Dodaj do ulubionych

O książkach anegdotycznie

25.10.05, 10:53
Żeby w ten jesienny poranek zakończyć szat rwanie nad kaczym wyborem
proponuję, Szanownemu Koleżeństwu, rozrywkę następującą: w wątku tym
opisujemy wszystkie straszne, smutne i zabawne przygody związane z książkami
i szeroko rozumianym czytelnictwem. A to jak ktoś zaczytawszy się na amen
spóżnił się na ***, zapomniał o ***, nie wysiadł na ***, ktoś się może przez
książkę zakochał, odkochał, kupił coś szczególnego, przedsięwziął jakąś
podróż, zrobił jakieś horrendalne głupstwo, albo wprost przeciwnie coś
niebywale mądrego.
Tuszę, że wszyscy zgromadzeni na tym forumie, jako nałogowi czytacze,historii
takich mają w swoich życiorysach mrowie a mrowie. Ja zacznę od historyjki,
która może nie jest najbardziej spektakularna, ale jakos tak ostatnio za mną
chodzi. Pewnie dlatego, że jesień, a historia też jesienna jest.
Było to w prehistorycznych czasach, kiedy to w telewizji były tylko dwa
programy, na książki trzeba było polować, a dzieci na dobranoc oglądały
historyjki o Jacku i Agatce, a nie szkieletorach i mutantach. mamarcela też
nie była wówczas mamarcelą, ale pilną uczennicą jakiejś szóstej klasy szkoły
podstawowej. Pewnej jesienej soboty mamarcela była ponadto dziewczynką nad
wyraz szczęśliwą, bo właśnie na nią przyszła kolej pożyczenia od niejakiego
Maciusia wymarzonych od dawna "Dziesięciu małych murzynków". Maciuś ów
wykradał zaczytany do granic niemozliwości i obłożony dla niepoznaki bodajże
w Trybunę Ludu, egzemplarz z biblioteki swoich rodziców. "Murzynki" nie były
zresztą jedynym kryminałem, którym rzeczony Maciuś deprawował nieskażone
grzechem umysły młodzieży socjalistycznej,najrozmaitsze jamniki i kluczyki
krążyły wśród napalonych szóstoklasisów w konspiracji, podobnie jak kilka
lat później krążyć będą pierwsze wykradane tatusiom i jakże w tamtych latach
cenne, Playboye.
Wracajmy jednak do naszych baranów czyli Murzynków, tkwiły one sobie w
mamarcelim tornistrze, podczas gdy biedna spragniona sensacji dziewczynka
musiała wykonywać tak prozaiczne i nienawistne czyności jak wynoszenie
śmieci, zmywanie garnków, czy nawet jedzenie. Po południu mamarcela jako
przykładna uczennica usiadła do lekcji i w końcu mogła drżące z
niecierpliwości Murzynki umieścić w bezpiecznym schowku pod blatem biurka,
który to schowek wiele takich numerów widział i przedtem i potem, wystarczyło
wysunąć jedną deseczkę, aby zamiast w książce np do biologii pogrążać się w
miłej lekturze. Tego jednak jesienego popołudnia okrutni (dzisiaj
powiedzielibyśmy toksyczni) rodzice mamarceli wymyślili szereg tortur (wyjazd
do lasu, do cioci, a potem na brydża), od których prosta wymówka "Chcę
poczytać" nie mogła jej w żaden sposób uratować. Przemyślne dziewczę, opętane
żądzą Murzynków, jęło wymyślać jakieś mniej lub bardziej żałosne wymówki,
żeby się pozbyć rodziców i w końcu te nieszczęśne Murzynki skonsumować. O ile
pamiętam symulacja śmierci klinicznej nie zrobiła na rodzicach mamarceli
większego wrażenia, a przekonała ich dopiero wizja sześciu klasówek. Chociaż
ojcu mamarceli jakoś podejrzanie świeciły się śmiechem oczy.
No, nareszcie sama. Murzynki wyjęte ze schowka. Konsumpcja rozpoczęta.
mamarcela, żeby nie przedłużać oczekiwania nawet nie ruszyła się od biurka.
Siedziała nad rozłożonymi podręcznikami i czytała. Czytała aż skończyła.
Pełne zrozumienie następujących później wydarzeń wymaga pewnych wyjaśnień, a
przede wszystkim opisania pokrótce topografii mieszkania rodziców mamarceli.
Mieszkanie owo było wysokie i przestronne, zdecydowanie przedwojennej
kubatury, a pokój mamarceli znajdował się dokładnie na końcu korytarza,
naprzeciw drzwi wejściowych. Biurko natomiast, przy którym siedziała
zaczytana mamarcela, stało na końcu owego pokoju, przodem do okna, a tyłem do
wielkiego, ciemnego, pełnego zakamarków i strasznego w tym momencie
mieszkania. Jedynym źródłem światła była lampka na biurku, zapalona przez
mamarcelę, kiedy zapadł wczesny jesienny zmierzch.
10 małych murzynków nie jest szczególnie straszną książką, ale dla 12 letniej
mamarceli samej w pustym, ciemnym mieszkaniu, z jęczącym jesiennym wiatrem
postukującym okienicami, była książką wystarczająco straszną. mamarcela póki
czytała nie bała się niczego, ale kiedy skończyła zaczęła się bać i to tak
potwornie, że sama myśl o odwróceniu głowy i spojrzenie w ciemnośc za swoimi
plecami powodowała jeżenie się włosów na głowie i mdłości. Za plecami
mamarceli szalały wszystkie strachy jej świata nie tylko wyrachowany morderca
z książki Agaty, ale także żelazny wilk, żelazna tarka, strzygi, upiory i
wilkołaki, a przede wszystkim najstraszniejszy ze strasznych Belfegor, którym
straszyła ją starsza o kilka lat sąsiadka.
Siedziała tak mamarcela dobre trzy kwadranse jak sparaliżowana, nie
ośmielając się nawet poruszyć. Strach, który wówczas czuła, był strachem
absolutnym i do tej pory na wspomnienie tego strachu robi jej sie niedobrze,
nigdy już chyba później nie bała się tak bardzo chyba dlatego, że później
częściej bała się rzeczy realnych, a nie wyobrażonych. Ten strach, wywołany
książką niespecjalnie przecież straszną, był chyba pożegnaniem ze strachami
dzieciństwa. Upiornym swoją droga pożegnaniem.
Siedziała więc tak mamarcela, siedziała, zapadając się w to swoje przerażenie
coraz bardziej, bliska szaleństwa i znikąd nie spodziewając się ratunku.
Rodzice rozgrywali kolejnego robra przekonani w swej naiwności, że ich jedyna
córeczka jeśliby cos złego się z nią działo może do nich zadzwonić, albo
pójść piętro wyżej do zaprzyjaźnionej cioci-sąsiadki. Nie wiedzieli, że
telefon oraz sąsiedzi zostali pochłonięci przez czarną czeluść strachu za
plecami. Nie wiem, co stałoby się z mamarcelą, gdyby nie pomysł, na który w
pewnym momencie wpadła. Może postradałaby zmysły i snuła się teraz po jakichś
bezkresnych korytarzach jęcząc żałośnie, albo zostałaby autorką kiepskich
hororów, albo patologiczną pesymistką, szerzącą defetyzm wszem i wobec. Na
szczęście jednak dla niej przypomniało się jej, że moimo beznadziejnej
sytuacji, może coś zrobić i zrobiła.
mamarcela nigdy nie potrafiła gwizdać. Ani wtedy, ani teraz. Byl to jeden z
większych kompleksów mamarceli. Wielu młodzieńców kolonijno-obozowych
usiłowało swego czasu nauczyć mamarcelę sztuki gwizdania na palcach. Na
próżno. Jednak tego jesiennego wieczoru mamarcela gwizdnęła. Mało melodyjnie,
ale gwizdnęła. Chyba jedyny raz w życiu. I ten gwizd po prostu załatwił
sprawę. Strach minął jak ręką odjął.

pozwoliliście mi na długie posty no to macie za karę
mamarcela wciąż niegwiżdżąca
Obserwuj wątek
    • diffie Jelinek, czyli one jadą do Stuttgartu 25.10.05, 11:39
      W ostatnich latach, gdy spotkam jakąś interesującą kobietę, to najdalej po kilku
      miesiącach znajomości taka pani jedzie do Stuttgartu. Wszystkie moje kobiety
      jadą do Stuttgartu.
      Najpierw, po rozwodzie, zamieszkała tam eksmałżonka, z naszą córką. Już
      niedługo Zuzia wydzwaniała i opowiadała, jak to mama strasznie się zmieniła.
      Wcześniej wojująca feministka, naukowiec, germanista, teraz siedzi w domu,
      piecze pizze i komponuje pesto. Całą lodówkę wypełniła małymi słoiczkami.
      Wypytuje, gdzie w Polsce można kupić olej z amarantusa, wytłaczany na zimno.
      Pomyślałem sobie, że Stuttgart bardzo zmienia ludzi.
      Aneta najpierw, potem wyjechała Nika, Ula później, na studia. Basia była bardzo
      zakochana, spłakała się przy pożegnaniu. Ja też.
      - Nie możesz być uległy ? – szlochała.
      - Przecież zawsze ci ustępuję, Basieńko – przekonywałem ją.
      - Ale nie o to chodzi ! – i aż się trzęsła z bólu.
      Dopiero gdy przeczytałem książkę tej Jelinek, zrozumiałem, jaki byłem głupi.
      Przypominałem sobie Basię, słówka rzucane mimochodem. Co opowiadała o swoim
      życiu. Rozgarniała włosy i pokazywała okrągłe blizny na głowie. W domu było ich
      pięcioro, ojciec katował dzieci. Na głowie i przedramionach Basieńki gasił
      papierosy. Miała osiemnaście lat, gdy uciekła z domu i zamieszkała z
      czterdziestolatkiem, przewodniczącym miejscowego koła AA. „Wreszcie mogłam
      spokojnie zasnąć”, opowiadała. Razem z nim kopała rowy, tak zarabiali na życie.
      Nigdy nie widziałem piękniejszej kobiety, łącznie z tym co na zdjęciach i w
      filmie. Typ urody troszkę przedwojenny, ponadczasowy, włosy ciemne,
      miedziane; wysoka, Nefretete mogłaby jej kapcie podawać.
      - Kopanie rowów – powtarzała - świetny relaks. Nic mnie bardziej nie odpręża.
      Do Stuttgartu posłałem SMS: „Już rozumiem. Jesteś dominą. Chodzi rzecz jasna o
      erotykę, także codzienne relacje. Szukasz niewolnika. Boisz się mężczyzn, którzy
      nie są ulegli. Nie mogłaś inaczej poradzić sobie z tamtym strachem. Jestem z
      Ciebie dumny”.
      „Czasami umawiamy się z dziewczynami na kawę – odpowiedziała – z Anetą, Niką
      i Ulą. Twoja Zuzia mówi, że się mnie boi, bo mam elfie uszy. Takie spiczaste.
      Byłam na psychoterapii. Odzyskałam równowagę. Posłałam Ci maila z załącznikiem,
      o tym, jakie jest najpiękniejsze miejsce w Biblii”. Eksmałżonka Aneta
      potwierdziła. Na kawę się umawiały w tym Stuttgarcie !
      Któregoś dnia, podczas niedzielnego obiadu, mama grzecznie zagadnęła, czy nie
      myślę może o rodzinnej stabilizacji. Siostrzenica Pamela zauważyła:
      - Właśnie, wujek. Miałabym nową ciocię, i chodziłaby z nami na zakupy.
      - Pela – pochyliłem głowę – one wszystkie jadą do Stuttgartu.
      Przy stole ucichło. Już wcześniej o tym rozmawialiśmy.
      - Myślę, że powinieneś jechać do Stuttgartu – zagadnął po chwili tata Sławek.
      - To na pewno. Do Zuzy. Chce, żebym zobaczył jej pokój.
      - Pojedź do Stuttgartu, odwiedź córkę i zorientuj się wreszcie, co tam się
      właściwie dzieje. Jeśli nie pojedziesz, ciągle będziesz żył w trudnej do
      zniesienia niepewności.
      • daria13 Re: Praca dzięki miłości do książek 25.10.05, 12:13
        Po Waszych postach jakas taka nieśmiałość mnie ogarnęła, bo w zyciu nie napiszę
        chyba czegoś tak barwnego i ciekawego. Powiem tylko, że miałam dawno temu
        pomysł na podobny nieco wątek na FK, ale słabo chwycił:(
        Moja historia nie dotyczy konkretnej książki, ale ma związek z czytaniem i tym
        co może z tego czytania czasem wyniknąć. Wklejam linka do tamtego wątku, żeby
        się nie powtarzać (a właściwie z lenistwa;):
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=151&w=23784300&v=2&s=0
        Pozdrawiam pełna podziwu:)
    • braineater randka pod klepsydrą 25.10.05, 14:56
      W zamierzchłych czasach, braineater, dziecie podówczas w okresie dekadencko-
      depresyjnym (14-15 lat), rozpoczął zapoznawanie się z przedstawicielkami płci
      przedziwnej, by wreszcie odkryć świat niewieści w wykonaniu innych stworzeń niż
      babcia, ciotki i matka. W celu tym umówił się był z dziewczęciem uroczym a
      rudowłosym, by przejść starożytny męski rytuał inicjacyjny, określany
      podręcznikowo, jako "Pierwsza Randka'.
      Przygotowania mentalne do tego wydarzenia mocno zwichrowały braineaterzą
      psychikę, do tego stopnia nawet, że w ów Dzień, ośmielił się nawet, po
      uprzednim wygrzebaniu ze stosu ciuchów, w miarę czystych spodni i koszulki, na
      której było najmniej śladów menu obiadowego z ostatniego tygodnia, z błaganiem
      w oczach zwrócic się w strone własnej matki z zapytaniem, czy zechciałby tę
      odzież potraktować żelazkiem, jako że sam od najwcześniejszego dzieciństwa czuł
      ideologiczną obcość wobec prasowania. Spotkało się to oczywiście z szyderczym
      rechotem wyżej wymienionej i zapytaniem, czy aby dziecięciu rączków nie
      pourywało. Nic to, braineater nie zrażony, kontynuował przygotowania, skupiwszy
      się w szczególności na usunięciu pierwocin wąsa, co nieśmiało wychynęły spod
      zdobnego w pryszcze nosa, przy pomocy po raz 20 w życiu użytej maszynki
      jednorazowej, oraz na oblaniu swego, może niezbyt czystego, ale za to prężnego
      i młodzieńczego ciałka perfumą wielce wonną o wdzięcznej nazwie Brutal, co to
      ją brat onegdaj w nader podobnie niecnych celach zakupił.
      Skończywszy ablucje i dbanie o higienę, co zalecano w każdym szanującym się
      poradniku, które zapobiegliwa matka, podrzucała od niechcenia w róznych kątach
      mieszkania, licząc na to, iż dziecię wreszcie przestanie pajęczyną zarastać,
      braineater musiał wyszukać jeszce jakąs broń intelektualną, co dziewcze
      zauroczy i na kolana rzuci ze okrzykiem zduszonym 'omigod, jakis ty Mądry!'.
      Wzrokiem po domowych półkach błądzac, wyboru dokonywał starannie a
      przemyślanie; Kafka nie, bo w złoconej okładce, wyjdę na wsioka; Czarodziejska
      Góra być by mogła, bo gustowna, w granatowe płótno obłożona, ale w dwóch tomach
      więc przegrała z wrodzonym braineaterzym instynktem lenistwa; Don Kichot, był
      wyborem nad którym długo się zastanawiał, ale jako książka zaczytywana od
      dzieciństwa, była w stanie opłakanym i raczej nie nadawał się do transportu.
      Wreszcie jest - dyskretna biała okładka, wystarczająco snobistyczny napisik
      Biblioteka Narodowa, a pod spodem nazwisko brzmiące obco, acz frapująco - Bruno
      Schulz "Sklepy Cynamonowe i Sanatorium pod klepsydrą". Uznawszy, że to w
      zupełności wystarczy, by wrażenie odpowiednie wywołać, strannie umieściwszy
      xięgę w torbie, tak by jedynie rożek jeden wystawał i wzrok ciekawski na
      pokuszenie wodził, w odpowiedniej chwili prowokując spontaniczne zapytanie 'a
      co ty tam czytasz?', braineater wiedziony wrodzoną odpowiedzialnością oraz
      świadomością tego, iż nigdy w zyciu nie udało mu sie być punktualnym, dwie
      godziny przed umówioną Chwilą Rozkoszy wyszedł z domu.
      W Katowicach miejsce randkowe jest faktycznie zaledwie jedno, opiewane w
      pieśniach, upamiętniane poematami mistrzów pióra oraz uwiecznione w wiekopomnym
      dziele polskiej kinematografii, serialu 'Daleko od szosy', czyli Park Kultury i
      Wypoczynku. Areał ów, od samego zarania był miejscem konfrontacji burz
      hormonalnych, pierwszych nieśmiałych wymian płynów organicznych, jak i teatrum
      o wiele bardziej bezecnych widowisk, o których wrodzona nieśmiałość nakazuje mi
      zmilczeć. Pośród rozległych połaci zieleni, wodnych oczek, ław drewnianych i
      pseudoklasycystycznych amfiteatrów, rozegrał sie niejeden, szekspirowski z
      ducha, dramat nastoletnich porywów namiętności, a czasem i zbrodni, gdy to
      zawiedziony kawaler swą niewdzięczna Ofelię spławiał w ktorymś z rozlicznych
      wodnych akwenów.
      Doszedłszy do onego ogrodu zapowiadanych acz nie do końca jeszce rozumianych
      ziemskich rozkoszy, braineater przysiadł sobie na wędkarskim stanowisku przy
      stawku gustownie & romantycznie otoczonym rzęsą, tatarakiem oraz róznego
      rodzaju odpadami produkcji gumowej lub plastikowej, i z utęsknieniem wypatrywać
      zaczął upragnionego dziewczęcia. Po pięciu minutach doszedł do wniosku, że jest
      idiotą, i że nie ma co tak po próżnicy siedzieć i gapić się w krzaki, bo
      dziewcze jeszce zapewne nawet z domu nie wyszło, więc można bezpiecznie zająć
      się lekturą.
      Otworzywszy ksiązkę na stronie bodaj piątej odkrył sążniste Wprowadzenie, które
      to, po szybkim przeleceniu wzrokiem, zdało sie nie nieśc ze sobą zadnej treści,
      procz wpprowadzenie czytelnika w życiorys autora. Kogóż obchodzi autor,
      pomyślał braineater i nerwowymi ruchami przerzucił strony, aż do miejsca w
      którym zaczynała się treśc właściwa. I tak wpadł w ten czas zatrzymany,
      zmitologizowany, w te wydarzenia dziejące się jak gdyby w trzynastym,
      dodatkowym miesiącu. I czytał, czytał, przed jego oczyma przesuwała się biedna
      Tuła gwałcona w łopianach, manekiny straszne a powabne, stópka służacej i o
      wiele od nie ciekawszy buciczek, ptaki stadami okrutnymi i barwnymi
      przelatujące nad Drohobyczem, kometa, co zwiastowała nieszczęscie i xięga, co
      niosła w sobie skarby nieprzebrane. Otrząsnąwszy się po jakimś czasie.
      braineater stwierdził, że mrok już zapada ponad laskiem, a dziewczęcia, jak nie
      było, tak nie ma.
      Westchnąwszy smutno do siebie, wrzucił Schulza, z którym miał się odtąd
      rozstawać na jedynie nader krótkie okresy czasu, z powrotem do torby i
      powłócząc nogami powrócił do domu.
      Epilog nastąpił w dniach kolejnych, kiedy to braineater spotkawszy upragnione
      rudowłose dziewcze na szkolnych korytarzach nijak dojśc do porządku nie umiał z
      faktem iż rzeczona pannica, mierzy go wzrokiem morderczym, prezentuje klasyczną
      szkołę focha, na zacisniętych ustach oparta i milczeniu lodowatym oraz ogólnym
      zbywaniu ignorancją istniania, coraz bardziej umniejszonej braineaterzej osoby.
      Na szczęscie szkolny wywiad działał, i tak tedy braineater wysondowawszy
      koleżankę, przekupiona jakims kontrsekretem z życia kolegi w którym koleżanka
      pokładała swe uczucia dowiedział się, że dziewcze w parku było, nad stawkiem
      stało, a bojąc się przejś po kładce chybotliwej i wąskiej, kilkakroć wywoływało
      braineatera imieniem, nazwiskiem oraz (później) wyzwiskiem, by zejśc ku niej
      raczył, a ten, jak gdyby nigdy nic, wołanie rozpaczliwe zignorował i zgarbiony
      siedział nosem nieomal wodząc po książce. Dziewcze dotknięte w samo jestestwo
      swej kobiecości, dorzuciło jeszce kilka obrazowych okresleń biednego
      braineatera i udało się w samotną podóż do domu.
      No i to tyle - nie umówiła się ze mna więcej, a ja, drogie dziatki, nauczyłem
      się, by na randki nie zabierać ksiązek, których się jeszce nie czytało...
    • mamarcela spam dla masochistów, 25.10.05, 16:23
      którzy przeeedługi post przeczytawszy (Biedni ludzie)i sensu nijakiego w
      zakonczeniu nie odkryli - nadmieniam, że historyjka ta nie jest skończona, a w
      ostatnich zdaniach kryje się suspens - bardzo łatwy dla bywalców tego forum do
      rozszyfrowania.
      mamarcela nie jest aż taką idiotką, aby belfegory wszelakie gwizdaniem
      rozganiać.
      • annabellee1 Re: spam dla masochistów, 26.10.05, 19:12
        Mam ja historyjke ciut do mamymarcela podobną.
        Lat 12,noc.Czytam ksiazke ktorej tyt.mi uciekl.Tresc taka- Niejaka Eliza
        Orzeszkowa pod spodnica przemyca Romualda Traugutta przez jakies graniczne
        rogatki.Niby dramatyczne, ale znowu nie tak by sie bac.Slysze pukanie do
        okna.Podnosze wzrok z nad ksiazki i widze w oknie twarz.Dretwieje.Okno parterowe
        ale na tyle wysok, ze zadnej twarzy tam byc nie ma prawa.Dodam,ze mieszkalam w
        domu i to porzadnie ogrodzonym.Scierplam.Duch!! ?? Opuscilam wzrok z nadzieja ze
        to cos w oknie zniknie.Cisza. A potem znowu pukanie.Podnioslam oczy.Dalej w
        oknie jest twarz.Nie reka co puka,tylko twarz.Taty chyba? Moj ojciec nie zyl od
        kilku miesiecy.Zupelnie juz zdretwiala ze strachu wbilam wzrok w ksiazke i nawet
        oczu od niej nie odrywam.Znowu stukanie.Serce mi wali.Oczy w ksiazce, ja
        sparalizowana.Cisza.Zerkam.Jest.To chyba twarz ojca...O Boze!!Znowu spuszczam
        wzrok,zaciskam powieki mocno mocno. Znowu stuka.Po chwili ucichlo.
        Cisza.Cisza.
        Serce bije jak oszalae.Krew m w glowie pulsuje.
        Podnioslam oczy- nie ma nic.Spokoj, cisza..Nic.Uspokoilam sie.Opanowalam i
        wybieglam do sasiadow co mieszkali od frontu naszego domu.Pytam czy kogos nie
        widzeli.Nie- odpowiadają - nikt nie szedl.
        A gdyby szedl widzeli by, bo okna maja na wprost alejki wejsciowej do domu.
        Wlasnie wyjezdaja z wizyta.
        Malo ich nie zaczelam blagac by zostali.Pojechali.Ja znowu sama.Kazdy szmer
        mnie podrywa.Boje sie.W koncu wraca mama i spokoj.Opowiedzialam.Niespecjalnie mi
        wierzy ale..
        Zawsze odtad mowilam- widzialam ducha.Ojciec przyszedl.Pokazal mi się.Nawet
        mialam do siebie pretensje,ze malego bylam ducha skoro jakos nie zareagowalam
        sparalizowana strachem Moze chcial czegos,no bo po co by pukal...
        Czegos chcial ,a ja..
        Minelo wiele lat.Sasiedzi opuszczali nasz dom .I wtedy wlasnie sasiad sie
        przyznal, ze to on pukal, by mi powiedzic ze wyjezdzaja.Stal na malym występie
        i dlatego widzialam jego twarz tak wysoko.
        Czemu sie nie przyznal?
        - Jakos tak..
        Duchow chyba jednak nie ma.
        A może.. jednak.
        • mamarcela Re: spam dla masochistów, 26.10.05, 20:02
          A czy ktoś w końcu rozwiąże zagadkę, czemu wówczas gwizdnęłam? Ten jeden jedyny
          raz w życiu. I co to gwizdnięcie spowodowało?
          mamarcela zlekceważona
          • staua Re: spam dla masochistów, 26.10.05, 20:47
            Przywolalas psa, nie mogac inaczej wydobyc glosu?
            • mamarcela Re: spam dla masochistów, 26.10.05, 21:52
              Tak było w rzeczy samej.
              W obecności uśmiechniętej bokserzej mordy i wijących się resztek ogona żadne
              belfegory straszne nie są.
              :)
              • staua Re: spam dla masochistów, 27.10.05, 01:53
                Tez bardzo lubie boksery :-)
                • dr.krisk Dolaczam sie!!! 28.10.05, 01:56
                  Jestem wielkim entuzjasta oraz milosnikiem bokserow.... To prawda, zadne
                  strachy niestraszne, gdy przypedzi taki obywatel z kikutkiem ogona merdajacym z
                  predkoscia ponaddzwiekowa i z rozpedu chlasnie czlowieka jezorem....
                  Moim marzeniem jest mieszkac poza miastem, i posiadac stadko tych potworow.
                  Wyobrazacie sobie poranny spacer z piatka Wyspanych Bokserow????
                  To wspaniale psy.
    • blue.berry Re: O książkach anegdotycznie 26.10.05, 21:53
      ja nie mam tak cudnych opowiesci:(
      jedyne co mi w tym temacie siedzi w pamieci to dwie przypowiastki:

      opowiastka o karze

      jako dziewcze mlode (wiek podstawowkowy) nie zawsze bylam dziecieciem znosnym i
      sluchajacym sie rodzicow. ci zas aby mnie jakos okielznac stosowali kary. kary
      byly z zakresu nekania psychicznego i obejmowaly zakazy rzeczy roznych. np
      wychodzenia na dwor (w celach rekreacyjnych) czy tez ogladania tv (ach coz to
      byla za tv - czarnobiala i az 2 programy). ja zas bedac dzieckiem malo
      szablonowym owe kary mialam kompletnie w nosie (znaczy absolutnie nie
      ubolewalam nad nimi). bedac jednoczenie dzieckiem sprytnym nie wyprowadzalam
      rodzicow z bledu, udajac przed nimi ze kary te srodze mnie nekaja. niestety nie
      trwalo to dlugo bo ojciec moj byl czlowiekiem madrym i spostrzegawczym jak
      rowniez umiejacym wyciagac wnioski. i tak pewnego razu po przeskrobaniu
      czegostam, stalam sobie spokojnie grzebiac nozka w dywanie, wysluchujac
      rodzicielskiego kazania i czekajac na kolejna malo trafiona kare, gdy nagle ,
      niczym grom z jasnego nieba dopadla mnie kara nowa i nad wyraz skuteczna
      wyrok brzmial: "zakaz czytania ksiazek przez 2 tygodnie"

      tadam!

      (jak sie wtedy okazalo moje biurko rowniez mialo mozliwosc sprytnego
      wykorzystania szufladki:)))


      opowiasta o drugich tomach

      mam ci ja za soba dwukrotne dlugie poszukiwanie tomu drugiego trylogii. w
      obydwu przypadkach byla to fantastyka.
      przypadek pierwszy to Krolowa Zimy Krolowa Lata Joan Vinge.
      pierwszy tom wpadl mi w rece w okolicznosciach szpitalnych. w szpitalu
      wyladowalam nagle i ze sie tak wyraze bez uprzedniego przygotowania. po 2
      tygodniach kiedy juz bylam w stanie czytac a majac na uwadze nastepne dwa
      tygodnie spedzone w tym uroczym mniejscu, zazadalam ksiazek. a dokladniej
      ksiazek fantastycznych. moj przyjaciel, uprzednio poinstruowany, udal sie do
      biblioteki, z ktorej przyniosl pare opaslych tomisk. nie pamietam co to bylo,
      oprocz oczywiscie wczesniej wspomnianej Krolowej Zimy (tomu pierwszego). czy to
      tematyka wtedy byla mi bliska czy nostalgia szpitalna tak sie przyczynila - w
      ksiazce sie zakochalam i zazadalam kontynuacji. oczywiscie okazalo sie ze
      takowa biblioteka nie dysponuje. a potem zycie sie potoczylo dalej.
      przypadek drugi - dotyczyl trylogii Killashandra Anne McCaffrey - ktorej to
      prawie caly 1 tom przeczytalam w czesciach w Fantastyce wyniesionej z domu
      mojego znajomego. ksiazka mnie zafascynowala. znajomy nie mial dalszych wydan
      magazynu. a potem zycie potoczylo sie dalej.
      przyszly nowe czasy i czlowiek zaczal korzystac z dobrodziejstw internetu.
      i te dobrodziejstwa pozwolily mu nabyc (za slona gotowke) dawno przeczytane a
      ciagle noszone w glowie ksiazki. jednakze w obu przypadkach byl to tom 1 i tom
      3. tomu 2 nie bylo. prawdopodobnie na calym swiecie. nawet przez moment
      podejrzewalam ze moze w obydwu przypadkach nie zostal wydany. albo ktos spalil
      caly naklad. ciagle w roznych miejscach trafialam na tomy pierwsze i tomy
      trzecie. moj caly swiat nagle zaczal sie skladac z braku tomu drugiego. i bolu
      wynikajacego z niemoznoscie przeczytania posiadanych tomow pierwszych i
      trzecich: ))
      poszukiania trwaly dobre pare lat. w przypadku AM tom drugi czasem nawet sie
      trafial ale na internetowych aukcjach osiagal zawrotne ceny, ktore byly nie do
      wylozenia w uwczesnych czasie. az w koncu obydwa domy drugie sie
      zmaterializowaly i zostaly nabyte. przyznam ze radosc musiala mi wtedy
      uszkodzic pamiec, bo nijak juz nie pamietam jak i za ile.
      w kazdym razie pani Vinge ponownie zostala przeczytana bez otoczki szpitalnego
      zapachu i bolu i na dlugie lata zostala jedna z ulubionych ksiazek.
      a pani McCaffrey okazala sie wielkim rozczarowaniem, niegodnym poniesionego
      trudu. bowiem o ile tom pierwszy niesamowicie zachywcal to potem juz bylo
      gorzej a na koncu calkiem zle.
      ot i cala historia drugich tomow. i jak tu nie kochac trylogii

      aha
      mnie tez sie wydaje ze mamarcela gwizdnela na psa:))
    • beatanu Re: O książkach anegdotycznie 27.10.05, 00:30
      Hmmm. Znowu będzie bardzo osobiście. I z elementami autoreklamy...

      A w dodatku moja opowieść traktuje o pasji nieksiążkowej, która w pewnym sensie
      w książce znalazła swoje rozwiązanie. Skomplikowane? Spróbuję wyjaśnić.

      Już parę razy wspominałam tutaj o mojej pływackiej szajbie i o ile pamiętam,
      również o nigdy niespełnionym marzeniu przepłynięcia wpław kanału La Manche.
      Kiedy w styczniu ubiegłego roku przeczytałam w DN (entuzjastyczną) recenzję
      debiutanckiej powieści niejakiej pani Stridsberg pomyślałam, że tę książkę
      koniecznie chcę przeczytać. Nowości w twardych okładkach są obrzydliwie drogie,
      zazwyczaj czekam na wydanie kieszonkowe, które ukazuje się mniej więcej po roku
      (albo idę do biblioteki i ustawiam się w kolejce po dzieło). Ale tym razem było
      inaczej - na jakiejś loterii wygrałam bon na paręset koron, możliwy do
      zrealizowania w mojej ulubionej księgarni akademickiej. Paluńcio boży! Wybór
      lekturki oczywisty - "Happy Sally". Książka połknięta w jeden dzień. Książka
      traktująca o kobietach pokonujących nie tylko kanał La Manche, ale i stereotypy
      i bariery mentalne i psychiczne i pewnie jeszcze jakieś inne. Fikcyjne
      pamiętniki autentycznej postaci, pierwszej Szwedki, która na kilka dni przed
      wybuchen II wojny światowej pokonała Kanał. I fikcyjna już totalnie historia
      kobiety, która prawie pięćdziesiąt lat później czyni WSZYSTKO, żeby powtórzyć
      wyczyn swojej rodaczki. Całość to niesamowicie przejmująca, poetycka rzecz o
      marzeniach, o cenie, jaką przychodzi nam za spełnienie tychże zapłacić, o
      granicach nie- i przekraczalnych, o tęsknocie, o miłości w końcu... Książką
      zauroczona, w książce zakochana postanowiłam ją.... przełożyć na polski. Z
      wcześniejszych doświadczeń tłumaczki-debiutantki wiedziałam jak trudno znaleźć
      wydawcę dla książki spoza kręgu literatury angielskojęzycznej... Ale uparłam
      się i... jeżeli nie nastąpi jakieś trzęsienie ziemi, to powieść ukaże się na
      początku przyszłego roku w PIW-owskiej serii "Spojrzenia".

      W dniu, w którym podpisałam umowę i przeszczęśliwa opowiadałam o tym mężowi,
      powiedział mi coś w tym stylu: No więc może praca nad tym przekładem będzie dla
      ciebie rodzajem przepłynięcia Kanału? Przecież marzenia mogą spełniać się w
      najprzeróżniejszy sposób...

      Dość długo się zastanawiałam, czy o tym wszystkim napisać. Bo to nieładnie się
      chwalić, bo przecież można zapeszyć... Ale doszłam do wniosku, że nie mam się
      czego wstydzić. Dzielę się swoją pasją i radością. I już.

      Beata Niepoprawna Ekshibicjonistka :)


      • dr.krisk Wspaniale! 28.10.05, 01:18
        To bedzie dla ciebie wspaniala przygoda - to tlumaczenie.
        Tak przy okazji - przypomnialem sobie ze kiedys uwielbialem ksiazki (chyba
        Wydawnictwa Morskiego) autorstwa roznych slynnych zeglarzy. Niektore byly nudne
        i napisane w stylu rocznego sprawozdania finansowego Kolka Rolniczego w
        Bolejewie, ale taki np. Robin Knox-Johnson to byla klasa sama w sobie. Tez o
        realizacji marzen, o problemach, walce z przeciwnosciami losu, pogody, przyrody
        oraz zlosliwosci rzeczy martwych.... Bez reklamiarstwa, udawania herosa
        morskiego itp.
        A wiec prosze brac sie do roboty!!!
        KrisK
        • aaneta Re: Wspaniale! 28.10.05, 09:07
          Wszystko wskazuje na to, że Beata już się wzięła do roboty... A nawet ją
          skończyła :) ALbo prawie.
      • nienietoperz Re: O książkach anegdotycznie 28.10.05, 11:10
        Dziel sie Beato-Nu jak najbardziej, milo zawsze slyszec, ze sie udalo, ze sie
        udaje, i wierzyc, ze sie udawac bedzie.
        Gratulacje,
        nntopz
        • beatanu posłowie 28.10.05, 11:43
          Dziękuję!

          Aneta miała rację, właśnie wczoraj odesłałam całość o wydawnictwa...

          I zastanawiam się nad tym, co powiedział ponad pół roku temu mój mąż... W
          pewnym sensie przepłynęłam z tymi dwoma powieściowymi kobietami kanał La
          Manche. Ale też chyba jeszcze bardziej zatęskniłam za lodowatą słonością tej
          angielsko-francuskiej wody... I pewnie z tym niespełnionym marzeniem umrę,
          chociaż kto wie....?

          Beata - przedstawicielka frakcji optymistów jednak!!!
          • monikate Beato! 21.09.06, 23:23
            Jaki był cd.?
            • monikate Re: Beato! 21.09.06, 23:31
              A diffie już tu nie bywa? :(

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka