Dodaj do ulubionych

Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ...

13.12.05, 15:52
Jak wspominacie swoje pierwsze wyjazdy za granice Polski?
Co Was zaszokowało, rozśmieszyło, wzruszyło?
Ja mam dwa takie wspomnienia.
Pierwsze to wyjazd do W. Brytanii. Zaraz po tym jak znieśli wizy – chyba
gdzieś koło 1992-93r (?). Pierwszy mój wyjazd na Zachód. Czasy transformacji
ustrojowej i ekonomicznej. Pamiętam olbrzymie wrażenie jakie zrobiła na mnie
budka telefoniczna stojąca w jakiejś malutkiej mieścinie, z której bez
problemu dzwoniłem do Polski (w drugą stronę to było oczywiście wtedy
niemożliwe), pierwsze zakupy w hipermarkecie – jak zobaczyłem 10 rodzajów
musztardy to mi kopara opadła. Ale też oprócz zaskoczeń ekonomicznych
komiczne wrażenie wyobcowania językowego „cholera wszyscy tu mówią po
angielsku!”(zaskakujące prawda?:)). Wychwytywałem wszędzie różnice w
wyglądzie budynków, autobusów, urządzeń (to ta Politechnika) strasznie
zdziwiony, że można inaczej coś zrobić (niekoniecznie lepiej).
A drugi wyjazd – czeska Praga. Wyjazd trochę magiczny wypełniony świeżo
odkrytym jazzem (w wersji nowoorleańskiej granym na rynku przez jakichś
leciwych dziadków) – odkrycie porażające, że ta (jak mi się wcześniej
zdawało ) kakofonia ma jednak sens, że to się wszystko ze sobą zazębia i
układa w jakąś spójną, poruszającą całość. I piwko i pyszne, świeże kanapki
kupowane na śniadanie w ichnich Potravinach i “ukonczitie wystup a nastup,
dwerzi se zawiraji” w metrze i nocne wędrówki po przedmieściach bo uciekł
ostatni autobus gdzyż zasiedzieliśmy się na moście Karola z teatrzykami
kukiełkowymi, rysownikami i ulicznymi grajkami, którym warszawscy “wirtuozi”
mogliby czyścić buty. I trwało to tydzień i kosztowało 30 dol. razem z
przejazdami z Polski i do Polski. To se ne vrati.
Pozdrawiam.
Obserwuj wątek
    • ydorius Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 13.12.05, 16:10

      Pamiętam wyjazd do Szwajcarii z moim wujem i jego trupą (sami studenci) po
      zakończeniu przeze mnie nauki w liceum (wakacje przed studiami). Najbardziej
      utkwiło mi w pamięci wino w kartonach jak soki (które kupowaliśmy i pijaliśmy w
      pociągach) oraz dworzec w Bazylei, na którym żeśmy spali po podróży (po stronie
      szwajcarskiej). Po obudzeniu się wuj stwierdził, że ładniejsze są łazienki po
      stronie niemieckiej, więc przewędrowaliśmy przed znudzonym strażnikiem
      granicznym z ręcznikami na drugą stronę, by się umyć, a potem z powrotem, do
      pozostawionych (bez opieki) bagaży. Pierwszy raz widziałem tak zupełnie
      niewytłumaczalny stoicki spokój człowieka, który 'normalnie' powinien być gotów
      nas zastrzelić :-)
      I potem, już na miejscu, kiedy wypakowywaliśmy rzeczy przywiezione z Polski
      (jakieś żarcie pozostałe po podróży) i Franza, naszego gospodarza, który
      spojrzawszy na mój stosik spożywczych artykułów powiedział: "żebyśmy się tylko
      dobrze zrozumieli. Czyżbyś przywiózł ser? Do Szwajcarii?" :-))))

      a w czeskiej Pradze prześladował nas (mnie i mojego przyjaciela) ten "wystup na
      nastup" czy coś w podobie. I picie czerwonego absyntu przed hotelem Volha (takim
      zrobionym z akademika, dobrze, ze nas nic w nocy nie zagryzło) po nocy... Ech...

      m,
      .y.

      ----------------------------------
      What is home without Pinezka's Potted Meat?
      Incomplete.
      wzgórza jak słonie chore na łuszczycę
    • blue.berry Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 13.12.05, 16:13
      oj mam tego mnostwo:)
      po pierwsze szwecja w (chyba) 90 - pierwszy wyjazd za wielka granice. tam
      wlasciwie wiele rzeczy szokowalo, rozsmieszalo czy wzruszalo. ale najbardziej
      pamietam dwie. pierwsza to tualeta w duzym handlowym centrum. byla troche jak z
      promu kosmicznego (wszystko na fotokomorki, samozmieniajace sie foliowe etui na
      deske) - zanim odwazylam sie "no wiecie co" to najpierw musialam sie jakos
      odstresowac a potem wytlumaczyc sobie ze nie spale sie ze wstydu jak nie bede
      umiala spuscic wody (woda spuscila sie sama ale ile bylo nerwow:)))
      a po drugie - po paru dniach zauwazylam specyficzna roznice - na ulicy nikt nie
      zwracal na ceibie uwagi ani nikt sie nie gapil a wszytscy byli jakos tako
      pozytywnie usmiechnieci (gapienie sie bylo wazne bo jako mlode dziewcze mialam
      tendencje do ekstrawaganckich fryzur i strojow).
      no i jeszcze zywnosc wegetarianska, i etniczne sklepy na starym miescie.

      rok pozniej byla holandia i tutaj najwieksze wrazenie zrobila na mnie
      holenderksa wies (czy aby napewno wies?) z rowniutkimi chodniczkami,
      trawniczkami i plotkami. a najbardziej ubawil mnie fakt braku przestrzeni dla
      pieszych - w wielu miejscach byla tylko jezdnia i sciezka dla rowerow:) tutaj
      jeszcze zapoznalam sie z wielka uprzejmoscia i bezinteresownoscia kierowcow
      bioracych na stopa...
      ...i wlochy - tutaj malutkim szokiem bylo dla mnie nadmorskie miasteczko pozna
      noca. bo fakt ze otwartych bylo tysiac knajp i barow to jeszcze moglam
      zrozumiec . ale ze sklepy?? o 10 wieczorem? no wiecie panstwo to byl szok:))
      i na sam koniec belgia (jakies 2 lata pozniej) i rzecz przepiekna i jak sie
      pozniej okazalo oczywista. lokalna frytkarnia i 101 sosow do wyboru. myslalam
      ze oszaleje:))))

      to tyle co wygrzebane z pamieci.
      • stella25b Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 13.12.05, 19:56
        Jagodzianko mnie takze zachwycila holenderska wies:) A przy tych chodniczka
        kanaly, ktore podobno zima zamarzaja i mozna jezdzic po nich na lyzwach. A w
        tych kanalach ryby a jak ich nie ma, to sie idzie do kanalu sasiadow aby im
        troche ryb wylowic i zarybic wlasny kanal. Sama to robilam z moim przyjacielem
        Wimem, ktorego kanal byl bezrybny.
        I to rowerowe szalenstwo tez mnie zdziwilo. A na stopa to w Holandii jak
        najbardziej. Tam sa na autostradzie wyznaczone miejsca, specjalnym znakiem
        drogowym dla autostopowiczow. No i oczywiscie kolory. Wyjechalam z brudnych
        Katowic przez szara Warszawe i zderzylam sie ze swiatem tak kolorowym, ze mnie
        az oczy bolaly.
    • gatta13 Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 13.12.05, 19:50
      Londyn, rok 1991. Jedziemy z koleżankami, wszystkie trzy pewne siebie, bo przeciez najlepsze w klasie z angielskiego. Dworzec w Londynie: po jakiemu ci ludzie mówią??? Po trzech dniach zaczęłyśmy trochę łapać, co do nas mówią, nie obyło się jednak bez frustrującego przyglądania się w sklepie dzieciakowi bujającemu się na barierce: "patrz, taki gówniarz, i jak po angielsku zap...". Koleżanka wrzasnęła więc na niego "złaź z tej barierki, gówniarzu jeden", dziecko zmyło się błyskawicznie, pewnie dlatego, że po polsku krzyczała. :)

      W sklepach wszystko, trzydzieści pięć rodzajów jogurtu, przepyszne herbaty (ta miłość mi została do dziś), a te długopisy, pióra, zeszyty, cuda przeróżne.

      Budka telefoniczna, do której można było zadzwonić. Poczta, która potrafiła dostarczyć o godzinie 13 list wysłany z Leeds tego samego dnia o 9.

      Covent Garden. Nocne wycieczki na Picadilly. Wszystko jak z bajki, jak sen...
    • dr.krisk Było tak..... 13.12.05, 23:05
      Studentem będąc, przez jakiś kaprys losu dostałem staż wakacyjny we Włoszech.
      Oszczędzę barwnych opowieści o wyrabianiu paszportu oraz nabywaniu dozwolonych
      10 dolarów (był to mój pierwszy kontakt z ową walutą imperialistyczną,
      znienawidzoną ideologicznie a ukochaną ekonomicznie). O pakowaniu się (co
      wziąc?), kupnie biletu kolejowego w niezapomnianym Orbisie, itp.
      No nic - z bijącym sercem wsiadam do pociągu do Wiednia: w Brzeclaviu strażnicy
      z piesami, kałasznikowy - normalka jak na razie. Przez Austrię jadę w nocy, we
      Wiedniu przeskakuję na styk do pociągu co ma mnie w italskie strony powieźć, a
      konkretnie do Wenecji. Zmęczony zasypiam, pada deszcz, nic nie widać.
      I budzi mnie konduktor na stacji Wenezia Santa Lucia.... wychodzę na zalany
      słońcem plac przed dworcem, widzę kanały, złote budynki, słyszę gwar...
      Poczułem się jak barbarzyńca w ogrodzie, jak jakiś australopitek cudem
      przeniesiony w czasy nowożytnie.
      I tak mam do dziś.
    • beatanu Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 13.12.05, 23:55
      ...w NRD. Jako ośmioletnie dziecię jadę z rodzicami i rodzeństwem na zachód!
      Prawdziwy, chociaż socjalistyczny. I pierwsze rozczarowanie po przekroczeniu
      granicy: pola i drzewa i lasy wyglądają dokładnie tak sam jak w kraju! A ja
      spodziewałam się czegoś innego. Nie wiedziałam jak innego, ale innego. Różnice
      dostrzegłam w Berlinie - bo tam było mleko i kakao w kartonach (takich
      śmiesznych ostrosłupach) i lalki z "prawdziwymi" włosami. Dostałam taką lalkę i
      byłam najszczęśliwszą dziewczynką na świecie :)

      Długo długo nic. Rok 1982, stan wojenny, pierwszy wyjazd na prawdziwy Zachód,
      chociaż jednak na północ... O gehennie zdobywania paszportu służbowego (bo
      tylko na taki mogłam wtedy z kraju na stypendium wyjechać) nie będeę podobnie
      jak drKrisk pisać, bo to temat na nowelę...

      Szwedzkie miasteczko Ystad, bo tam wysiadłam z promu wydało mi się rajem. Po
      szarzyźnie i poczuciu beznadziei panujących na brudnych ulicach Krakowa -
      rażące, ostre kolory ubrań, żarzące przez dłuuuugą część dnia słońce, opaleni,
      uśmiechnięci ludzie byli jak nie z tego świata. Niektórzy uśmiechali się do
      mnie! Do mnie, zupełnie obcej im osoby! To był prawie szok... Później
      kilkugodzinna jazda pociągiem bez przedziałów, luz współpasażerów, czystość
      toalet z których korzystać można było nawet tedy, gdy pocig zatrzymywał się na
      stacjach... Swoboda robienia zakupów w samoobsługowych sklepach maści
      wszelakiej, np w księgarniach i sklepach papierniczych... Coś, czego - mili
      TWAcze młodsi - po prostu wtedy w Polsce nie było...

      A teraz jest.

      I tym stwierdzeniem banalnym kończę i mówię dobranoc!
    • kubissimo Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 14.12.05, 02:43
      hesus, szczerze mowiac nie bardzo pamietam pierwszy wyjazd na Zachod
      mialem sporego farta i pomimo trudnosci bardzo duzo jezdzilismy juz w latach 80-
      tych
      pierwszy raz to chyba byl Berlin Zachodni, albo Austria, glowy nie dam
      pamietam odurzenie zapachem supermarketu Konsum :)
      czyli chyba jednak Austria, bo w Berlinie przeciez Polacy chodzili do Aldiego ;)
    • marquis Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 14.12.05, 10:27
      Tak zupełnie pierwszy raz to byłem w świeżo połączonych Niemczech, tuz przy
      granicy z naszym krajem. Wybrałem się z kuzynką na... zakupy ;) I oczywiście tam
      oszalałem, jak zobaczyłem te masy towarów w hipermarkecie. Przeżyłem też pewien
      zawód, bo okazało się, że te wspaniałe niemieckie czekolady, które wujkowie
      przywozili w latach 80-tych i które były spożywane z namaszczeniem, to były
      czekolady z najniższej półki po pół marki (czyli coś koło 1 zł) za sztukę ;)))
      • monikate Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 14.12.05, 19:23
        To chyba odważę się wspomnieć, że będąc pod koniec lat 80-tych w Niemczech z
        namaszczeniem zwiedzałam supermarkety spożywcze... a potem głośno opowiadałam o
        cudownych sklepach, budząc tym niejaką konsternację. Zachwycał mnie "Aldi", cóś
        jakby nasza "Biedronka" i dla goszczącej mnie osoby to lekki obciach był...
        • olahabe Re: Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w ... 14.12.05, 19:52
          W zakamarkach pamięci, jako jedne z pierwszych świadomych wspomnień, mam
          wyjazdy do Czechosłowacji, gdzie w Karlovych Varach mieszkała siostra mojej
          babci. Ciotka Wanda w wojennym bałaganie znalazła sobie męża Czecha- do dziś
          nie wiem, jak i skąd ten Hynek jej się trafił. W każdym razie z tamtych
          wycieczek pamiętam smaki i zapachy- zakurzone dywany domu zdrojowego, którym
          ciotka zarządzała i w którym miała przepastne mieszkanie, orzeźwiającą bryzę
          wód zdrojowych, Karlovarske Oplatki (kruche i cienkie jak papier wafle z
          cukrową kruszonką). Zauważyłam zresztą, że czeskie żarcie jest nieodgadnione.
          Jest pełne smaku niespotykanego nigdzie indziej i nieporównywalnego z niczym.
          Do dziś uważam ich wędliny za jedne z najlepszych, jakie znam. Np.kanapeczki z
          mortadelą i piklami w "potravinach" z kufelkiem piwa,konsumowane na stojąco
          mmm...O knedlikach- klasyce gatunku- nie wspominam, bo dostanę ślinotoku.

          Ze wspomnień aktualnych- autostopowy powrót z Niemiec w czasach studenckich i
          jeden przykry, choć nieświadomie spowodowany przez niemiecką frau incydent.
          Sceneria: górzysta kraina pod samą granicą niemiecko- czeską. Deszcz leje,
          dwoje zmokniętych i zmęczonych studenciaków liczy, że w Czechach wreszcie
          złapią jakiegoś Polaka, który na ojczyzny łono ich zawiezie (wreszcie!)Tęsknota
          za kameralnymi Tatrami nas zżera, przepastne, ogromniaste Alpy żegnamy bez
          żalu. I wtedy, wśród naszego natłoku nostalgii za krajem ojczystym, niemiecka
          pani kierowca, pełna życzliwości, zaczyna konwersację w języku angielskim- skąd
          jesteśmy itd. Niestety, nasze Poland zostało zrozumiane jako Holland, więc
          kiedy padło następne pytanie- dokąd zmierzacie, nasza odpowiedź napotkała
          wielkie zdziwione, zszokowane wręcz OOOOO?!? A coż wy tam będziecie robić??
          Przecież tam nic nie ma!Jak można wybierać takie miejsce na cel wakacyjnej
          podróży. Przeciez tam niedźwiedzie polarne, sanie, babcie w chustkach i krowy
          na szosach, och, och.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka