      potrafi nam to wszystko tak opisać, że aż się widzi te miejsca i tych ludzi, no
      i od razu chce się tam jechać :-)))
      Z pozdrowieniami dla wszystkich babć i wnuczków/wnuczek
      Kwiecienka Babci Pierwsza Wnuczusia
    • dr.krisk Dlaczego tak marudze? 13.08.05, 05:45
      Otoz najwyrazniej doszedlem do wieku i stanu ducha, w ktorym razi mialkosc tzw.
      rozmow towarzyskich. Nie chodzi mi oczywiscie o to, abysmy przy grillu
      dywagowali o pogladach Husserla na kwestie poznania, albo recytowali z pamieci
      Gilmesza (w oryginale!). Milo jest jednak, gdy rozmowcy potrafia opowiedziec o
      tym co wiedzieli w obcym kraju, albo o tym co sadza o czymstam.
      Moze to byc drobiazg, opis jednego obrazu - ale najczesciej sprowadza sie to do
      opisu wyposazenie pokoju hotelowego, obfitosci zarcia i czystosci wody w
      basenie. Aha - i wielblady smierdza!!! Jak slucham czegos takiego po raz
      ktorys, to mam ochote poszczuc takiego nudziarza wscieklym wielbladem!
      Nudza mnie tez opowiesci o nabytych autkach, wyposazaniu domostw, genialnosci
      posiadanego potomstwa, chorobach, jedzeniu, wrednosci i glupocie szefow, o tym
      jaka Polska jest biedna i nieszczesliwa, i "dlaczego nic nie mowisz"????

      Lubie czegos sie od innych ludzi dowiedziec, nawet jezeli dotyczy to psychiki
      ich kota, czy uprawy dzialki. Ale jakos tak jest, ze jedni odbywaja podroz na
      hulajnodze dookola swiata, i jedyne co potrafia powiedziec to "troche trzeslo",
      inni natomiast jada na dzien do Bolejewa, i potrafia zauwazyc i opowiedziec o
      wyjatkowosci architektury bolejewskiej, badz tez niezwyklosci krajobrazu......
      Lubie sluchac, lubie tez opowiadac.
      Co z luboscia na TWA czynie.
      KrisK
      • beatanu Re: Dlaczego tak marudze? 13.08.05, 10:09
        Bardzo celne te Twoje obserwacje...

        Czasami myślę sobie, że taka powierzchowność konwersacji wynika (w pewnym tylko
        stopniu oczywiście)z naszej nieumiejętności postrzegania czegoś, co mamy w
        zasięgu ręki, na co dzień, właśnie w tym wspomnianym przez Ciebie już
        dwukrotnie Bolejewie (Istnieje naprawdę? Google milczą.) Bo ciągle się
        spieszymy, bo musimy to, bo musimy tamto...

        Kiedyś, już dawno dawno temu, przeczytałam gdzieś o tym jak niewielu z nas ma
        czas i ochotę na prześledzenie całego procesu gotowania się wody. Toż to
        przecież dramat i thriller i niezapomnane przeżycia estetyczne! Warto sprawdzić!
        Całkiem niedawno dotarłam do niesamowitej książki Jolanty Brach-
        Czainy "Szczeliny istnienia" W rozdziale "Krzątactwo" mowa właśnie o tym, co
        niezauważalne, bo codzienne. Ale jakżeż frapujące! Polecam całą książkę :)))

        Pamiętam, jak na początku nie do końca rozumiałam swojego męża, który zrzymał
        się, że ludzie biegają z aparatami i kamerami wideo i robiąc cały czas masę
        zdjęć i filmują i... nie mają czasu na prawdziwe przeżycie czegoś tam - czy to
        był zachód słońca nad Bałtykiem, czy przelatujące nad ratuszem w Zamościu
        wróble. Teraz rozumiem go doskonale. Może to faktycznie kwestia wieku?

        Może dlatego gapiłam się wczoraj jak zauroczona na spływający z cedzideł,
        odwirowywany przez L. miód? Płynął niespiesznie, złoto-bursztynowy, z bąbelkami
        powietrza, ale już bez resztek wosku, czy nadłamanych skrzydełek pszczelich...
        Chwila piękna.

        dr.krisk napisał:

        lubie tez opowiadac.
        > Co z luboscia na TWA czynie.
        > KrisK

        I za to Cię lubię! I nie jestem na tym forum osamotniona ;)))
        B przed daleką podróżą na południe Szwecji.
        • dr.krisk Bolejewo - polskie Macondo.... 13.08.05, 17:36
          Oczywiscie Bolejewo sobie wymyslilem. To takie male miasteczko, bedace suma
          wielu malych miasteczek przez ktore przechodzilem kiedys z plecakiem,
          przejezdzalem motocyklem, rowerem, samochodem. Miasteczka w ktorym sie
          urodzilem, skad pochodzi moja rodzina.
          Jest tam maly rynek, z restauracja "Malibu" (dawniej "Bolejewianka"
          albo "Spoldzielcza"). Sklepy tez sa, poczta jedna. Ludzie chodza powoli,
          prowadzac stare czarne rowery nieokreslonej juz obecnie marki. Na scianach
          starych domow widac czasami jeszcze slady po pociskach, to wtedy panie jak
          ruskie przechodzili!
          Miasto to przenika sie niepostrzezenie z okolicznymi wsiami, w pewnym momencie
          dluzszego spaceru bocznymi ulicami wychodzimy na polna droge, rozjezdzona
          traktorami, na podworkach domow stoja rozgrzebane maszyny rolnicze i sluchac
          gdakanie kur.
          Jest cmentarz za kosciolem, pelen skromnych nagrobkow rownie skromnych ludzi.
          Dobrze jak jest maly hotelik, gdzie mozna sie zatrzymac na kilka dni.
          Obowiazkowo mebelki z okresu poznego Gierka, skrzypiace i koslawe. Dywanik nosi
          slady licznych libacji delegowanych do Bolejewa urzednikow & urzedniczek, az
          strach pomyslec co sie tu dzialo!!!
          Jak ma sie szczescie, to jeszcze w bocznej uliczce znajdziemy stary znak
          drogowy: Uwaga Samochod - taki blaszany bialo-czerwony lizak przymocowany do
          bramy. Albo wyblakly napis : FJN ogniwem laczacym Polakow! Kto dzis wie co
          znaczy skrot FJN....
          Bolejewo to polskie Macondo - jest troche wszedzie a troche nigdzie.

          Pozdrowienia z Bolejewa zasyla - KrisK
          • broch Re: Bolejewo - polskie Macondo.... 15.08.05, 01:02
            FJN - Front Jednosci Narodowej (urodzeni po 80' moga nie znac, choc niezaloznie
            jak niechlubna to czesc historii, wypadaloby :))

            W polskie Macondo nie wierze. Twoje "Macondo", zbyt dobrze pamietam aby bylo
            Macondo:
            traktory z bocznym kolem napedowym, wiecznie blotnisty targ przy pl. Kromera (a
            kim byl Kromer? :)) z furmankami wylozonymi sianem na ktorym lezaly "dobra",
            aluminiowe banki na mleko z podobna do grzyba pokrywka, ruiny domow z wielka
            tekturowa bomba z napisem "Nie", pierwsze palenie slomianych rurek (zastepowaly
            papierosy), potem papierosy "Sport", "Giewont", samochody marki "Syrena" z
            drzwiami otwieranymi do przodu, rurki z kremem w Sobieszowie i stara DC3 Dakote
            ktora "latalem" do odleglych krajow. A pozniej pierwszy prawdziwy przelot
            samolotem z Wroclawia do Gdanska. Bylem jedynym dzieckiem na pokladzie (wowczas
            to jeszcze byla rzadkosc) i zostalem zaproszony do kabiny pilotow. Ale to
            jeszcze przed Gierkiem. Pamietam zbieranie bursztynow o 5-tej nad ranem,
            pachnace smola, wyciagniete na brzeg lodzie rybackie. Pamietam tez, ze za
            granica Polacy pozdrawiali sie na drogach migajac swiatlami...
            itd itp. Takie Macondo kazdy gdzies tam w glebii pielegnuje, ale to nie jest to
            Macondo :)

            O mialkosci "kafek" mozna u W. Allena i w paru innych miejscach.
            • dr.krisk FJN? No bez przesady.... 16.08.05, 01:29
              broch napisał:

              > FJN - Front Jednosci Narodowej (urodzeni po 80' moga nie znac, choc
              niezaloznie
              > jak niechlubna to czesc historii, wypadaloby :))
              Eee, no co ty? Bez przesady, niech FJNem zajmuja sie historycy owych czasow
              dziwnych, mlodziez bym raczej zwolnil z obowiazku. Zreszta byla to typowa
              instytucja - widmo, budzaca sie pozornie jedynie w okresie wyborow. pamietasz
              moze generala Fonkowicza - on ci to byl wodzem? Jeszcze mi tego brakowalo, aby
              nasi mlodsi uczestnicy uczyli sie struktury organizacyjnej TPPR-u albo czegos
              takiego!!!!!




              >
              > W polskie Macondo nie wierze. Twoje "Macondo", zbyt dobrze pamietam aby bylo
              > Macondo:
              A jednak. Albowiem moje Bolejewo nie jest rezerwatem moich wspomnien - to
              miejsce magiczne! Podobnie jak Macondo. Albowiem w miejscach takich czas staje
              sie wymiarem umownym, pani Zachmielewska z Barbarki zyje od niepamietnych
              czasow i nikt nie wie ile ona ma lat. Ja sadze, ze tyle samo ile drewniany
              kosciolek do ktorego chodzi codziennie na poranna msze - to znaczy ze 400 z
              okladem. Spacerujac po bolejewskich ulicach przenosimy sie w czasie
              niepostrzezenie dla nas samych. Ten zaulek pamietamy jeszcze z dziecinstwa, ale
              wystarczy krok i juz jestesmy z powrotem w XXI wieku (co do roku to nie jestem
              pewien..).
              Rzeczy starzeja sie powoli, jak owe czarne rowery mieszkancow. Podejrzewam ze w
              detkach jest jeszcze powietrze sprzed kilkudziesieciu lat.....
              Tak to jest.
              KrisK
              • broch Re: FJN? No bez przesady.... 16.08.05, 05:41
                Nie masz racji. Wiem ze latwo jest pamietac czyny bohaterskie, ale nauczyc
                czegos w zyciu mozna sie, jedynie przez pamiec rowniez rzeczy zlych.
                Historycy? Mam nadzieje ze nie tylko.
                Czym sie roznia programy polityczne FJN od programow obecnej
                levico/centro/prawicy (za wyjatkiem nomenklatury)? Warto o tym pamietac.

                Hmmm... Macondo nie jest polskie, faktycznie nie nalezy do nikogo, do zadnego
                miejsca.
                Twoje Macondo zbyt wspomnieniami mlodosci chmurnej i durnej pachnie (czy tego
                chcesz czy nie :)), podczas gdy faktycznie jest to miejsce poza czasem, nie
                ponad czasem. 400 letnia kobiecina to tylko jeden z akcesoriow :)
                • dr.krisk A jednak bede obstawal uparcie przy swoim. 16.08.05, 15:33
                  broch napisał:

                  > Nie masz racji. Wiem ze latwo jest pamietac czyny bohaterskie, ale nauczyc
                  > czegos w zyciu mozna sie, jedynie przez pamiec rowniez rzeczy zlych.
                  > Historycy? Mam nadzieje ze nie tylko.
                  > Czym sie roznia programy polityczne FJN od programow obecnej
                  > levico/centro/prawicy (za wyjatkiem nomenklatury)? Warto o tym pamietac.

                  Drogi brochu - to co dla nas bylo brochowo/kriskowym srodowiskiem naturalnym,
                  dla obecnych mlodych ludzi jest rownie odlegle jak bitwa pod Plowcami.
                  Oczywiscie, powinni wiedziec z grubsza co i jak, zeby nie mylili Ukladu
                  Warszawskiego z Ukladem Mendelejewa, znali wazniejsze daty i znaczniejsze
                  nazwiska. Ale nie mozesz zadac aby znali takie drobiazgi jak ow FJN -
                  organizacja bez zadnego znaczenia! Czy maja sie uczyc na pamiec nazwisk
                  kolejnych gensekow?????
                  Czy to nam sie podoba czy nie, ale wiedza wspolczesnego czlowieka musi byc
                  ukierunkowana na ogolna znajomosc faktow: zawsze mozna siegnac do encyklopedii
                  czy poguglac.
                  Tak wiec prosze o wyrozumialosc dla mlodych : FJN, TPPR, LOK, LKP, WRN, MRN,
                  PSS, MDH - mozna sobie darowac! Macie na to moje kriskowe slowo honoru (troche
                  zuzyte co prawda..).

                  Co do Bolejewa - tez nie bardzo moge sie zgodzic, bo jak juz pisalem, podobnie
                  do Macondo czas ma tam inny wymiar. Nie ma to wiekszego zwiazku z moimi
                  wspomnieniami - wychowalem sie w duzym miescie..
                  Pozdrawiam!
                  KrisK

                  • braineater Re: A jednak bede obstawal uparcie przy swoim. 16.08.05, 15:42
                    dr.krisk napisał:


                    > Tak wiec prosze o wyrozumialosc dla mlodych : FJN, TPPR, LOK, LKP, WRN, MRN,
                    > PSS, MDH - mozna sobie darowac! Macie na to moje kriskowe slowo honoru
                    (troche
                    > zuzyte co prawda..).
                    >

                    Głos młodości:
                    FJN - broch napisał:)
                    TPPR - Towarzystwo Przyjaźni Polsko Radzieckiej - należałem w Iszej klasie
                    podstawówki (jak wszyscy zresztą:)
                    LOK - Liga Obrony Kraju - tam nie dali mojej matce prawa jazdy nawet za 11
                    podejściem
                    LKP - ??????
                    WRN - Wojskowa Rada Czegoś tam - to ci co o WRONie tak na nich pisali?
                    MRN -???????
                    PSS - Państwowa SPółdzielnia SPożywcza - w barach tejże zdaża mi się jeszce
                    konsumować:)
                    MDH - Miejski Dom Handlowy - to panie ino w Warsiawie było i na filmach Bareji
                    to widziałem:)

                    Ha - i to wszystko wiem ze szkoły i TV, więc historia nie ginie:)
                    Pozdrowienia:)
                    • nienietoperz Wspolnota doswiadczen pokoleniowych, 16.08.05, 23:15
                      czyli kolejny dowod na to, ze pomimo ogolnego braku wiary socjologow, istnieje pokolenie 'urodzone pod koniec lat 70tych' (zawsze sie nas wpycha gdzies pomiedzy tych co mieli lat 18 w 1989 i byli pelni wiary i nadziei, a tych co mieli lat 18 w 2001 i bylo juz im kompletnie wszystko jedno).
                      A jaki ten dowod?
                      Ano bylem w stanie rozpoznac precyzyjnie te same skroty co brainy, co do jednego.

                      A teraz juz nie off-topic:
                      Bolejewo nie jest moze moim miasteczkiem, ale na pewno wciaz jest miejscem kojarzonym metnie z dziecinstwa, z opowiadan babc i rodzicow, z mlodocianych wyjazdow w Beskid Niski.
                      I bardzo chetnie bym sie znow tam wybral, za posrednictwem KrisKowych (i moze nie tylko?) opowiesci.
                      Proponuje rozwijac w ten sposob wspolnote pokoleniowa Polakow urodzonych w wieku XX,
                      i trawestujac slogan ze sciany w B-Bialej, wciaz obecny we wczesnych latach 90tych, oswiadczam:
                      PRACUJAC DLA TWA, PRACUJESZ DLA KRAJU.

                      Wasz
                      nienietoperz
                      • broch Re: Wspolnota doswiadczen pokoleniowych, 16.08.05, 23:37
                        "PRACUJAC DLA TWA, PRACUJESZ DLA KRAJU."

                        bardzo zgrabne haselko:)
                  • brunosch Re: A jednak bede obstawal uparcie przy swoim. 16.08.05, 15:48
                    dr.krisk napisał:

                    > Tak wiec prosze o wyrozumialosc dla mlodych : FJN, TPPR, LOK, LKP, WRN, MRN,
                    > PSS, MDH - mozna sobie darowac! Macie na to moje kriskowe slowo honoru (troche
                    > zuzyte co prawda..).

                    Nie, nie będzie żadnej wyrozumiałości dla bałwana, który twierdzi, że Gierek był
                    prymasem; skrót PZPR rozwiązuje w cierpieniu, i po chwili walki z sobą samym
                    ogłasza, że to Polski Związek Piłki Ręcznej; do 1956 dodaje (na moją prośbę,
                    żeby mu synapsy w końcu zadziałały) 20 lat i wychodzi mu, że strajki z 1970 (!)
                    miały miejsce w Pułtusku.
                    A najgorsze jest to, że bałwan był ambitny i przygotowywał się do egzaminów na:
                    - stosunki mędzynarodowe
                    - politologię
                    - lub dziennikarstwo.
                    • broch ...a stolica Meksyku jest Tokio. Cytat z 16.08.05, 16:09
                      telewizyjnego programu dla b. madrych dzieci (?).

                      LKP liga kobiet polskich
                      MRN miejska rada narodowa

                      nawiasem mowiac wychowanie w duzym miescie (??) ma z wizja malego miasteczka i
                      wspomnieniami niewiele wspolnego. Wspomnienia czterdziestolatka (?) odbiegaja
                      bardzo od faktycznych wydarzen. Pomijam zjawisko oczywistego falszowania
                      historii we wspomnieniach, ale czy nigdy nie byles na wakacjach szczeniecych
                      gdzies tam w malym miasteczku/na wsi (w zwiazku z czym wychowanie w duzym
                      miescie nie ma wielkiego znaczenia)? Nie czytales Niziurskiego (itp)?

                      Bolejewo zostawiam w spokoju :)

                      Nawiasem mowiac, jedna z teorii uznaje czas za fenomen wystepujacy niezwykle
                      rzadko we wszechswiecie. Uklad Sloneczny jest jednym z niewielu takich miejsc :))
                  • dr.krisk Ja dalej jak osiol sie bede upieral.... 16.08.05, 16:30
                    Nie chodzi mi o ewidentne przyklady glupoty i braku podstawowej wiedzy jakis
                    mlodych przyglupow, ale o to co powinni wiedziec mlodzi, wyksztalceni i
                    sympatyczni (dlaczego jak mowie mlody i wyksztalcony to zawsze wydaje mi sie
                    sympatryczny???) ludzie. A wiec prosze nie przytaczac tutaj przykladow na
                    glupote mlodych ludzi, bo ja sam jako uczacy ich na codzien moge rozwiazac moj
                    worek Pandora!
                    Uwazam ze detale w rodzaju "co to jest TKKS" mozna sobie darowac - wolalbym aby
                    wiedzieli, dlaczego doszlo do wydarzen roku 1980, rozumieli owczesna sytuacje
                    na swiecie. Zamiast obkuwac szczegoly PRL lepiej np. nauczyc sie troche o
                    historii Chin i Azji w ogole: w naszym coraz ciasniejszym swiecie ta wiedza
                    jest potrzebna. Wbrew pozorom jest to znacznie trudniejsze - taka proba
                    okreslenia co jest potrzebne, a co nie.
                    I tyle.
                    KrisK
                    P.S. A co to znaczy TKKS? Dla ulatwienia podaje ze nia mam zamontowanych
                    polskich znakow diakrytycznych :)))
                    • broch Re: Ja dalej jak osiol sie bede upieral.... 16.08.05, 17:18
                      TKKS - Towarzystwo Krzewienia Kultury Świeckiej

                      Z moich dawnych wedrowek po roznych krajach i przyjazni z ludzmi b. mlodymi,
                      pamietam ze (wowczas) szkowalo mnie ze we Francji, Holandii, RFN itp maksymalna
                      wage przykladano do nauki o historii wlasnego kraju, mniejsza do historii
                      karajow innych. Pewnie zauwazyles ze rowniez w Stanach ludzie (wyksztalceni)
                      wiedza duzo o historii U.S.A., malo o historii innych krajow/kontynentow.
                      Moze to dobrze (choc Aska strasznie narzekala na to ze przez rok uczyla sie...
                      historii Georgii), moze to jest sposob na patriotyzm (wiem ze to wielkie slwo)?
                      Moze najpierw i przede wszystkim nalezy poznac swoj kraj?
                      Panienka w okienku na poczcie i tak nie wie stolica jakiego kraju jest
                      Antananarivo, choc kraj ten w polskiej historii odegral pewna role :))))
                      Sadze ze blizsza, bo bardziej zrozumiala jest przecietnemu Polakowi historia
                      rodzinnego kraju, moze wiec warto poswiecic jej wiecej czasu?
                      Nie widze absolutnie zadnych korzysci w pamietaniu 1598 (nie mowie juz o
                      znaczeniu edyktow nantejskich). Zamiast tego poswiecilbym wiecej czasu Polsce
                      Ostatnie czterdziesci (~) lat historii Polski nie nalezy do najlepszych. Dzisiaj
                      malo kto pamieta dlaczego, za wyjatkiem generalnych dyrektyw. Moze dlatego tak
                      trudno jest odroznic poglady polskiej prawicy od polskiej lewicy ktore
                      przypominaja program FJN. Mysle ze jest roznica miedzy skrotem FJN a LKP.
                      • jenny_s mniejszy czy większy kawałek świata? 16.08.05, 19:58
                        Tak ciekawa dyskusja historyczna się Panom wywiązała, że i ja sobie pozwolę dwa
                        słowa.

                        O rozlicznych wadach systemu edukacyjnego każde z nas mogłoby zapewne długo,
                        wyczerpująco biadać; ja chciałabym się krótko zatrzymać na jednym aspekcie, z
                        którego faktycznie zdałam sobie sprawę niestety dopiero na dość późnym etapie
                        kształcenia. Chodzi mi o brak interdyscyplinarności. Jestem przeświadczona, że
                        znakomita większość zarówno uczniów, jak i – co gorsza – nauczycieli, nie jest
                        w stanie skojarzyć ze sobą posiadanej wiedzy z różnych dziedzin. O historii
                        odkryć uczy się praktycznie bez wykorzystania mapy, teksty źródłowe zawierające
                        zabytki języka polskiego traktowane są jako mało znaczący i nudny dodatek do
                        historii politycznej, rzadko kto zdaje sobie sprawę jaki wpływ na budowanie
                        międzywojennego ładu miało przeprowadzenie obserwacyjnego dowodu na prawdziwość
                        ogólnej teorii względności podczas zaćmienia Słońca w 1919 roku*, w naszej
                        świadomości pokutują idiotyzmy pokroju tego, że ludzie w średniowieczu dożywali
                        przeciętnie wieku 30 lat... przykłady można mnożyć w nieskończoność.

                        Podobnie trudno, moim zdaniem, poznawać historię Polski ekstrahując ją z
                        otaczającej rzeczywistości europejskiej i światowej. Owszem, każdy powinien
                        decydować jak dalece zagłębiać się w szczegóły i badać te zagadnienia, które
                        interesują go najbardziej, ale chyba dopiero poznawszy przynajmniej z grubsza
                        procesy historyczne, społeczne i gospodarcze. Niestety, układ większości
                        podręczników do historii nieodparcie kojarzy mi się z pokrojonym w precyzyjne
                        plasterki ogórkiem, można sobie obejrzeć mniej lub bardziej dokładnie
                        poszczególne pesteczki, tylko dość trudno wyobrazić sobie jak taki ogórek w
                        całości wygląda.

                        Pozdrawiam

                        jenn

                        --
                        * na marginesie ciekawa jestem, czy mieliście okazję poczytania
                        Johnson’owskiej „Historii świata po 1917 roku”; biorąc poprawkę na nieco może
                        zbyt prawicowe poglądy autora, to rzadki okaz rzetelnej a przy tym
                        interesującej i świetnym stylem napisanej syntezy.
                        • braineater Re: mniejszy czy większy kawałek świata? 16.08.05, 20:06
                          Absolutna racja - pisałem o tym kiedyś na innym chyba forum, ale się powtórzę.
                          Doskonale ten typ uczenia widac po moich korepetytentach, którzy nijak nie sa w
                          stanie połapać kontekstów histroycznych, gdy mówią o literaturze polskiej,
                          oraz, opwoadając o historii na korepetycjach z tejże, nie sa w stanie odnieść
                          się do żadnego dzieła literackiego danej epoki. A żeby było smieszniej, pytani
                          o te tematy w sposób nie powiązany, okazuje się, że wiedzą - że znają daty,
                          znaja dzieła, znaja autorów, tyle, że nie układa im sie to w rzadną całośc.
                          Pozdrowienia:)
                        • dr.krisk No wlasnie... 16.08.05, 20:16
                          Jak ja lubie jak ktos zamiast mnie napisze o co mi idzie - i to jeszcze
                          znacznie bardziej precyzyjnie. Wedlug mnie naprawde nie ma tragedii jezeli ktos
                          nie pamieta dokladnej daty bitwy warszawskiej (ja sam nie pamietam :), ale wie
                          ze to bylo w 1920 roku w lecie. Natomiast musi wiedziec kto z kim, i o co. I
                          jakie byly tego skutki. I jak mniej wiecej wygladal wtedy swiat.
                          KrisK
                          • jenny_s Re: No wlasnie... 16.08.05, 20:23
                            Wrodzona niechęć do kucia połączona z niedostatkami pamięci pozwoliła mi
                            wypracować sobie całkiem spójny pogląd, mianowicie, że data jest ważna o tyle,
                            o ile pozwala umiejscowić wydarzenie w kontekście. Dzięki temu udało mi się
                            zaskoczyć kilku egzaminatorów pytaniem z jakiego powodu uważają, że tę właśnie
                            datę dzienną powinnam znać. Zazwyczaj działało.
                            • broch Re: No wlasnie... 16.08.05, 20:36
                              nikt nie mowi o "ekstrakcji". Uwazam ze szkoly za malo ucza o Polsce. W innych
                              krajach kladzie sie nacisk na poznanie wlasnego kraju.


                              "Dzięki temu udało mi się zaskoczyć kilku egzaminatorów pytaniem z jakiego
                              powodu uważają, że tę właśnie datę dzienną powinnam znać. Zazwyczaj działało."

                              Sorry, ale egzaminatorzy niezbyt rozgarnieci, wyglada na to ze niewiedza o co
                              pytaja. Pomijajac juz drobny fakt ze opinie na temat istoty zjawiska
                              ucznia/studenta sa malo wazne.
                              • jenny_s Re: No wlasnie... 16.08.05, 21:32
                                Nie do końca rozumiem Twój postulat. Moim zdaniem o historii Polski uczy się
                                dużo, tyle że przy takim przeładowaniu niepotrzebnymi szczegółami uczeń właśnie
                                nie potrafi dokonać syntezy i ta nauka jest w dużej mierze bezwartościowa.
                                Skądinąd jakże cenny i użyteczny byłby przedmiot „wiedza o Polsce” w
                                społeczeństwie reprezentującym żenująco niski poziom tak zwanej wiedzy
                                obywatelskiej czy też wiedzy o regionie. Stawiałabym raczej zatem na
                                użyteczność tych nauk i ich przydatność w życiu codziennym, a nie na, że się
                                tak wyrażę, scholastyczną intensyfikację.

                                A co do egzaminatorów, to trochę było inaczej. Nie wiem czy potrafię to
                                precyzyjnie wyrazić, ale po prostu wytrąceni z nudnej rutyny i schematycznych
                                odpowiedzi pozwalali na całkiem interesujące dyskusje, w których daty dzienne
                                schodziły siłą rzeczy na dalszy plan. Może wynika to ze specyfiki (czy też -
                                jak napisano w innym wątku - spekulacyjności) przedmiotu.

                                Pozdrawiam
                                • broch Re: No wlasnie... 16.08.05, 21:48
                                  "Skądinąd jakże cenny i użyteczny byłby przedmiot „wiedza o Polsce” w
                                  społeczeństwie reprezentującym żenująco niski poziom tak zwanej wiedzy
                                  obywatelskiej"
                                  - Moim zdaniem wynika to z "zaprzeszlosci".
                                  - Nie lubie generalizacji "o spoleczenstwie".


                                  Mysle jednak jest to nieco (lub bardzo) odlegle od tego co napisalem w pierwszym
                                  poscie z "FJN".
                                  • jenny_s plusquamperfectum 17.08.05, 21:17
                                    Zaprzeszłość, powiadasz.
                                    Emigracja wewnętrzna.
                                    Nieufność i kontestacja organów i ideologii.
                                    Nie wierz synku panu od historii, co mówi że Katyń to Niemcy.
                                    Nie baw się synku okrętami, bo nie ma mórz.
                                    Pracując dla kraju, pracujesz dla kraju.

                                    Co jest alternatywą dla zaprzeszłości? Pozytywizm?
                                • dr.krisk O moich naukach szkolnych... 17.08.05, 04:31
                                  Uczylem sie w szkolach rzeczy rozmaitych: budowy stulbi, ile Wegrzy wydobyli
                                  wegla w zeszlym roku, dat rozmaitych bitew, itp. - ale cala ta "wiedza" byl to
                                  wielki zbior nazw i liczb, bez zadnego pomyslu jakby je w calosc pozlepiac. Nie
                                  mowiac o tym ze np. nie uczono mnie w ogole tzw. przyrody ojczystej - do dzis
                                  nie umiem rozpoznawac wiekszosci drzew, ptakow, roslin. Za to budowe
                                  jednokomorkowcow meczylismy dlugo....
                                  Sadze, ze aby rozumiec troche swiat nie jest potrzebna znajomosc tego czym byl
                                  FJN (przepraszam ze mecze ten przyklad, ale jest on bardzo dobry). Chodzi
                                  raczej o to, aby bylo wiadomo jakie cechy mial tamten ustroj i dlaczego
                                  skonczyl tak jak skonczyl. I zeby informacja o FJNie miala natychmiastowe
                                  zakorzenienie w wiedzy podstawowej - ze w socjalizmie istnialy takie "protezy"
                                  majace niby laczyc wszystkich obywateli, a tak naprawde dbac o to aby wybrano
                                  tych co wybrac nalezy!!
                                  Wiem ze to trudniejsze niz odpytanie z dat i nazwisk, ale nieporownanie
                                  bardziej potrzebne. No chyba ze ktos chce startowac we Wielkiej Grze...
                                  Ja nie chce.
                                  KrisK
                                  • broch Re: O moich naukach szkolnych... 26.08.05, 17:02
                                    Polska wyglada dzisiaj tak jak wyglada, poniewaz nikt ni "pamieta" co to fjn.
                                    Jesli nie widzisz roznicy miedzy kretynska informacja o wydobyciu wegla na
                                    Wegrzech, a historia Polski wlaczajac w to FJN, nic na to nie poradze. Niestety
                                    jesli to jest ogolny problem (brak rozumienia historii wlasnego kraju), to
                                    przewiduje jeszcze ze 20 lat balaganu.
                                    Pardonez moi, mais c'est bizarre: jak mozna "tworzyc" bolejewska historie bez
                                    rozumienia wlasnej? "Upieranie sie" przy FJN: oczywiste jest ze nie o
                                    rozszyfrowanie skrotu idzie ale o kawalek dosc ponurej historii. Jesli jednak
                                    zna sie te historie, to i wyjasnienie FJN bedzie proste.

                                    "Co jest alternatywą dla zaprzeszłości? Pozytywizm?"
                                    Dlaczego? Bo brak wyobrazni?
        • noida Re: Dlaczego tak marudze? 17.08.05, 14:48
          Obawiam się, że to niestety nie kwestia wieku... Właśnie wróciłam z Norwegii,
          gdzie byłam ze znajomymi. Przywieźliśmy do kraju około 600 zdjęć i niewiele
          ponadto. W Oslo spędziliśmy dwa dni- po tym czasie znajomi uznali, że już
          wszystko, co było do zobaczenia, zobaczylismy i czas jechać dalej. Potem dwa
          dni na fiordach, kolejne dwa nad morzem i już trzeba wracać do Polski, bo co
          trzeba było to zobaczyliśmy. Ludzie nie interesowali ich w ogóle, mimo, iż
          mieszkaliśmy u dwóch cudownych egzemplarzy norweskiej Polonii (nie nabijam się
          bynajmniej- bardzo ciekawi ludzie), na dodatek na osiedlu zamieszkałym przez
          Pakistańczyków, Szwedów, Duńczyków, Polaków, Senegalczyków i wiele innych
          nacji. Nie było czasu się zatrzymać, popatrzeć, przeżyć, bo trzeba było
          zaliczyć kolejne interesujące punkty programu, bo nie po to przejechaliśmy 1400
          km, żeby teraz nie zobaczyć tego, tamtego i siamtego. Z autochtonami moje
          rozmowy ograniczały się do "Do you want a bag?" w sklepie. Nie lubię tak
          podróżować. Mam wrażenie, jakbym w ogóle nie była w tej Norwegii.

          No i o czym tu opowiadać? Można najwyżej pokazać te zdjęcia a i komentarze do
          zdjęć rzadko wykraczają poza opis, co na nich właściwie jest.

          Ja mam jeszcze swoją jedną teorię na temat- są ludzie, którzy jadąc autobusem
          do domu przeżywają niezwykłe przygody i są tacy, którzy po pobycie w Meksyku
          potrafią tylko powiedzieć, że było ciepło. Niektórym po prostu przytrafiają się
          niezywkłe rzeczy, jakby "przyciągają" niezwykłe zdarzenia. Ale też na pewno
          jest cała masa ludzi, którym mogłoby przytrafić się coś ciekawego, gdyby tylko
          potrafili patrzeć.
          Wydaje mi się, że większość ludzi PATRZY, ale nie WIDZI, o czym już zresztą
          kiedyś pisałam.

          Ja też, jak żona braineatera, nie lubię pogadanek przy kawce, ploteczek o tym,
          czy Zosia sypia ze Zdzisiem, czy Franio flirtuje z szefową i kto ma większy
          ogród- Zenkowie czy Tomkowie. W ogóle nie cierpię plotkarstwa w czystej postaci
          (choć zdaję sobie sprawę, że pełni ono ważną funkcję społeczną ;-).

          Dobrych opowiadaczy chyba nie znam, znam za to kilku dobrych partnerów do
          rozmowy, a to już coś.
          • braineater Re: Dlaczego tak marudze? 17.08.05, 15:27
            Miedzy innymi dlatego właśnie zamiast pedzic do Dubrownika i oglądac go na
            szybko, bo tak trzeba i że perła, i że zdjęcia nalezy, to posiedzieliśmy sobie
            dokładnie w Trogirze zwiedzając go tam i nazad - znaczy łażąc, oglądając,
            robiąc zdjęcia głownie ludziom i zwierzakom (bo od zdjeć z architekturą są
            albumy robione profesjonalnie) pogadaliśmy z turystanmi z Polski, Włoch i paru
            innych krajów, pooglądalismy najbliższą okolicę, i w sumie wydaje mi się, że
            całodniowy spacer i byczenie się w nadmorskim lasie piniowym dał nam więcej
            radochy, niż zwiedzanie japońskim stylem Perły Adriatyku.
            Ale co do zdjęc, to niestety wyszło zboczenie, bo zwieźliśmy tego do domu coś w
            granicach 1.5 GB w jtpgach o dużej rozdziałce:)tyle, że nie będą prezentowane
            na wieczorkach wspominkowych - impreza towarzyska, ktorej nienawidzę
            najbardziej, jak ktos odpala wideło albo albumy z wakcji - koszmar:)
            Pozdrowienia:)
            • kawa_malinowa Re: Dlaczego tak marudze? 24.08.05, 15:53
              > na wieczorkach wspominkowych - impreza towarzyska, ktorej nienawidzę
              > najbardziej, jak ktos odpala wideło albo albumy z wakcji - koszmar:)

              Czemu? Jeśli zdjęcia ładne...
              Ja nie znoszę, kiedy zbierze się rodzina i zaczynają się pogaduszki (plotki,
              jakie plotki?!) o sąsiadce z bloku naprzeciwko z trzeciej bramy, to znaczy nie
              o niej, ale o jej syna pierwszej dziewczynie, wiesz, tej co to mieszkała na
              ulicy tej i tamtej, a jej dziadek.... I potrafią tak bardzoooooo dłuuuuugo....
      • staua Re: Dlaczego tak marudze? 13.08.05, 17:53
        Ciekawe, co piszesz. Przeswiadczenie o mialkosci towarzyskich rozmow podczas tzw. imprez ciagnie
        sie za mna od czasow szkolnych. Troche sie zmniejszylo po wyjezdzie z polski, ze wzgledu na wartosc
        poznawcza tychze rozmow w towarzystwie wielokulturowym, jednak znowu wracam do punktu wyjscia.
        W liceum bylam osoba, ktora na imprezie wyciagala gruba ksiazke z regalu gospodarza i zasiadala w
        fotelu izolujac sie od reszty dowarzystwa. How rude...
    • brunosch O trudnej sztuce opowiadania. 13.08.05, 20:43
      Jest to rzeczywiście sztuka niełatwa. Nie dość, że rozmowy zostały wyparte przez
      mówienie, to w dodatku są ludzie przekonani, że opowiadają świetnie, zajmująco i
      nadzwyczaj ciekawie.
      Dla mnie przykładem takiej męki oralnej było zabawianie gości przez takiego
      "gawędziarza" opowieścią o tym, jak rdzewieją okręty na redzie. Akcja toczyła
      się w czasie rzeczywistym, a wyobrażacie sobie, jak długo koroduje taki okręt.
      Przy nagłych zwrotach akcji jak tłumaczenie wpływu soli w wodzie morskiej na
      poszycie kadłuba niektórzy słuchacze nerwowo zaczynali ogryzać paznokcie. Gdy
      pojawiły się zacieki korozji na stępce słabsi duchowo - omdlewali.
      Chyba też wolę sięgnąć po książkę.
      • daria13 Re: O trudnej sztuce opowiadania. 24.08.05, 14:44
        To chyba jeden z ciekawszych wątków na TWA i żeby się w pełni wypowiedzieć
        musiałam sobie wypunktować:)Nota bene zachwyca mnie to, że forum z założenia
        pierwotnego utworzone w celach dyskusji okołokulturalnych (czyli rozmowy o
        kinie, muzyce, sztukach wizualnych itp. w gronie najfajniejszych uczestników
        FK) przerodziły się w takie elastyczne, wielowątkowe i wielotematyczne forum o
        wszystkim, czyli o życiu chyba? Kocham to:)
        Refleksja pierwsza: Nie udało mi się nigdy poznać takiego opowiadacza, o jakich
        pisaliście i bardzo mi z tego powodu przykro:(. Jedynym ratunkiem na to mogłoby
        być chyba tylko spotkanie z szanownym dottore, bo kto jak kto, aleć to przecież
        najlepszy opowiadacz, ale ideałem byłoby nie tylko czytanie, a posłuchanie
        właśnie.
        Refleksja druga: BOLEJEWO!!!!! Kocham je!!!!!!!
        Czytając opis Bolejewa czułam wzruszenie chwytające mnie za gardło. Bez żartów.
        To piękna wizja, pięknie napisana i totalnie zaczarowana. Bardzo słabo znam
        takie miasteczka, ale tak właśnie je sobie wyobrażam i takimi pragnę je
        widzieć, nawet mając świadomość, że życie w nich nie wyglada tak różowo, jak
        nam mieszczuchom się wydaje. Btw. czy dottore może zdradzić, w jakim to mieście
        się wychował, bo ja go zawsze umiejscawiałam w takim właśnie Bolejewie:)
        Refleksja trzecia: Miałkość rozmów towarzyskich. W sumie się zgadzam, ale
        znalazłam maleńką niekonsekwencję w komentarzu dottore. Denerwują Cię rozmowy o
        autkach, potomstwie i wyposażeniu, ale już o psychce kociej bądź działce to byś
        posłuchał. A dlaczego działka miałaby być ciekawsza od rozmów Polaków o stanie
        kraju (co też wymieniłeś na minusie;), albo o latoroślach. Ciebie bardziej
        zaimuje działka innych samochody i niestety musimy to uszanować. Trochę się
        czepiam, wiem, ale w sumie nasze tu pogawedki też sa często o takich
        duperelach, jak na przykład o kulinariach (dość często). Myślę, że wiele zależy
        od nastroju. Wiem o co Ci chodziło w ogólnośći, z tematami może jedynie
        pojechałeś za bardzo. A co do rozmów towarzystkich, to zwróciłabym jeszcze
        uwagę na rozmowy telefoniczne. Straciłam część znajomych z powodu nie
        dzwonienia do nich.NIe znoszę wykonywać telefonów typu: A co u Ciebie słychać?
        Rozmawiam przez telefon tylko, jak ktoś do mnie zadzwoni, lub awaryjnie,
        interwencyjnie, informacyjnie. Pleplanie godzinami przez telefon mnie zabija. I
        hate it!
        Refleksja czwarta: Opowieści powakacyjne. Zauważyłam u Polaków pewną
        prawidłowość. Mimo wysokich cen wycieczek fakultatywnych podczas uropu biurowo-
        podróżnego Polacy jeżdżą i zwiedzają wszystko co się da. Angole leżą nad
        basenem i przybierają coraz bardziej purpurowy odcień opalenizny, a my
        jeździmy, zwiedzamy, podziwiamy, fotografujemy i filmujemy do upadłego. I do
        niedawna wydawało mi się to dobrą cechą rodaków, taka ciekawość świata, ale po
        Waszych komentach trochę zgłupiałam. Hmmmm.
        Oglądanie zdjęć, a co gorsza filmów z wakacji znajomych, którzy od 7 lat jeżdżą
        nurkować do Egiptu i wciąż każą nam podziwiać coraz bardziej wyrafinowane filmy
        z życia rafy koralowej doprowadzają mnie do stanu całkowitego znudzenia,
        graniczącego z odrętwieniem, a mój małż popełnił kiedyś niemal samobójstwo
        towarzyskie zasypiając podczas pokazu. Zgroza:(
        Relfeksja piąta: Nauka historii w Polszcze. Podpisuję się obiema rączkami pod
        teoriami KrisKa i tym sposobem kończę ten okropnie długi post, coby już Was nie
        zanudzać:)))
        Pozdr:)
        • nienietoperz Re: O trudnej sztuce opowiadania. 24.08.05, 15:15
          Zgadzam sie absolutnie z Daria co do olbrzymiej wyzszosci rozmow imprezowych nad
          telefonicznymi. Te pierwsze zawsze kojarzyly mi sie z czasami licealnymi, i
          przyjazd do Zjednoczonego Krolestwa pozwolil odnowic najlepsze wspomnienia. Coz
          moze byc lepszego niz karmione alkoholem nadranne dyskusje o kinie, realnosci i
          nadrealnosci, Berkeleyu, marzeniach, koncepcjach urzadzenia swiata. Tak sie juz
          zlozylo, ze w Polsce na studiach i po nich takie rozmowy w gronie znajomych
          zdarzaly sie bardzo rzadko - tu jest wyraznie lepiej.
          A telefon, ta maszyna okrutna? Zadzwonienia pt: `jak tam?` nntpze unikaja jak
          ognia. Mimo to, kiedy jest konkretny interes, wciaz pozostaje cala gimnastyka
          kontaktow spolecznych: czy juz wypada przejsc do rzeczy? A moze im tam po
          drugiej stronie wlasnie sie spieszy? A o kogo jeszcze powinienem zapytac? A o
          kogo nie wypada? Wrrrrrrr.

          A o ciag wspomnien bolejewskich od Dottore i innych TWAczy upominalem sie
          bezskutecznie...

          Ponawiam wiec. Upominanie sie.

          NNTPZ
          • kawa_malinowa Re: O trudnej sztuce opowiadania. 24.08.05, 15:50
            > Zgadzam sie absolutnie z Daria co do olbrzymiej wyzszosci rozmow imprezowych
            na
            > d
            > telefonicznymi.

            Zgodzę się i podpiszę kilka razy. Telefonować nie znoszę - ani do znajomych,
            ani do nieznajomych w celu dowiedzenia się czegoś.... Mimo nieśmiałości wolę
            kontakt rzeczywisty, bo ze znajomymi to tak ciekawiej, a nieznajomym panią
            urzędniczką można sięnie dać spławić :)
            A byłam przedwczoraj na imprezie - tak, w poniedziałek!- rzecz zaczęła się o
            tuż po momencie wsamegopołudnia, a skończyła kiedy słońce wzeszło dnia
            następnego :) I żeby nie było wątpliwości - bez minuty spania. Co robiliśmy?
            Najpierw filmy a potem gry karciane i zabawy zapałkami i ileś godzin ROZMOWY. I
            to właśnie było najpiękniejsze w tych godzinach :)
          • dr.krisk O delikatnej materii bolejewskiej... 24.08.05, 21:53
            nienietoperz napisał:

            > A telefon, ta maszyna okrutna? Zadzwonienia pt: `jak tam?` nntpze unikaja jak
            > ognia. Mimo to, kiedy jest konkretny interes, wciaz pozostaje cala gimnastyka
            > kontaktow spolecznych: czy juz wypada przejsc do rzeczy?
            Ach, ja to samo mam. To znaczy, jak ja do kogos dzwonie w jakiejs sprawie
            konkretnej, to sie nie szczypie tylko od razu wyluszczam. Natomiast NIENAWIDZE
            (i daje to niestety odczuc) jak ktos robi wstep wypytujac mnie o zdrowie moje,
            rodziny, conowegowpracy, i tentego, minuty plyna, lod sie rozpuszcza w
            szklaneczce, te mile dziewczyny co sie na pobliskiej laczce opalaly zbieraja
            sie do odejscia, a ten tu mi kwacze do sluchawki zamiast powiedziec o co
            chodzi!!!!!
            Co gorsza, jest to rowniez cecha ludzi mlodych: ostatnio meczy mnie taki mlody
            czlowiek co dzwoni do mnie w swoich sprawach i zawsze wypytuje mnie "co
            slychac"!!! Nie dosc ze mi zawraca glowe swoimi sprawami zyciowymi, to jeszcze
            mam mu opowiadac??? Az sie wkurzylem...



            > A o ciag wspomnien bolejewskich od Dottore i innych TWAczy upominalem sie
            > bezskutecznie...
            >
            > Ponawiam wiec. Upominanie sie.
            A bo to materia delikatna... Szczegolowe opisy jakos Bolejewu szkodza. Nie
            wolno go zbyt czesto odwiedzac, tak jak nie odkrawa sie szlachetnej plesni z
            sera. Nalezy pojechac co pewien czas, do rodziny, pospacerowac po tych kilku
            uliczkach, poszukac w pamieci minionych obrazow, ale takze po prostu napawac
            sie tym powolnym uplywem czasu. Ja to uwielbiam...
            Lubie wejsc do sklepu zelaznego, gdzie gwozdzie na wage, lancuchy krowie, a
            jeszcze niedawno to uprzaz sprzedawali! Lubie patrzec jak przyjezdni gospodarze
            ogladaja np. kose albo siekiere i wymieniaja komentarze: "Brakowna ona, ta
            siekiera!".
            Albo do owej restauracji, gdzie w deszczowy dzien fajnie jest siasc przy oknie,
            patrzec co sie dzieje (nic sie nie dzieje) i wychylac sobie kolejne kolejeczki
            pod konsumpcje. I kombinowac: czy jakby moglo byc inaczej to by bylo, czy tez
            raczej nie???
            Albo pojsc nad mulista i smierdzaca rzeczke, gdzie wiele, bardzo wiele lat temu
            dr.krisk puszczal lodeczki z kory. I zastanowic sie, gdzie one doplynely... do
            morza? A potem gdzie - moze lezy taka lodeczka gdzies na wyspie Borneo i nikt
            nie przypuszcza ze wystrugal ja kiedy dziadkowym kozikiem grubawy chlopczyk w
            kusym paletku. Czy oni na tym Borneo wiedza jak wyglada paletko??????
            Na resztce muru ogradzajacego szpital przyklasztorny znalezc miejsce, gdzie dr.
            krisk wydlubal owym kozikiem zaprawe ze spoiny. Po co ? Obecnie nie wiadomo,
            ale musial miec jakis swoj powod.........
            A potem siasc na rynku i sluchac jak ziemia skrzypi obracajac sie wekol swej
            osi. A os towotem dobrze nasmarowana, snury konopne ja poruszaja, a za te snury
            to aniolowie niebiescy ciongna!!!
            Tak to tam jest.
        • dr.krisk Errata... 24.08.05, 21:30
          daria13 napisała:

          >W sumie się zgadzam, ale
          > znalazłam maleńką niekonsekwencję w komentarzu dottore. Denerwują Cię rozmowy
          o
          >
          > autkach, potomstwie i wyposażeniu, ale już o psychce kociej bądź działce to
          byś
          >
          > posłuchał.
          Chodzilo mi o to, ze mozna ciekawie mowic o wszystkim: wliczam w to takze
          potomstwo, samochody i wyposazenie. Niestety te trzy tematy pelnia wsrod moich
          znajomych role tzw. tematow dyzurnych: "no i jak sie sprawuje twoja
          Panda?", "Dobrze, ale czasem rano jak uruchamiam to robi takie pufpufpuf", "A
          zaplon byl ustawiany?"....... i tak dalej. Potomstwo nie lepsze jako temat: "A
          moja Nikola to robi tak paluszkiem..", "A moj Damianek...."
          Dosc.
          Nie temat wazny, ale co sie chce (i jak) opowiedziec).
          Tak przy okazji - ja chyba jestem bardzo slabym opowiadaczem. Mowie bardzo
          szybko, nie umiem budowac suspensu... do radia sie nie nadaje....
    • aaneta Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 26.08.05, 20:42
      Fajnie jest tak sobie czasami pomilczeć czas jakiś, nie wtrącać się do rozmowy,
      a potem spojrzeć z perspektywy i podsumować. Może nie podsumować, ale
      przynajmniej jakieś ogólne spostrzeżenia sformułować. Takie na przykład, że
      miało być o opowiadaniu historii, a było o rozmowach w ogóle. Ale niech tam.
      Widzisz, KrisKu, moim zdaniem to jest tak, że wcale nie trzeba szczególnych
      opowiadaczy w towarzystwie, żeby spotkanie było ciekawe. To znaczy opowiadaczy w
      stylu opisanej przez Ciebie starszej wiejskiej pani. Tak naprawdę tacy
      opowiadacze najlepiej sprawdzają się w rozmowach w cztery oczy, w większej
      grupie niekoniecznie, chociaż nie ma reguły. Nie padło tutaj to słowo, ale chyba
      chodzi o typ gawędziarza, ale żeby takim zostać, trzeba mieć nie tylko dar
      opowiadania, ale też trzeba mieć o czym opowiadać, czyli po prostu coś przeżyć w
      życiu. I to wcale nie muszą być jakieś wielkie, dramatyczne przeżycia, to może
      być zwykła codzienność, ale najpierw trzeba umieć ją zaobserwować, żeby mieć
      potem o czym opowiadać. Przypomniała mi się jakaś czytanka ze szkoły
      podstawowej, historyjka o Bolesławie Prusie, który potrafił długo i ze
      szczegółami opowiadać o tym, co przez chwilę zaobserwował na warszawskiej ulicy,
      w powszedni dzień. Nic się tam nie działo... Na pozór. Może więc po prostu
      trzeba umieć patrzeć, dostrzegać drobiazgi, detale, niuanse... Nie pędzić,
      zatrzymać się na chwilę, dosmakować, nie tylko zaliczać w pośpiechu coraz to
      nowe miejsca na mapie, żeby potem wyliczyć: byłem tu, tu, tu i jeszcze tu. O,
      taka opowieść, jak Braineatera, o jego wakacjach w Chorwacji, to mi się
      podoba... I taka impreza jak u Kawy malinowej, to też lubię, rozmowy aż po
      świt... Mogę się wprosić następnym razem? Albo nie, zapraszam do siebie, bo do
      Wrocka już mi się nie chce jechać, jeździłam tam przez rok i trochę, i
      mieszkałam też, wystarczy. Ale, ale, przy okazji, w Spiżu już byłaś oczywiście?
      Drogi KrisKu, zapewniam Cię, że nie wszystkie spotkania towarzyskie są tak
      beznadziejnie nudne, jak te, o których piszesz. Tylko trzeba się spotykać z
      właściwymi ludźmi, ot co. Zobaczysz, że jak się spotkasz z Darią i ze mną, to
      wcale Cię nie zanudzimy rozmowami o dzieciach. Prawda, Dario?
      • kawa_malinowa Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 26.08.05, 20:53
        I taka impreza jak u Kawy malinowej, to też lubię, rozmowy aż po
        > świt... Mogę się wprosić następnym razem? Albo nie, zapraszam do siebie, bo do
        > Wrocka już mi się nie chce jechać, jeździłam tam przez rok i trochę, i
        > mieszkałam też, wystarczy

        Wrocław? Jaki Wrocław? Godzinę jazdy od niego są naprawdę urokliwe miejscowości
        (mimo ze do małych miasteczek mam stosunek taki jak poeta ;)).
        Więc gdzie? :)

        Zadam niemądre pytanie: byłaś na bloxie?
        • aaneta Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 26.08.05, 21:06
          Oj, skarbie, nie kumam, dużymi literami dzisiaj proszę do mnie mówić...
          Co: gdzie? Gdzie się mamy spotkać? No, ja w Wawie ostatnio siedzę na dobre, i
          Daria też, i mamy się spotkać, tylko jeszcze nie wiemy kiedy, ale możesz do nas
          dołączyć... I do moich rodzinnych Kielc się wybieram w odwiedziny, tylko też
          jeszcze nie wiem kiedy, bo tam mam taką paczkę, z którą całą noc mogę przegadać
          i jeszcze będzie mało, więc w Kielcach też może być...
          A na bloxie ostatnio nie byłam, przyznaję się bez bicia, bo coś mi czasu nie
          starcza, ale zaraz zajrzę. Dlaczego niemądre pytanie?
          • kawa_malinowa Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 26.08.05, 21:10
            Bo ja do Wrocławia dopiero się sprowadzę, na razie przebywam w miejscowości
            sławionej w powieści drugiej przez Tomka Tryznę, z zabytkami klasy zero,
            urokliwym cmentarzem i parkowymi miejscami spotkań lokalnej żulerni ;) Mamy
            zabytek na liście UNESCO, bogatą historię i ładnie oświetlony rynek
            wieczorami... I to właśnie w miejscowości Ś odbywają sie całonocne rozmowy ;)

            Niemądre, bo niekomfortowo się czuję je zadając.

            pozdrawiam
            • aaneta Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 26.08.05, 21:30
              Ooooo, cmentarz, to jest to! Ale z cmentarzem poczekamy aż KrisK z Hameryki
              wróci. Bo, przykro mi to mówić, ale w tej chwili Twoja miejscowość Ś jest dla
              mnie tak samo daleko, jak Wrocław, daleko niekoniecznie w sensie ilości
              kilometrów, tylko że tak samo nie chce mi się tam jechać. Bo widzisz, ja jeszcze
              niedawno mieszkałam w Wawie (i moje dzieciątka też), a pracowałam we Wrocku, i
              strasznie mi obrzydły podróże na tej trasie. Ale może mi przejdzie...
              A co do niemądrości i niekomfortowości, to niepotrzebnie się tak czujesz,
              chociaż może trochę powinnaś, bo coś się obijasz, koleżanko. Hej, pióro w dłoń!
              Tzn. klawiaturę, chciałam powiedzieć... i niekoniecznie w dłoń... ale i tak
              wiesz, o co chodzi. No! Jak opowiadać, to opowiadać.
      • daria13 Re: O sztuce trudnej sztuce opowiadania. 26.08.05, 22:52
        Prawda,prawda. Żeby nie zanudzić i nie spłoszyć dottore, to ja sobie taką
        blokadę założę na opowiadanie o dzieciach, że mi się słówko nie wypsknie:)
        A szkoda, bo byłoby o czym. Żartowałam:)
        Mam na ten przykład bardzo dużo do opowiedzenia na temat kociej psychiki.
        Miałam kiedyś kotkę syjamską, to dopiero była niecnota.......
        Dlaczego niektórzy z Was są tak daleko?
        Pozdrawiam krajowo i zamorsko i zaoceanicznie:)
        • beatanu O odległościach 26.08.05, 23:13
          Dario, jeżeli Ci jeszcze osoby pewne, a w stolicy mieszkające nie doniosły, to
          oznajmiam:
          5 października przylatuję do W-wy, i zostaję w niej dwa dni, później firma PKP
          powiezie mnie do Krakowa. Szykuj więc wolny wieczór, przynajmniej jeden!
          że zacytuję pana Janerkę - Jezu jak cię cieszę...

          Pozdrawiam jeszcze wirtualnie i zamorsko, ale już niedługo...
          B radosna do znudzenia (no bo ileż można?)
    • braineater debeściak po prostu 19.09.06, 19:54
      a opowiadaczy nadal jak na lekarstwo:)

      P:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka