hedonista.oswiecony
10.06.06, 13:42
zwiedzanie wyspy
szybkie śniadanie, czapka na głowę i w drogę. Wpakowali nas na odkryte jeepy,
w sam środek słońca i powieźli krętymi, górskimi drogami do deszczowego lasu.
Drogi wąskie, mijanki trudne, pełne zakrętów, o niezbyt dobrej (polskiej)
nawierzchni. Wiatr chłodzący przyjemnie poranny upał. Jedziemy, śmiejemy się,
gadamy, robimy zdjęcia, kręcimy kamerami mijane plantacje bananów, drewniane
domy, machamy rękami dzieciom, które nas pozdrawiają. W lesie pakują nas w
gondole i wiozą w górę. Przewodnik opowiada o roślinach, fotografujemy pnie
drzew ozdobione ślicznymi pnącymi roślinami, oglądmy przeróżne rośliny,
czasem namierzamy malutkie, czarne ptaszki... Przewodnik gada jak najęty...
nawet chwilę nie milknie i nie daje posłuchać ciszy lasu. Pod koniec objazdu
zaczyna padać, w końcu to las deszczowy. Wysiadamy, chowamy się pod daszek
kiedy deszczyk zmienia się w ulewę, leje się strumień wody z nieba i
pasażerowie trzech ostatnich gondoli wysiadają kompletnie przemoknięci. Jest
bardzo ciepło więc nikt się nie decyduje wrócić do hotelu, po pół godzinie
wszyscy są już wyschnięci. Jedziemy dalej.
Kolejny etap to rezerwat, który wygląda jak palmiarnia w ogrodzie
botanicznym, tylko większy, bardziej kolorowy, z największym na wyspie
wodospadem, ale trochę nas zaskakuje jego mały rozmiar, co najmniej drugiej
Niagary się spodziewaliśmy ;) Rośliny jednak są śliczne i jakie pięknie
kolory i kształty kwiatów... po raz pierwszy od dawna chętniej się przyglądam
kwiatom niż kobietom ;)
Wulkan. I tu kolejne po wodospadzie rozczarowanie. Spodziewałem się widoku
jak z trzeciej części Władcy pierścieni, a tu mnie jakieś hałdy piachu i
ziemi pokazali z unoszącymi się oparami siarki. Fakt, śmierdziało nieziemsko,
nos zatykało, ale ponoć to zdrowy smród, więc sztachnąłem się kilka razy
wznosząc toast z towarzyszami wycieczki ;)
Powieźli nas na obiad. Dobry obiad, obfity... Mały wypoczynek po obiedzie i w
drogę. Teraz wycieczka katamarenem, połączona z drinkami, muzyką, jedzeniem i
pływaniem w ciepłym i słonym morzu. Zanurzam się z przyjemnością. Kładę się
na plecach i podziwiam kolor nieba. Jest ślicznie, lekko, komfortowo... to co
lubią oświeceni hedoniści. Nikt mnie nie pogania, nie muszę nic robić,
spieszyć się, realizować... luz i bezpretensjonalność. Jest dobrze, a więc
nie musi być lepiej :)
Powrót na pokład i dalszy rejs. Obsługa puszcza muzykę do tańca, ludzie już
trochę wypili więc zaczyna się taniec, coraz więcej tańca, śmiechu,radości,
żartów, zdjęć... cały pokład zajęty na taniec i radość. Dopływamy do brzegu,
gdzie gromadzą się ludzie i patrzą na naszą radość, a my tym bardziej się
nakręcami i tą radością emanujemy, słońce już zachodzi choć nie ma jeszcze
19:00. Schodzimy z pokładu serdecznie żegnając się z obsługą. Oni na
Karaibach potrafią się wyluzować.
Powrót do hotelu, kąpiel pod ożywczym prysznicem, gdzie poczulem pieczenie
kolan. No tak, posmarowałem sobie kremem łydki, ale nie kolana, a na jeepie
podciągnałem nogawki i wystawiłem kolana na słońce. Wiatr ochładzał je i
teraz miałem uroczo spalone kolana ;) Jeszcze tylko wieczorna impreza,tańce i
hulanki i spać.