Dodaj do ulubionych

Wątek pourlopowy:)

11.08.05, 15:45
bo sie ludzie domagaja wakacyjnych opowieści (nie tylko ode mnie), i żeby nie
trzeba było tego po wszystkich innych watkach szukać:)
Zaraz jak wróce do domu z pracy obiecaną relacje chorwacka napiszę.
Pozdrowiania:)
Obserwuj wątek
    • braineater Chorwacja 11.08.05, 17:37
      Się zobowiązałem, się wywiązuję:)

      1) Krajobraz - pierwsze skojarzenie po przyjeździe - 'czeskie Włochy' 'Grecja
      dla mniej zamożnych'. Dużo wyschniętych traw na niskich pagórkach, ogromne lasy
      piniowe, rzadka zabudowa poza miastami - skojarzenie literackie Sycylia z
      Lamparta Lampedusy. Generalnie skromnie ale ładnie.

      2) Hotel - największy bład wakacyjny (i w sumie jedyny) bosmy trafili na hotel
      typu moloch, kombinat do obsługi turystów: 1400 apartamentów, korty, baseny
      pierdoły, ludzi tłum. Hotel musi utrzymywał cała najbliższą okolicę bo
      znajdował się nawet na znakach drogowych. Blisko wody, plus poważny.

      3) Ludzie w sensie Chorwaci - czułem się jak w Polsce. Ta sama ponurośc w
      oczach, ta sama lekko maskowana niechęc wobec obcych. Kompletnie
      nieśródziemnomorscy, stonowana ekspresja, ciche mówienie, brak zywiołowości.
      Problem spory - hotel jak wspomniałem ogromny ale na 6 osób w recepcji tylko z
      jedną od biedy mozna było dogadac sie po angielsku - w każdym innym popularnym
      jezyku europejskim i owszem, ale po angielsku nie. Poodświeżałem sobie
      rosyjski:) co w połączeniu z polskim i gestykulacja, znacznie ułatwiało
      konwersację:) Ludzie w sensie obsługa w lokalach - hmmm - zdecydowanie jazda
      jak z Barów Mlecznych PSS Społem - zerowe zainteresowanie klientem, lekko
      obrażone reakcje na zamówienia, oraz stwierdzenia w stylu: Poprosze mrożona
      kawę - nie ma, lód się skończył:). Ale i tak sa o niebo milsi od Greków:)

      4) Życie nocne - nie istnieje - o godzinie 23 mimo sporej ilości knajp, więcej
      osób (ze 2 - 3) można było spotkac na plaży, gdzie tak jak my oddawali się
      sączeniu wina i obserwacji ciał niebieskich.

      5) Zwiedzanie - dwa miasta: Split i Trogir (w którym mieszkaliśmy)
      Split: super - tak jakby mi ktoś przenióśł Katowice nad morze. Toporna
      socjalistyczna zabudowa, przemieszana z nowymi wiezowcami, setki tysięcy aut i
      ludzi, a między tym wszystkim przecudowna strefa przemysłowa - jedne z
      najcudowniej zrujnowanych obszarow fabrycznych jakie widziałem (to pozytyw
      jest) i starówka starsza niż dzieje Polski, z rewelacyjnymi podziemiami pałacu
      Dioklecjana i kilkoma bardzo fajnymi odjazdami architektonicznymi. Bardzo fajne
      miasto.
      Trogir - skladający sie praktycznie z samej starówki, po której mimo, iz
      niewielka można bładzic przez dobrych parę godzin, co i rusz odkrywając jakies
      niespodzianki a to w stylu budowli, a to zaglądając w podwórka w których
      zatrzymałs ię czas jakieś 400 lat temu. Rewelacyjny targ morskozwierzęco
      owocowy, no i oczywiście obłędny port w samym centrum. Miasto jedne z
      ładniejszych jakie widziałem - zepsute niestety portem handlowym, ale cóz, nie
      cały rok da się żyć z turystów.

      5) Rozrywki - pływanie, spacery, wylegiwanie się na plazy naturystów. Po raz
      pierwszy od 10 lat morze chorwackie zmusiło mnie do tego, bym złamał zasadę
      niepływania w wodzie, która się rusz, bo było cudne. Anegdotka plazowa na
      zakończenie: plaża normalna, klasycznie, towarzystwo ułozone jak sardynki w
      puszce, rozwrzeszczane dzieciaki, goniace sie psy i tłumy pocacych sie piwem
      niemców i czechów - no to szukamy plazy naturystów, nauczeni p[oprzednimi
      wypadami, że to miejsce zawsze mniej zatłoczone i ciekawsze - nie w Chorwacji
      niestety, bo obłożenie zwiru materiałem ludzkim było takie samo. No to idziemy
      dalej, brnąc przez las piniowy, az znajdujemy całkiem miłe skałki i tam sie
      rozbijamy. Kilkanascie minut później zaczynają pojawiać się starsi panowi w
      stroju adamowym i wyprawiają dzikie harce plazowe, jak to pływanie w żółtej
      kaczuszce (pan na oko koło 50, z pokaźnym brzuszkiem i zakolami aż po potylice,
      który czerpał z tej czynnośc moc radochy i wyglądał przesympatycznie),
      podatpianie sie wzajemne - dwóch kolejnych 50 latków, a także, ku naszemu
      zdziwieniu, dośc zaangażowane amory - zdziwienie przesżło, gdy doczytaliśmy w
      jednym z Kwiecieńkowych przewodników, że w ustronnych miejscach chorwackiego
      wybrzeża, lokuja się plaże dla gejów...Ale nic to, chadzaliśmy tam nadal, a
      moje ego wzrosło, gdy kilkakroć zostałem przez rzeczonych panów poproszony o
      ogień:)

      ?) Podsumowanie - nader sympatyczne wakacje, zupełnie zmieniające mój obraz
      opowieści moich rodziców o wczasch w Jugosławii. Zda mi sie, że pojechałem tam
      po raz pierwszy, ale nie ostatni. Tylko następny wypad będzie na dłuzej.

      Pozdrowienia:)
      • daria13 Re: Mazury 23.08.05, 12:27

        Melduję sie posłusznie powrócona z wakacji. Ponieważ jeszcze nie mogę się
        zaaklimatyzować w pracy i przed kompem, którego, o dziwo, nie brakowało mi tak
        bardzo, jak się tego obawiałam , zamieszczam ubogą literacko wersję relacji, na
        dodatek skopiowaną z maila (odbiorcę uprasza się o wybaczenie:):
        Było miło. Przede wszystkim dopisała nam pogoda a to chyba więcej niż połowa
        sukcesu podczas wakacji w naszej kapryśnej strefie klimatycznej. Kwatera bardzo
        w porządku; tania, wygodna i czysta, co wcale nie jest oczywiste. Jedynym
        mankamentem, który właściwie moznaby zaliczyć do plusów dodatnich, była duża
        odległość od kąpieliska, nie od jeziora, tylko właśnie od dojścia do niego, bo
        wszędzie tereny ogrodzone, prywatne i trzeba było zrobić dobry kilometr, żeby
        osiągnąć jezioro. A chodziliśmy tam nierzadko trzy razy dziennie, bo jedzenia
        tam nie było, a jakiś obiad zjeść wszak trzeba, głównie z uwagi na dzieci.
        Trzecią wyprawę robiliśmy sobie czasami w nocy, coby podziwiać jezioro przy
        świetne księżyca, bo noce bezchmurne nas nastrajały. Julka cały czas w świetnej
        formie, ja tylko z duszą na ramieniu cały czas obserwowałam jej wyczyny w
        wodzie, bo to najbardziej niebezpieczny teraz dla niej żywioł. Wciąż byłam
        miotana mieszanymi odczuciami co do nadmiernej opiekuńczośći, bo z jednej
        strony lekarze kazali dawać baczenie, zwłaszcza podczas kąpieli, a z drugiej
        Julka chciała wypływać na nieco głębszą wodę, a nie z maluszkami przy brzegu i
        strasznie cierpiała z powodu mojej kwokowatośći. Ciężkie jest życie matki;(.
        Fajne było też to, że mogliśmy zabrać ze sobą naszego psiaka, bo rozstania z
        nim zawsze są przykre.Gorzej z podróżą, bo Frodo bardzo nie lubi jeździć
        samochodem, a w naszym małym Matizku robi się naprawdę ciasno z bagażami i psem
        miotającym się między siedzeniami. Ale jakoś nam się udało dotrzeć z powrotem
        cało i zdrowo.
        Dodam jeszcze, że grzybów było co niemiara, bo wcześniej przez dwa tygodnie
        lało niemal bez przerwy.Czy wśród członków TWA sa entuzjaści zbieractwa
        grzybowego, bo ja przyznam, że umiarkowanie, acz z przyjemnością oddaję się
        temu zajeciu.Żałuję jedynie, że nie mam umiejętnośći, a prawdę rzekłszy
        pracowitości, coby te grzyby przerabiać, a za to jeść marynowane uwielbiam.
        Chyba cały łup ususzę, bo to najmniej zachodu:)))
        Pozdrawiam opalona, uśmiechnięta i pełna chęci do pisania, ale jeszce trochę
        nie rozbujana:)
        • dr.krisk Grzybiarstwo.... 24.08.05, 00:15
          Weszenia za grzybami nie lubie. Znany jestem z tego, ze zbieram tak 25% tego co
          pozostali czlonkowie grzybobractwa. Chyba instynkta zbieracze mnie wygasli, ot
          co.....
          Ciesze sie, ze wakacje udane, pies i potomstwo zadowolone.
          Pozdrawiam - KrisK
          • beatanu Re: Grzybiarstwo.... 24.08.05, 09:18
            dr.krisk napisał

            Chyba instynkta zbieracze mnie wygasli, ot
            > co.....

            No a mnie widocznie jeszcze nie (czy to tak, jak z potrzebą sprawienia sobie
            okularów do czytania między czterdziestką a pięćdziesiętką?) bo zbierać lubię i
            już nie raz wspominałam o psji zbieraczej w ogóle... Na grzyby zaczęłam chodzić
            z ojcem już jako mały szkrab, uwielbiałam te poranne wyprawy, czasami jeszcze o
            zmroku, bo gdzieś w kieleckie lasy (tak, Aneto!) jeździliśmy a grzybiarzy w
            Polsce masa, więc trzeba było być na miejscu wcześnie, bo później to już i po
            ptakach i po kozakach.

            Szwecja to raj dla zapalonych grzybiarzy (zwłaszcza po takim lecie jak to -
            mokrym ale dość ciepłym) - zbieraczy jak na lekarstwo (w ubiegłym tygodniu po
            raz pierwszy od jakichś dziesięciu lat spotkałam dwócz zbieraczy w "moim"
            lesie), lasy rozległe, natura w miarę niezniszczona (choć o zakwaszenie gleb
            tutaj łatwiej, bo mało wapnia, który kwaśne deszcze neutralizuje). No ale
            właśnie - mówi się, że od przybytku głowa nie boli ale... chyba za dużo dobrego
            na raz - po prostu wchodzisz do lasu i zbierasz. I tak mało z tej podniecającej
            wędrówki w poszukiwaniu wspaniałego okazu prawdziwka cuy kilku rydzów... (ależ
            mam problemy!) Tutaj też nauczyłam się zbierać nowe, nieznane mi wcześniej
            gatunki grzybów - jak pieprznik trąbkowy (i jemu podobne, bo jest kilka
            podgatunków) i lejkowiec dęty - małe, choć przepyszne grzybki, których zbiera
            się albo zero albo pół koszyka na raz. Trzeba chodzić bardziej z nosem przy
            ziemi i gdy odkryjesz jeden kapelusik, to nagle okazuje się, że stoisz się w
            wielkim, czarcim kręgu grzybów, bo one bardzo ziemiste kolora mają i nie tak
            prosto je wypatrzyć...
            Ale piestrzenicy kasztanowatej, która tutaj uchodzi za rarytas, nigdy nie
            odważyłam się ani zbierać (choć fascynujące kształty ma) ani spróbować, bo już
            jako dziecko (umiałam cały domowy atlas grzybów na pamięć) wbiłam sobie do
            głowy, że to grzyb bardzo niebezpieczny i już!

            Ale ja tu gadu gadu, a las i pola czekają. Jadę zbierać szparasolkę własną i
            dary lasu wspólne. mam nadzieję, że jeszcze się nie zaczął sezon polowań na
            łosie...

            beata-grzyb (tak mnie kiedyś nazywali Szwedzi, z uwagi na moje - niezdrowe
            wręcz w ich opinii zainteresowanie grzybami:)
            • beatanu Re: Grzybiarstwo.... 24.08.05, 09:24
              Zapomniałam dołączyć obrazki - jeżeli to kogoś interesuje :)

              www.grzyby.pl/gatunki/Gyromitra_esculenta.htm
              grzybypolskie.republika.pl/Pieprznik_trabkowy.html
              grzyby.strefa.pl/Craterellus_cornucopioides1.html
              B
              • braineater Re: Grzybiarstwo....ogólnie bardziej 24.08.05, 09:30
                bo bym się chciał dowiedzieć jak to z tymi grzybami naprawdę jest. Ja zjadam
                lecz nie zbieram, bo sie na tym nie znam, a na temat łażenie po lesie, juz
                kiedys przydługiego posta napisałem:), więc ripleja nie będzie. Ale słyszałem
                kiedyś, że jestesmy, jako naród ewenementem w swoim kulinarnym zainteresowaniu
                grzybami, że w większości świata grzyb raczej potrawą nie jest. Wiecie coś
                więcej - jak grzybomania wygląda gdzie indziej?
                Pozdrowienia:)
                • daria13 Re: Grzybiarstwo....ogólnie bardziej 24.08.05, 11:59
                  Czytałam kiedyś niezłą skądinąd książkę Rosjanina Zinika Zinovego
                  Grzybowstąpienie, gdzie ten problem jest poruszany i rzeczywiście wynika z
                  niego, że świat Zachodu grzybów nie zna, nie ceni i nie potrzebuje, a dla
                  słowiańskiej duszy jest to sprawa wielkiej wagi. Tak to mniej więcej wyglądało,
                  z tego co pamiętam.
                • beatanu Re: Grzybiarstwo....ogólnie bardziej 24.08.05, 23:02
                  braineater napisał:

                  > Wiecie coś więcej - jak grzybomania wygląda gdzie indziej?

                  O grzybomanii w Szwecji mówić raczej nie można, chociaż sporo ludzi do lasu
                  chodzi i te małe z kapelusikami zbiera, ALE... Bardzo rzadko spotykam kogoś (a
                  spotykam setki ludzi, chociażby w pracy), kto rozróżnia więcej gatunków niż
                  kurki i wspomniane już wcześniej pieprzniki trąbkowe i ... trujące
                  piestrzenice. Bo nie można z niczym innym pomylić i - co ważne - nigdy nie mają
                  robali. Wyjątkiem była moja teściowa, która zbierała mnóstwo innych gatunków i
                  w ogóle była tym bardzo zainteresowana, może dlatego, że pochodziła z terenu
                  graniczącego z Finlandią? Bo w Finlandii sprawy mają się zupełnie inaczej.
                  Finowie mają (przynajmniej u Szwedów) podobną opinię jak Polacy, Rosjanie i
                  pewnie jeszcze cała kupa innych Słowian - jak wejdą do lasu, to zbierają
                  wszystko jak leci (no, może oprócz muchomorów). Nie wiem, może to właśnie
                  wpływy rosyjskie? Może ciężkie czasy i wojny ich do tego zmusiły? Nie wiem jak
                  jest w pozostałych krajach skandynawskich, podejrzewam, że grzybiarstwo nie
                  jest narodową namiętnością ani Norwegów ani Duńczyków.

                  I przyznaję się bez bicia, że na tyle się zeszwedczyłam, że nie zbieram
                  wszystkiego jak leci, bo musiałabym wjeżdżać do lasu ciężarówką a nie rowerem i
                  nie zbieram już prawie wcale kozaków, bo jeszcze nie udało mi się znaleźć
                  nierobaczywego, a i na rydze i maślaki kręcę nosem, jak nie wystarczająco
                  zdrowe i nie przeżarte przez to i owo...

                  Beata z trąbkami suszącymi się powolutku w dolnych partiach piekarnika :)
            • nienietoperz Re: Grzybiarstwo.... 24.08.05, 13:56
              A czy w Uppsali tez rosna pieczarki na trawnikach?
              W Linkoping zwyklismy byli zbierac worki ww. gatunku grzybow w okolicy domu w
              srodku miasta. Co prawda rozmiary niestandardowe, czasem troche brudne, i
              ogolnie nie tak sliczne jak w supermarkecie, co zapewne odstraszalo
              praworzadnych tubylcow, ale jak na czasowa emigracje z Polski bylo w sam raz.

              Odrozniajacy 6 gatunkow (podgrzybki, prawdziwki, pieczarki, kurki, muchomory i
              inne) grzybow
              nienietoperz
              • beatanu Pieczarki na trawnikach 24.08.05, 23:10
                Pewnie rosną, chociaż osobiście nigdy nie widziałam. Parę tygodni temu
                widziałam za to jakiś obrazek (w DN?) pt. pieczarki na trawniku w Sztokholmie.
                U mnie przed blokiem (w Uppsali) rosną czasami czernidłaki kołpakowate, ale te
                rosły też w okresie mojego dziecęctwa w Nowej Hucie... Czasami zbieram, bardzo
                dobre duszone na maśle. grzyby.strefa.pl/Czernidlak_kolpakowaty.html

                Ale różnej maści podgrzybki, kozaki babki i PRAWDZIWKI rosną sobie na przykład
                w parkach, na plażach (trawiastych) - kilka tygodni temu przyjechałam z
                południa Szwecji z kilkoma borowikami zebranymi przed wypróbowaniem nowego,
                bardzo przyjemnego jeziorka. Siedzący na plaży ludzie - głównie Szwedzi ale też
                Niemcy na grzyby ni reagowali... No a ja nie mogłam takich pięknych okazów
                zostawić w spokoju :)
    • blue.berry wątek pourlopowy w aspekcie słowa 25.08.05, 20:54
      wakacje - słowo

      samo słowo „wakacje” już jest dobre. dobre pod względem i skojarzeń i
      brzmienia.
      wakacje – akacje – wariacje – reakcje.
      a urlop? co najwyżej ukrop.
      używacie słowa URLOP? bo ja przyznam od kiedy zaczął mi przynależeć staram się
      jak mogę by był wakacjami a nie urlopem. wakacje budzą nieodparty uśmiech, chęć
      wędrówki, porzucenia wszystkiego na długo. wakacje to bose nogi w trawie, torba
      pełna książek i filmów do aparatu… a urlop – brzmi jak dwutygodniowa
      przepustka z zakładu zamkniętego, no co najwyżej z dodatkiem drinka z kolorową
      parasolką.
      oczywiście nie zawsze słowa urlop da się uniknąć.
      „niestety nie mogę tego przygotować dla Państwa, obawiam się że nie zdążę,
      bowiem (iiihahahahahaha mam WAKACJE!!!!!!!!) udaję się na zasłużony urlop”
      co to jest Z A S Ł U Ż O N Y U R L O P??
      jak mniemam jakiś koszmar. niestety prawdziwy.
      nazwanie wakacji urlopem odbiera im cała moc sprawczą. nie dość że człowiek po
      całym roku odwalania kamieni dostaje w nagrodę dwa tygodnie wolnego to jeszcze
      na dodatek nazywają się one urlopem.
      cudnie

      wakacje – ciało

      ciało w tym roku* również było w chorwacji. zapakowało do walizki 3 podkoszulki
      z serii „niewiele mam na sobie”, nowy (!!!) kostium kąpielowy** , klapki oraz 7
      książek zebranych wcześniej w pocie czoła (wynikał on głownie z odmawiania
      sobie przeczytania ich przed wyjazdem i postawienie się przed faktem ponownej
      potrzeby kolekcjonowania) i udało się na wakacje. pierwszego dnia rozłożyło
      leżak na kamienistej plaży i zaczęło czytać.
      dziwne jak życie potrafi sprowadzić nas do poziomu kiedy naprawdę niewiele
      trzeba żeby na naszej twarzy wykwitł mało mądry uśmiech spowodowany
      błogostanem.
      (nikt nic ode mnie nie chce!)
      (nikt nic ode mnie nie chce!)
      (nikt nic ode mnie nie chce!)

      ehh co ja się oszukuję, jednak było to po prostu urlop (no może ten w wersji z
      kolorową parasolką). dwa tygodnie zajęło mi studzenie przegrzanych procesorów i
      rozgrzewanie skostniałych od siedzenia przed komputerem stawów. a kiedy już
      dojrzałam do aktywnej formy wypoczynku to okazało się że właśnie jutro trzeba
      wracać.
      z zasłużonego urlopu.


      *podobnie jak w poprzednim, kiedy to odmówiło ponownego wizytowani morza
      polskiego z walizką pełną grubych swetrów i polarów, których nie nosi nawet w
      zimie.
      ** zakup owego kostiumu zasługuje na osobną historyjkę która jednak dla dobra
      wszystkich pozostanie nieopowiedzianą.
      • nienietoperz Re: wątek pourlopowy w aspekcie słowa 26.08.05, 17:17
        I tu klania sie kolejna zaleta pracy uniwersyteckiej w odroznieniu od 'real-life
        job'. Do konca zycia ma sie wakacje-akacje w odroznieniu od urlopu-ukropu.
        Inna sprawa, ze na tych akacjach dopiero mozna zaczac pracowac, kiedy to
        studenci na wypoczynkach wszelakich a i kocykle jakby spolegliwsze.
        Co powiedziawszy udal sie nienietoperz do zagrody tych ostatnich dogladac.
        • staua O/T 27.08.05, 04:17
          Drogi nntprzu, kiedy byles w Bukareszcie, to moze tam na tej konferencji matematykow spotkales
          nawet Szpulke z forum Rumunia (a na pewno juz jej narzeczonego Syvaina, ktory pracuje wlasnie w
          tamtejszym Instytucie Matematyki, a na konferencji mial wyklad - chyba, ze pominales mniej Cie
          interesujace wyklady...)
          Alez sie to wszystko splata i naklada...
          • nienietoperz Re: O/T 28.08.05, 20:22
            Stauo jeszcze drozsza,
            Sylvaina (przynajmniej korytarzowo, czy tez herbatkowo) spotkalem, ale z
            ploniacymi sie policzkami przyznaje, ze ominalem jego wyklad. Na swoje
            usprawiedliwienie mam to, ze byl raczej fizyczno-matematyczny, a nie odwrotnie,
            a poza tym czas ten spedzilem uczciwie pracujac w bibliotece rzeczonego instytutu.
            A Sylvainowa strona w sieci wzbudzila moja sympatie z uwagi na zamieszczone
            zdjecia Lodzi.
            Pozdrawiam,
            nntpz


            • stella25b Troche o zdrowiu a raczej o jego braku 01.09.05, 12:23
              Wrocilam z mojej wsi a wlasciwie z chaty za wsia i od razu wpadlam w wir jakis
              tajemnych spraw, ktore wlasciwie ciagna sie juz od mojego urlopu w Pl. No bylo
              fajnie, tylko wypadlo nieco za duzo nieplanowanych rzeczy, np. zapalenie pluc
              mlodszego syna i jego 6 dniowy pobyt w szpitalu. Calkiem niezle przezycie
              znalezc sie w prowincjonalnym szpitalu w miescie B. Ja tam nic nie mam do
              sluzby zdrowia w Pl ale....Zaszokowalo mnie przyjecie do szpitala. Pani doktor
              osobiscie przyszla do nas z maszyna do pisania pod pacha i wystukujac pytala
              nas o dane. W trakcie tych pytan, maszyna wyzionela ducha i pani doktor
              przyniosla nowa, nieco wieksza maszynerie i dokonczyla "przyjecia". Myslalam,
              ze w prowincjonalnym szpitalu w miescie B w ogole nie ma komputera ale ku
              mojemu zaskoczeniu, byl jeden w pokoju ordynatora oddzialu dzieciecego. Taki
              duuuuzy. I drukarka tez byla. Jeszcze wieksza.
              Pozniej, kiedy skierowano nas do pokoju ktory zostal nam przydzielony, wpadala
              nagle jakas kobieta (pozniej okazalo sie ze pani sekretarka)z rozwianym wlosem
              krzyczac, czy my jestesmy ci Niemcy, ktorzy maja to chore dziecko i czy mamy
              ubezpieczenie, bo jesli nie mamy to placimy na wstepie 2700 zl. Opowiedzialam
              pani, ze ubezpieczeni jestesmy i podalam jej odpowiednie dokumenty. Pani
              spojrzala na papiery i pyta: "A czy to jest ubezpieczenie F15/11D i czy ono
              odpowiada europejskim normom?" Pani jednak ze mna nie dyskutowala tylko zabrala
              papier (na szczescie mialam to formie papiura)i poleciala sprawdzac norme.
              Przybyla po 20 minutach juz uspokojona, twierdzac, ze wszystko jest ok i
              jestesmy naprawde ubezpieczeni w Niemczech. Pozniej tylko dziwily mnie
              urzadzenia ktore mialy przywrocic zdrowie mojemu dziecku ale wyzdrowial i to
              najwazniejsze. Wszyscy byli bardzo mili i mielismy wyjatkowe szczescie gdyz
              oddzial dziececy szpitala w miescie B. byl juz po remoncie wiec dostalismy
              swiezo wymalowany pokoj (tylko dla nas), gdzie reszta szpitala znajdowala sie w
              stanie....odbywaly sie tam prace remontowo-konserwacyjne.
              A moje dziecko zachorowalo na zapalenie pluc. Mielismy szczescie, ze wybralismy
              sie do lekarza z nim, gdyz nie mial goraczki, zachowywal sie calkiem normalnie
              i tylko kaszlal. A ze mielismy zamiar wybrac sie na Slowacje do goracych
              zrodel to stwierdzilismy, ze bylo by dobrze aby przed tymi kapielami pani
              doktor go zbadala i przepisala mu cos na kaszel. Pani doktor z osrodka OP gminy
              G od razu po osluchaniu jego pluc od razu dala nam skierowanie do szpitala. I
              tak sie zaczal na pobyt w Pl.
              W tym czasie jak akurat mielismy w planach weekendowe spotkanie z przyjaciolmi
              wiec aby planow nie zmieniac moj maz przeprowadzal nocne Polakow rozmowy (ja w
              tym czasie bylam w szpitalu) a ja z kolei przyjechalam juz na sniadanie i
              mialam dla nich caly nastepny dzien.
              A kiedy juz nasz synek wyzdrowial to zycie potoczylo sie swoim urlopowym torem.

              A propos grzybow, nawet nie musielismy chodzic do lasu i ich zbierac bo na
              naszej dzialce znalezlismy pare maslakow tuz obok domu pod swierakami.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka