braineater 11.08.05, 15:45 bo sie ludzie domagaja wakacyjnych opowieści (nie tylko ode mnie), i żeby nie trzeba było tego po wszystkich innych watkach szukać:) Zaraz jak wróce do domu z pracy obiecaną relacje chorwacka napiszę. Pozdrowiania:) Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
braineater Chorwacja 11.08.05, 17:37 Się zobowiązałem, się wywiązuję:) 1) Krajobraz - pierwsze skojarzenie po przyjeździe - 'czeskie Włochy' 'Grecja dla mniej zamożnych'. Dużo wyschniętych traw na niskich pagórkach, ogromne lasy piniowe, rzadka zabudowa poza miastami - skojarzenie literackie Sycylia z Lamparta Lampedusy. Generalnie skromnie ale ładnie. 2) Hotel - największy bład wakacyjny (i w sumie jedyny) bosmy trafili na hotel typu moloch, kombinat do obsługi turystów: 1400 apartamentów, korty, baseny pierdoły, ludzi tłum. Hotel musi utrzymywał cała najbliższą okolicę bo znajdował się nawet na znakach drogowych. Blisko wody, plus poważny. 3) Ludzie w sensie Chorwaci - czułem się jak w Polsce. Ta sama ponurośc w oczach, ta sama lekko maskowana niechęc wobec obcych. Kompletnie nieśródziemnomorscy, stonowana ekspresja, ciche mówienie, brak zywiołowości. Problem spory - hotel jak wspomniałem ogromny ale na 6 osób w recepcji tylko z jedną od biedy mozna było dogadac sie po angielsku - w każdym innym popularnym jezyku europejskim i owszem, ale po angielsku nie. Poodświeżałem sobie rosyjski:) co w połączeniu z polskim i gestykulacja, znacznie ułatwiało konwersację:) Ludzie w sensie obsługa w lokalach - hmmm - zdecydowanie jazda jak z Barów Mlecznych PSS Społem - zerowe zainteresowanie klientem, lekko obrażone reakcje na zamówienia, oraz stwierdzenia w stylu: Poprosze mrożona kawę - nie ma, lód się skończył:). Ale i tak sa o niebo milsi od Greków:) 4) Życie nocne - nie istnieje - o godzinie 23 mimo sporej ilości knajp, więcej osób (ze 2 - 3) można było spotkac na plaży, gdzie tak jak my oddawali się sączeniu wina i obserwacji ciał niebieskich. 5) Zwiedzanie - dwa miasta: Split i Trogir (w którym mieszkaliśmy) Split: super - tak jakby mi ktoś przenióśł Katowice nad morze. Toporna socjalistyczna zabudowa, przemieszana z nowymi wiezowcami, setki tysięcy aut i ludzi, a między tym wszystkim przecudowna strefa przemysłowa - jedne z najcudowniej zrujnowanych obszarow fabrycznych jakie widziałem (to pozytyw jest) i starówka starsza niż dzieje Polski, z rewelacyjnymi podziemiami pałacu Dioklecjana i kilkoma bardzo fajnymi odjazdami architektonicznymi. Bardzo fajne miasto. Trogir - skladający sie praktycznie z samej starówki, po której mimo, iz niewielka można bładzic przez dobrych parę godzin, co i rusz odkrywając jakies niespodzianki a to w stylu budowli, a to zaglądając w podwórka w których zatrzymałs ię czas jakieś 400 lat temu. Rewelacyjny targ morskozwierzęco owocowy, no i oczywiście obłędny port w samym centrum. Miasto jedne z ładniejszych jakie widziałem - zepsute niestety portem handlowym, ale cóz, nie cały rok da się żyć z turystów. 5) Rozrywki - pływanie, spacery, wylegiwanie się na plazy naturystów. Po raz pierwszy od 10 lat morze chorwackie zmusiło mnie do tego, bym złamał zasadę niepływania w wodzie, która się rusz, bo było cudne. Anegdotka plazowa na zakończenie: plaża normalna, klasycznie, towarzystwo ułozone jak sardynki w puszce, rozwrzeszczane dzieciaki, goniace sie psy i tłumy pocacych sie piwem niemców i czechów - no to szukamy plazy naturystów, nauczeni p[oprzednimi wypadami, że to miejsce zawsze mniej zatłoczone i ciekawsze - nie w Chorwacji niestety, bo obłożenie zwiru materiałem ludzkim było takie samo. No to idziemy dalej, brnąc przez las piniowy, az znajdujemy całkiem miłe skałki i tam sie rozbijamy. Kilkanascie minut później zaczynają pojawiać się starsi panowi w stroju adamowym i wyprawiają dzikie harce plazowe, jak to pływanie w żółtej kaczuszce (pan na oko koło 50, z pokaźnym brzuszkiem i zakolami aż po potylice, który czerpał z tej czynnośc moc radochy i wyglądał przesympatycznie), podatpianie sie wzajemne - dwóch kolejnych 50 latków, a także, ku naszemu zdziwieniu, dośc zaangażowane amory - zdziwienie przesżło, gdy doczytaliśmy w jednym z Kwiecieńkowych przewodników, że w ustronnych miejscach chorwackiego wybrzeża, lokuja się plaże dla gejów...Ale nic to, chadzaliśmy tam nadal, a moje ego wzrosło, gdy kilkakroć zostałem przez rzeczonych panów poproszony o ogień:) ?) Podsumowanie - nader sympatyczne wakacje, zupełnie zmieniające mój obraz opowieści moich rodziców o wczasch w Jugosławii. Zda mi sie, że pojechałem tam po raz pierwszy, ale nie ostatni. Tylko następny wypad będzie na dłuzej. Pozdrowienia:) Odpowiedz Link Zgłoś
daria13 Re: Mazury 23.08.05, 12:27 Melduję sie posłusznie powrócona z wakacji. Ponieważ jeszcze nie mogę się zaaklimatyzować w pracy i przed kompem, którego, o dziwo, nie brakowało mi tak bardzo, jak się tego obawiałam , zamieszczam ubogą literacko wersję relacji, na dodatek skopiowaną z maila (odbiorcę uprasza się o wybaczenie:): Było miło. Przede wszystkim dopisała nam pogoda a to chyba więcej niż połowa sukcesu podczas wakacji w naszej kapryśnej strefie klimatycznej. Kwatera bardzo w porządku; tania, wygodna i czysta, co wcale nie jest oczywiste. Jedynym mankamentem, który właściwie moznaby zaliczyć do plusów dodatnich, była duża odległość od kąpieliska, nie od jeziora, tylko właśnie od dojścia do niego, bo wszędzie tereny ogrodzone, prywatne i trzeba było zrobić dobry kilometr, żeby osiągnąć jezioro. A chodziliśmy tam nierzadko trzy razy dziennie, bo jedzenia tam nie było, a jakiś obiad zjeść wszak trzeba, głównie z uwagi na dzieci. Trzecią wyprawę robiliśmy sobie czasami w nocy, coby podziwiać jezioro przy świetne księżyca, bo noce bezchmurne nas nastrajały. Julka cały czas w świetnej formie, ja tylko z duszą na ramieniu cały czas obserwowałam jej wyczyny w wodzie, bo to najbardziej niebezpieczny teraz dla niej żywioł. Wciąż byłam miotana mieszanymi odczuciami co do nadmiernej opiekuńczośći, bo z jednej strony lekarze kazali dawać baczenie, zwłaszcza podczas kąpieli, a z drugiej Julka chciała wypływać na nieco głębszą wodę, a nie z maluszkami przy brzegu i strasznie cierpiała z powodu mojej kwokowatośći. Ciężkie jest życie matki;(. Fajne było też to, że mogliśmy zabrać ze sobą naszego psiaka, bo rozstania z nim zawsze są przykre.Gorzej z podróżą, bo Frodo bardzo nie lubi jeździć samochodem, a w naszym małym Matizku robi się naprawdę ciasno z bagażami i psem miotającym się między siedzeniami. Ale jakoś nam się udało dotrzeć z powrotem cało i zdrowo. Dodam jeszcze, że grzybów było co niemiara, bo wcześniej przez dwa tygodnie lało niemal bez przerwy.Czy wśród członków TWA sa entuzjaści zbieractwa grzybowego, bo ja przyznam, że umiarkowanie, acz z przyjemnością oddaję się temu zajeciu.Żałuję jedynie, że nie mam umiejętnośći, a prawdę rzekłszy pracowitości, coby te grzyby przerabiać, a za to jeść marynowane uwielbiam. Chyba cały łup ususzę, bo to najmniej zachodu:))) Pozdrawiam opalona, uśmiechnięta i pełna chęci do pisania, ale jeszce trochę nie rozbujana:) Odpowiedz Link Zgłoś
dr.krisk Grzybiarstwo.... 24.08.05, 00:15 Weszenia za grzybami nie lubie. Znany jestem z tego, ze zbieram tak 25% tego co pozostali czlonkowie grzybobractwa. Chyba instynkta zbieracze mnie wygasli, ot co..... Ciesze sie, ze wakacje udane, pies i potomstwo zadowolone. Pozdrawiam - KrisK Odpowiedz Link Zgłoś
beatanu Re: Grzybiarstwo.... 24.08.05, 09:18 dr.krisk napisał Chyba instynkta zbieracze mnie wygasli, ot > co..... No a mnie widocznie jeszcze nie (czy to tak, jak z potrzebą sprawienia sobie okularów do czytania między czterdziestką a pięćdziesiętką?) bo zbierać lubię i już nie raz wspominałam o psji zbieraczej w ogóle... Na grzyby zaczęłam chodzić z ojcem już jako mały szkrab, uwielbiałam te poranne wyprawy, czasami jeszcze o zmroku, bo gdzieś w kieleckie lasy (tak, Aneto!) jeździliśmy a grzybiarzy w Polsce masa, więc trzeba było być na miejscu wcześnie, bo później to już i po ptakach i po kozakach. Szwecja to raj dla zapalonych grzybiarzy (zwłaszcza po takim lecie jak to - mokrym ale dość ciepłym) - zbieraczy jak na lekarstwo (w ubiegłym tygodniu po raz pierwszy od jakichś dziesięciu lat spotkałam dwócz zbieraczy w "moim" lesie), lasy rozległe, natura w miarę niezniszczona (choć o zakwaszenie gleb tutaj łatwiej, bo mało wapnia, który kwaśne deszcze neutralizuje). No ale właśnie - mówi się, że od przybytku głowa nie boli ale... chyba za dużo dobrego na raz - po prostu wchodzisz do lasu i zbierasz. I tak mało z tej podniecającej wędrówki w poszukiwaniu wspaniałego okazu prawdziwka cuy kilku rydzów... (ależ mam problemy!) Tutaj też nauczyłam się zbierać nowe, nieznane mi wcześniej gatunki grzybów - jak pieprznik trąbkowy (i jemu podobne, bo jest kilka podgatunków) i lejkowiec dęty - małe, choć przepyszne grzybki, których zbiera się albo zero albo pół koszyka na raz. Trzeba chodzić bardziej z nosem przy ziemi i gdy odkryjesz jeden kapelusik, to nagle okazuje się, że stoisz się w wielkim, czarcim kręgu grzybów, bo one bardzo ziemiste kolora mają i nie tak prosto je wypatrzyć... Ale piestrzenicy kasztanowatej, która tutaj uchodzi za rarytas, nigdy nie odważyłam się ani zbierać (choć fascynujące kształty ma) ani spróbować, bo już jako dziecko (umiałam cały domowy atlas grzybów na pamięć) wbiłam sobie do głowy, że to grzyb bardzo niebezpieczny i już! Ale ja tu gadu gadu, a las i pola czekają. Jadę zbierać szparasolkę własną i dary lasu wspólne. mam nadzieję, że jeszcze się nie zaczął sezon polowań na łosie... beata-grzyb (tak mnie kiedyś nazywali Szwedzi, z uwagi na moje - niezdrowe wręcz w ich opinii zainteresowanie grzybami:) Odpowiedz Link Zgłoś
beatanu Re: Grzybiarstwo.... 24.08.05, 09:24 Zapomniałam dołączyć obrazki - jeżeli to kogoś interesuje :) www.grzyby.pl/gatunki/Gyromitra_esculenta.htm grzybypolskie.republika.pl/Pieprznik_trabkowy.html grzyby.strefa.pl/Craterellus_cornucopioides1.html B Odpowiedz Link Zgłoś
braineater Re: Grzybiarstwo....ogólnie bardziej 24.08.05, 09:30 bo bym się chciał dowiedzieć jak to z tymi grzybami naprawdę jest. Ja zjadam lecz nie zbieram, bo sie na tym nie znam, a na temat łażenie po lesie, juz kiedys przydługiego posta napisałem:), więc ripleja nie będzie. Ale słyszałem kiedyś, że jestesmy, jako naród ewenementem w swoim kulinarnym zainteresowaniu grzybami, że w większości świata grzyb raczej potrawą nie jest. Wiecie coś więcej - jak grzybomania wygląda gdzie indziej? Pozdrowienia:) Odpowiedz Link Zgłoś
daria13 Re: Grzybiarstwo....ogólnie bardziej 24.08.05, 11:59 Czytałam kiedyś niezłą skądinąd książkę Rosjanina Zinika Zinovego Grzybowstąpienie, gdzie ten problem jest poruszany i rzeczywiście wynika z niego, że świat Zachodu grzybów nie zna, nie ceni i nie potrzebuje, a dla słowiańskiej duszy jest to sprawa wielkiej wagi. Tak to mniej więcej wyglądało, z tego co pamiętam. Odpowiedz Link Zgłoś
beatanu Re: Grzybiarstwo....ogólnie bardziej 24.08.05, 23:02 braineater napisał: > Wiecie coś więcej - jak grzybomania wygląda gdzie indziej? O grzybomanii w Szwecji mówić raczej nie można, chociaż sporo ludzi do lasu chodzi i te małe z kapelusikami zbiera, ALE... Bardzo rzadko spotykam kogoś (a spotykam setki ludzi, chociażby w pracy), kto rozróżnia więcej gatunków niż kurki i wspomniane już wcześniej pieprzniki trąbkowe i ... trujące piestrzenice. Bo nie można z niczym innym pomylić i - co ważne - nigdy nie mają robali. Wyjątkiem była moja teściowa, która zbierała mnóstwo innych gatunków i w ogóle była tym bardzo zainteresowana, może dlatego, że pochodziła z terenu graniczącego z Finlandią? Bo w Finlandii sprawy mają się zupełnie inaczej. Finowie mają (przynajmniej u Szwedów) podobną opinię jak Polacy, Rosjanie i pewnie jeszcze cała kupa innych Słowian - jak wejdą do lasu, to zbierają wszystko jak leci (no, może oprócz muchomorów). Nie wiem, może to właśnie wpływy rosyjskie? Może ciężkie czasy i wojny ich do tego zmusiły? Nie wiem jak jest w pozostałych krajach skandynawskich, podejrzewam, że grzybiarstwo nie jest narodową namiętnością ani Norwegów ani Duńczyków. I przyznaję się bez bicia, że na tyle się zeszwedczyłam, że nie zbieram wszystkiego jak leci, bo musiałabym wjeżdżać do lasu ciężarówką a nie rowerem i nie zbieram już prawie wcale kozaków, bo jeszcze nie udało mi się znaleźć nierobaczywego, a i na rydze i maślaki kręcę nosem, jak nie wystarczająco zdrowe i nie przeżarte przez to i owo... Beata z trąbkami suszącymi się powolutku w dolnych partiach piekarnika :) Odpowiedz Link Zgłoś
nienietoperz Re: Grzybiarstwo.... 24.08.05, 13:56 A czy w Uppsali tez rosna pieczarki na trawnikach? W Linkoping zwyklismy byli zbierac worki ww. gatunku grzybow w okolicy domu w srodku miasta. Co prawda rozmiary niestandardowe, czasem troche brudne, i ogolnie nie tak sliczne jak w supermarkecie, co zapewne odstraszalo praworzadnych tubylcow, ale jak na czasowa emigracje z Polski bylo w sam raz. Odrozniajacy 6 gatunkow (podgrzybki, prawdziwki, pieczarki, kurki, muchomory i inne) grzybow nienietoperz Odpowiedz Link Zgłoś
beatanu Pieczarki na trawnikach 24.08.05, 23:10 Pewnie rosną, chociaż osobiście nigdy nie widziałam. Parę tygodni temu widziałam za to jakiś obrazek (w DN?) pt. pieczarki na trawniku w Sztokholmie. U mnie przed blokiem (w Uppsali) rosną czasami czernidłaki kołpakowate, ale te rosły też w okresie mojego dziecęctwa w Nowej Hucie... Czasami zbieram, bardzo dobre duszone na maśle. grzyby.strefa.pl/Czernidlak_kolpakowaty.html Ale różnej maści podgrzybki, kozaki babki i PRAWDZIWKI rosną sobie na przykład w parkach, na plażach (trawiastych) - kilka tygodni temu przyjechałam z południa Szwecji z kilkoma borowikami zebranymi przed wypróbowaniem nowego, bardzo przyjemnego jeziorka. Siedzący na plaży ludzie - głównie Szwedzi ale też Niemcy na grzyby ni reagowali... No a ja nie mogłam takich pięknych okazów zostawić w spokoju :) Odpowiedz Link Zgłoś
blue.berry wątek pourlopowy w aspekcie słowa 25.08.05, 20:54 wakacje - słowo samo słowo „wakacje” już jest dobre. dobre pod względem i skojarzeń i brzmienia. wakacje – akacje – wariacje – reakcje. a urlop? co najwyżej ukrop. używacie słowa URLOP? bo ja przyznam od kiedy zaczął mi przynależeć staram się jak mogę by był wakacjami a nie urlopem. wakacje budzą nieodparty uśmiech, chęć wędrówki, porzucenia wszystkiego na długo. wakacje to bose nogi w trawie, torba pełna książek i filmów do aparatu… a urlop – brzmi jak dwutygodniowa przepustka z zakładu zamkniętego, no co najwyżej z dodatkiem drinka z kolorową parasolką. oczywiście nie zawsze słowa urlop da się uniknąć. „niestety nie mogę tego przygotować dla Państwa, obawiam się że nie zdążę, bowiem (iiihahahahahaha mam WAKACJE!!!!!!!!) udaję się na zasłużony urlop” co to jest Z A S Ł U Ż O N Y U R L O P?? jak mniemam jakiś koszmar. niestety prawdziwy. nazwanie wakacji urlopem odbiera im cała moc sprawczą. nie dość że człowiek po całym roku odwalania kamieni dostaje w nagrodę dwa tygodnie wolnego to jeszcze na dodatek nazywają się one urlopem. cudnie wakacje – ciało ciało w tym roku* również było w chorwacji. zapakowało do walizki 3 podkoszulki z serii „niewiele mam na sobie”, nowy (!!!) kostium kąpielowy** , klapki oraz 7 książek zebranych wcześniej w pocie czoła (wynikał on głownie z odmawiania sobie przeczytania ich przed wyjazdem i postawienie się przed faktem ponownej potrzeby kolekcjonowania) i udało się na wakacje. pierwszego dnia rozłożyło leżak na kamienistej plaży i zaczęło czytać. dziwne jak życie potrafi sprowadzić nas do poziomu kiedy naprawdę niewiele trzeba żeby na naszej twarzy wykwitł mało mądry uśmiech spowodowany błogostanem. (nikt nic ode mnie nie chce!) (nikt nic ode mnie nie chce!) (nikt nic ode mnie nie chce!) ehh co ja się oszukuję, jednak było to po prostu urlop (no może ten w wersji z kolorową parasolką). dwa tygodnie zajęło mi studzenie przegrzanych procesorów i rozgrzewanie skostniałych od siedzenia przed komputerem stawów. a kiedy już dojrzałam do aktywnej formy wypoczynku to okazało się że właśnie jutro trzeba wracać. z zasłużonego urlopu. *podobnie jak w poprzednim, kiedy to odmówiło ponownego wizytowani morza polskiego z walizką pełną grubych swetrów i polarów, których nie nosi nawet w zimie. ** zakup owego kostiumu zasługuje na osobną historyjkę która jednak dla dobra wszystkich pozostanie nieopowiedzianą. Odpowiedz Link Zgłoś
nienietoperz Re: wątek pourlopowy w aspekcie słowa 26.08.05, 17:17 I tu klania sie kolejna zaleta pracy uniwersyteckiej w odroznieniu od 'real-life job'. Do konca zycia ma sie wakacje-akacje w odroznieniu od urlopu-ukropu. Inna sprawa, ze na tych akacjach dopiero mozna zaczac pracowac, kiedy to studenci na wypoczynkach wszelakich a i kocykle jakby spolegliwsze. Co powiedziawszy udal sie nienietoperz do zagrody tych ostatnich dogladac. Odpowiedz Link Zgłoś
staua O/T 27.08.05, 04:17 Drogi nntprzu, kiedy byles w Bukareszcie, to moze tam na tej konferencji matematykow spotkales nawet Szpulke z forum Rumunia (a na pewno juz jej narzeczonego Syvaina, ktory pracuje wlasnie w tamtejszym Instytucie Matematyki, a na konferencji mial wyklad - chyba, ze pominales mniej Cie interesujace wyklady...) Alez sie to wszystko splata i naklada... Odpowiedz Link Zgłoś
nienietoperz Re: O/T 28.08.05, 20:22 Stauo jeszcze drozsza, Sylvaina (przynajmniej korytarzowo, czy tez herbatkowo) spotkalem, ale z ploniacymi sie policzkami przyznaje, ze ominalem jego wyklad. Na swoje usprawiedliwienie mam to, ze byl raczej fizyczno-matematyczny, a nie odwrotnie, a poza tym czas ten spedzilem uczciwie pracujac w bibliotece rzeczonego instytutu. A Sylvainowa strona w sieci wzbudzila moja sympatie z uwagi na zamieszczone zdjecia Lodzi. Pozdrawiam, nntpz Odpowiedz Link Zgłoś
stella25b Troche o zdrowiu a raczej o jego braku 01.09.05, 12:23 Wrocilam z mojej wsi a wlasciwie z chaty za wsia i od razu wpadlam w wir jakis tajemnych spraw, ktore wlasciwie ciagna sie juz od mojego urlopu w Pl. No bylo fajnie, tylko wypadlo nieco za duzo nieplanowanych rzeczy, np. zapalenie pluc mlodszego syna i jego 6 dniowy pobyt w szpitalu. Calkiem niezle przezycie znalezc sie w prowincjonalnym szpitalu w miescie B. Ja tam nic nie mam do sluzby zdrowia w Pl ale....Zaszokowalo mnie przyjecie do szpitala. Pani doktor osobiscie przyszla do nas z maszyna do pisania pod pacha i wystukujac pytala nas o dane. W trakcie tych pytan, maszyna wyzionela ducha i pani doktor przyniosla nowa, nieco wieksza maszynerie i dokonczyla "przyjecia". Myslalam, ze w prowincjonalnym szpitalu w miescie B w ogole nie ma komputera ale ku mojemu zaskoczeniu, byl jeden w pokoju ordynatora oddzialu dzieciecego. Taki duuuuzy. I drukarka tez byla. Jeszcze wieksza. Pozniej, kiedy skierowano nas do pokoju ktory zostal nam przydzielony, wpadala nagle jakas kobieta (pozniej okazalo sie ze pani sekretarka)z rozwianym wlosem krzyczac, czy my jestesmy ci Niemcy, ktorzy maja to chore dziecko i czy mamy ubezpieczenie, bo jesli nie mamy to placimy na wstepie 2700 zl. Opowiedzialam pani, ze ubezpieczeni jestesmy i podalam jej odpowiednie dokumenty. Pani spojrzala na papiery i pyta: "A czy to jest ubezpieczenie F15/11D i czy ono odpowiada europejskim normom?" Pani jednak ze mna nie dyskutowala tylko zabrala papier (na szczescie mialam to formie papiura)i poleciala sprawdzac norme. Przybyla po 20 minutach juz uspokojona, twierdzac, ze wszystko jest ok i jestesmy naprawde ubezpieczeni w Niemczech. Pozniej tylko dziwily mnie urzadzenia ktore mialy przywrocic zdrowie mojemu dziecku ale wyzdrowial i to najwazniejsze. Wszyscy byli bardzo mili i mielismy wyjatkowe szczescie gdyz oddzial dziececy szpitala w miescie B. byl juz po remoncie wiec dostalismy swiezo wymalowany pokoj (tylko dla nas), gdzie reszta szpitala znajdowala sie w stanie....odbywaly sie tam prace remontowo-konserwacyjne. A moje dziecko zachorowalo na zapalenie pluc. Mielismy szczescie, ze wybralismy sie do lekarza z nim, gdyz nie mial goraczki, zachowywal sie calkiem normalnie i tylko kaszlal. A ze mielismy zamiar wybrac sie na Slowacje do goracych zrodel to stwierdzilismy, ze bylo by dobrze aby przed tymi kapielami pani doktor go zbadala i przepisala mu cos na kaszel. Pani doktor z osrodka OP gminy G od razu po osluchaniu jego pluc od razu dala nam skierowanie do szpitala. I tak sie zaczal na pobyt w Pl. W tym czasie jak akurat mielismy w planach weekendowe spotkanie z przyjaciolmi wiec aby planow nie zmieniac moj maz przeprowadzal nocne Polakow rozmowy (ja w tym czasie bylam w szpitalu) a ja z kolei przyjechalam juz na sniadanie i mialam dla nich caly nastepny dzien. A kiedy juz nasz synek wyzdrowial to zycie potoczylo sie swoim urlopowym torem. A propos grzybow, nawet nie musielismy chodzic do lasu i ich zbierac bo na naszej dzialce znalezlismy pare maslakow tuz obok domu pod swierakami. Odpowiedz Link Zgłoś