jenny_s
06.02.06, 19:53
W drogich garniturach, z jedwabnymi kamizelkami, sygnetem na palcu, Szczur
robił wrażenie. Ale nie naukowca, tylko postaci żywcem wziętej z Antybaśni
Wolskiego. Na jego wykłady i proseminaria z dyplomatyki studentki pchały się
stadami, bo było na co popatrzeć, można też było się zakochać w jego
arystokratycznym er. Mówili, że ma potwornie bogatą żonę i że go ta cała
tytułomania po prostu wali. Wśród szerokiej publiczności zabłysnął
ekspertyzami po aferze w Jagiellonce, udzielał wywiadów, pokazali go nawet
chyba w telewizorze. W Instytucie długo był Numerem 2, zdystansowanym przez
malutkiego, zasuszonego Żółwia. Ale nawet Żółwie odchodzą kiedyś na
emeryturę, a Szczur był stosunkowo młody i mógł czekać. I doczekał się. Po
odejściu Żółwia, mając władzę absolutną, wprowadził Zmiany. Sławny i ceniony,
nadal jeździł najnowszymi modelami samochodów, a wakacje spędzał w ciepłych
krajach. Wydawało się, że osiągnął wszystko.
Ciekawa jestem o czym myślał, kiedy skuty kajdankami wsiadał do policyjnego
auta jako podejrzany o kradzież bezcennych średniowiecznych inkunabułów. O
tym, że jednak cena, którą za nie uzyskał, była zbyt niska?
fakty.interia.pl/news?inf=714750