gumpel
17.09.08, 11:43
Ciekawy wywiad z Przemysławem Urbańczykiem profesorem w Instytucie Archeologii
i Etnologii PAN oraz w Instytucie Historii Akademii Podlaskiej w Siedlcach.
--------------------------------------
www.focus.pl/historia/artykuly/zobacz/publikacje/poczatki-polski-do-poprawki/
Polanie i Wiślanie nie istnieli, dwóch panów w Rzymie nadało nam nazwę
„Polska”, a Otto III traktował kraj Bolesława Chrobrego jak zderzak w
politycznych kontaktach z Bizancjum. To tylko niektóre tezy książki archeologa
prof. Przemysława Urbańczyka. Dzieło to już wywołało prawdziwą burzę!
Michał Wójcik: Pana najnowsza książka „Trudne poczatki Polski” jest szokujaca.
Przedstawia tezy nie tylko trudne do przełkniecia przez mediewistów, ale i
polityków oraz zwykłych Polaków. No bo jak przyklasnac autorowi, który
twierdzi, ze u zarania naszej państwowości nie było zadnych Polan i to nie oni
załozyli Polske?
Przemysław Urbańczyk: Przywiązanie polskich historyków do Polan wynika
prawdopodobnie z tradycji pozytywistycznej. Ona zakłada, że historia musi mieć
ciągłość, łagodne przejścia z etapu na etap. W związku z tym skoro ok. 1000 r.
pojawia się Polonia – to trzeba to jakoś wytłumaczyć. I historycy zrobili to w
najprostszy z możliwych sposobów. Skoro jest Polonia, to jej pierwszy władca
musiał być władcą polańskim, szefem plemienia Polan. Tymczasem z analizy
źródeł pisanych wynika, że nazwa Polska pojawia się jak grom z jasnego nieba
koło roku tysięcznego. Wcześniej Polan nie ma nigdzie. W spisie plemion
słowiańskich występujących u Geografa Bawarskiego w poł. IX w. też ich nie ma
i chyba dlatego zdeterminowani historycy próbowali przekonywać, że Polanie to
tak naprawdę wymienieni tam Goplanie. Jak badaczom udało się przerobić Goplan
w Polan, Bóg raczy wiedzieć. Nawet językoznawcy są tu bezsilni. To zwykłe
chciejstwo, które do dziś pokutuje w podręcznikach. Zresztą podobnie jest z
tzw. państwem Wiślan, którzy w polskiej historiografii występują jako pewnik.
A przecież w „Żywocie św. Metodego” z IX w. mowa jest jedynie o „księciu
silnym wielce siedzącym w Wiśle”. Z mojej analizy wynika, że wobec braku w IX
i X w. nazwy naszego kraju (nie można było przecież napisać: „za górami, za
lasami”) często korzystano ze znanej geografom rzymskim już od I w. nazwy
rzeki, która stanowiła substytut nazwy wszystkich naszych ziem. Jeśli ktoś
mówił: „w kraju Wisły”, „nad Wisłą”, „w Wiśle”, to miał na myśli tereny między
Bałtykiem i Karpatami. I koniec.
Michał Wójcik: To kto tu mieszkał w IX w.? Czy ci proto-Polacy nie mieli
wówczas świadomości, ze sa Polakami? Polanami?
Przemysław Urbańczyk: Ależ sytuacja była zupełnie normalna. Istniały tu
społeczności liczące od kilkuset do kilku tysięcy ludzi, które zarządzane były
przez wybieranych warunkowo wodzów. Taki wódz rządził dopóty, dopóki miał na
to siłę. Te społeczności cechowała wielka dynamika. Wodzowie pojawiają się i
znikają, jakaś osada lub gród może uznawać podległość, by po chwili zrzucić tę
władzę. Nie twierdzę zatem, że tu nikogo nie było, żadnej organizacji i
przywódców polityczno-militarnych, ale uważam, że nie było tu stabilnych
organizmów terytorialnych typu Polanie czy Wiślanie.
Michał Wójcik: To może być dla Polaków przykre, ze granica Europy do X w. była
Odra, a za nią rozciągały się już tylko „dzikie pola”.
Przemysław Urbańczyk: Ależ dokładnie tak samo było w Skandynawii. Szwedzi,
Norwegowie czy Duńczycy jakoś nie mają kompleksów. Nikt tam nie utrzymuje na
siłę, że już w IX w. istnieli Norwegowie, Duńczycy czy Szwedzi. Ogromna
Skandynawia była zamieszkana przez ludzi o podobnej kulturze i języku, i nikt
nie poszukuje dla nich plemion czy stolic. Cóż... ja zawsze uważałem, że
historia i archeologia to emanacja sytuacji politycznej. Nasze poglądy na
Polskę ukształtowały się w XIX w. w momencie utraty niepodległości, kiedy
trzeba było znaleźć nową ideologię. Sarmatyzm – jako nośnik polskości, mit i
szkielet tożsamości narodowej – zawalił się oskarżany o doprowadzenie do
upadku państwa, trzeba było więc znaleźć nową ideologię. Historycy zwrócili
się do Słowian, czyli – jak uznali – do ludu zakorzenionego tu od wieków.
Odkryto wtedy Geografa Bawarskiego, który wymienia nazwy jakichś ludów,
przyniesione przez kupców, którzy na te tereny się zapuszczali. Historycy
podchwycili te nazwy, stworzyli mapę polskich plemion – tu skorzystali z
antropologii kulturowej, przyjmując, że istniały plemiona, czyli stabilne
organizacje terytorialne – i odetchnęli z ulgą: oto ludy starożytnej Polski! I
to się utrwaliło, bo ładnie leczyło nasze narodowe kompleksy. Później, w
20-leciu międzywojennym, rolą archeologów i historyków było wzmacnianie tej
tożsamości. Po wojnie sytuacja się powtórzyła, bo trzeba było na gwałt
potwierdzać nasze odwieczne prawo do ziem „odzyskanych”. I przez te wszystkie
lata jakoś nikt nie zastanowił się, że podstawy takiej koncepcji są żadne! I
dlatego w książce napisałem, że moja wizja jest „niepatriotyczna”.
Michał Wójcik: Johannes Fried, niemiecki badacz początków państwa polskiego, z
kolei twierdzi, ze aktem założycielskim naszego państwa nie był żaden chrzest
Mieszka, ale „dramat gnieźnieński”, czyli wizyta Ottona III na dworze księcia
Bolesława. To cesarz miał nadać Polsce nazwę i dać nam narodowa tożsamość. Zgroza!
Przemysław Urbańczyk: Ja tak daleko nie idę. Mam własną wizję zjazdu w 1000 r.
To rzeczywiście było niesamowite wydarzenie. Żaden cesarz wcześniej nie
wyprawiał się do nikogo w charakterze pielgrzyma. Jeżeli przekraczał granice,
to z mieczem w dłoni. Podbijał, uśmierzał bunty, karał. Głównym celem wizyty
Ottona III w państwie Bolesława nie było jednak – jak chciałaby polska
historiografia – wywyższenie syna Mieszka I, ale zabranie z Polski szczątków
św. Wojciecha, dla których wybudował kościół w Rzymie. Polityka już wtedy była
brutalną grą interesów. W tym wypadku chodziło o interesy cesarza i cesarstwa.
Akurat Chrobry przy tym skorzystał, bo – jak wiemy – ciała nie oddał i dostał
zgodę na stworzenie arcybiskupstwa. Dlaczego Otto nie zrealizował swojego
planu? Myślę, że Bolesław zdał sobie sprawę ze znaczenia takich relikwii i nie
uległ naciskowi.
(cdn.)