mamarcela
25.10.05, 10:53
Żeby w ten jesienny poranek zakończyć szat rwanie nad kaczym wyborem
proponuję, Szanownemu Koleżeństwu, rozrywkę następującą: w wątku tym
opisujemy wszystkie straszne, smutne i zabawne przygody związane z książkami
i szeroko rozumianym czytelnictwem. A to jak ktoś zaczytawszy się na amen
spóżnił się na ***, zapomniał o ***, nie wysiadł na ***, ktoś się może przez
książkę zakochał, odkochał, kupił coś szczególnego, przedsięwziął jakąś
podróż, zrobił jakieś horrendalne głupstwo, albo wprost przeciwnie coś
niebywale mądrego.
Tuszę, że wszyscy zgromadzeni na tym forumie, jako nałogowi czytacze,historii
takich mają w swoich życiorysach mrowie a mrowie. Ja zacznę od historyjki,
która może nie jest najbardziej spektakularna, ale jakos tak ostatnio za mną
chodzi. Pewnie dlatego, że jesień, a historia też jesienna jest.
Było to w prehistorycznych czasach, kiedy to w telewizji były tylko dwa
programy, na książki trzeba było polować, a dzieci na dobranoc oglądały
historyjki o Jacku i Agatce, a nie szkieletorach i mutantach. mamarcela też
nie była wówczas mamarcelą, ale pilną uczennicą jakiejś szóstej klasy szkoły
podstawowej. Pewnej jesienej soboty mamarcela była ponadto dziewczynką nad
wyraz szczęśliwą, bo właśnie na nią przyszła kolej pożyczenia od niejakiego
Maciusia wymarzonych od dawna "Dziesięciu małych murzynków". Maciuś ów
wykradał zaczytany do granic niemozliwości i obłożony dla niepoznaki bodajże
w Trybunę Ludu, egzemplarz z biblioteki swoich rodziców. "Murzynki" nie były
zresztą jedynym kryminałem, którym rzeczony Maciuś deprawował nieskażone
grzechem umysły młodzieży socjalistycznej,najrozmaitsze jamniki i kluczyki
krążyły wśród napalonych szóstoklasisów w konspiracji, podobnie jak kilka
lat później krążyć będą pierwsze wykradane tatusiom i jakże w tamtych latach
cenne, Playboye.
Wracajmy jednak do naszych baranów czyli Murzynków, tkwiły one sobie w
mamarcelim tornistrze, podczas gdy biedna spragniona sensacji dziewczynka
musiała wykonywać tak prozaiczne i nienawistne czyności jak wynoszenie
śmieci, zmywanie garnków, czy nawet jedzenie. Po południu mamarcela jako
przykładna uczennica usiadła do lekcji i w końcu mogła drżące z
niecierpliwości Murzynki umieścić w bezpiecznym schowku pod blatem biurka,
który to schowek wiele takich numerów widział i przedtem i potem, wystarczyło
wysunąć jedną deseczkę, aby zamiast w książce np do biologii pogrążać się w
miłej lekturze. Tego jednak jesienego popołudnia okrutni (dzisiaj
powiedzielibyśmy toksyczni) rodzice mamarceli wymyślili szereg tortur (wyjazd
do lasu, do cioci, a potem na brydża), od których prosta wymówka "Chcę
poczytać" nie mogła jej w żaden sposób uratować. Przemyślne dziewczę, opętane
żądzą Murzynków, jęło wymyślać jakieś mniej lub bardziej żałosne wymówki,
żeby się pozbyć rodziców i w końcu te nieszczęśne Murzynki skonsumować. O ile
pamiętam symulacja śmierci klinicznej nie zrobiła na rodzicach mamarceli
większego wrażenia, a przekonała ich dopiero wizja sześciu klasówek. Chociaż
ojcu mamarceli jakoś podejrzanie świeciły się śmiechem oczy.
No, nareszcie sama. Murzynki wyjęte ze schowka. Konsumpcja rozpoczęta.
mamarcela, żeby nie przedłużać oczekiwania nawet nie ruszyła się od biurka.
Siedziała nad rozłożonymi podręcznikami i czytała. Czytała aż skończyła.
Pełne zrozumienie następujących później wydarzeń wymaga pewnych wyjaśnień, a
przede wszystkim opisania pokrótce topografii mieszkania rodziców mamarceli.
Mieszkanie owo było wysokie i przestronne, zdecydowanie przedwojennej
kubatury, a pokój mamarceli znajdował się dokładnie na końcu korytarza,
naprzeciw drzwi wejściowych. Biurko natomiast, przy którym siedziała
zaczytana mamarcela, stało na końcu owego pokoju, przodem do okna, a tyłem do
wielkiego, ciemnego, pełnego zakamarków i strasznego w tym momencie
mieszkania. Jedynym źródłem światła była lampka na biurku, zapalona przez
mamarcelę, kiedy zapadł wczesny jesienny zmierzch.
10 małych murzynków nie jest szczególnie straszną książką, ale dla 12 letniej
mamarceli samej w pustym, ciemnym mieszkaniu, z jęczącym jesiennym wiatrem
postukującym okienicami, była książką wystarczająco straszną. mamarcela póki
czytała nie bała się niczego, ale kiedy skończyła zaczęła się bać i to tak
potwornie, że sama myśl o odwróceniu głowy i spojrzenie w ciemnośc za swoimi
plecami powodowała jeżenie się włosów na głowie i mdłości. Za plecami
mamarceli szalały wszystkie strachy jej świata nie tylko wyrachowany morderca
z książki Agaty, ale także żelazny wilk, żelazna tarka, strzygi, upiory i
wilkołaki, a przede wszystkim najstraszniejszy ze strasznych Belfegor, którym
straszyła ją starsza o kilka lat sąsiadka.
Siedziała tak mamarcela dobre trzy kwadranse jak sparaliżowana, nie
ośmielając się nawet poruszyć. Strach, który wówczas czuła, był strachem
absolutnym i do tej pory na wspomnienie tego strachu robi jej sie niedobrze,
nigdy już chyba później nie bała się tak bardzo chyba dlatego, że później
częściej bała się rzeczy realnych, a nie wyobrażonych. Ten strach, wywołany
książką niespecjalnie przecież straszną, był chyba pożegnaniem ze strachami
dzieciństwa. Upiornym swoją droga pożegnaniem.
Siedziała więc tak mamarcela, siedziała, zapadając się w to swoje przerażenie
coraz bardziej, bliska szaleństwa i znikąd nie spodziewając się ratunku.
Rodzice rozgrywali kolejnego robra przekonani w swej naiwności, że ich jedyna
córeczka jeśliby cos złego się z nią działo może do nich zadzwonić, albo
pójść piętro wyżej do zaprzyjaźnionej cioci-sąsiadki. Nie wiedzieli, że
telefon oraz sąsiedzi zostali pochłonięci przez czarną czeluść strachu za
plecami. Nie wiem, co stałoby się z mamarcelą, gdyby nie pomysł, na który w
pewnym momencie wpadła. Może postradałaby zmysły i snuła się teraz po jakichś
bezkresnych korytarzach jęcząc żałośnie, albo zostałaby autorką kiepskich
hororów, albo patologiczną pesymistką, szerzącą defetyzm wszem i wobec. Na
szczęście jednak dla niej przypomniało się jej, że moimo beznadziejnej
sytuacji, może coś zrobić i zrobiła.
mamarcela nigdy nie potrafiła gwizdać. Ani wtedy, ani teraz. Byl to jeden z
większych kompleksów mamarceli. Wielu młodzieńców kolonijno-obozowych
usiłowało swego czasu nauczyć mamarcelę sztuki gwizdania na palcach. Na
próżno. Jednak tego jesiennego wieczoru mamarcela gwizdnęła. Mało melodyjnie,
ale gwizdnęła. Chyba jedyny raz w życiu. I ten gwizd po prostu załatwił
sprawę. Strach minął jak ręką odjął.
pozwoliliście mi na długie posty no to macie za karę
mamarcela wciąż niegwiżdżąca