dr.krisk
11.08.05, 00:28
W ramach trudnej pracy nad samym soba draze obecnie problem mojej niecheci do
uczestnictwa we wszelkich zorganizowanych formach zycia towarzyskiego. Kawki,
kolacyjki, przyjatka, rauty, bale - nic mnie nie ciagnie! A przeciezem
czlowiek przyjemny w obejsciu, z wygladu oraz manier chedogi.. skad wiec ten
wstret do spotykania sie w gronach? Dlaczego milcze i poziewuje wewnetrznie w
trakcie?
Sadze, ze coraz trudniej spotkac kogos, kto potrafi opowiadac. Z magmy
rzeczywistosci wyluskac drobiazg, szczegol jakis - i opowiedziec.
Najlepsza opowiadaczka jaka znalem byla pewna starsza wiejska pani,
krolujaca w kuchni (ach, te cepeliny...., golabki...). Nie posiadala ona
wyksztalcenia wielkiego, ale jej opowiesci o wschodnich stronach
nieistniejacej juz Rzplitej przykuwaly uwage. Jakos potrafila oddac nieznany
mi przeciez klimat i smak lasow tamecznych, smaku jagod, barwnosc miejscowej
ludnosci: jacys egzotyczni karaimi, Zydzi, Polacy, Litwini, Niemcy i co tam
jeszcze mozna sobie wyobrazic. Jej opowiesci zazebialy sie o siebie, z jednej
wyplywala natychmiast druga, i tak przez godziny w trakcie ktorych grzecznie
obieralem kartofle po drugiej stronie kuchennego stolu, wyobrazajac sobie te
widoki, zapachy i smaki....
Malo kto juz opowiada. Moze dlatego ze malo kto chce sluchac?
Ot co.
KrisK