kawo-szka
16.02.10, 23:59
Dobrze, moje Drogie, może mi to wybaczycie, bo to nie jest forum do narzekania. Tu się raduje wyborem porodu w domu, a nie porażkami. Ale trudno. Znosić mnie będziecie musiały jeszcze chwilę, bo opiszę Wam, jak wygląda sytuacja takiej przyszłej matki, jak ja. W pięknym mieście Wrocław.. Usiądźcie wygodnie. Was to nie dotyczy. To jak film. Rozegra się i zakończy..
--
Oszczędzę Wam tylko słowa wstępu - odnośnie wszystkich dzisiejszych perturbacji, stresów i wydatków jakie ponieśliśmy z powodu.. tak.. życia.. Przejdę do meritum - od momentu otrzymania dziś skierowania na cesarkę..
--
Jedziemy wieczorem do wojewódzkiego szpitala. Ze świeżym skierowaniem. Lekarz (polecony przez klinikę) czeka na nas w korytarzu i po chwili zaprasza do gabinetu USG. Chce wykonać badanie urządzeniem, ale brakuje ręczników papierowych, więc bada ręcznie. Potwierdza ułożenie pośladkowe. Bierze skierowanie do ręki. Analizuje kartę ciąży. Kiwa głową. Po czym krzyżuje ręce, rozsiadając się na krześle.
- Macie państwo 3 opcje, zależnie od tego, czego państwo będziecie ode mnie oczekiwali. Pierwszą opcją jest moja obecność przy zabiegu. Ja już prawie tu nie pracuję, bywam tu rzadko, więc moja obecność i praca byłaby odpłatna rzecz jasna.
- Ile? - pytam.
- O! - swoje zdziwienie doktor kieruje w kierunku Męża. - Widzę, że żona takie sprawy załatwia? - nie komentujemy. Nie analizujemy emocji, jakie w nas wzbudza. One pojawią się po wyjściu ze szpitala. Zaleją nas falą. Wielką lawiną. Teraz tylko rzeczowa rozmowa.
- Tak, ja. - odpowiadam z uśmiechem i grzecznie. - To ile pan doktor sobie życzy?
- Z rabatem dla znanej kliniki.. - zawiesza głos - Tysiąc siedemset złotych. - szczęki z hukiem opadają nam na dół. Przypomnę: to nie jest cesarka na życzenie. To nie jest moje widzi-mi-się. To nie jest wynik moich kobiecych, niedojrzałych lęków czy obaw. To jedyna możliwość urodzenia mojego dziecka! Z zaleceniem WHO i Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego! Ale dobra, słuchamy doktora dalej.
- A pozostałe dwie opcje? - dopytuję.
- Ja to się w ogóle dziś zdziwiłem - zaczyna wstępem. - Że pani z takim stoickim spokojem do mnie dzwoni na 4 dni przed terminem porodu i próbuje ustalić termin na cesarskie cięcie..
- ???
- ???
- Bo jeszcze 3 tygodnie temu nie byłoby w tym może nic dziwnego, ale ordynator zmienił zarządzenie i zamiast trzech zabiegów planowych cesarskich cięć w ciągu dnia, ma być tylko jedna dziennie, oprócz oczywiście tych koniecznych, które wydarzają się nagle podczas porodu siłami natury.
- ???
- ???
- I terminarz to dopiero za 10 dni przypada. Gdyby pani wcześniej zadzwoniła..
- Ale ja skierowanie dostałam dopiero dziś! - przerywam. - Więc jak miałam wcześniej dzwonić? - doktor kiwa głową. Niby rozumie, ale czuję że człek strasznie interesowny. Zaczyna wzbudzać obawy.
- Powiem tak: może to różnie się w pani przypadku skończyć. 10 dni to długo, a jak poród się zacznie, i to jest ta trzecia opcja, to wtedy nie mamy pewności, że cesarka będzie mogła się odbyć na czas.
- ???
- Bo w tym samym czasie może być cięta inna pacjentka, a w pani przypadku dziecko zejdzie już tak nisko w kanał rodny, że na zabieg może być już za późno i trzeba będzie rodzić siłami natury, a wtedy ryzyko komplikacji wzrasta..
- ...
Zapada cisza. Zbieram myśli. Mąż zagubiony. Ja też. Pragnę być teraz bogata. Ale nie jestem. Czuję się jak w imadle. Podejmuję jednak próbę podjazdu na jego ludzkie uczucia, może empatię.
- Ja powiem prosto z mostu, żeby pan doktor wiedział, choć pewnie nie musi to pana w ogóle interesować, my nie mamy tych pieniędzy, mieliśmy teraz zbyt wiele problemów finansowych z autem i..
- Ja też mogę to samo powiedzieć, bo piec się nam rozwalił i muszę nowy kupić. - empatia na poziomie betonu. Odpuszczam.
- Oczekuje pan od nas natychmiastowej decyzji?
- Nie. Jedźcie sobie państwo do domu, zastanówcie się i za 2 godziny zadzwońcie. Ja się nie obrażę, jeśli zadecydujecie o wpisaniu was na listę za 10 dni.
Żegnamy się.
Wychodzimy z gabinetu, i chwilę po tym, ze szpitala.
Potem niech opadnie kurtyna - ona zasłoni batalię naszych słów, przekleństw, nerwów, nawałnicy telefonów, gorącej linii wszelkich rad i gróźb.
Uprzejmie więc proszę o prostą odpowiedź: skoro już nie mogę urodzić naturalnie, skoro nasz dzieć jest taki uparty i nie ma ochoty/możliwości fiknąć koziołka, skoro nie mogę urodzić go w pełnych godności warunkach, w domu, wśród naszej miłości, skupienia, wyciszenia, akceptacji, szacunku - i skoro mam rodzić za pomocą wyszarpnięcia synka z mojego ponacinanego brzucha - to dlaczego, do... (łagodniej)...do jasnej cholery, nie mogę nawet do tego przygotować się w skupieniu, spokoju i poczuciu bezpieczeństwa? Dlaczego dane jest mi tracić nerwy, narażać nimi nienarodzone jeszcze dziecko?! Dlaczego służba zdrowia traktuje mnie jak chodzącą jednostkę bankową, która i tak zapłaci za wszystko, bo tego oczekują od podziemnych, cicho-szeptem-pod-stołem-w-kopercie standardów tzw. bezpłatnej opieki zdrowotnej?
To tylko pytania retoryczne..
Jutro będziemy dzwonić po wszystkich szpitalach na Dolnym Śląsku. Nie wiem jaki będzie tego rezultat. Ale uprzedzam - trzymajcie swoje nienarodzone jeszcze dzieci z dala od tego pięknego skądinąd miasta..