diabollo
30.06.07, 09:57
...czyli:
****************************************************
Usuńmy w ogóle religię za szkół
Propozycję wliczania stopnia z religii do średniej ocen na świadectwie
szkolnym wielu odczytało jako pierwszy akt dramatu, który zakończy się
wprowadzeniem matury z religii lub uczynieniem religii przedmiotem
obowiązkowym. W istocie jest to pierwsza scena aktu piątego tragedii
rozpoczętej 18 lat temu wprowadzeniem religii do szkół publicznych. Dlatego
nie warto dzisiaj rozdzierać szat nad średnią (która dla dalszych losów
młodych ludzi w systemie edukacji ma nikłe znaczenie). Trzeba zastanowić się
nad samą obecnością religii w szkołach publicznych. I domagać się jej usunięcia.
Argumentów za likwidacją lekcji religii w szkołach jest wiele. Niebagatelny
mówi o dziwacznym statusie katechetów. Jest to jedyna grupa nauczycieli,
której nie zatrudniają samodzielnie dyrektorzy szkół (dyrektor nie może
zatrudnić nauczyciela bez konsultacji z instytucją kościelną, która przecież
nie ponosi żadnej odpowiedzialności za działanie szkoły). Nauczyciele religii
nie muszą też wykazać się przygotowaniem pedagogicznym.
Religia jest też jedynym przedmiotem, który nie jest nauczany wedle podstawy
programowej ustalanej przez ministra edukacji ani wedle programów
zatwierdzanych przez ministra. Zarazem - i to rzecz bardzo istotna -
nauczyciele religii są pełnoprawnymi członkami rad pedagogicznych. Zyskują
zatem informacje i podejmują decyzje dotyczące uczniów, którzy na religię nie
chodzą.
Istnieją chyba tylko trzy argumenty za utrzymywaniem religii w szkole.
Pierwszy - z wygody uczestników. Zamiast biegać po południu do sali
przykościelnej, uczniowie mają katechezę włączoną w plan lekcji. Jednak
usunięcie religii ze szkół nie ograniczy chętnym możliwości jej poznawania.
Kościół w Polsce jest jedyną chyba instytucją, która dysponuje przestrzenią do
organizowania zajęć w każdej niemal miejscowości.
Argument drugi to rzekome prawa historyczne Kościoła katolickiego. Religia w
szkole byłaby aktem wdzięczności nowych władz politycznych za wsparcie
udzielane "Solidarności" przez instytucje kościelne. Podporządkowanie
wychowania młodych Polaków pragnieniu spłacenia długu Kościołowi jest poważnym
nadużyciem, którego nie trzeba chyba dalej obnażać.
I wreszcie argument trzeci - religia miałaby być fundamentem moralności
społecznej, zespołem wierzeń zapewniających nam wszystkim szczęśliwsze życie.
Jest to argument nieprawdziwy i szkodliwy. Moralność nie jest domeną ludzi
wierzących. Nie jest też sferą jednoznacznych, pewnych rozstrzygnięć. Świat
wartości jest światem indywidualnych wyborów i własnej odpowiedzialności.
W Polsce młodzi ludzie są nie tylko pozbawiani wiedzy o różnorodności
odpowiedzi etycznych, ale na dodatek przyzwyczajani do zachowania
konformistycznego - do chodzenia na religię dlatego, że inni chodzą. Człowiek
wychowywany do podążania za większością zdolny będzie - wiemy to po
doświadczeniach XX wieku - do każdego okrucieństwa, byle dokonywanego
bezpiecznie, w tłumie.
Szczęśliwe społeczeństwo daje ludziom przestrzeń autonomii moralnej, pozwala
im dyskutować o różnych wyborach. Aby mogli się porozumiewać, przekonywać,
potrzebują wiedzy - a zatem prawdziwych i uzasadnionych sądów o świecie.
Instytucją przekazywania wiedzy jest właśnie szkoła. To w szkole dzieci uczą
się, jak odróżniać zdania mętne od precyzyjnych, niedorzeczności od sądów
uzasadnionych. To w szkole zyskują wiedzę, która pozwala im stać się
współtwórcami świata - znajomość praw przyrody, ale także wiedzę o własnych i
cudzych emocjach, o różnych sposobach mówienia o świecie (w tym także o
opowieści religijnej stanowiącej tu wszakże przedmiot refleksji).
Głównym powodem, dla którego trzeba domagać się usunięcia religii ze szkół,
jest to, że treści przekazywane na katechezach nie są wcale wiedzą, lecz
treścią podaną do wierzenia. Weźmy termin "cywilizacja śmierci". Do
"cywilizacji śmierci" należeć ma propagowanie prezerwatyw na terenach
zagrożonych AIDS, przyznawanie praw związkom osób tej samej płci czy
zapłodnienie in vitro. Tymczasem wiemy, że technika in vitro daje możliwość
urodzenia dziecka parom bezpłodnym, walka z AIDS służy zachowaniu przy życiu
setek tysięcy ludzi, prawa dla związków osób tej samej płci sprzyjają
pomnożeniu szczęścia żyjących. Termin "cywilizacja śmierci" jest zatem
sprzeczny z powszechnym użyciem słów "życie" i "śmierć" i bez związku z
rzeczywistością. Jego źródłem jest wiara - wiara w boski plan i moc sukcesji
apostolskiej, wobec których powinniśmy z pokorą przyjmować, a nawet zadawać
cierpienie.
Zacieranie granicy między wiedzą a wiarą, między tym, co uzasadnione, a tym,
co wpojone, przyzwyczajanie do posłuchu wobec autorytetu ćwiczą w pokorze i
bezrefleksyjności. Korodują debatę publiczną, która właśnie dlatego w 18. roku
wolnej Polski wygląda tak, jak wygląda. Gdy wiara i wiedza zlewają się w
jedno, gdy nie umiemy dostrzec niedorzeczności, niejasności i błędów
wynikania, debata publiczna staje się niemożliwa i musi się przerodzić w
przekrzykiwanie.
Autorzy są nauczycielami w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka
Kuronia w Warszawie
Piotr Laskowski, Sebastian Matuszewski
www.gazetawyborcza.pl/1,75515,4259880.html
***************************************************