IP: *.qc.sympatico.ca 23.01.02, 01:18

trzeba zyc by snic
tu nikt nie jest glodny
tu nikt nie jest nieszczesliwy
tego co w snach nie odbierze nikt

o:)
Obserwuj wątek
    • phi_ Re: marzenia 23.01.02, 01:54
      Po drodze wstąpiłam. Nic nie powiedziałam. Zaraz potem już mnie tu nie było.
      ;)
    • Gość: kama Re: marzenia IP: *.wlop.ppp.polbox.pl 23.01.02, 02:45
      A co z koszmarami?
      • Gość: o+o-o Re: marzenia IP: *.qc.sympatico.ca 23.01.02, 03:50


        "SLUP"
        YAVANNA


        Stal sobie przy drodze slup, taki zwykly, drewniany, telegraficzny.
        Ustawiona go tam dawno temu, za czasow kladzenia pierwszych
        kabli, i do tego czasu zdazyl juz troche sprochniec. Znajdowalo siê
        tam tez wile innych jemu podobnych "kolkow" jak je powszechnie
        nazywano. Zapelnialy cala ulice i ciagnely siê po horyzont, nadajac
        jakby tchnienie czegos magicznego. Jednym slowem mialy swój urok.
        Ale ten jeden byl inny, wyjatkowy, tetnil zyciem. I teraz zostal siê sam.
        Tamte zabrano, wyrzucono. Poczatkowo czul siê nieswojo, ale szybko
        siê przyzwyczail. Przy tym nie byl samotny. Mial swoje wnetrze,
        drewniane, i taka sama dusze. A wydawalo by siê, ze taka rzecz jest
        bezduszna, ze nie czuje, nie widzi, nie slyszy. Tylko, ze nikt o tym nie
        wiedzial.
        W poblizu otworzyli budke z piwem. Sprzedawca byl otylym
        facetem kolo 50, ale na pierwszy rzut oka calkiem mily i na ogol usmiech-
        nietym. Przychodzil codziennie o tej samej porze, za 15 trzecia po poludniu,
        otwieral drzwi, wchodzil, robil jakies porzadki, cos przestawial. Punkt o 15
        siadal za lada i zaczynal obslugiwac pierwszych klientow. A ci bywali rozni.
        Najwczesniej przychodzila mlodziez wracajaca po szkole do domu. Pozniej
        zagladali troche starsi w drodze powrotnej z pracy. Tutaj siê odprezali po
        ciezkim dniu. Na koncu przychodzili menele, ktorzy do tej pory zdazyli juz
        siê przebudzic. Gasili kaca kolejnymi piwami. O 23 wszyscy opuszczali ten
        maly lokalik i udawali siê w rozne strony. Wlasciciel natomiasy sprzatal,
        wyrzucal smiecie, dasil swiatlo i szedl do domu.
        Szybko znalazl siê amator latwego zarobku. Usiadl przed wejsciem, z
        kartka: "Zbieram na nastepne piwo". I to skutkowalo. Ludzie wrzucali mu do
        czapki drobniaki. Jak siê ich troche uzbieralo, to wchodzil do srodka, kupowal
        zlocisty napoj i wychodzil. Siadal pod owym slupem i tam w samotnosci zlopal
        jedne piwo za drugim. Pil, zeby zapomniec. Zapomniec, ze zyje. Nazywal siê
        chyba Jozek, o ile drewniana pamiec nie zawodzila naszego slupa. Codziennie,
        po wypiciu 5-tego piwa, zaczyczal opowiadac historie swego zycia. Mowil, o
        tym, jego rodzice zgineli w wypadku samochodowym, jak byl malym dzieckiem.
        Pozniej zaczal pracowac w jakiejs firmie, z czasem awansowal na wysokie
        stanowisko. Ozenil siê z ukochana kobieta. Mial nawet dziecko, syna. Ale w
        wieku 3 lat zmarlo na zapalenie opon mozgowych. Zona wpadla w gleboka
        depresje i musieli zamknac ja w zakladzie dla oblakanych. On sam nie mogl siê
        pozbierac. Pzrestal pokazywac siê w pracy. Zaczal pic. Stacil mieszkanie. I tak
        znalazl siê tutaj. Trwalo to jakis miesiac. Pozniej nagle zniknal.
        Wieczorami krecila siê tutaj pewna kobieta. Bardzo mloda, ladna.
        Miala jakies 17 lat. Stala sobie w poblizu, czasami tez opierala siê o ow
        slup.
        Usmiechala siê zalotnie do przechodzacych mezczyzn, rozmawiala z nimi, a z
        niektorymi gdzies odchodzila. Nastepnego dnia jednak wracala. Widac bylo,
        ze jest nieszczesliwa. Rok temu poznala chlopaka i zakochala siê w nim z
        miejsca. Zaraz tez pojawila siê niechciana ciaza. Facet odszedl gdzies. Gdy
        jej rodzice dowiedzieli siê o tym, wyrzucili ja z domu. Poszla do przytulka dla
        bezdomnych, pozniej do domu samotnej matki. Urodzila coreczke. Znalazla
        prace jako kelnerka w jakims obskurnym barze, ale pensja nie wystarcala na
        utrzymanie dwoch osob. Oddala dziecko, a sama zaczela dorabiac sprzedajac
        swoje cialo.Chciala zaoszdzedzic troche pieniedzy, zeby kiedys odzyskac swoje
        malenstwo. Czula jednak wyrzyty sumienia z tego co robi. Wiedzila, ze to
        grzech. Modlila siê do Boga o wybaczenie. Czêsto wlsnie tutaj wyrzucala z
        siebie rozpacz i nienawisc do tego swiata. A drewniany kolek sluchal i dawal
        otuche.
        Widywal takze co niedziele jedna stara kobiete. Chodzila rano do
        pobliskiego kosciola od wielu lat. Zawsze sama. Pewnie jej maz odszedl.
        Na jej twarzy odbijala siê obojetnosc i dziwny spokoj. Jakby dawno
        pogodzila siê z soba i z zyciem, jakie by ono nie bylo. Nigdy siê nie
        usmiechala.
        Lecz pewnego dnia szla z mlodym mezczyzna. Chyba jej syn lub wnuk. Milczeli
        cala droge. Wiecej siê nie pojawila. Pozniej mowiono, ze wyjechala do duzego
        miasta i zamieszkal z odnaleziona po latach rodzina. To chyba jedyna
        szczesliwie zakonczono historia z tamtego okresu, choc wielu ludzi siê tamtedy
        przewijalo i wiele siê dzialo. Tylko drewniana pamiec czasami siê zaciera.
        Teraz nit nie przychodzi. Zamknieto owa knajpke, okolica wyludnila siê.
        Nawet tamta mloda kobieta gdzies siê przeniosla. Pozostaly wspomnienia. Ale to
        i tak duzo dla takiego przedmiotu. Wystarczyly by na dlugie lata tkwienie
        bezczynnie w ziemi. Piekno i cierpienia ludzkiego swiata zebrane w
        jednym tak malym pomieszczeniu. Niestety los nie byl tak laskawy.
        Na horyzoncie ukazala siê para ludzi. Niesli lopaty, pily ito.W splup wstapila
        nadzieja i radosc. Nietrwala jednak dlugo. Szybko pojal po co ida i przestaszyl
        siê. Ale pzreciez nie mogl uciekac, bo nie mial nog. Zreszta nie widzial sensu.
        Sladem ludzi pogadzil sie z wlasnym losem. Zalowal tylko, ze wiecej nie
        zobaczy zadnego czlowieka, nie pozna nowej opowiesci, nie bedzie odczuwal
        czyis emocji.
        Ludzie wyrwali go, wraz z "korzeniami". Bolalo. Chyba pierwszy raz
        poczul czym tak naprawde jest bol. Pocieli go. Wyplynal sok. Lzy i wolanie o
        pomoc. Robotnicy oniemieli. Ale mieli wykonac polecenia, nie mogli litowac
        siê nad kawalkiem starego drzewa. Wrzucili do w ogien. Ostakiem sil wydal
        konajacy krzyk i zamarl na zawsze. Tak odszedl ostani drewniany slup.

        • phi_ Re: marzenia 23.01.02, 04:29
          No nie ! Coś mi uciekło, od całkowitego zrozumienia sytuacji, od jasności. Może
          to i dobrze...
          W każdym razie, trzeba było wczesniej obnażyć ten proceder i położyć mu kres
          zdecydowanym sprzeciwem ! A tak, co ??? Odszedł ostatni drewniany słup !
          Muszę zachować ten wycinek Gazety.
          ;)
          • Gość: o+o-o Re: marzenia IP: *.qc.sympatico.ca 23.01.02, 23:21
            GARBUS
            (by awas)

            Wicie, nigdy w naszej wiosce nie bylo tak, ze sie cos dzieje. No
            prawda, ze tu sie ktos skumal a tam kogos sztachetami potlukli.. jak
            zwykle na wsi. ALe zeby az tak ? Powiem jak bylo, od poczatku.
            Czyli przyszli pod chate jakos tak poznym latem, juz noce i
            chlodniejsze i w dzien tak cieplo nie bylo. Przyszli i staneli u plota.
            - Witajcie, gospodarzu - zagail jeden.
            - Ano witojcie, witojcie wedrowcze - Stal przy furtce taki maly,
            przygarbiony ale wydaje sie ze niestary jeszcze. Ubranie podarte na
            grzbiecie i wielki garb na plecach, to pamietam najlepiej.
            - Przyjmiecie nas na jakis czas, gospodarzu ? - z ukosa tak patrzyl.
            A ja na to
            - "nas" to znaczy sie ilu, bo tylko jednego widze ?
            - Ano pod wieczor przedstawie, jesli wolno..
            - No wolno, a w stodole mozecie przenocowac, bez zadnych harcow nocnych
            tylko - nie lubie jak mi sie goscie z miejscowymi dziewkami zadaja.. Nic z
            tego dobrego byc nie moze.
            - Aaale, gospodarzu, my nie z takich - I to prawda byla, garbus nie
            wygladal na takiego co sie za spodniczkami ugania.
            Poszedl wiec do stodoly i smy go do konca dnia nie widzieli. Jakos
            tak robota sie palila w rekach, nie widzialem tez czy li przyszedl w koncu
            ten jego kompan czy nie.
            Wieczorem jak juz na niebie kilka gwiazd zaswiecilo matka
            pomyslala coby tu nakarmic naszego garbusa. Wziela sera i chleba i
            poszlismy do stodoly ale juz na podworku my widzimy ze drzwi rozwarte a
            przez podworko idzie garbus bez koszuliny. Ja oczy mruze i patrze patrze a
            tu ...
            - Wszelki Duch PAna Boga chwali ! Ki diabel ? - Na plecach garbusa cos
            siedzialo mocno go za szyje obejmuje i kolanami za plecy sie zapiera.
            A glowa gdzies w kudlach schowana.
            Wiele nie myslalem lapie za widly co przy chacie staly, matka na
            kolanach sie modli. Niedaruje zlemu !
            - Przebog diable, juz po tobie ! - wrzasnalem tak ze mnie i sasiedzi
            uslyszeli, patrze a diabel zchodzi garbusowi z plecow i staje obok. Wysoki
            on taki jakis, dumny a na plecach to i co jakby skrzydla mial...
            Zbaranialem, powiem szczerze.
            "Jakze to tak ?" mysle sobie. Ten zas skrzydla rozwija, wieelkie one
            byly na dwa chlopa jedno. Raz dwa zakrecil sie ostro i do gory, w
            powietrze poszedl jak z procy.
            Ja juz nic nie wiedzial, matka na kolanach litanie odmawia a za
            plecami i sasiedzi sie zbierac zaczeli. Garbus jak aniol w niebo polecial
            powoli najpierw tancowac poczal potem szybciej i szybciej i my sie o niego
            przerazili troche .. a tu nagle Jak nie huknie !! Niebo nagle pojasnialo
            jak w poludnie a w gorze kolrowe kwiaty zakwitly: niebieskie, zielone,
            czerwone i zlote.
            Coraz to nowe sie pojawialy a na nasze podworko albo to kolorowy
            deszcz iskier spadl albo to dziwaczne cienie podrygiwaly w rytm tanca
            garbusa. Ladne to bylo. Naprawde.
            Od tego dnia co noc garbus tancowal na ziemi, a aniol na niebie.
            Pieknie po dniu pracy bylo sobie popatrzec na te cudownosci. Dobrze nam
            wszystkim bylo. Radosniej sie zylo. Nawet z daleka ludzie przychodzili bo
            w moc aniola wierzyli i uleczenia pragneli.. ja tam nie wiem.
            Tyle powiem, ze pewnego dnia garbus wyszedl i juz nie wrocil do
            nas. Wielu jeszcze czekalo, "moze sie wroci i nad ludem ulituje" mowili,
            ale ja tam juz swoje wiedzialem. I ludzie w koncu poszli na swoje.
            Poszli i tak cicho sie zrobilo nagle.
            Czasem wieczorem jeszcze siadamy z matka na laweczce pod chata i
            patrzymy sobie w niebo. Cos jednak nam pozostalo. Mamy teraz piekne
            wspomnienia.




Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka